Wiosna 2021, nr 1

Zamów

Na pohybel homofobom?

Krzysztof Tomasik, Homobiografie. Pisarki i pisarze polscy XIX i XX wieku. Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2008, 168 s.

Kiedy zajmowałem się krytyką literacką, stosowałem zasadę: „Gdzie kochać nie można, tam należy mijać” – i konsekwentnie nie traciłem czasu na pisanie o książkach, które mi się nie podobały. Niniejszym łamię tę zasadę, bo Homobiografie Krzysztofa Tomasika wydają mi się dziełem kuriozalnym, w dodatku – symptomatycznie kreowanym przez środowisko młodej lewicy na wydarzenie sezonu.

Żeby nie pozostawić niedomówień: Tomasik we wstępie do swojej książki atakuje WIĘŹ (pismo, które użycza mi swoich łamów), za to, że publikując książki Pawła Hertza czy wspomnienia „o takich autorach jak Józef Czapski, Jarosław Iwaszkiewicz” (lista jest dłuższa), przemilcza ich homoseksualizm, a w dodatku opublikowała homofobiczną, jak twierdzi autor, książkę Męska rozmowa. Chrześcijanie a homoseksualizm, „choć np. drukowanie antysemickich broszurek (…) redakcja uznałaby zapewne za niewłaściwe” (to wszystko na s. 8). Zarówno to ostatnie skojarzenie, jak pomysł, by wydawca informował na okładce wydawanej książki o homoseksualizmie autora, który – co sam Tomasik stwierdza w poświęconym Hert-zowi rozdziale, na s. 146 – ukrywał swoją orientację seksualną, wydały mi się po prostu głupie. Po przeczytaniu Homobiografii do końca zrozumiałem jednak, że w tym szaleństwie jest metoda.

Cóż mianowicie stanowi treść tej książeczki? Składa się ona z szesnastu szkiców, poświęconych bardziej lub mniej znanym postaciom polskiej kultury ostatnich stu lat, których homoseksualna tożsamość nie przedostała się, zdaniem autora, do świadomości odbiorców. Homobiografie mają ten stan rzeczy zmienić.

Niestety, odkrycia są tu dziwnie blade – lub bałamutne. „Autor nie korzystał z jakichś tajnych źródeł, wykorzystał to, co już dostępne (głównie opublikowane dzienniki i listy)” – przyznaje na łamach „Przekroju” entuzjasta książki, Błażej Warkocki. W rzeczy samej, nie umiem sobie wyobrazić kogoś, kto lekturze Homobiografii zawdzięczałby w 2008 roku odkrycie, że skłonności homoseksualne przejawiali Jarosław Iwaszkiewicz, Karol Szymanowski, Witold Gombrowicz, Jerzy Andrzejewski czy Konstanty Jeleński. Jak mawiała w swoim czasie prof. Maria Janion (świadomie lub mimowolnie patronująca chyba Homobiografiom): „jajeczko częściowo nieświeże”.

Patronat Pani Profesor jest niestety bardzo widoczny w rozdziale poświęconym sylwetce Marii Komornickiej. Kiedy profesor Janion zaszczyciła mnie polemiką na temat tej poetki (w książce Kobiety i duch inności), należało się obawiać, że jej sposób odczytania tej intrygującej biografii może doprowadzić do czegoś w rodzaju książeczki Tomasika. Dołożyła do tego swoje Izabela Filipiak (jako autorka monografii, poświęconej poetce) – i w rezultacie Komornicka stała się dziś maskotką mniejszości seksualnych, przeciwko którym nic nie mam (jak zresztą nikt z moich znajomych – cała gadanina o braku tolerancji jest w odniesieniu do inteligentów kiepsko umotywowana, ale rozumiem, że łatwiej walczyć z wyimaginowanym przeciwnikiem, niż z nietolerancją tzw. szerokich mas); tyle że używa się tu Komornickiej w sposób urągający faktom. To prawda: poetka w 1907 roku oświadczyła, że „okres kobiecości” w jej życiu się skończył, a odtąd życzy sobie nazywać się Piotrem Odmieńcem Włastem. „Czy dziś po prostu poddałaby się operacji zmiany płci? – dopytuje Tomasik. – Wówczas, gdy nikomu się o nich nie śniło, przemiana musiała dokonać się tylko aktem woli” (s. 27). Bieda w tym, że pisze tak o człowieku, który jako Włast deklarował wielokrotnie, że „płeć jest tylko fazą w człowieczeństwie”, sam jest jedynie „starym Dzieckiem, zgiętym nad robotą” (rozumiał Dziecko jako istotę bezpłciową) i perspektywa transgenderowa zwyczajnie w jego przypadku nie działa, co można sprawdzić, siadając nad rękopisami w warszawskim Muzeum Literatury.

