Wiosna 2021, nr 1

Zamów

Słowa i śmierć. Liban

Głos mówi:
– Miłość nasza jest silniejsza od uporu śmierci.
(Khalil Hawi )

Bejrut 2007

Przed przyjazdem do Bejrutu rozmawiamy w Damaszku z ekspertem od Bliskiego Wschodu.

– Szija.

– Słucham?

– Szija. Dzielnica szyitów w Bejrucie.

– A po co chcecie tam jechać? Nic tam nie ma. Bieda, ruiny i smutni panowie w czerni. Zresztą i tak wpuszczą was najwyżej taksówką z zamkniętymi oknami. Nie wolno robić zdjęć. Godzina jazdy kosztuje dwadzieścia pięć dolarów. To już lepiej wypić koktajl w hotelowym barze. Wszystkiego i tak dowiecie się od kelnerów. Wolę zaprosić jakąś Libankę na drinka niż rozmawiać z panami z Hezbollahu.

Ekspert zna biegle arabski i mieszkał w Bejrucie przez rok. Za pieniądze podatników pisał raporty dla swojego państwa. Konsultował kilka organizacji pozarządowych. O jego zdanie chętnie pytają opiniotwórcze media.

– A tak, jeszcze coś wam się stanie złego…

Wiadomość: Uwaga, w związku z utrzymującą się od dłuższego czasu niestabilną sytuacją wewnętrzną w Republice Libańskiej, Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaleca obywatelom polskim powstrzymanie się od wyjazdów do tego państwa do czasu pełnej normalizacji .

Ruszamy z przystanku. Pełna normalizacja?

Al-Kaa, północny Liban, granica lądowa z Syrią. Czekamy przy okienku na wydanie wizy. Przed nami ciągnie się żyzna dolina Bika (Bekaa), zaplecze rolnicze kraju.

Z gór spływa życiodajna woda. Skaliste szczyty zatrzymują chmury i w dolinie jest dużo słońca. Tu biorą swój początek rzeki Orentes i Litani. Uprawy obejmują zboża i bawełnę. W cieniu zboczy dojrzewają sławne libańskie jabłka i od tysiącleci produkuje się wino.

W czasach wojny domowej z Bika pochodziła większość haszyszu i opium, jakie produkowano na Bliskim Wschodzie. Cannabis ma tu tradycję sięgającą co najmniej czasów rzymskich. Do dziś dochód z upraw konopi jest dwadzieścia razy większy niż z pszenicy, nie potrzebne są nawozy, ani środki na szkodniki.

Niedaleko jest skręt do Biszarri (Bsharre) i górskiego rezerwatu cedrów. Dalej będzie szczyt Sannin i droga na Szuwajrę, rodzinną wioskę poety Khalila Hawi.

Hawi tak pisze w swoim poemacie Epoka polodowcowa:

Kiedy umarły arterie ziemi
w epoce lodu,
nasze żyły zastygły,
a nasze ciała stały się jak suszone mięso.
Próżno odpychamy wiatr
i smutną noc.
Próżno taimy dreszcz,
który przerywa nam oddech,
dreszcz nieuchronnej śmierci.
W komórkach kości, w jądrach komórek,
w oddechu słońca, w przezroczu luster,
w skrzypieniu drzwi, w otoczce ziarna,
w winie, w zgniłej wodzie
przenikającej ściany
dreszcz nieuchronnej śmierci!

– Paszporty!

Zawsze kiedy przekraczam granicę z Libanem, zastanawiam się, skąd bierze się tu tylu przystojnych żołnierzy. Wysocy, śniadzi, inteligentnie im z oczu patrzy. Każdy szeregowiec zna angielski. Nie mówiąc o francuskim, często lepszym niż ojczysty arabski.

– Dokąd jedziecie?

Strach pomyśleć. Jak można zabijać takich przystojniaków?!

– Do Bejrutu.

– Na jak długo?

– Tydzień, może dwa.

