Jesień 2020, nr 3

Zamów

Język między wiarą a niewiarą

Wiem, że wkraczam na grząski teren filozofii języka, ale wydaje mi się, że zdanie „nie wierzę w Boga” jest raczej wypowiadane w sensie „wierzę, że Bóg nie istnieje”. I to najczęściej określony Bóg, jakiś Bóg, Bóg, z którego wizją zostaliśmy skonfrontowani. W gruncie rzeczy, zamiast „niewiary” spotykamy więc „wiarę na nie”, wiarę z ujemną wartością, wiarę z odrzuceniem, a może nawet wiarę z nienawiścią, ale przecież wiarę zaangażowaną, tylko że zaangażowaną negatywnie, wiarę à rebours. W ten sposób rodzi się nie tyle teologia negatywna (znaczy to bowiem zupełnie co innego), ile teologia negacji. Może brzmi to paradoksalnie, ale bardzo często przybiera ona konkretny – wyznaniowy – kształt. Oriana Fallaci mówiła o sobie, że jest „chrześcijańską ateistką”. Tak rozumiany ateizm przybiera właściwe sobie formy: chrześcijański, islamski czy judaistyczny, w zależności jakiego Boga odrzucimy, jakiego zanegujemy, którego się wyprzemy. Starożytni chrześcijanie, którym zarzucano ateizm, przyznali, że – owszem – są ateistami, ale „wobec wszystkich rzekomych [tu: rzymskich] bogów” . Rzadko można spotkać czysty, filozoficzny ateizm polegający na odrzuceniu Boga jako takiego, samej Jego idei. Czyż Nietzsche, Sartre czy Dawkins nie są – w takim właśnie sensie – teologami? Być może więc zamiast o teologii należałoby raczej mówić o teologiach: teologii afirmacji i teologii negacji Boga? Co więcej, obie teologie będą się posługiwały dokładnie tym samym językiem religijnym, będą miały ten sam przedmiot – Boga, choć widziany z odmiennych pozycji: afirmacji i negacji, akceptacji i odrzucenia, miłości i nienawiści. Prawdziwie ateistyczna nie jest bowiem niewiara, czyli owa „wiara na nie”. Prawdziwie ateistyczna jest obojętność.

Cały tekst w miesięczniku WIĘŹ nr 2-3/2011 (dostępny także w wersji elektronicznej jako e-book)

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.