Ale czego żądać od autora, który nie sprawdza i prostszych rzeczy. W rozdziale o Komornickiej dowiadujemy się, że jej rodzinny Grabów leży pod Kozienicami, choć do Kozienic jest stamtąd dwadzieścia siedem kilometrów, a do Warki, pod którą leży naprawdę – sześć. Zdanie, że w twórczości Własta, w odróżnieniu od wierszy podpisywanych nazwiskiem Komornickiej „nie brakowało namiętnych erotyków” (s. 25), dowodzi, że nieszczęsny autor nie miał nigdy w ręku słynnych Czarnych płomieni Komornickiej, a i rękopisu Xięgi poezji idyllicznej chyba też nie. Z kolei w szkicu o Szymanowskim pada zdanie (powtórzone przez Tomasika na internetowej witrynie innastrona.pl, więc to nie literówka), że napisał on „rzadko graną operę Haigh” (s. 39), która naprawdę nosi tytuł Hagith. W innym miejscu autor stwier-dza, że „uczucie Andrzejewskiego do Marka Hłaski jest [w Miazdze] przerobione na trudną miłość do dziewczyny nazywanej Ping-Pongiem” (s. 122). W rzeczywistości dziewczyna nosi w powieści imię Nike, a miłość do niej odwzorowuje co najmniej dwa zauroczenia pisarza, jak o tym informuje wstęp do wydania powieści w serii „Biblioteka Narodowa” (Wrocław 2002). Andrzej Wajda nakręcił podobno niewiele dziejących się współcześnie filmów (s. 115), które stanowią około 30 procent jego filmografii. I tak dalej…

To wszystko na razie tylko niewinne śmiesznostki. W końcu każdemu wolno wyważać otwarte drzwi i mylić się w szczegółach, a może nawet robić transseksualistkę z nieboszczki, która zmarła sześćdziesiąt lat temu i wobec tego raczej nie powie, co o tym myśli. Problem jest znacznie poważniejszy.

Otóż, zgodnie z feministycznym hasłem sprzed półwiecza, mamy dziś uznać, że „prywatne jest polityczne”. A skoro słowo „polityka” od „polis” się wzięło, to, co prywatne, a nawet to, co intymne, zostaje uznane za kwestię publiczną. Na nic więc zabiegi niektórych pisarzy, by objąć ich biografie zasadą dyskrecji, poprzestać na wykreowanym przez nich samych wizerunku. Konopnicka, której przypadek otwiera Homobiografie, „listy pisywała zawsze tak podniosłe, jakby z góry przewidywała, że będą opublikowane” (s. 16, cytat z książki Marii Szypowskiej). Czy przewidywała również, że zajmie się nią Tomasik? A Gombrowicz, który „był niechętny debatom stawiającym homoseksualizm jako jeden z tematów jego pisarstwa, a już zupełnie alergicznie reagował na poruszanie tej kwestii w kontekście jego życia prywatnego” (s. 109), co by rzekł na znajdujące się po sąsiedzku z tym zdaniem dociekanie kwestii, czy był, czy tylko bywał homoseksualistą? Jak by rozważania na temat ukierunkowania ich erosa skwitowali Jerzy Stempowski (s. 8; notabene pozostajemy tu w sferze co najmniej dyskusyjnych plotek), Józef Czapski (s. 141, przypis), czy Jerzy Zawieyski?

Na tego rodzaju wątpliwości można odpowiedzieć dwojako. Raz: że wola pisarza nie może hamować pracy historyków literatury. I zgoda – o ile wzbogacają oni możliwość odczy-tania dzieła, które artysta nam pozostawił. Sam Tomasik – jakby wbrew jego apologetom, którzy zapewniają, że jego dzieło to tylko biografistyka – rysuje taki oto program: „zacząć trzeba od podstaw, od powiedzenia głośno: on/ona to osoby homoseksualne. Za tym powinna iść reinterpretacja twórczości” (s. 12). Pytam więc: co mianowicie dla rozumienia twórczości wynika z ustalenia listy kochanków Andrzejewskiego? O biografiach Szymanowskiego pisze Tomasik z przekąsem: „szczytem szczerości może być napisanie, że był homoseksualistą, wątek nie jest jednak kontynuowany” (s. 39). A kiedy już go zgłębimy do cna, to co, IV Symfonia Koncertująca zabrzmi w naszych uszach inaczej? I jeszcze jeden uroczy bon-mocik Tomasika: „w licznych opracowaniach fenomenu, jakim była <>, pomijany jest zupełnie wątek homoseksualizmu większości tworzących ją postaci” (s. 143). No tak, furda koncepcja ULB, furda rozpropagowanie twórczości Miłosza, Herlinga-Grudzińskiego, Gombrowicza, furda publicystyka Mieroszewskiego. Istotny wątek jest zupełnie inny…

