Jesień 2020, nr 3

Zamów

Eks post Ikona i bałwan

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

W dyskusji, jaka toczy się – bardziej niemrawo, niż można by się było spodziewać – wokół listu o. Ludwika Wiśniewskiego, rozbawiła mnie przed paroma tygodniami wymiana zdań, w której na pytanie jednego z rozmówców, czy s. Małgorzata Chmielewska jest twarzą polskiego Kościoła, drugi odparł, że co najwyżej jest ona jego wysuniętym, orlim nosem. Przytaczam tę frazę, ufając, że poczucie humoru s. Chmielewskiej jej nie zawiedzie, nie chciałbym bowiem niezwykłej zakonnicy robić przykrości. Trudno przy tym opędzić się przed ryzykownymi rozważaniami, kto w takim razie jest Kościoła mózgiem, uchem, ramieniem i tak dalej.

Sprawa jest, wbrew pozorom, poważna i nie dotyczy wyłącznie wizerunku naszej wspólnoty, choć takie skojarzenie z metaforycznym znaczeniem „twarzy” zrazu dominuje. Można być w końcu twarzą kampanii reklamowej i nawet, o ile wiem, bierze się za to niemałe pieniądze; można być jednak również – to znamienne przesunięcie w charakterze metafory – „ikoną” jakiegoś ruchu czy zjawiska. Ikona w swoim podstawowym znaczeniu jest, jak wiadomo, obrazem, który pozwala bezpośrednio obcować z rzeczywistością inaczej nieuchwytną. „Być twarzą” to zatem coś mniej zobowiązującego, „twarz” można dziś wynająć; „ikona” powstaje samoistnie i w sugestywny wizualnie sposób uobecnia coś, co w zasadzie jest „niewidoczne dla oczu”. Inna sprawa, że kiedy słyszę na przykład o ikonicznym charakterze wizerunku Che Guevary, przychodzi mi do głowy również pojęcie idolatrii: „ikona” zamienia się wtedy w idola, kierującego uwagę w świat iluzji, który, stwarzając pozory istnienia, w gruncie rzeczy podszyty jest nicością.

Cały tekst w miesięczniku WIĘŹ nr 2-3/2011 (dostępny także w wersji elektronicznej jako e-book)

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.