Jesień 2020, nr 3

Zamów

Polska Ukraińców

– Nie wiem, co bym zrobiła bez Polski – mówi Olena. Ma 54 lata i przyjeżdża tu stale od 1996 roku. Teraz pracuje jako opiekunka 86-letniej pani Zofii. – To dobre zajęcie u dobrych ludzi – mówi. – Pierwsze prace w Polsce były bardzo ciężkie, zastanawiam się nieraz, jak dałam radę.

Ołeś Jakymiw jest w Polsce od dziesięciu lat. Przyjechał tu na studia MBA organizowane przez SGGW w ramach projektu „Rolnicy rolnikom”. Rok później na te same studia przyjechała do Warszawy jego żona, Iryna. Zostali. Tu, trzy lata temu, urodził im się synek. Kupili mieszkanie w jednym z nowoczesnych warszawskich osiedli.

Roksana Vikaluk z Tarnopola, pieśniarka, muzyk i kompozytorka, mówi o Polsce, że to jej druga ojczyzna. – Tu dojrzałam jako człowiek i jako artystka – dodaje.

Ewa, 32-letnia nauczycielka z Drohobycza, pracowała na Ukrainie w swoim zawodzie przez pięć lat i chociaż bardzo lubiła tę pracę, zdecydowała, że tymczasem gdzie indziej musi poszukać szans na godne życie. Zamierzała pojechać do Niemiec, nie dostała wizy, postanowiła więc spróbować w Polsce. Udało się.

Rusłan Sałamatin żartuje, że Polska to w jego życiu trochę przypadek, zaraz jednak dodaje, że piękny przypadek. Tu spotkał swoją żonę. Po raz pierwszy przyjechał do Warszawy dzięki wymianie naukowej między kijowską Narodową Akademią Nauk Ukrainy i Polską Akademią Nauk.

Obywatele Ukrainy stanowią największą i najbardziej istotną dla polskiej gospodarki grupę imigrantów. Oficjalnie w Polsce pracuje ich blisko 100 tysięcy rocznie, a według szacunkowych ocen liczba ta jest jeszcze większa .

Ołeś, Roksana, Rusłan i Ewa pracują w Polsce legalnie. Badania pokazują jednak, że liczba Ukraińców zatrudnionych na podstawie zezwoleń jest wyjątkowo mała. Dane z 2008 r. mówią o 5400 takich osobach.

Olena nie ma pozwolenia na pracę. Dziś już łatwiej o taki dokument, nadal jednak procedury są dosyć skomplikowane i męczące. Poza tym, nie ma co ukrywać – zatrudnienie „na czarno” jest atrakcyjniejsze dla wielu pracodawcy, który nie musi odprowadzać podatków, a dla pracownika oznacza wyższe zarobki.

Oszacowanie skali zjawiska nielegalnego zatrudnienia cudzoziemców w Polsce jest bardzo trudne. Specjaliści wskazują liczby mieszczące się w przedziale między 50 a 300 tysięcy pracowników, a Ukraińcy stanowią tu najbardziej znaczący procent, wnoszący najprawdopodobniej ponad 90%.

Każdy ma swoją opowieść

– Polskę mam w genach – śmieje się Roksana Vikaluk. – Mój tata jako student odwiedził Warszawę i z miejsca zakochał się w waszym kraju, w jego kulturze i ludziach. Tę miłość do Polski przekazał potem mamie, a oni oboje nam: mnie i mojemu bratu. Rodzice sami nauczyli się polskiego, prenumerowali dawny „Przekrój”, a dla nas z bratem „Misia”. Jedną trzecią naszej wielkiej domowej biblioteki stanowią polskie książki.