– Arabski to potwornie trudny język – mówi żołnierz po angielsku. – A w Libanie jest jeszcze trudniejszy. Wszystko jest u nas trudniejsze. Ale jest i piękne. To co? Ostatni moment, jeśli chcecie się wycofać… – śmieje się. – Nie? To zapraszam! Cieszę się, że odwiedzacie mój kraj!

Żołnierz bierze paszporty i konsultuje się z przełożonym. Po chwili wraca, pyta o adres hotelu, gdzie chcemy się zatrzymać.

– Macie rezerwację?

– Tak.

– Gdzie?

Bierze telefon do hotelu i dzwoni.

– Dzień dobry, tu straż graniczna…

Jadę z dziewczyną, która nie jest moją żoną. To jej nie chcą dać wizy.

– Podejdź proszę do aparatu! – prosi mnie żołnierz.

Wśród turystów Liban cieszy się dobrą sławą. Tyle tu pięknych kobiet! Mówi się, że boska hojność przelała się przez granicę Ziemi Obiecanej. Zresztą, kobiety przyjeżdżają do Libanu ze wszystkich stron. I wiele nie kosztują. Szczególnie, kiedy są ze wschodu Europy.

– W hotelu nic nie wiedzą o waszym przyjeździe.

– Jak to? – pytam. – Mogę prosić słuchawkę?

Przedstawiam się właścicielce pensjonatu w centrum Bejrutu. – Jeszcze raz, jak nazwisko? – Rozmawiałeś… Poczekaj, to był mężczyzna? Oj, przepraszam cię, mój brat jest trochę roztargniony. Często zapomina wpisać rezerwację. Tak, teraz już widzę, jest kartka przy telefonie. To fajtłapa! To kiedy będziecie?

– Proszę, niech pani potwierdzi na granicy.

– Dziękuję.

Uśmiechamy się do siebie.

– Wiecie jak trafić do hotelu? Proszę. Tu są wizy. Macie plan miasta? To mapka dla was. Przepraszam, taka mała, nie mamy innych. Cudzoziemcy rzadko przekraczają tu granicę. Życzę udanego pobytu w moim pięknym kraju!

W autobusie niecierpliwią się syryjscy pracownicy sezonowi. W Libanie wynagrodzenie jest kilkakrotnie wyższe niż u nich. Witają nas gwizdy i oklaski.

– Przemycacie perły? Dajcie jedną na pamiątkę!

Ruszamy z przystanku. Pełna normalizacja?

Droga prowadzi w kierunku miasta Baala – Baalbek. Szeroka na niespełna dziesięć kilometrów zielona dolina wżyna się między masywy gór Libanu i Antylibanu. Tym razem zostajemy na nizinach, które w większości zamieszkują szyici.

Hawi zwraca się do Baala, Boga słońca:

O boże urodzaju! Baalu zapładniający
wyschłą glebę!
O słońce urodzaju!
Boże, rozrywający grób,
Pascho sławy!
O Tammuzie! Słońce urodzaju!
Ożyw arterie ziemi,
wybaw nas od posuchy,
ogrzej smutnych zmarłych
i skamieniałych niewolników!
Przeniknij pustynie lodów,
O Tammuzie! Słońce urodzaju!

Baalbek omijamy, jadąc nową obwodnicą. Pasażerowie wysiadają na obrzeżach. Miasto do dziś uchodzi za polityczną stolicę Hezbollahu, głównego ruchu skupiającego szyitów. W 2006 roku założony przez organizację szpital w Baalbek został zaatakowany przez komandosów izraelskich. Znaleziono składy broni, zabito około dwudziestu osób, cywilów, jak twierdzi Hezbollah, członków milicji, jak podaje „tak zwany Izrael” – istnienia żydowskiego państwa ruch nie uznaje. Pacjentów szpitala ewakuowano kilka dni wcześniej.

