Lato 2021, nr 2

Zamów

Rzeczy bardzo delikatne

Któż z nas nie boi się rysów
Swojej obnażonej twarzy?

Roman Brandstaetter, „Rouault”

W latach siedemdziesiątych, kiedy Emilia trafiła na terapię grupową do ośrodka w Komorowie, w Polsce nie mogło być jeszcze mowy o czymś takim jak psychoterapia chrześcijańska. Wśród osób pracujących na oddziale nie brakowało jednak chrześcijan. Od jednej z terapeutek Emilia usłyszała, że po zakończeniu leczenia przydałaby się jej spowiedź. Dostała namiary na księdza, który do osób cierpiących psychicznie podchodził w szczególny sposób. –Wyspowiadałam się i myślę, że dopiero wtedy terapia była pełna. Nie ukrywam, że był to przełomowy moment dla rozwoju mojej wiary. W ośrodku przeżyłam nawrócenie i jak to zwykle bywa, była to dla mnie sytuacja spektakularna – opowiada pełnym ciepła głosem. „Na pewno nie wróci pani do ośrodka, jest pani zdrowa w 100%” brzmiały słowa psychiatry podsumowujące leczenie. Rzeczywiście do Komorowa nie wróciła – w sprawie, z którą się tutaj uporała, nie była jej już potrzebna pomoc.

Z powodzeniem rozpoczęła pracę pedagoga, a prowadzone przez nią warsztaty dla rodziców spotykały się z dużym zainteresowaniem. Cieszyła się swoim mężem i dwójką dorastających synów. Kryzys po dwudziestu latach małżeństwa zupełnie ich zaskoczył. Po pomoc zwrócili się do jednej z chrześcijańskich placówek psychologicznych – skorzystania z innego ośrodka Emilia sobie nie wyobraża.

– Wiedzieliśmy, że sami z mężem nie pchniemy tego tematu. Trzeba było osoby trzeciej, ale zależało mi, żeby był to ktoś przy kim mogę się odwoływać do Boga, licząc na to samo z jego strony – wspomina Emilia. – To było dla mnie doświadczenie, którego nie byłabym w stanie przejść bez psychoterapeuty chrześcijańskiego. Poszłam tam z bardzo poważnymi problemami z przeszłości, które teraz się ujawniły. Chodzi o wykorzystanie seksualne, próby gwałtów – te bolesne przeżycia na całe lata wymazałam z pamięci. Okazało się, że miały one zasadniczy wpływ nie tylko na przebieg mojego życia osobistego, ale także na relację z moim mężem. Kiedy tego dotknęłam, rana była tak bolesna, że bez opieki Chrystusa przebaczenie nie było możliwe. No jak to? Zrobiono mi taką krzywdę i ja mam teraz patrzeć na tego kogoś jak na bliźniego, mam go kochać? – ostatnie słowo Emilia akcentuje szczególnie wyraźnie. – Jak to zrobić? Bez chrześcijańskiej miłości, bez interwencji Jezusa, to niemożliwe. W czasie trwania terapii nie byłam jednak w stanie modlić się, nie byłam w stanie wołać Boga o pomoc, choć chciałam.

Psychoterapeuta, wiedząc o tych wysiłkach, podczas jednej z sesji spytał, czy chciałaby, aby on sam modlił się w jej imieniu. Wypowiadał słowa prośby o łaskę przebaczenia, których jej usta nie były w stanie wymówić. Ona z opuszczonymi rękoma siedziała obok, przyjmując to, co się dzieje. – Bez tej modlitwy nie rozpoczęłaby się moja droga zdrowienia, wychodzenia na prostą – mówi Emilia. – Dzięki temu miałam siłę dalej uczestniczyć w terapii, teraz już z mężem. To było wielkie przedsięwzięcie, które udało się nam przejść w bardzo krótkim czasie, z wielką mocą i z najpiękniejszymi na świecie owocami.