Roksana mieszka w Polsce od 1994 r. – To był trudny moment w moim życiu – wspomina. – Miałam dwadzieścia lat, szukałam swojej życiowej drogi. Kochałam jazz, w naszym domu wiele się go słuchało, na Ukrainie jazz nie ma takich tradycji jak w Polsce. Jako osiemnastolatka poszłam po raz pierwszy w życiu na koncert jazzowy i wtedy już wiedziałam: Będę śpiewała jazz! Rzuciła studia pedagogiczne i przyłączyła się do zespołu jazzowego. – Przyjechaliśmy do Polski, ale nie udało nam się tu zaistnieć. Ja jednak postanowiłam tu zostać i rozpocząć naukę jazzu. Dostałam się do szkoły w Katowicach na wydział wokalny, jednak czesne wynoszące 5500 dolarów rocznie było dla mnie sumą kosmiczną.

Kiedy wydawało się, że nic jej się w Polsce nie uda, przyszła propozycji pracy w Operetce Śląskiej w Gliwicach. Był rok 1995. – Śląsk – wspomina Roksana – do dziś jest mi bardzo drogi; spotykałam tam samych pięknych ludzi, a pośród nich mojego mistrza: Józefa Skrzeka. To również jemu zawdzięczam moją coraz bardziej świadomą identyfikacją narodową. Kiedy dowiedział się, że dla mnie istnieje tylko jazz, zapytał: Kim jesteś, dziewczyno, skąd pochodzisz? Tym pytaniem odwrócił moją głowę z zachodu na wschód. I tak zaczął się mój powrót do korzeni i zachwyt ukraińską i żydowską muzyką źródeł. Odnalazłam w niej swoją indywidualność i wielką inspirację twórczą. Odkryłam, że obrzędowe pieśni, śpiewane od setek lat, mają niezwykłą siłę, również duchową.

Olena pochodzi spod Lwowa, słychać to w jej śpiewnym polskim, którego nauczyła się sama. Opowiada: – Byłam wśród pierwszych ludzi wyjeżdżających do Polski za pracą. Najczęściej pracowało się wtedy w zakładach krawieckich, skąd towar hurtem odbierali Rosjanie. Zdarzało mi się pracować po szesnaście godzin. Tyle trzeba było wypracować, żeby zarobić to, co Polacy przez osiem godzin. My, Ukrainki, nie miałyśmy też wolnych dni, pracowałyśmy w soboty, niedziele i na nocne zmiany. Potem przeszłam do zakładu kosmetyków. Robiłyśmy kremy, cienie, zmywacze do paznokci, szminki. Towar też szedł do Rosji. Jak mieli przyjechać odbiorcy, zdarzało się nam pracować bez przerwy i trzy doby. Niektórym kobietom wystarczyło zdrzemnąć się na siedząco pół godziny i dalej mogły pracować, ja wytrzymywałam najwyżej półtorej doby, pękały mi naczynka w oczach. Ale na perfumerce płacono nam takie same stawki jak Polakom. Oni pracowali najczęściej po osiem godzin, a my i dwa razy tyle. Mówili czasem, że pracujemy jak ukraińskie konie, ja jednak lubiłam tę pracę. Kiedyś przyszła tam policja z kontrolą. Nasz pracodawca wypuścił nas szybko tylnymi drzwiami. Był strach, na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Pracowałam też na farmie kurzej i przy zrywaniu jabłek.

Olena nie narzeka, a przecież podczas tych pierwszych przyjazdów do Polski nie tylko pracowała ponad siły, ale w ogóle żyła w bardzo trudnych warunkach. Wspomina, że mieszkały w osiem kobiet w jednym wynajmowanym pokoju, bez łazienki. – Wracałyśmy do domu nocą bardzo zmęczone i rozpoczynałyśmy grzanie wody i mycie. Wszystko to szło bardzo sprawnie, chciałyśmy jak najszybciej położyć się spać.

Jednak nie to było najtrudniejsze. Tamte lata to nieustanna rozłąka z dziećmi. – Kiedy po raz pierwszy wyjeżdżałam do Polski, córka była w szóstej klasie, a syn w trzeciej. Zostawiłam ich z mamą, która miała już ponad siedemdziesiąt lat. Mama i Polska – mówi łamiącym się głosem Olena – to dwie moje podpory w życiu. Nie wiem, jak bym sobie bez nich poradziła. Dzięki pracy w Polsce mogłam zapracować na siebie i dzieci. Z mężem się rozstałam i sama musiałam sobie radzić.

