Jesień 2020, nr 3

Zamów

Francja: kolorowa jedność?

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

„Gallowie byli przodkami celtyckich Bretończyków, polskich imigrantów na górniczej Północy, algierskich kaidów, senegalskich rybaków”. Tak brzmiały pierwsze słowa podręcznika do historii, z którego przez lata uczyły się dzieci we Francji i w całym Imperium. Dzisiaj zdanie to we Francji przytaczane jest jako przykład kolonialnej wizji świata i supremacji jednej („jedynie słusznej”) wizji historii. Powszechna szkoła publiczna od swojego powstania na fali antyklerykalnych i republikańskich tendencji w latach sześćdziesiątych XIX wieku była najpotężniejszą bodaj nad Sekwaną instytucją służącą scalaniu społeczeństwa. W szkołach zakazywano mówienia w lokalnych gwarach (patois), nie mówiąc już o językach (bretońskim czy baskijskim). Wszystkich uczniów: dzieci z zapadłych wsi, które nigdy francuskiego literackiego nie słyszały i dzieci z rodzin imigrantów, w których mówiono po portugalsku, hiszpańsku, włosku czy polsku przyzwyczajano do jedynego języka standardowego, wpajając im przy okazji pogardę dla mowy domowej czy lokalnej. Zmiany w nauczaniu historii następowały powoli, począwszy od lat siedemdziesiątych, choć Fernand Braudel postulował je już 20 lat wcześniej. Z czasem zelżały także rygory językowe i do systemu szkolnego dopuszczono możliwość nauczania języka pochodzenia. Obwarowano ją jednak tyloma formalnymi rygorami, że praktycznie mało gdzie klasy z językiem narodowym można było otworzyć. Do dzisiaj łatwiej jest utworzyć sobotnie szkoły „narodowe”, niż zebrać w jednej klasie wymaganą liczbę uczniów pochodzenia polskiego czy portugalskiego. Tymczasem „własne” języki i dialekty regionalne uzyskały w systemie szkolnym prawo obywatelstwa: są szkoły bretońskojęzyczne, baskijskojęzyczne, a zdawanie języka regionalnego na maturze jest bardzo opłacalne, bo daje dodatkowe punkty.

Czy przestaje więc obowiązywać jedyny model francuskości? Czyżby Francji przestało zależeć na jednorodności wszystkich uczniów, a więc i obywateli, czyżby Republika pogodziła się, ba, zaczęła chętnym okiem spoglądać na różnorodność kultur i pochodzenia uczniów, przejawiającą się właśnie w aspiracjach do poznawania i kultywowania własnego lokalnego języka? Od wielu już lat przy drogach spotykamy (jak od niedawna u nas na Kaszubach) dwujęzyczne tablice z nazwami miejscowości. Wydaje się, że francuska wielokulturowość „wewnętrzna” jest rzeczą niepodlegającą już dyskusji. Konfliktów ani oporu nie wywołuje także obecność Hiszpanów, Portugalczyków, Polaków, ich parafii, stowarzyszeń, sklepów z własnym jedzeniem. Czy możemy mówić tu o wielokulturowości? Co znaczy fakt, że jeszcze nie tak dawno grupy te wzajemnie wyzywały się od „cudzoziemców” (naturalnie po francusku)…?

Cały tekst w miesięczniku WIĘŹ nr 4/2011 (dostępny także w wersji elektronicznej jako e-book)

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.