Zazwyczaj taką drogę pokonuje się przez dwa lata. Emilii wystarczyły dwa miesiące. – To dzięki otwarciu się na łaskę i dzięki interwencji Bożej – uważa. Terapia zakończyła się sześć lat temu. Dziś Emilia sama wspomaga pracę jednego z katolickich ośrodków pomocy psychologicznej. Historią swojego wyjścia z cierpienia dzieli się także z tymi, którzy potrzebują umocnienia. – Proszę mi nie dziękować – kończy naszą rozmowę. – To jest tak cenne, że nie mogę tego trzymać dla siebie. Mam obowiązek o tym opowiadać, choć to trudne. Gdybym się tym nie dzieliła, ta radość w końcu by we mnie umarła.

Wybór

– Wiele osób twierdzi, że spraw duchowych i psychicznych nie powinno się mieszać. A ja uważam, że człowiek jest jednością psycho-fizyczno-duchową, czyli na równi funkcjonują w nim ciało, dusza i psychika. Oddzielanie którejś z tych trzech sfer może być szkodliwe, tym bardziej, że dla wielu osób sfera duchowa jest bardzo istotna. W wielu przypadkach takie rozdzielanie jest w ogóle niemożliwe – mówi Anna Pycel-Ukalska z Ośrodka Pschoterapii INIGO działającego przy kościele pw. św. Pawła w Lublinie przy ul.Bernardyńsiej 5 – Oczywiście przyjmujemy wszystkich pacjentów, także tych, dla których duchowość jest mniej ważna, osoby niewierzące czy wyznawców innych religii niż chrześcijańska. Z reguły nie pytam o wiarę wprost, ta kwestia samoistnie wypływa podczas pierwszych spotkań. Jeśli okazuje się, że wartości chrześcijańskie są dla pacjentów istotne, chętnie odwołuję się do nich w tracie prowadzonej terapii, tym bardziej, że mogą okazać się bardzo leczące. Na bieżąco współpracujemy również z lekarzami – głównie psychiatrami oraz z księżmi, gdyż wiele problemów z którymi zgłaszają się do nas pacjenci ma charakter czysto somatyczny czy duchowy, w związku z czym nasz udział w procesie zdrowienia ma wówczas charakter wspomagający.

Czy na stronie internetowej pisać „psychoterapia chrześcijańska”, czy raczej „psychoterapia, która szanuje wartości chrześcijańskie”? – zastanawiali się członkowie fundacji INIGO podczas swojego ostatniego spotkania. Debata nad tym problemem trwała długo.

– Niektórzy, przeczytawszy, że to psychoterapia chrześcijańska, uznają to za dobry znak. Inni powiedzą: „o, to nie dla mnie, ja nie mam nic wspólnego z tymi wartościami” – tłumaczy te dylematy ks. Marek Szołdra, również związany z INIGO. – Dla uczciwości – kontynuuje ks. Szołdra – na folderach informacyjnych kwestia światopoglądu powinna wybrzmieć, ale nazwa „psychoterapia chrześcijańska” w moim przekonaniu nie powinna być nadużywana jako etykieta dla konkretnego gabinetu czy jakiejś grupy psychoterapeutów. Nie chodzi przecież o wartościowanie przez taką nazwę, czy o przekonywanie, że to jest coś lepszego, ale o wskazanie na to, że szanowane są pewne wartości i ten bardzo istotny wymiar życia, jakim jest relacja z Bogiem. Nie chciałbym wyprowadzić takiego wniosku, że ktoś jest bardziej skuteczny ze względu na to, że jest wierzący. To zawsze kwestia warsztatu wypracowanego przez konkretnego psychoterapeutę, jego zaangażowania i dojrzałości.