Zupełnie inne powody przywiodły do Polski Ołesia Jakymiwa, który mieszka tu od dziesięciu lat. – Pracowałem jako wykładowca na Lwowskim Uniwersytecie Rolniczym, żona też miała dobrą pracę. Jednak studia MBA w Polsce były dla nas dużą szansą, taki dyplom honorowany jest przecież na całym świecie. Po studiach zostałem jeszcze rok na stażu naukowym. Wtedy znalazłem ciekawą pracę w firmie, która z czasem stała się największym w Europie dystrybutorem części zamiennych do samochodów japońskich i koreańskich. Mogłem wykorzystać swoją wiedzę i zdobyć nowe doświadczenia – nie da się ukryć, że zasady handlu w Polsce i na Ukrainie różnią się.

Dziś Ołeś Jakymiw jest zastępcą dyrektora ds. eksportu w firmie. – Los był dla nas tutaj przyjazny, opowiada, czujemy się w Polsce bardzo dobrze. Mamy tu wielu przyjaciół, wspólnie obchodzimy święta, które rozciągają się na dwa tygodnie – my jesteśmy grekokatolikami i świętujemy według kalendarza juliańskiego. Tak się składa, ze w naszej kamienicy mieszka dużo ludzi, którzy – podobnie jak my – przyjechali szukać do Warszawy swojej szansy. Pochodzą z Pomorza, z Łodzi, Lublina, Rzeszowa. Być może to właśnie wspólny los tak bardzo nas zbliżył.

– Nasz synek jest dwujęzyczny. Zadbaliśmy, żeby miał polską nianię, bo zdawaliśmy sobie sprawę, że nie nauczymy go poprawnej polszczyzny. Dzieci na podwórku traktują go jak swego, językowo wcale od nich nie odstaje.

Podobnie motywuje związanie swoich losów z Polską Rusłan Sałamatin, 35-letni biolog pochodzący z okolic Humania. W 2001 r. obronił w Kijowie doktorat. Rok wcześniej jego projekt badawczy wygrał konkurs na stypendium i przyjechał do Polski na sześć miesięcy. Potem bywał tu co najmniej dwa razy w roku. W 2002 r. zaproponowano mu pracę na warszawskiej Akademii Medycznej, rozpoczął ją w lutym 2003 r. Od tego czasu pracuje w Zakładzie Biologii Ogólnej i Parazytologii na stanowisku adiunkta. Jako pracownik naukowo-dydaktyczny nie miał kłopotu z uzyskaniem polskiej wizy, tu przepisy były i są sprzyjające.

– Podjąłem tę pracę, bo warunki, jakie stwarzała praca w Polsce, były dla atrakcyjniejsze niż to, co proponowano mi na Ukrainie – tłumaczy. – Tu miałem większe zarobki i dużo większe możliwości rozwoju naukowego, lepszy dostęp do badań naukowych i wyjazdów zagranicznych. Nie zamierzałem zajmować się dydaktyką, teraz jednak jestem zadowolony, że stało się inaczej. Praca ze studentami daje mi bardzo dużo satysfakcji. I w Polsce, i w swoim instytucie czuje się na swoim miejscu. Z pewnością również dlatego, że założyłem tu rodzinę.

Żonę, Joannę, spotkał w cerkwi greckokatolickiej przy Miodowej, jednym z ważniejszych dla Ukraińców miejsc w Warszawie. Spotyka się tam cały przekrój społeczny Ukraińców: od profesora uniwersytetu po budowlańca. To miejsce wszystkich łączy. Odprawiane są tu Msze po ukraińsku, a po nich odbywają się spotkania przy kawie i herbacie. Można tu kupić prasę ukraińską, płyty CD. – Chociaż jestem prawosławny – opowiada Rusłan – często bywałem w kościele na Miodowej, nic więc dziwnego, że kiedy spotkałem tam Joannę, uznałem, ze jest Ukrainką. Joanna, chociaż Polka, znakomicie mówi po ukraińsku. Jej mąż twierdzi, że lepiej niż niejeden polski Ukrainiec.