Druga odpowiedź na hipotetyczny, przyznaję, protest bohaterów, czy raczej ofiar Krzysztofa Tomasika, brzmi inaczej: że autor Homobiografii robi to, na co zabrakło odwagi opisywanym przez niego postaciom, choć strasznie miały na to ochotę (to prawdopodobnie przypadek Iwaszkiewicza, Szymanowskiego i być może Dąbrowskiej, która zakładała po-śmiertną publikację swojego dziennika, więc o szkice na ich temat nie zgłaszam pretensji). Dotykamy tu poważnej debaty, czy mianowicie jesteśmy przedmiotami, czy podmiotami historii. Czy jeśli Rodziewiczówna lub, być może, Konopnicka, nie chciały uczynić swoich, znów być może, erotycznych związków tematem publicznym, to były zniewolone przez swoją epokę, czy ją współtworzyły? Czy jeśli przyjaciel Zawieyskiego uważał obcowanie pozamałżeńskie (z kobietą czy mężczyzną) za grzech, co wyraźnie Tomasika bawi (s. 106 i 107), to jest to suwerenna decyzja sumienia, czy bezwolne podporządkowanie się nie dość wyzwolonemu duchowi czasów? Przyznam, że uprzedmiotowienie niektórych bohaterów Homobiografii w radosnym przeświadczeniu, że się im oddaje przysługę, jest jedną z bardziej odrażających cech tej książeczki.

Tomasik przy tym wszystkim wydaje się kompletnie głuchy na dwie ważne kwestie, które z seksualizmem (homo czy hetero) się łączą. Po pierwsze, nie rozumie on zupełnie konwencji w pewnych środowiskach wciąż żywej, która tę sferę życia człowieka obejmowała dyskrecją. Fakt, że o ostatnim kochanku autora Sławy i chwały Piotr Mitzner pisze w swojej książce o Iwaszkiewiczach per „Jurek B.”, komentuje zatem: „przypomina to sposób postępowania mediów z kryminalistami” (s. 9). Tymczasem na przykład również ostatnią kochankę Witkacego kryptonimowało się, póki żyła, „Czesława O.” – nie dlatego, by ją kojarzyć z przestępcami, tylko zgodnie z zasadami dobrego wychowania.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

I po drugie – autor Homobiografii nie przyjmuje do wiadomości (choć cytuje na to liczne dowody, np. zdanie Nałkowskiej o Szymanowskim na s. 45, czy aluzyjne wyznanie Hertza na s. 147), że homoseksualizm może być dla homoseksualisty źródłem cierpienia, lub choćby tylko (?) problemem moralnym. Dla niego rzecz przedstawia się prosto: tego rodzaju konstatacja to dowód homofobii lub skutek presji homofobicznej kultury. Nic dziwnego, że wydaną przez WIĘŹ Męską rozmowę tak właśnie rozumie. Kto bowiem nie zgadza się – nawet jak ja, ostatecznie tylko w niektórych punktach – z zasadami dyskursu młodej lewicy, ten nie ma innego zdania, tylko jest świadomym lub bezwiednym narzędziem w rękach obskurantyzmu i przypomina w tym antysemitę. Do tej pory narzekałem, że to prawica w Polsce skłonna jest do histerycznych wykluczeń. Krzysztof Tomasik ma więc u mnie jakąś zasługę: przywraca pamięć, że na autorytaryzm, pokrywający intelektualną miałkość, dzisiejsza polska prawica nie ma bynajmniej monopolu.

Jerzy Sosnowski

Jerzy Sosnowski – ur. 1962. Pisarz, eseista, historyk literatury, dziennikarz TVP Kultura, członek Zespołu Laboratorium WIĘZI. Wydał m.in. Śmierć czarownicy, Ach, Szkice o literaturze i wątpieniu, Apokryf Agłai, Wielościan, Prąd zatokowy, Tak to ten, Czekanie cudu.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.