Według Urszuli Łuchniak, psycholog pracującej w poradni psychologiczno-religijnej na Jasnej Górze, o czymś takim jak psychoterapia chrześcijańska w ogóle nie może być mowy. – A czy istnieje medycyna chrześcijańska? – pyta retorycznie. Sama w psychoterapii nigdy nie porusza tematu Boga. – Jeśli wiem, że mój pacjent jest wierzący, mam tę informację gdzieś z tyłu głowy, ale podczas terapii nie zajmuję się tym. Nie włączam też modlitwy do sesji, bo nie ma na nią miejsca ani nie ma takiej potrzeby. Pracuję nad osobowością pacjenta, jego psychiką, a nie nad duchowością. Jeżeli ktoś ma największe problemy właśnie z nią, to choć sama mam wykształcenie teologiczne, odsyłam go do kierownika duchowego lub spowiednika.

A w środku mi zimno

Przez znajomych Marzena uważana jest za kobietę sukcesu. Trzydziestolatka związana z mediami i branżą public relation, po studiach doskonale odnalazła się na rynku pracy. Tylko najbliżsi przyjaciele znają jednak wszystkie jej problemy i wiedzą, że dwa lata temu uczestniczyła w warsztatach dla samotnych kobiet, a później w półrocznej terapii. Świadomość, że terapeuta będzie osobą wierzącą, dawała jej poczucie bezpieczeństwa. – To kwestia zaufania, bo wiadomo, że odbędzie się praca nad rzeczami bardzo delikatnymi – tłumaczy. – To tak jak z kierownikiem duchowym, nie wpuścisz byle kogo, bo ta osoba ma realny wpływ na twoje życie. Może cię zranić, skrzywdzić.

Marzena, formułując wstępnie psychoterapeutce swoje oczekiwania, wspomniała, że chciałaby poznać mechanizmy swoich zachowań i przyjrzeć się temu, co w przeszłości ułożyło się nie tak. Wybór padł na metodę psychodynamiczną, wywodzącą się z nurtu freudowskiego. Jak się miało okazać, mało szczęśliwie. – Idziesz do psychologa, kiedy sobie nie radzisz, jesteś poobijana i potrzebujesz wsparcia. Nie chcesz, żeby ktoś cię potraktował jak zimne sztuczydło. Tymczasem napotkałam silne nastawienie na konfrontację, brakowało mi wsparcia emocjonalnego, bliskości z terapeutką, choćby kontaktu wzrokowego. Nic z tych rzeczy – opowieść Marzeny płynie z coraz szybciej. – Padały tylko kolejne pytania: „dlaczego Pan Bóg, dlaczego takie wybory?”, a wszystko, co powiedziałam, poddawane było w wątpliwość. To było takie rycie przez fundamenty. Rozumiem, że celem było spojrzenie na siebie z dystansem, ale jak mogę się czuć, jeżeli wierzę w Boga, uważam Go za podstawę mojego życia, a ktoś chce mi pokazać, że tym fundamentem jest podświadomość? Jeśli tak, to okazuje się, że nikt nie rządzi moim życiem, bo przecież nad podświadomością nie mogę zapanować. Terapeutka nigdy nie wypowiadała się o Bogu pozytywnie ani negatywnie, ale swoimi pytaniami sprawiała, że w pewnym momencie okazywało się, iż wiara to taki element życia jak każdy inny. A ja potrzebowałam pomocy w konkretnym problemie, a nie tego, żeby ktoś wywracał mi wszystko od podszewki – w głosie Marzeny słychać żal.