Bardzo możliwe, że Ewa mówi lepiej po polsku niż niejeden Polak z Ukrainy. W przyjeździe do Polski pomogli jej znajomi z rodzinnego Drohobycza, którzy już tu pracowali. Ewa jest w Polsce po raz trzeci, teraz w końcu dostała wizę na rok. Podczas poprzednich pobytów zajmowała się albo dziećmi, albo starszymi osobami. Teraz pracuje jako opiekunka do dziecka. – Do tej pracy zarekomendowała mnie znajoma, którą poznałam w naszym zborze baptystycznym. Jestem protestantką, tu w Warszawie w niedzielę odbywa się nabożeństwo po rosyjsku, mamy też pastora z Ukrainy. Jest mi przykro – przyznaje – że nie mogę zdobytej na studiach wiedzy wykorzystywać, ale nie jest źle, lubię pracę z dziećmi. I cieszę się, że jestem w Warszawie. Zawsze przyciągały mnie duże miasta, życie w nich wiruje. Tęsknię za rodziną i przyjaciółmi, ale tu też już mam sporo znajomych, zarówno wśród Ukraińców, jak i Polaków.

Pensja Ewy jest kilka razy wyższa niż ta na Ukrainie i pomimo że życie w Warszawie jest drogie – ale, jak się okazuje, tańsze niż w Kijowie – opłaca się jej praca tutaj. Oszczędza, nie jest jednak tak, że liczy każdy grosz. Może pozwolić sobie na kino czy pójście ze znajomymi do kawiarni. Czeka właśnie na odwiedziny mamy. – Chcę żeby zobaczyła, jak tutaj żyję.

Czas teraźniejszy

Biorąc pod uwagę obciążenia historyczne relacji polsko-ukraińskich, wydawać by się mogło, że nie jest łatwo być Ukraińcem w Polsce. Rzeczywistość jednak, jak zawsze, wymyka się prostym schematom. – Nigdy nie odczuwałem w Polsce żadnej dyskryminacji z powodu mojej narodowości – mówi Ołeś Jakymiw. – W mojej firmie jest konkurencja, ale przecież tak jest na całym świecie. Dużą uciążliwością były dla nas z żoną drastyczne przepisy dotyczące zatrudniania obcokrajowców, zwłaszcza ponownego zatrudnienia. Zdobycie zezwolenia na zamieszkanie i na pracę w Polsce zajmowało nam jeszcze do niedawna około trzech miesięcy. Trzeba było zgromadzić całą masę dokumentów i odbyć mnóstwo wizyt w urzędach.

Złe doświadczenia z Polski? – W Polsce – opowiada Ewa – jak wszędzie, są dobrzy i źli ludzie. Na ogół spotykam się tu z życzliwością. Tylko raz trafiła mi się praca, za którą mi nie zapłacono.

Olena chce pamiętać dobre doświadczenia, bo było ich znacznie więcej. Indagowana opowiada, że od pracujących wspólnie z nią Polaków zdarzyło się jej kiedyś usłyszeć: „ukraińskie bydło”. – To było bardzo przykre, czasem aż człowiek zapłakał – mówi i natychmiast dodaje: – Mnie spotkało jednak w Polsce wiele dobra. Z wieloma osobami, u których pracowałam, utrzymuję kontakt. Dzwonimy do siebie na święta, czy po prostu, żeby zapytać, co słychać. Pani Ania z Krakowa, kiedy dowiedziała się o chorobie mojej wnuczki, przysłała nam pięćset dolarów. O nic nie prosiłam, ona zrobiła to sama z siebie. Kiedy dziękowałam, mówiła tylko, że jestem dla niej jak siostra, bo tak troskliwie opiekowałam się jej mamą. Inna pani, u której pracowałam, zaprosiła mnie na ślub i wesele swojej córki. No i jest jeszcze Grażyna, pracuję teraz na jej miejscu. To bardzo dobra i życzliwa osoba, dzięki niej czuję się w Polsce mniej samotna.

