Jesień 2020, nr 3

Zamów

Trudno przyjaźnić się z papieżem. Na marginesie „Beskidzkich rekolekcji”

Wokół książki Wandy Półtawskiej Beskidzkie rekolekcje i reakcji na nią narasta coraz więcej nieporozumień. Dotyczą one przede wszystkim osoby autorki i istoty jej relacji z Karolem Wojtyłą. Jedni zastanawiają się, po co w ogóle opublikowała swoją książkę, zarzucają jej przeakcentowywanie swojej roli w życiu papieża. Inni zachwycają się odwagą jej wyznań i tym, że wreszcie pojawiła się kobieta u boku Jana Pawła II i odsłoniła jego ludzkie oblicze, przełamując monopol księży, którzy rościli sobie wyłączne prawa do przyjaźni z papieżem.

Do debaty włączył się „Tygodnik Powszechny” i „Gazeta Wyborcza”, wypowiadają się na jej temat biskupi, księża i świeccy, teologowie i publicyści – najczęściej z pobieżną jedynie znajomością Beskidzkich rekolekcji, a także życia Karola Wojtyły w jego wymiarze osobistym. Dyskusja zbacza chyba coraz bardziej z podstawowego tematu i zaczyna niebezpiecznie zbliżać się do pytań, kto był bliżej Jana Pawła II, kto miał na niego większy wpływ. Przy okazji ukazują się także żale, resentymenty i animozje, jak również bardzo obolałe tematy polskiego katolicyzmu, np. relacje świeckich i duchownych, rola i miejsce kobiety w Kościele.

Warto więc chyba – zastanawiając się nad istotą relacji Karola Wojtyły i Wandy Półtawskiej – skupić się na materiale zawartym w Beskidzkich rekolekcjach: nad tym co, a może przede wszystkim, jak pisze autorka książki. Jest to bowiem pozycja, której – ze względu na osobę Karola Wojtyły-Jana Pawła II i subtelność tej, bez wątpienia bardzo silnej relacji, w życiu tak Wandy Półtawskiej, jak i jej kierownika duchowego – należy się skupienie i namysł.

Wspomnienia, które nie powstały…

Zacznijmy więc od tytułu. Brzmi on: Beskidzkie rekolekcje. Dzieje przyjaźni księdza Karola Wojtyły z rodziną Półtawskich. Rodzina Półtawskich, czyli mąż Andrzej i córki, pojawiają się w tej książce jedynie na kilku zdjęciach z wizyt składanych w Watykanie, w adresach i dopiskach na końcu listów Karola Wojtyły i w kilku wspomnieniach autorki. Zatem tytuł książki nie oddaje jej treści, która skupia się wokół historii relacji Wandy Półtawskiej i Karola Wojtyły. Ten pierwszy, tytułowy „wybieg” można zrozumieć jedynie jako niechęć autorki i redaktorów publikacji do zbyt jawnego stawiania kropki nad „i”.

We wstępie zatytułowanym Geneza książki zawartych jest kilka sprzecznych informacji. Najpierw dowiadujemy się, że Jan Paweł II prosił Wandę Półtawską o napisanie wspomnień, na co odpowiedziała ona tekstami drukowanymi w następnych dwóch rozdziałach: Szukanie drogi i Spotkanie – które zostały napisane w 1993 roku i które papież czytał i zaakceptował. Te dwa teksty liczą 20 stron druku i zawierają traumatyczne wspomnienia z czasów okupacji, straszliwych lat spędzonych w obozie koncentracyjnym i opis prób duchowego odnalezienia się po wojnie. Kończy ten tekst spotkanie z ks. Wojtyłą w czasie spowiedzi w kościele Mariackim.

Te dwa rozdziały to tekst spokojny, głęboki, pełen duchowych refleksji i przeżyć. Można jedynie żałować, że autorka przerwała pisanie tego rodzaju wspomnień, do których zachęcał ją przyjaciel i duchowy przewodnik. Nawet jeśli uznano, że nie był to jeszcze czas na ich publikację, to przecież taki tekst – pisany w skupieniu i z dystansem, być może wspólnie z papieżem czy pod jego kierunkiem i inspiracją – stanowiłby dziś ogromnie ważny materiał. Zatem „wspomnienia” – mimo papieskiej zachęty – nie powstały. A szkoda…

Jan Paweł II – w liście z 20 X 1978 r., pisanym tuż po wyborze na papieża – prosi Wandę Półtawską:

Chciałbym bardzo, żebyś przejrzała dokładnie wszystkie Twoje „zeszyty”, żebyś zrobiła ten wybór tekstów, o którym Ci mówiłem, a resztę po prostu zniszczysz. Ale wybór koniecznie trzeba zrobić, bo są tam wspaniałe – zwłaszcza w pierwszym okresie: droga oświecająca. Później coraz bardziej dochodzi do głosu wewnętrzne cierpienie oraz kłopoty życia (s.354).