Przed każdą zbliżającą się sesją Marzena już poprzedniego dnia nie mogła skupić się na niczym innym, a w poczekalni walczyła z bólem żołądka. Z gabinetu wychodziła dumna, że wytrzymała do końca, ale z poczuciem, że za tydzień znów będzie musiała przeżywać to samo. – Terapia pomogła mi zapomnieć o problemach, bo… była bardziej bolesna niż to, co się wydarzyło – jej głos zaczyna wibrować. – Myśmy się właściwie kłóciły. Terapeutka mówiła, że nie przyjmuję tego, co mówi, bo boję się więzi, także psychoterapeutycznej. Dla mnie było naturalne, że jeśli ktoś zachowuje się strasznie chłodno, a chce sięgać do najgłębszych pokładów we mnie, to trudno, żebym mu ufała. Przed rozpoczęciem terapii i po jej zakończeniu świetnie się dogadywałyśmy, więc problem tkwi najwyraźniej w samej metodzie. Zresztą być może powiedziałaby, że wcale nie podważała mojej religijności, tylko ja to tak odebrałam…

Żadnych haseł, panowie

– Psychoterapeutę obowiązuje zasada neutralności – mówi o. Tomasz Gaj OP z poradni psychologicznej działającej w ramach dominikańskiej Fundacji „Sto Pociech”. – Neutralność nie polega jednak na tym, że terapeuta jest chłodny i zdystansowany wobec pacjenta. Chodzi o to, aby terapeuta nie wnosił swoich własnych konfliktów wewnętrznych i swojego świata prywatnego do psychoterapii oraz aby nie przekonywał i nie agitował pacjenta ani do swojego, ani do jakiegokolwiek innego światopoglądu. W moim przypadku księdza i terapeuty, pacjent już na wstępie zna mój światopogląd. Dlatego muszę uważać, aby nie pomieszać porządków i zajmować się psychologicznym rozumieniem problemów pacjenta, a nie jego światopoglądem. W naszym ośrodku rozdzielamy pomoc psychologiczną od duchowej.

Hubert przez wiele lat związany był z Ruchem Światło-Życie. Śpiewa w zespole rockowym grającym tzw. muzykę chrześcijańską, pisze rozdzierające teksty o swoim poszukiwaniu Boga. Kiedy rozpoczął pracę psychoterapeuty, zadbał o to, aby wszystkie te informacje na jego temat zniknęły z internetu. – Chrześcijaństwo to pewne hasło, które pacjent może rozumieć różnie, dopóki się o tym nie porozmawia. Może podstawić pod nie dewocję, przypisać mi na jego podstawie różne cechy – tłumaczy. – Poza tym im więcej pokazuję z siebie, tym mniej miejsca pozostaje dla pacjenta. Ważną zasadą terapeutyczną w podejściu psychodynamicznym jest to, żeby pacjent jak najmniej wiedział o terapeucie, żeby ten był dla niego w jak najmniejszym stopniu realną, prawdziwą osobą. Dzięki temu terapeuta może stać się „lustrem” odbijającym różne nieświadome lęki i fantazje pacjenta. Zauważyłem, że wystarczył taki drobiazg jak moja złamana ręka, aby pacjent zaczął się na niej koncentrować, zamiast mówić o sobie – dodaje.

Czemu pacjenci wybierają właśnie psychologów chrześcijańskich? Najczęściej ze względu na poczucie bezpieczeństwa i zaufanie. Często wspominają o tym, że u innego psychoterapeuty czuli się zagrożeni w sferze wiary. – Terapia może przyczynić się do załamania chorej religijności, ale nie obali żywej relacji z Bogiem – uważa o. Gaj. – Jeśli ktoś się boi, że terapeuta „rozmontuje” mu wiarę, to bardziej świadczy to o słabości jego wiary niż o „magicznych” zdolnościach terapeuty. Nikt nie jest w stanie rozmontować mojej wiary, jeśli ja sam tego nie chcę zrobić. Oczywiście może się zdarzyć, że niedojrzała religijność, która była jednym z głównych sposobów zaspokajania jakiejś potrzeby psychologicznej, w procesie terapeutycznym przestanie pełnić swoją dotychczasową funkcję. Wtedy może się wydawać, że zawaliła się moja wiara, bo już nie potrzebuję religijności, nauczyłem się bowiem w inny sposób zaspokajać swoją potrzebę. Dla mnie nie jest to jednak „rozmontowanie wiary”, ale raczej szansa na wzrost dojrzałej religijności, która nie będzie w służbie ego tylko w służbie Bogu. Osobiście doświadczam, że zajmowanie się psychologią i psychoterapią przyczynia się do rozwoju mojej własnej wiary, czyni ją bardziej świadomą. Gdy wstępowałem do zakonu, myślałem, że przynajmniej w 99% robię to z motywów religijnych, chęci służenia Bogu i innym. Dopiero później zacząłem odkrywać blaski i cienie swojej motywacji. Psychologia bardzo mi w tym pomogła.