Ciekawy obraz postaw Polaków wobec Ukraińców przynoszą badaniach CBOS . Widoczna jest tu spora dynamika. W 1993 r. sympatię wobec Ukraińców deklarowało 12% procent badanych. W 2008 r. liczba ta wzrosła trzykrotnie i wynosiła 34%. O połowę też zmalała liczba osób deklarujących uczucia negatywne wobec Ukraińców – w 1993 r. przyznawało się do nich 65% Polaków, w roku 2008 już tylko 31%.

Rusłan Sałamatin podziela powszechną opinię, że istotne znaczenie na wzrost życzliwości Polaków wobec Ukraińców miała „pomarańczowa rewolucja”. – Wtedy również, dodaje Rusłan, skonsolidowało się nasze ukraińskie środowisko. Zawiązała się nieformalna grupa ludzi, wśród których byli m.in.: Rostysław Kramar, Andrij Bihun, Ołeś i Iryna Jakymiw, Serhij Perun. Chcąc wspomagać tę sprawę – opowiada Sałamatin – postanowiliśmy namówić pracujących w Polsce Ukraińców, żeby poszli głosować. Nie to, że nie chcieli, ale wielu z nich pracowało tu nielegalnie i obawiali się, że kiedy zgłoszą się do ambasady, będą mieli kłopoty. Trzeba było powiadomić te osoby, że muszą zgłosić się do ambasady, żeby w ogóle znaleźć się na listach wyborców i że nic im nie grozi. Wymagało to ciężkiej pracy pozytywistycznej. Zbieraliśmy się, drukowaliśmy ulotki, a potem próbowaliśmy trafić do miejsc, gdzie przychodzą Ukraińcy, czyli przede wszystkim do świątyń, na stadion X-lecia itp. Myśmy się wtedy bardzo zintegrowali. Potem powstał pomysł, żeby założyć stowarzyszenie Nasz Wybór Ukraina. Nie doszło do formalnej rejestracji, ale istnieje grupa ludzi, która utożsamia się z tą ideą i podejmuje różne działania.

O negatywnym stereotypie Ukraińca Rusłan dowiadywał się z literatury i badań CBOS. – Sam doświadczałem w Polsce przed wszystkim życzliwości, raz tylko zdarzyło mi się być skojarzonym z UPA – śmieje się. – Kontrolerzy w pociągu podmiejskim, dowiedziawszy się, że jestem Ukraińcem, chcieli chyba nawiązać ze mną kontakt i zagadnęli: Ukrainiec? Czyli UPA?

Czas przeszły

Oczywiście – przyznaje Roksana Vikaluk – w naszej wspólnej historii dużo jest trudnych momentów. Nieraz zdarzało mi się o nich z moimi polskimi przyjaciółmi i znajomymi rozmawiać. W tych dyskusjach nie było zacietrzewienia, próbowaliśmy widzieć racje dwóch stron. Chciałabym, byśmy – my, Polacy i Ukraińcy – wybaczyli sobie nawzajem wyrządzone krzywdy. Stefan Bandera i UPA to sprawy, których ja sama sobie jeszcze w pełni nie wyjaśniłam. Ale wiem jedno: walczyli o wolność Ukrainy. I będzie sprawiedliwie, jeśli ten fakt i jego pierwszorzędne znaczenie dla naszej historii zrozumie świat. Dziś historia Ukrainy, również dla samych Ukraińców, wciąż w wielu miejscach pozostaje jeszcze za mgłą.

