Jesień 2020, nr 3

Zamów

Najlepszy jest aTAK

Dobrze jest idąc ulicą napotkać miejsce z określonego powodu pociągające, a do tego ugruntowane w swojej przyjaznej zawartości. Takie właśnie atuty – gdy podążamy odnowionym Krakowskim Przedmieściem – ofiarowuje nam galeria sztuki „aTAK”, znajdująca się w samym pępku Warszawy, naprzeciw Akademii Sztuk Pięknych, obok Uniwersytetu, oskrzydlona Polską Akademią Nauk i Ministerstwem Kultury, z nieodległą obecnością Mikołaja Kopernika i Adama Mickiewicza. Oczywiście, takie miejsce stawia użytkownika w stan zobowiązania, choć, sądząc po okolicy, nie zawsze i nie wszystkich. Wbrew swojej szczególnej nazwie – „aTAK” daje się odczytać albo jako potwierdzenie/polecenie, albo jako atak na widza, lub nawet jako dynamiczne sprzężenie jednej treści z drugą – galeria ta ani nie wywraca zwyczajowego rozumienia sztuki, ani nie podrażnia oka przechodnia i nie prowokuje. Zamiast tego – wśród młodzieżowego imperium ulicy – zaprasza do pogłębionego spotkania z obrazami i nadaje takiemu spotkaniu porządek. Bez hałasu i ekstrawaganckich działań, wystawy, trwające tu ty1e, ile trzeba, by dobrze im się przyjrzeć, z miesiąca na miesiąc, mimo wspinaczki na bel etage – są coraz tłumniej odwiedzane. Zatem, jeśli jest to atak, to atak pacyfistyczny i orężem, które pociąga. To zmierzenie się dojrzałego obrazu sztuki z dojrzałym jej odbiorem, względnie pchnięcie mniej dojrzałego odbiorcy w dobrą stronę. To mało bojowa konfrontacja ze szczęśliwym zakończeniem.

„aTAK” – dyskretnie atakując Krakowskie Przedmieście – istnieje od dwóch lat. Tę ciągle jeszcze nową, choć już rozpoznaną galerię, łączy się głównie z nazwiskiem Krzysztofa Musiała, ale i z Fundacją Polskiej Sztuki Nowoczesnej, założoną przed laty przez Piotra Nowickiego, dziś sprzężoną z Musiałem bliską współpracą. To połączenie dwóch sił sprawczych: determinacji pojedyńczego człowieka, zamiłowanego w sztuce, z doświadczeniem specjalistycznym, stworzyło nieczęsty na polskim gruncie wzorzec. Odmienne zawody, miejsca pobytu, a i upodobania obydwu współdziałających stron nie ograniczają przestrzeni programowej galerii, być może nawet ją poszerzają. Zresztą, wielce pomocny jest tu trzeci wspornik galerii – jej rada naukowa. W rezultacie kolejno pokazywane wystawy są jak czyste lustro polskiej rzeczywistości twórczej, a tycząc trzech pokoleń – klasyków sztuki współczesnej, jej głównych dziś udziałowców i aspirującej do wejścia na tę scenę młodzieży – podsuwają dobre przykłady. Można tu zauważyć delikatnie zarysowaną różnorodność, ale i docenianie tradycji, skłon ku specyfice polskiego koloryzmu, związki z kształtem rzeczywistym świata.

W dotychczasowym życiu galerii nie było pokazów-gier uprawianych na granicach znanych dyscyplin lub gestów czy odpisów z nieswojego repertuaru. Demonstrowany jest za to spokojny bieg formy w czasie, z ujawnianiem jej genetyki estetycznej, ale też i w lekkich mutacjach podyktowanych zmianą pokoleń, łącznie z najmłodszymi, jeszcze przed debiutem.

Do tej pory w salach galerii widzieliśmy dwa fragmenty kolekcji własnej Krzysztofa Musiała (dzieła stworzone po roku 1945), następnie – plony pracy zorganizowanych przez galerzystę plenerów w Toskanii i Andaluzji, gdzie obok znanych twórców – Jana Dobkowskiego, Barbary Falender, Teresy Siarzec, Grzegorza Bednarskiego, Jarosława Modzelewskiego i Leona Tarasewicza – pracowała młodzież. Ale były także osobne wystawy obrazów Artura Nachta Samborskiego, Wojciecha Fangora, Wojciecha Ćwiertniewicza, Jana Dobkowskiego, Teresy Pągowskiej. Warte podkreślenia jest to, że każdej ekspozycji towarzyszył katalog z obszernym tekstem analitycznym lub kilkoma dopełniającymi siebie i problematykę wystawy. Na informacyjnym stelażu, obok katalogów, znajdziemy także wielką księgę ujawniającą całość kolekcji Krzysztofa Musiała, która chętnych wprowadza w tajniki jego pasji, od pierwszych zakupów po dzisiejsze upodobania i wybory, czego sama galeria jest tylko częściowym odbiciem.