Coraz bliżej

Na psychoterapii grupowej w seminarium jedni zabawiali drugich, starali się wzajemnie rozśmieszyć, obrócić wszystko w żart. Zresztą jak tu traktować zajęcia poważnie, kiedy obok siebie leży na podłodze 23 mężczyzn, a w tle słychać muzykę relaksacyjną i chrapanie kilku całkiem już zrelaksowanych kleryków. – Terapeutę ks. Jürgena Hoffenda odbierałem początkowo jak niemieckiego szpiega, który myśli, że wszystkiego się od nas dowie – wspomina Leszek. – Prosił, abym mu powiedział po pierwsze, co myślę, a po drugie, co czuję. Jakby nie mógł zrozumieć, że ja myślę i czuję jednocześnie. Ze mną jest taki problem, że zawsze sobie wszystko jakoś wytłumaczę rozumowo – wzdycha.

Leszek wytłumaczył sobie także swoją przeszłość. Zdawało się, że już o wszystkim zapomniał. – Kiedy ojciec wracał pijany z pracy, chowałem przed nim nóż. Potem dziadkowie zabierali mnie do swojego pokoju, żebym nie widział, co się dzieje – Leszek mówi powoli, znacznie wolniej niż wcześniej. – Księdzu Jürgenowi zawdzięczam wiele. Powiem słowami mojego mistrza, Adama Mickiewicza: „Nic bardziej pożądanego, a nic trudniejszego na ziemi jak prawdziwa rozmowa”. Pytanie tylko, czy w każdym seminarium są takie terapie.

– Wiele osób potrzebujących pomocy, w tym również tych spośród duchowieństwa ma duże opory przed tym, żeby udać się do psychologa – mówi Anna Pycel-Ukalska. Wynikają one z różnych powodów – ze wstydu, strachu, obaw przed opinią społeczną, przekonania, że z własnymi problemami sami powinni sobie radzić. Zdecydowanie psychoterapia w Polsce nie jest jeszcze tak popularna i rozpowszechniona jak na Zachodzie. Daje się jednak zauważyć, że przychodzi do nas coraz więcej księży i sióstr zakonnych. Jeśli uczestniczą w terapii grupowej, okazują się wsparciem i doskonałym przykładem dla pozostałych członków grupy.

Coraz częściej zdarza się, że do psychoterapeutów trafiają osoby, którym taką wizytę zalecił spowiednik. I odwrotnie – psychologowie, widząc, że problem wykracza poza ich kompetencje, doradzają swoim pacjentom spowiedź. W ten sposób działają także księża-psychoterapeuci.

– Dbam o to, aby nie mieszać relacji terapeutycznej z relacją duszpasterską. Jeśli ktoś jest u mnie na terapii, to nie mogę być jego spowiednikiem, a jeśli jestem dla kogoś spowiednikiem, to nie mogę być jego terapeutą. Terapia nie jest miejscem moralnej oceny spraw pacjenta. Dlatego podczas sesji nie mówię ludziom co jest grzechem, a co nim nie jest – mówi o. Tomasz Gaj. – Terapia nie służy temu, żeby potwierdzić albo zaprzeczyć kwalifikacji moralnej, jaką pacjent nadaje swoim problemom.