Inny poważny problem to: czy można powiedzieć, że wszystkie teksty zawarte w Beskidzkich rekolekcjach zostały „zaakceptowane” przez Jana Pawła II? I w jakim sensie zaakceptowane? Problem jest istotny, bo większość piszących na ten temat powołuje się na słowa Wandy Półtawskiej z Genezy książki:

Ojciec Święty czytał wszystkie te teksty i wszystkie je zaakceptował. Nie ma w tej książce żadnej strony niezaakceptowanej przez niego. Dopiero rozdział końcowy, który zadedykowałam „rodzinie i przyjaciołom” powstał obecnie i tego tekstu on już nie czytał, ale znał oczywiście opisane w nim zdarzenia (s. 14).

Z pewnością notatki Wandy Półtawskiej pisane przez kilkadziesiąt lat dla ks. Karola Wojtyły-Jana Pawła II były – o czym świadczą listy – uważnie czytane przez adresata, czasem komentowane oraz oceniane pod względem poprawności teologicznej i rozwoju duchowego autorki. Czy jednak zostały i czy mogły być zaakceptowane, zwłaszcza jako książka zredagowana do druku? Tego powiedzieć, rzecz jasna, nie można. Pomysł i kształt tej książki powstał już po śmierci papieża i niczego on tu nie „akceptował”, ani niczego nie odrzucał.

Jak w ogóle ktoś, kto jest niezwykle subtelnym, wrażliwym i wnikliwym kierownikiem duchowym, może akceptować (bądź nie) refleksje duchowe swojego penitenta? On je po prostu przyjmuje, czyta i powierza Bogu w modlitwie! Gdyby ks. Wojtyła oceniał w taki sposób duchowe notatki bliskiej osoby, świadczyłoby to o jego autorytaryzmie jako spowiednika i ta cecha mogłaby rzeczywiście stanowić przeszkodę w procesie beatyfikacyjnym. Nie ma jednak jakichkolwiek dowodów, że tak robił, zatem pani Półtawska – publikując swoje spisywane przez lata refleksje – niepotrzebnie posługuje się i wspiera papieskim autorytetem. Miała, oczywiście, prawo podać je do publicznej wiadomości, jednak nie może twierdzić ani, że to Jan Paweł II ją o to prosił, ani że te teksty, w taki sposób zebrane i wydane w książce, w jakikolwiek sposób zaakceptował.

Kolejnym nieporozumieniem jest opisywana w mediach polskich i włoskich zawartość książki. Nie jest to wymiana korespondencji między papieżem, przedtem ks. Wojtyłą, a Wandą Półtawską. Niestety, nawet sama autorka przyczynia się nieco do zamętu, tak mówiąc o zebranym przez siebie materiale w rozmowie z ks. Adamem Bonieckim w „Tygodniku Powszechnym”: „To nie jest «powieść o…», ale publikacja listów do mojego spowiednika i jego odpowiedzi do mnie”.

Co natomiast widzimy, biorąc do ręki książkę Beskidzkie rekolekcje? Jest to przede wszystkim duchowy dziennik autorki z uwagami na marginesach, jakie od czasu do czasu przekazuje jej kierownik duchowy. W całej, prawie 600-stronicowej, książce znajdziemy tylko 42 strony listów, refleksji i modlitw pisanych przez Karola Wojtyłę dla Wandy Półtawskiej, a cała reszta, czyli około 500 stron druku, to wybrane fragmenty intymnych zapisków autorki sporządzanych dla ks. Wojtyły, diariusz jej podróży prawie dookoła świata z roku 1967, dramatyczne próby poradzenia sobie z własnym życiem w Krakowie po 16 X 1978. Ponad 200 stron zajmują wreszcie opisy przyrody znad Wisłoka, miejsca wspólnych wakacji ks. Wojtyły i małżonków Półtawskich. Do miejsc tych, po październiku 1978, przez ponad 27 lat Wanda Półtawska wielokrotnie w ciągu każdego roku pielgrzymuje, żeby żyć wspomnieniami „beskidzkich rekolekcji”. Mimo takich proporcji swojej książki (42 strony oryginalnego tekstu Wojtyły i 500 stron tekstu własnego) pani Półtawska twierdzi, że napisała ją, żeby „dać świadectwo” i dlatego, że ludzie „mają prawo znać swoich świętych”.

Kto zatem jest bohaterem tej książki – ks. Wojtyła, rodzina Półtawskich, duchowa przyjaźń między nimi, czy też sama autorka? Kogo najlepiej poznajemy z jej kart? Czego naprawdę dowiadujemy się po jej dokładnym przeczytaniu?