Podobne doświadczenie jest udziałem Ewy. Opowiada: – Wiele osób tutaj pyta mnie, co myślę o Banderze i UPA. To bolesne sprawy, spowodowały wiele niezawinionego cierpienia. Sama idea walki o wolność Ukrainy jest mi jednak bliska. Nie jest przecież tak, że do czasu pojawienia się Bandery wszystko ze strony Polaków wobec Ukraińców było OK, a Ukraińcy bez powodu rozpoczęli walkę. Historii nie zmienimy. Wy macie swoją opowieść o tym, jak Kozacy czy banderowcy znęcali się nad polskimi kobietami, a maleńkie dzieci nabijali na płoty. My mamy podobną – o tym, jak Polacy rozpruwali brzuchy naszym kobietom i zaszywali w nich koty… Za trudne relacje między naszymi narodami odpowiedzialne są obie strony. Historię trzeba pamiętać, ale nie można żyć tylko przeszłością. Czas, byśmy spróbowali sobie nawzajem wybaczyć.

Podobnie widzi te sprawy Ołeś Jakymiw. – Nie można liczyć historii od 1943 r. Wrócimy do roku 1918, kiedy Polska nie brała pod uwagę ukraińskich starań o niepodległość, wrócimy do Chmielnickiego… Zastanawiam się, czy Związek Kresowiaków, podnosząc ciągle sprawy walk polsko-ukraińskich z ostatniej wojny, nie pomaga trochę Erice Steinbach? Nie chodzi o to, żeby zacierać przeszłość i twierdzić, że między naszymi narodami zawsze było dobrze. Przeciwny jestem jednak, aby w dyskusjach o naszej historii przerzucać się liczbami: ilu Polaków zginęło z rąk UPA, a ilu Ukraińców z rąk AK. Każde życie jest ważne i każdy mord był złem. Przeciwny jestem również, aby w dyskusjach o wydarzeniach na Wołyniu używać takich sformułowań jak „ludobójstwo”. Wtedy polskie akcje odwetowe też trzeba by nazwać ludobójstwem. Istnieją dwie strony tego dramatu. Chciałbym, żeby taką historię, w której pamięta się o tym, poznawał mój synek w polskiej szkole. I wolałbym, aby nasze narody bardziej patrzyły w przyszłość niż w przeszłość, byśmy się nawzajem wspierali. Czy nie do tego wzywał nas Jan Paweł II podczas swojej pielgrzymki na Ukrainę w 2001 r.?

Na pewno potrzeba czasu i wielu starań, aby się nawzajem usłyszeć, ale przecież wiele już teraz się to udaje. W polsko-ukraińskim domu Joanny i Rusłana Sałamatinów nie ma trudnych tematów. – Nie jesteśmy z żoną – mówi Rusłan – na jakichś dwóch przeciwnych pozycjach, które musimy uzgodnić. Ja sam rozumiem polskie racje, ale bliskie są mi też racje ukraińskie. Oczywiście, pamiętam, że liczby ofiar na przykład na Wołyniu różnią się; wtedy ucierpiało więcej Polaków. Nie jestem tutaj typowym przypadkiem, bo o ile w Polsce wydarzenia na Wołyniu są powszechnie znane, stanowią część kodu kulturowego, o tyle na Ukrainie wiedza na ten temat jest wciąż bardzo mała. Oczywiście gdzieniegdzie istnieje świadomość tych zdarzeń, jednak dla zdecydowanej większości Ukraińców wciąż są to sprawy nieznane. Większa część nie ma zielonego pojęcia, o co w tych wszystkich polsko-ukraińskich animozjach chodzi. To się powoli zmienia, przed kilku laty wspomniane fakty historyczne znalazły wreszcie swoje miejsce w ukraińskich podręcznikach historii. Z drugiej strony – opowiada Rusłan – bardzo ucieszyły mnie ostatnio słowa prezydenta Kaczyńskiego, który na prawosławnym cmentarzu na warszawskiej Woli oddał hołd Ukraińcom poległym w bitwie warszawskiej 1920 roku. Przypomnienie tego faktu jest małym wyłomem w niedobrym stereotypie Ukraińca, który chyba ulega osłabieniu.