Rozgryzanie szarości

Wyjątkowym wydarzeniem przełomu roku 2008/2009 stała się wystawa malarstwa Jacka Sienickiego. Lata całe był on profesorem „z naprzeciwka”, z Akademii Sztuk Pięknych, podobnie jak jego niezrównany nauczyciel, Artur Nacht Samborski. Obydwaj odziedziczyli coś cennego z polskiego dziedzictwa palety, w czym specjalną rolę odgrywają „rozgryzanie” szarości i zrównoważony głos kolorów, oraz spokój emocjonalny, a także przywiązanie do skromnych rekwizytów codzienności, które pod ich pędzlami nabierały wyrazu ponadfizycznego. Ta linia twórcza i tamte lata XX wieku, lekko tylko przetarte wpływem środowisk międzynarodowego Paryża, darowały nam najciekawszych chyba polskich malarzy.

O ile wcześniejsza wystawa Nachta Samborskiego w tej galerii pokazywała mniej znany i mniej dla tego artysty typowy wątek abstrakcji lub malarskich wycieczek w jej stronę, o tyle pokaz Jacka Sienickiego w tych samych salach jest przykładem pełniejszym. Nie utrudnia to bynajmniej obserwacji obydwu artystów, a nawet ją ułatwia. Nieodrodny uczeń i wieloletni asystent swego profesora, był mu świadkiem malarskim i w dużej mierze przyjacielem w myśleniu. Twórcą bliskim, ale jednak osobnym. Przedstawiony wybór obrazów, poprzedzony wstępem wczesnych litografii i rysunków, odsłania jądro tej twórczości. A jednocześnie pozwala ją zobaczyć na nieodległym tle Nachta.

Choć obydwaj podobnie sięgali po najprostsze motywy, sprawy główne widząc najbliżej siebie i w sobie, u obydwu proceder malarski spełniał się inaczej. W płótnach Nachta jest stale obecny bios. Tajemnicą życia przesiąknięte są i liść, i drobina kurzu, i gmatwanina linii w szkicach abstrakcyjnych Nacht wie, że w dociekaniach malarskich jest ona naczelna, i badając to umie się nią nasycać. Twórczość artysty jest pochwalna, stąd jej wabiący nas optymizm. Malarska myśl Sienickiego jest ciemniejsza. Wewnętrzny samotnik, podobnie jak i jego nauczyciel, na swój sposób rozdziera materię rzeczy, aby tę tajemnicę mu zdradziła. Jego mięsa, czaszki, martwe natury, badyle roślin i wnętrza są dokumentem ponawianych wciąż poszukiwań. Przedzierał się do niej mozolnie. Uderzeniami szpachli, które były u niego jak uderzenia łopaty archeologów lub noża anatoma. Ale i delikatnym ruchem pędzla, wydobywającym z farby światło. I Nachtowi, i Sienickiemu chodziło o ważną drogę odbywaną poprzez malarstwo, ale w innych miejscach widzieli jej stancje.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

I jeden, i drugi nie byli szczególnie rozmowni. Trzymali dystans wobec potoczności, chociaż to właśnie jej fizyczne skrawki odżywiały codziennie ich wyobraźnię, z nią jako pierwszym faktem utrzymywali więź. Gdyby jednak w gwarze dysput, w które wtedy jeszcze obfitowało u nas życie artystyczne, chcieli coś od siebie dodać, czy do czegoś nawiązać, każdy z nich mógłby powiedzieć jedynie: prawdy szukamy obaj, albo zapytać: szto takoje isskustwo? – jak inni przed nimi.

Artur Nacht Samborski zmarł w 1974 roku, Jacek Sienicki – w 2000. Rodzili się z różnicą trzydziestu lat.

________________
Danuta Wróblewska – historyk sztuki. Przez wiele lat związana z redakcją „Projektu”. Uczestniczka ruchu kultury niezależnej, kurator działu sztuki współczesnej Muzeum Archidiecezji Warszawskiej. Prowadziła także warszawskie galerie – Kordegarda i Studio, stale współpracuje z galerią krytyków Pokaz. Autorka czterech książek o polskiej sztuce współczesnej. Mieszka w Warszawie.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.