Dowiadujemy się, bez wątpienia, że ks. Karol Wojtyła był znakomitym, bardzo odważnie i nowocześnie myślącym kierownikiem duchowym, bez reszty oddanym swoim podopiecznym. Był skupiony na wsłuchiwaniu się w nich, nie szczędził im swego czasu, sił i energii, miał odwagę wchodzić w głębokie relacje duchowe i osobiste przyjaźnie, otwierał się przed swymi bliskimi, wspierał ich, towarzyszył ich życiu i życiu ich bliskich, opiekował się, prowadził, promował, dawał wsparcie duchowe i materialne. Jedną z takich osób bardzo mu bliskich, a może i najbliższych, była Wanda Półtawska.

Czy była jednak osobą najbliższą i jedyną? Tego powiedzieć nie sposób. Nie mamy po temu odpowiednich narzędzi w postaci wspomnień i dokumentów innych ludzi, którzy byli jego duchowymi dziećmi i przyjaciółmi przez wszystkie lata krakowskie, a potem rzymskie. Nikt, na przykład, z grona tzw. Środowiska, poza opublikowaniem w zbiorowej książce, wspomnień z relacji z Wujkiem, nie opublikował – póki co – swojej osobistej z nim korespondencji ani intymnych wspomnień, nie odezwał się też pełnym głosem żaden z przyjaciół-rówieśników papieża, żaden z jego najbliższych współpracowników czy domowników.

Kobiety w życiu ks. Wojtyły

Papiescy biografowie oraz ludzie, którzy go osobiście znali i towarzyszyli mu, wiedzą jednak dobrze o intensywnej obecności w życiu Karola Wojtyły wielu osób, w tym co najmniej kilku ważnych i niezwykłych kobiet.

Przyjaciółkami jego młodości, dzielącymi wspólne teatralne pasje, były Halina Kwiatkowska i Danuta Michałowska, które znały go nawet nie pięćdziesiąt lat, a blisko siedemdziesiąt… Kontakty te przetrwały do końca życia papieża. Danuta Michałowska przyjeżdżała do Watykanu, aby w prywatnym saloniku przedstawiać mu swoje monodramy. Nagrywane przez nią recytacje Jan Paweł II wybierał sobie często jako medytacje w trakcie swoich osobistych rekolekcji. Każda z obu wymienionych pań ma w swoich zbiorach wieloletnią bardzo osobistą korespondencję z przyjacielem z Watykanu.

Właścicielkami takich korespondencji i wielu bardzo osobistych wspomnień są też bez wątpienia Danuta i Maria Ciesielskie, żona i córka Jerzego Ciesielskiego, bardzo bliskiego przyjaciela i duchowego podopiecznego ks. Wojtyły. Danuta i Jerzy Ciesielscy byli młodą parą z tzw. Środowiska, w rozmowach z którymi rodziła się wizja miłości kobiety i mężczyzny zawarta w Miłości i odpowiedzialności. Po tragicznej śmierci Jerzego – którego proces beatyfikacyjny trwa – bp Wojtyła czuł się odpowiedzialny za los osieroconej żony i córki, której starał się ojcować.

Innymi, bez wątpienia bardzo istotnymi kobietami w życiu Jana Pawła II były dwie siostry zakonne: s. dr Emilia Ehrlich i s. Tobiana. Siostra Ehrlich przez wiele lat była osobistą sekretarką papieża, służąc mu także swoją kompetencją w zakresie wiedzy teologicznej, zwłaszcza biblijnej. Swoje wielkie archiwum przekazała przed śmiercią do Ośrodka Dokumentacji i Studium Pontyfikatu Jana Pawła II w Rzymie, gdzie czeka ono na analizy badaczy.

Siostra Tobiana jest osobą, która wraz z gronem sióstr sercanek organizowała papieski dom, a potem opiekowała się chorym papieżem, towarzyszyła mu we wszystkich pielgrzymkach, była jedyną kobietą obecną podczas Mszy w jerozolimskim Wieczerniku odprawianej przez Jana Pawła II w 2000 roku. To właśnie do niej umierający papież skierował swoje ostatnie słowa: „Pozwólcie mi odejść”.

Wszystkie te intensywnie osobiste relacje – jak również wiele innych, o których nie wiemy i wiedzieć nie możemy – miały głębokie podłoże duchowe i emocjonalne. Jan Paweł II miał wielkie serce, nie bał się kobiet i nie bał się wchodzenia w mocne, autentyczne związki. Dlaczego miałby się tego obawiać, jeśli serio traktował swoje powołanie i wiedział dobrze, jak wiele oblicz może mieć miłość? Jeśli dziś, po 27 latach pontyfikatu, ktoś jest tym zaskoczony i mówi, że o tym nie wiedział – znaczy to jedynie, że słabo znał osobę Jana Pawła II.

Dlaczego jednak do tej pory nikt z osób bardzo bliskich Karolowi Wojtyle nic na ten temat nie powiedział głośno i publicznie? Nie ma jasnej odpowiedzi na to pytanie, możemy jedynie przypuszczać, że albo jest dla nich za wcześnie – bo powoli dopiero teraz wychodzą z żałoby po tak bliskiej osobie – albo nie chcą tego robić. Istotą związków głęboko intymnych jest dyskrecja, która chroni to, co najważniejsze, przed okiem osób postronnych i wystarczy jej, że wiem ja, ty i Bóg… Jednak, oczywiście, nie każdy musi mieć takie rozumienie przyjaźni czy miłości, i bez wątpienia ma do tego prawo.