– Podczas psychoterapii zastanawiamy się raczej nad mechanizmem psychologicznym, prowadzącym do określonych zachowań, które w teologii nazywane są grzechem – uzupełnia te rozważania ks. Marek Szołdra.

Odbić się

Magda zaczęła szukać dla siebie pomocy 5 lat temu, jeszcze podczas studiów pedagogicznych. Wtedy dotarło do niej, że Syndrom DDA – Dorosłych Dzieci Alkoholików – to w jej przypadku nie kolejny teoretyczny temat do zaliczenia na egzaminie, ale bolesna rana z przeszłości. Swojego pierwszego terapeutę, do którego trafiła w jednym z dużych warszawskich ośrodków, wspomina bardzo ciepło: – Dawał mi ogromne poczucie bezpieczeństwa. Wiedziałam, że nie jest to człowiek, który będzie mi zaszczepiał swoje poglądy. Nie rozmawialiśmy o duchowości, choć było widać, że jest wierzący: na piersi nosił medalik, a znajomi mówili mi, że na jednym ze spotkań otwarcie przyznał się do swojego nawrócenia. Dzieci alkoholików często mają zaburzoną duchowość, przegiętą w kierunku nadmiernej religijności albo kompletnego jej braku. Opowiadał więc o doświadczeniach, które sam przechodził, aby pokazać, że kształtowanie duchowości jest procesem.

W tym czasie w życiu Magdy zaszły dwie istotne zmiany. Poznała Piotra, a obok wszystkich towarzyszących temu wzruszeń i radości pojawił się lęk o kształtowanie się ich związku. I drugie zaskakujące dla niej samej odkrycie – wcześniej określała siebie jako: „mocno niepraktykująca, choć z ogromnym pragnieniem Boga”, teraz zaczęła zauważać, jak ważna staje się dla niej rzeczywistość wiary. Dlatego też kolejny etap terapii, który stanowił trwający przez pięć dni trening interpersonalny, stał się dla niej niezwykle przykrym doświadczeniem. – Na jednym z treningów miałam terapeutkę, która przy okazji omawiania naszych doznań gwałtownie atakowała Kościół – Magda ciągnie swą historię opanowanym głosem. – Mówiła piękne słowa o Jezusie, że istnieje, żył, zmartwychwstał, natomiast Kościół potępiała w czambuł: jako źródło krzywdy, szwindel, „święty” interes. Częściowo rozumiem, czemu to robiła: wśród osób uczestniczących w terapii są tacy, którzy kompletnie nie otwierają się na Boga, za to ślepo związani są ze swoją religią. Ale ja odebrałam to osobiście, bardzo mnie to bolało i stanowiło ogromną przeszkodę. Strasznie się wymęczyłam na tym treningu.

Magda nie oczekuje, żeby sesje psychoterapeutyczne zamieniały się w rozmowy o Bogu. Przyjęła, że kierownika duchowego ma w kościele, a na psychoterapię przychodzi, aby uregulować sprawy związane ze swoją przeszłością. Obecną terapeutkę ceni za neutralność. Czy to osoba wierząca? Nie wie, to nieistotne – ważne, że nie ingeruje ona w jej duchowość. – Przyjmuje to, że chodzę do kościoła. Niektórych swoich pacjentów przysyła do mnie, żebym powiedziała, gdzie mogą znaleźć księdza, który nie powie im, że terapia jest zła, bo tacy też się zdarzają – przyznaje. – Ja osobiście mam spowiednika, który sam jest po terapii. Jak z nim rozmawiam, czuję się bezpiecznie. To działa w obydwie strony: w toku terapii ważny jest zarówno ksiądz, który ma rozeznanie, jak też psycholog, który nie miesza do terapii duchowości, a jeśli już o niej mówi, to tylko o sobie, a nie ocenia, czy to coś złego czy dobrego.