Czas przyszły

Badania pokazują, że Ukraińcy osiedlający się w Polsce bardzo dobrze się tu integrują, co czyni z nich najbardziej pożądaną grupę imigrantów. Badacze wskazują również na to, że napływ imigrantów z Ukrainy poprawił wizerunek mniejszości ukraińskiej w Polsce. Do niedawna postrzegana ona była bardzo często w kontekście konfliktu etnicznego lat czterdziestych. Napływ pracowników z Ukrainy w dużym stopniu przyczynił się do zanikania tego stereotypu. Osobiste, jednostkowe kontakty sprawiają, że spotykamy człowieka, a nie stereotyp. Spotykamy człowieka obarczonego historią swojego narodu, ale też swoim własnym, często niełatwym losem.

– Już bym tu nie przyjeżdżała – mówi Olena – ale wnuczka choruje na białaczkę i potrzebujemy pieniędzy na lekarstwa i dobre jedzenie dla niej. Córka nie zarobi, musi opiekować się małą, zięć nie może znaleźć pracy na Ukrainie. Muszę pomóc. Teraz jest lepiej, małej właśnie odrosły włosy, córka wiąże jej już kucyki. Boże, żeby tak już było, żeby tamto straszne nie wróciło.

– Jak się pracuje w biznesie, wszystko zależy od sytuacji na rynku – wyjaśnia Ołeś Jakymiw. Tymczasem dobrze się nam w Polsce żyje, lecz jeśli przyjdzie lepsza, ciekawsza propozycja ze świata – ruszymy w świat. Ale dopóki tu jesteśmy, chciałbym mieć swój mały udział w budowaniu dobrych relacji miedzy Polską a Ukrainą. Również dlatego przyłączyłem się do Towarzystwa Przyjaciół Ukrainy.

Ewa nie wiąże swojej przyszłości na stałe z Polską. – Popracuję tu jeszcze rok, może trzy lata i wrócę na Ukrainę. Nie muszę pracować w szkole, chciałabym jednak, żeby moja praca stwarzała mi możliwość korzystania z wiedzy, którą zdobyłam, studiując.

Roksana Vikaluk nagrała w Polsce dwie płyty i regularnie koncertuje, a teraz spełnia się jej wielkie marzenie: została zaproszona jako instrumentalistka do udziału w festiwalu muzyki elektronicznej „Schody do nieba”. Tu nie tylko rozkwitło jej śpiewanie, ale przytrafił się jej również teatr. Gra w Teatrze Żydowskim, skomponowała też muzykę do spektaklu, który wystawiony zostanie niebawem w Teatrze Rampa. – W Polsce czuję się u siebie, ale czy zawsze będę tu mieszkała, nie wiem. Idę tam – śmieje się Roksana – gdzie chcą mnie słuchać. Jeśli zechcą mnie na Marsie, tam też gotowa jestem ruszyć.

– Warszawa to już jest moje miasto – mówi Rusłan. Uświadomiłem to sobie niedawno, oprowadzając mojego kolegę z Ukrainy. Jestem dumny, że wiele zmienia się tutaj na lepsze, że miasto pięknieje. Mam satysfakcję, że mojej żonie, warszawiance, ja pierwszy pokazałem, że są trzy, a nie jedna kolumna Zygmunta. Bardzo lubię warszawskie biblioteki, spędzam w nich wiele czasu. Mam swoje ulubione knajpki. Dobrze mi tu, ale nie wykluczam, że będziemy kiedyś żyć gdzie indziej, być może na Ukrainie. Na szczęście, jak mawia żona: konieczność uwalnia od męki wyboru. Ale póki co, nie chciałbym wyjeżdżać z Polski.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Katarzyna Jabłońska

Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione.

Katarzyna Jabłońska – absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim, krytyk filmowy. Z WIĘZIĄ współpracuje od 1992 r., obecnie sekretarz redakcji pisma. Publikowała również w „Tygodniku Powszechnym”, „W drodze”, „Charakterach” i „Kwartalniku Filmowym”. Należy do Zespołu Laboratorium WIĘZI. Mieszka w Otwocku.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.