Takie prawo ma również pani Wanda Półtawska. W jej książce jest jednak pewien niepokojący aspekt. Być może właśnie to powoduje, że książka ta budzi niezdrowe emocje i rodzi wątpliwości. Otóż, dokonuje ona zabiegu swoistej „redukcji transcendentalnej” rzeczywistości, ograniczając świat do intymnej relacji „ja-Brat”, a cała reszta w tle. Czytamy bowiem: „Posuwają się lata – wspólna praca” (s.303). Dowiadujemy się, że każdy dzień zaczynał się wspólną Mszą świętą, a kończył wspólną medytacją:

mieliśmy tradycję wspólnego rozmyślania rano po Mszy św. Ksiądz Wojtyła wybierał tekst, nad którym rozmyślaliśmy w ciągu dnia i omawialiśmy go wieczorem. Ale gdy ktoś z nas wyjeżdżał, on pisał dla mnie teksty przeznaczone na każdy dzień, a ja ze swej strony pisałam, co myślę na dany temat – trochę tak jak „zadanie domowe” – w zeszycie, który mu dawałam po spotkaniu. Czytał to zawsze i niekiedy robił swoje uwagi (s. 13).

Razem spędzali wakacje i święta. Czy ktoś jeszcze w tak wypełnionym wspólnym świecie mógłby mieć miejsce?

Tak opisując swoją relację z ks. Wojtyłą, pani Półtawska nie zaznacza jednak, że Msze były odprawiane w kościele Mariackim, a potem spotkanie w gronie innych bliskich osób, domowników na Franciszkańskiej, podobnie jak wieczorne modlitwy i medytacje. Wspólne wakacje trwały tydzień albo 10 dni, bo potem ks. Karol – a później: biskup, kardynał, aż wreszcie papież – spędzał je z innymi swoimi przyjaciółmi. Podobnie zresztą święta.

To samo dotyczy listów, modlitw i przygotowywanych codziennie do medytacji fragmentów Pisma Świętego. Listy z podróży ks. Wojtyła pisał do różnych swoich przyjaciół, dzieląc się myślami i doświadczeniami. Jego specyficzną metodą prowadzenia duchowego było właśnie uczenie swoich podopiecznych modlitwy opartej o wybrane fragmenty Biblii.

Wanda Półtawska o tym wszystkim, oczywiście, wie, ale nie zaznacza tego w swojej książce. Dlaczego? Taki kontekst pozwalałby inaczej rozłożyć akcenty, zobaczyć całość, a nie jedynie wybrany szczegół. Szkoda, bo ten zabieg odbiera część wiarygodności książce i temu świadectwu, które chce dać pani Półtawska. Zresztą nie można mówić po uważnej lekturze tej książki o jej znaczeniu obiektywnym, jeśli jej lwia część składa się z dziennika intymnego autorki, który – na skutek samej swej formy – tekstem obiektywnym być nie może. Listy Wojtyły są porozrzucane po tekście, nieułożone w jakimkolwiek porządku chronologicznym i – jak już pisałam – nie towarzyszą im listy Półtawskiej, tak więc nie możemy tu w pełni śledzić ani rozwoju relacji udokumentowanej listami, ani wspólnej wymiany myśli.

Wanda Półtawska bez wątpienia posiada o wiele więcej korespondencji z Janem Pawłem II niż tylko opublikowane w Beskidzkich rekolekcjach 42 listy. Dlaczego więc w książce, której bohaterem ma być papież i ich wzajemna przyjaźń, zamiast drukować swoje własne notatki, nie podaje do druku papieskich i swoich listów? Dlaczego te listy stają się jakąś niezdrową sensacją teraz, po czterech latach od rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego – a ich brak przy przygotowywaniu positio może wpływać na opóźnienie procesu?

Zgadzam się w zupełności z ks. Adamem Bonieckim, że nie chodzi tu o jakikolwiek pośpiech, ani o to, że treść tych listów może podważać świętość osoby Jana Pawła II. Wręcz przeciwnie – uważam, że ją potwierdza, a nawet wzmacnia. Istota problemu nie na tym polega. Chodzi o to, że – jak wiemy wszyscy – przed rozpoczęciem każdego procesu beatyfikacyjnego w kościołach i w mediach katolickich ogłaszane jest wezwanie Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych do wiernych. Każdy, kto posiada jakiekolwiek dokumenty dotyczące Sługi Bożego, ma obowiązek złożyć je u postulatora procesu. Większość przyjaciół Jana Pawła II skserowała swoje dokumenty, liczące czasem kilka tomów, i przekazała je. Gdyby również pani Półtawska to zrobiła, dziś odkrycie jej korespondencji z papieżem nie musiałoby spowalniać procesu, w momencie, gdy jest on już poważnie zaawansowany. Dlaczego tego nie zrobiła i dlaczego obecnie podaje do wiadomości publicznej tylko mały fragmencik tego, co zapewne ma, wydając na początku 2009 roku swoją bardzo osobistą książkę? Jeśli podjęła decyzję, że nie chce oddawać swoich osobistych pamiątek postulatorowi, dlaczego robi to teraz publicznie? Nie znamy odpowiedzi.