Kiedy w ślubnym welonie mówiła Piotrowi „tak”, jej pierwszy psychoterapeuta był obecny w kościele. Nie umknęło to uwadze Magdy. – Było mi bardzo miło, że był przy mnie w tym tak ważnym momencie mojego życia – mówi z uśmiechem. A może sama powinna zostać terapeutką? Taka myśl coraz częściej się pojawia, bo Magda dostaje liczne informacje od psychologów, że z powodzeniem mogłaby się tym zajmować. – To jeszcze nie przesądzone. Nie ośmieliłabym się być terapeutą, dopóki nie skończę własnej terapii. Gdyby jednak do tego doszło, najchętniej zajmowałabym się dziećmi – zaznacza. W takiej czy innej formie na pewno się tak stanie: za pięć miesięcy rodzina Magdy i Piotra ma się powiększyć.

Mocne wsparcie

– Wiara w Boga przy dobrze ukształtowanej religijności i zdrowym systemie wartości pomaga pacjentowi w leczeniu – przyznaje Hanna, psychoterapeutka z południa Polski (należy do tych, którzy swój światopogląd ujawniają dopiero spytani przez pacjenta, stąd pragnienie anonimowości). – Jeśli pacjent mówi, że Bóg jest dla niego ważny, że modlitwa mu pomaga, to ja go w tym wspieram. Ale mimo, że jestem osobą wierzącą, nie interpretuję tego w kategoriach duchowych, traktuję raczej jako psychologiczny zasób pacjenta, który może stanowić dla niego oparcie w dążeniu do zmiany. Zupełnie prywatnie, nie jako psychoterapeuta, modlę się za moich pacjentów, tak jak każdy wierzący modli się za ważne dla niego osoby i sprawy, ale to sfera mojej osobistej więzi z Bogiem – podkreśla. – Nie włączam takich elementów w obręb sesji terapeutycznej, nigdy sama nie zachęcam: „pomódl się za swoją terapię”. Dopiero jeśli pacjent mówi: „modliłem się za ciebie”, odpowiadam: „świetnie, rób to, jeśli ci pomaga”.

Bywa, że pacjent ma utrwalony obraz Boga jako złośliwego księgowego, który będzie nas rozliczał za grzechy i wypomni każdy błąd. To sprawia, że taki pacjent ma zbyt okrutne, krytyczne sumienie, które nieustannie go oskarża i wywołuje ciągłe poczucie winy. To generuje różne problemy natury psychopatologicznej – lęki, depresje, uzależnienia – dodaje Hanna.

Poczucie winy za zło wyrządzone innym, sprawy dawno nazwane w konfesjonale, wypowiedziane po wielokroć – wracają. Doświadczenie straty bliskiej osoby oraz pełne rozpaczy i oskarżeń pytania do Boga: „czemu właśnie mnie to spotkało?”. Brak poczucia własnej wartości, bycia kochanym przez Boga takim, jakim się jest. Zakłócenia tożsamości, nerwice, depresje, natręctwa – temat roli Boga w życiu często powraca podczas terapii.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

– Kiedy widzę, że pacjent opiera się na duchowości, to wspaniale. O, myślę sobie: mamy coś wspólnego! To jakaś wartość, coś, co daje siłę do zmiany samego siebie, bo przecież o to chodzi w psychoterapii – mówi Hanna z charakterystyczną dla siebie energią. – Ale nie uczę się duchowości od pacjentów, te sprawy muszę mieć wcześniej ułożone. Uczę się natomiast wielu innych rzeczy – życia i mądrości. Moi pacjenci są bardzo wiarygodnymi nauczycielami, przecież tak wiele w życiu przeszli.

________
Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione.

Ewa Kiedio – ur. 1984. Absolwentka Filologii Polskiej UW. Autorka reportaży w książce Pamięć, która łączy. Polscy chrześcijanie w dialogu z Żydami i judaizmem. Publikowała w „Tygodniku Powszechnym”. Mieszka w Warszawie.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.