Duchowa przyjaźń

Powyższe uwagi miały na celu próbę wyjaśnienia niejasności i nieporozumień, piętrzących się w mediach polskich i zagranicznych wokół książki i osoby Wandy Półtawskiej. Nie rozwiały ich bowiem ani „Tygodnik Powszechny”, ani bardzo zresztą profesjonalnie napisany cykl reportaży Aleksandry Klich w „Gazecie Wyborczej”. Przyjrzyjmy się zatem samej książce.

Beskidzkich rekolekcji, które w swej istocie są pamiętnikiem duszy autorki – nie można oceniać. Można natomiast, a nawet trzeba skłonić głowę przed cierpieniem autorki książki, straszliwymi doświadczeniami wojennymi, które pozostawiły niezamazywalne ślady na jej duszy i ciele. Wzbudzają wielki szacunek jej duchowe zmagania i poszukiwania prawdy o człowieku i Bogu, jej odważne, często rozedrgane pytania i próby odpowiedzi, jej niezależność myślenia. Ślady tego wszystkiego odkrywamy w książce i są to jej najlepsze i najwartościowsze stronnice. Jest w pani Wandzie Półtawskiej wielka pasja, energia działania, pragnienie życia według wyznawanych wartości, moc kobiecego współodczuwania z ludźmi, których kocha.

Ogromne wrażenie zrobił na mnie fragment książki, w którym Wanda Półtawska doświadcza na swoim ciele cudu uzdrowienia i opis, w jaki sposób przeżywa i próbuje zrozumieć w sobie to metafizyczne doświadczenie. Autentyczność tych opisów zmagania – przemieszania wdzięczności, radości, złości i bólu – podnosi je do rangi bardzo cennych, rzadkich w polskiej literaturze religijnej tekstów. Równie wartościowe, pełne głębokiego przeżycia, zanurzone w doświadczeniu codzienności, są niektóre jej medytacje wokół tekstów biblijnych. Gdyby cała książka składała się z takich opisów przeżyć wewnętrznych i medytacji, byłaby wielkim świadectwem duchowej drogi trwającej ponad 50 lat, prowadzącej przez wzloty i upadki, życiowe zakręty i kolejne olśnienia. Byłby to piękny obraz stawania się człowieka pod czułym i czujnym okiem duchowego przewodnika, jakim był ks. Wojtyła. Taki zapewne był zamysł i plan papieża, kiedy prosił dr. Półtawską o napisanie wspomnień, o nieniszczenie swoich duchowych notatek, o danie świadectwa. Tak jednak się nie stało. Ciekawą, bardzo inspirującą duchowo lekturą możemy się cieszyć tylko przez kilka pierwszych rozdziałów.

W tych rozdziałach znajdujemy listy księdza, potem biskupa Wojtyły, pełne duchowych wskazań. Autor dzieli się w nich również własnym doświadczeniem modlitwy i wewnętrznej drogi ku Bogu. Są to fragmenty zupełnie bezcenne, bo w sposób naoczny odkrywają one duchowość Karola Wojtyły, jego sposób prowadzenia innych ku doświadczeniu Boga, przechodzenie przez kolejne etapy drogi oczyszczenia i oświecenia śladami św. Jana od Krzyża, którymi młodego Lolka prowadził kiedyś jego pierwszy mistrz – Jan Tyranowski. Te wskazówki, opisy i duchowe diagnozy dotyczące drogi, jaką przebywa dr Półtawska, pozostają jednak bez jakiejkolwiek z jej strony pogłębionej analizy w książce. Są jakby obok.

Gdyby obok listów i modlitw ks. Wojtyły pani Półtawska przedstawiła nam opis kierownictwa duchowego ks. Karola – jej zasługi dla zrozumienia osoby i myśli Jana Pawła II, w podstawowym wymiarze jego osobistej duchowości, byłyby nie do przeceniania. Tego rodzaju dokument stałby się materiałem źródłowym dla wielu prac naukowych z mistyki, życia duchowego, jak i z teologii.

Podobnie brakuje pogłębionej analizy duchowości Wojtyły. Na kartach jej codziennych zapisków – dla niego pisanych! – prawie nieobecne są istotne wydarzenia w życiu Kościoła, w jakich uczestniczy biskup, a potem kardynał Wojtyła. Mimo że Wanda Półtawska drukuje swoje notatki z lat sześćdziesiątych, czyli z okresu obrad II Soboru Watykańskiego, refleksja nad Soborem i pracami, jakie podejmował wówczas bp Wojtyła, jest prawie zupełnie nieobecna. Nie ma pogłębionej refleksji ani nad książkami, które pisał i wydawał, ani nad projektami, które realizował w diecezji krakowskiej. Nie ma Millenium, ani Synodu krakowskiego, ani choćby kościoła w Nowej Hucie. Nie ma prawie niczego, co stanowiło publiczną działalność metropolity krakowskiego, a potem papieża Jana Pawła II.

Jest tylko Brat i jej sprawy, które drobiazgowo dzień po dniu mu referuje, skupiając na sobie jego uwagę. To z nim, a nie ze swoim mężem Andrzejem, przeżywa chorobę i diagnozę, że ma nowotwór jelita grubego. Mimo tego, że bp Wojtyła jest wtedy na sesji Soboru w Rzymie, to jemu, a nie mężowi w domu, zwierza się ze swych stanów psychicznych i duchowych, aż po najintymniejszą fizjologię. Dopiero po kilku tygodniach takiej wymiany listów Karol Wojtyła prosi, żeby jednak poinformowała o swojej sytuacji męża, bo jego to też dotyczy.

Najistotniejszy dla zrozumienia genezy tej książki jest ostatni rozdział I części zatytułowany Wielki zakręt dziejów. Jest to zapis zdarzeń całego roku 1978, czyli tzw. „roku trzech papieży” – aż do Wielkanocy 1979 roku (z tego okresu pochodzi ostatni cytowany list Jana Pawła II). Wanda Półtawska przywołuje zdarzenia, których była świadkiem i uczestnikiem, świadczące o tym, że w wymiarze duchowym – od śmierci Pawła VI – Karol Wojtyła „wiedział”, ze zostanie papieżem i przygotowywał się do tego wewnętrznie.

Ponownie mamy zatem sytuację, że fragmenty listów, notatek i cytaty z rozmów przed konklawe – między kard. Wojtyłą a rodziną Półtawskich – mają kolosalne znaczenie dla dalszych badań nad pontyfikatem i osobą papieża. I znowu – szkoda, że do nich autorka się nie ograniczyła. Inny bowiem charakter mają jej osobiste zapiski po 16 X 1978 roku, publikowane zresztą bez dystansu do jej ówczesnych przeżyć. Są tam myśli o śmierci, o kompletnej pustce, o tym, że nie może funkcjonować w relacji z Bogiem bez pośrednika, jakim był Brat:

Zakręt w historii świata. A ja jestem jak drzewo na uschłej nagle glebie. Jak dzwon pusty, który nie uchwycił rezonansu, bo brak serca! Jak las w jesieni bez nadziei wiosny. Jak powój, któremu zabrakło dębu – przecież przeżyliśmy razem tyle lat, kawał życia. […] Nawiedza mnie myśl o śmierci” (s. 360-361).

Wanda Półtawska otrzymała w tym czasie wielkie wsparcie ze strony nowo wybranego papieża. Jan Paweł II ofiarował jej swoje medytacje pisane w trakcie konklawe, dzwonił osobiście – jak można domniemywać z tekstu – zaraz po wyborze z zaproszeniem na inaugurację pontyfikatu, napisał wielki list, podsumowujący 20 lat ich relacji. Ona jednak wciąż szuka pomocy i pomysłu na swoje funkcjonowanie jako „siostra najwyższego kapłana”, jak sama pisze: „jakoś muszę odnaleźć właściwy sposób realizowania roli siostry Ojca Świętego” (s. 360). Dramatycznie szuka form i możliwości fizycznej obecności – tak jak dotąd, jak w Krakowie.

Tę wewnętrzną sytuację dr. Półtawskiej ilustruje opisane przez nią w Beskidzkich rekolekcjach spotkanie z ks. Tadeuszem Fedorowiczem w Laskach, do którego jedzie po radę i pomoc 12 listopada 1978 roku. Żeby w pełni zrozumieć ciężar gatunkowy tej rozmowy, trzeba wiedzieć, że ks. Fedorowicz był osobą, która po jej powrocie z obozu dała jej duchową pomoc, pokierowała jej powołaniem – wyborem studiów i małżeństwa. To on również zwrócił jej uwagę na młodego ks. Wojtyłę jako ewentualnego kierownika duchowego w Krakowie. Ks. Fedorowicz od lat pięćdziesiątych był spowiednikiem i bliskim przyjacielem ks. Wojtyły – i to właśnie jego, z kolei, polecił pani Wandzie Jan Paweł II jako duchowego opiekuna po swoim wyborze na papieża (obok drugiego swojego przyjaciela, ks. Mariana Jaworskiego, obecnie emerytowanego metropolity lwowskiego, zwanego w książce „Mariankiem”). Oto notatka dotycząca tego spotkania:

Usiłowałam porozmawiać z księdzem Tadeuszem, właściwie po to przyjechałam do Lasek – po pomoc, po radę i pociechę. Ale nie dostałam tego. Powiedział bardzo twardo: „No to co, że cię boli, to nikogo nie obchodzi, przyjaźń nie potrzebuje bliskości”. Potem dodał: „Pan Bóg cię rozpuścił, bo ci go dał” i kazał spalić wszystkie moje notatki i Twoje listy. Ale powiedział to poza spowiedzią i nie spalę ani jednego Twojego słowa. O Tobie powiedział, że „odrzuciłeś wszystko i wszystkich, oddając się Chrystusowi”. Ale mimo wszystko poprosiłam go o spowiedź (s.370).

Pani Wanda Półtawska nie rozumiała wówczas, że duchowa przyjaźń, czy nawet miłość, nie potrzebują fizycznej bliskości – dlatego walczy o wewnętrzne rozumienie swojej obecności przy boku, teraz już, papieża Jana Pawła II. „Obudziłam się z poczuciem samotności – ja i Bóg, i nie ma pośrednika!” (s. 376). Pisze do niego listy, nie wiemy jakie i ile – bo ich nie publikuje. Wiemy jednak, że musiało ich być kilka między końcem listopada a Bożym Narodzeniem 1978, jeśli Jan Paweł II w liście pisanym do niej w Wigilię – mimo tego, że pani Półtawska cały grudzień i święta spędza w Watykanie – pisze, że przeczytał wszystkie jej listy:

Dziś jest Wigilia Bożego Narodzenia. Razem usiądziemy przy stole, razem będziemy śpiewali kolędy, będziemy się łamać opłatkiem i składać sobie życzenia. Ponieważ nie wszystko można w tych życzeniach wypowiadać, więc piszę. Piszę, odpisując poniekąd na listy, które od Ciebie otrzymałem w ostatnim okresie (s. 377).

Wszystko to działo się w pierwszych tygodniach pontyfikatu Jana Pawła Wielkiego, kiedy zmagał się w modlitwie i działaniu z rozumieniem swojego wielkiego wybrania i z wizją Kościoła XXI wieku, który przyszło mu kształtować. W takim właśnie momencie jego przyjaciółka zmagała się z pytaniem, kim ona ma przy nim być i jak nie stracić tego wsparcia, które je dawał przez wcześniejsze dwadzieścia lat. Po kilku miesiącach Jan Paweł II znajduje rozwiązanie, które umożliwia dr. Półtawskiej kilkakrotne w roku przyjazdy do Rzymu, nie cofa swojego duchowego kierownictwa i obiecuje nadal, jak dotąd, czytać jej notatki .

Na tym kończy się opis relacji, druga część książki składa się bowiem z sentymentalnych opisów miejsc biwaków nad Wisłokiem, które przez lata razem odbywali i do których aż do dziś Wanda Półtawska pielgrzymuje po duchowe wsparcie i po to, by wspominać.

Jak słabo znamy Jana Pawła…

Problem z książką Wandy Półtawskiej polega, moim zdaniem, na tym, że drukowanie fragmentów swojego intymnego dziennika – pisanego językiem pełnym emocji i dość sentymentalnym – zawsze rodzi niebezpieczeństwo bycia źle zrozumianym. Czy zresztą można dyskutować ze świadectwem czyichś przeżyć, poddawać je obiektywizacji i konfrontacji ze światem zewnętrznym? Tego nie da się – i chyba nie należy – robić.

Nieporozumienie zaczyna się w momencie, kiedy recenzenci i czytelnicy takiego dokumentu nie dostrzegają rzeczywistej formy takich zapisków i traktują je jako pełny historyczny zapis zdarzeń sprzed lat. A w taki właśnie sposób postąpiła większość osób piszących na temat ksiązki i osoby pani Półtawskiej – z cyklem drukowanym w „Gazecie Wyborczej” na czele. Nie sprawdzili oni i nie zanalizowali, co działo się równocześnie w życiu ks. Karola Wojtyły – z kim w danym okresie pracował, z kim spędzał czas, z kim się przyjaźnił, kogo prowadził jako kierownik duchowy.

Klasycznym przykładem jest tu liryczny i pełen dramatyzmu fragment, w którym Wanda Półtawska pisze o tym, jak – zaraz po wyborze na papieża – Jan Paweł II w ciszy i samotności swojego watykańskiego gabinetu zasiadł, by napisać wielki list do swojej przyjaciółki. Faktem historycznym jest natomiast – wiedzą o tym papiescy przyjaciele i biografowie – że zaraz po wyborze, w ciągu kilku dni, między 16 a 22 października 1978 r., papież napisał listy do wielu bliskich sobie osób. W ten sposób podsumowywał swoje dotychczasowe życie i w pewien sposób żegnał się z przyjaciółmi, dziękując za wspólne lata i wydobywając istotowy wymiar tych licznych przyjaźni. Takie listy z pewnością otrzymali prof. Stefan Swieżawski, ks. Tadeusz Fedorowicz i wiele najbliższych osób z tzw. Środowiska.

Kolejny problem piszących o Beskidzkich rekolekcjach to merytoryczna ocena wpływu dr. Półtawskiej na nauczanie Karola Wojtyły-Jana Pawła II. Zdumiały mnie zwłaszcza wypowiedzi Jarosława Makowskiego w „Gazecie Wyborczej” i Tomasza Terlikowskiego w „Rzeczpospolitej”, ogłaszające Wandę Półtawską polską Adrienne von Speyr. Ta wielka mistyczka, autorka kilku wybitnych dzieł teologicznych, była tak potężną inspiratorką twórczości Hansa Ursa von Balthasara, że uważał on nawet, iż jej dzieła należy wydać wcześniej niż jego własne pisma. On sam jest natomiast jednym z największych współczesnych teologów. Ich relacja była głęboko duchowa, partnerska, a być może to nawet Adrienne była osobą duchowo dojrzalszą i to ona w pewnym sensie była mistrzynią duchową Balthasara. Stawianie Beskidzkich rekolekcji na równi z dziełami szwajcarskiej mistyczki wydaje się mocną przesadą.

Czy dr Wanda Półtawska jest kolejnym szaleńcem Bożym, jak sugeruje Michał Olszewski w „Tygodniku Powszechnym”, najbliższą przyjaciółką i powierniczką duchową Jana Pawła II? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Być może. Tego wiedzieć do końca nie możemy i nie należy o tym wyrokować – chociażby dlatego, że, jak już napisałam wcześniej, nie znamy świadectw innych, bliskich papieżowi osób, w tym kobiet.

Przesadne jest na pewno twierdzenie o silnym wpływie Wandy Półtawskiej na myślenie Karola Wojtyły. Badacze twórczości papieża – porównując jego myśl z tym, co pisze i mówi w swoich wystąpieniach publicznych autorka Beskidzkich rekolekcji – wiedzą dobrze, że nie miała ona wpływu ani na kształt wizji miłości zawartej w Miłości i odpowiedzialności, ani na papieską teologię ciała. Nurt przemian soborowych – co widać w zapiskach z lat sześćdziesiątych – również nie był jej bliski. Wyraźnie także to nie jej poglądy na miejsce i rolę kobiety w Kościele i w społeczeństwie leżą u podstaw nowego feminizmu postulowanego przez Jana Pawła II. Powyższe tezy, oczywiście, można obszernie udowodnić, badając porównawczo teksty Wojtyły i Półtawskiej na te tematy – i być może kiedyś taki artykuł powstanie. Nie ulega natomiast wątpliwości, że poglądy obojga przyjaciół na temat aborcji i antykoncepcji były ogromnie zbieżne.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Swoją książką Wanda Półtawska składa piękne świadectwo przyjaźni łączącej księdza i kobietę – relacji bardzo ważnej i twórczej duchowo w życiu każdego celibatariusza. Analizowaliśmy ten problem jakiś czas temu na łamach WIĘZI w rozmowie, jaką przeprowadziłam z o. Janem Andrzejem Kłoczowskim OP . Odwaga wejścia w taki związek, wierność i przejrzystość tej relacji – ukazują nam jeszcze jeden istotny wymiar oblicza Karola Wojtyły-Jana Pawła II jako człowieka.

Zamieszanie wokół Beskidzkich rekolekcji pokazuje, jak w gruncie rzeczy słabo znamy Jana Pawła II, jak wciąż na nowo musimy go odkrywać, zwłaszcza w wymiarze jego osobistych relacji z ludźmi. Dzięki książce Półtawskiej po raz pierwszy ujawnione zostały zręby stylu kierownictwa duchowego ks. Wojtyły. Co prawda, tylko zręby, ale… Tym samym otwarte zostały wspaniałe perspektywy bliższego poznania jego duchowości. Miejmy nadzieję, że ujawniane w przyszłości świadectwa innych osób – głęboko z nim związanych duchowo i przyjacielsko – będą przedstawiane i przyjmowane bez aury sensacji i żenujących niedomówień, zupełnie niepotrzebnych przy tak wielkim temacie.

___________________
Anna Karoń-Ostrowska – doktor filozofii, od 1993 redaktor WIĘZI, członek Zespołu Laboratorium WIĘZI. Współzałożycielka i członek Rady Programowej Instytutu Myśli Józefa Tischnera. Autorka książki Dramat spotkania człowieka z Bogiem i z drugim w myśli Karola Wojtyły-Jana Pawła II oraz współautorka Dzieci Soboru zadają pytania, Spotkanie (wywiad-rzeka z ks. Józefem Tischnerem) i Zapatrzenie. Rozmowy ze Stefanem Swieżawskim. Obecnie mieszka w Rzymie.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.