Hezbollah buduje nie tylko szpitale, ale i szkoły, przyznaje zapomogi i stypendia, finansuje szkolenia dla rolników. Członkowie ruchu leczą się w ich szpitalach za darmo. Szacuje się, że organizacja wydaje rocznie setki milionów dolarów na swoje programy społeczne. W ten sposób przejmuje rolę państwa i cierpliwie, krok po kroku podminowuje demokrację. Rząd Libanu nie ma własnych środków, aby z nimi konkurować, a pomoc świata koncentruje się na walce z terroryzmem.

Celem izraelskich nalotów w 2006 roku była też szyicka dzielnica Bejrutu, w której ukrywało się wielu liderów Hezbollahu. Postanowiliśmy się tam wybrać. Mimo rad eksperta.

– Wsiadajcie! – woła kierowca. Stołeczne autobusy są pustawe. W Bejrucie do dobrego tonu należy jeździć taksówką. W centrum obowiązuje ryczałt i płaci się nieco ponad sześć dolarów.

– Skąd jesteście? – pyta kierowca. – Podoba wam się tu? Biedne moje miasto. Po co przyjechaliście do Bejrutu?

Na głównych skrzyżowaniach stoją czołgi. O worki z piaskiem opierają się żołnierze uzbrojeni w amerykańskie M-16. Flirtują z dziewczynami, snują niekończące się rozmowy przez komórki. Kiedy pytam o drogę, cieszą się, że mogą pomóc. Armia w służbie narodu i jego gości.

Nasz przystanek mieści się przy Ministerstwie Turystyki.

– Bardzo przepraszam. Proszę tu podejść. – Szeregowiec wychodzi ze stróżówki i zatrzymuje nas w cieniu rządowego gmachu. – Mogę zajrzeć do plecaka? – Mimo śniadej karnacji wielki rumieniec płonie na mu na policzkach.

– Chcemy żyć w pokoju!

Przed radą ministrów też rozstawione są zapory przeciwczołgowe. Plac Męczenników trzeba obejść z drugiej strony. Nazwa pochodzi z czasów pierwszej wojny światowej i wzięła się od zamordowanych tu przez Turków ofiar. Ówczesny tłumacz ambasady francuskiej okazał się zdrajcą. Przekazał listy Libańczyków proszących o pomoc na ręce osmańskiego komisarza.

Za placem jest centrum z wieżą zegarową w stylu art-deco, rzymskie ruiny, dalej odbudowany turecki meczet z błękitnymi kopułami i tuż obok neorenesansowa katedra świętego Grzegorza. W tyle, na okopconych filarach, wielkie betonowe jajo z obciętym czubkiem, czyli pozostałość po wypalonym w czasie wojny domowej awangardowym kinie.

– Sąsiedzi ciągle mają lepszy pomysł na nasz kraj – mówi żołnierz, grzebiąc mi w plecaku. – Syria i Izrael, dalej mamy Iran, Arabię Saudyjską, kiedyś był też Irak. Są Francuzi, Amerykanie… Jeszcze obozy Palestyńczyków. Pół miliona ludzi w naszym niespełna czteromilionowym państwie. Nikt ich na świecie nie chce. Jak my mamy im pomóc?

Szczęśliwi ci, którzy swój kraj nazywają Bożym Igrzyskiem. Liban jest grą całkiem ludzką.

– Jeszcze raz przepraszam. Już możesz się spakować.

Świat lubi przyglądać się igrzyskom.

Ruszamy z przystanku. Pełna normalizacja?

Wiadomość: Rzecznik wojsk pokojowych ONZ stacjonujących na południu Libanu wspomina inwazję. O godzinie 10.35 rano, szóstego czerwca 1982 roku, trzynaście czołgów izraelskich typu Centurion przekroczyło granicę i wjechało na podległy nam teren. Na naszym posterunku było sześciu holenderskich żołnierzy uzbrojonych w karabiny. Żołnierze wykonali swoje zadanie, to znaczy wyszli na drogę, stanęli naprzeciw izraelskich czołgów, podnieśli rękę i mówią: Stop! Co robicie? Izraelskie czołgi zatrzymały się. – Nie możecie wjechać do strefy ONZ – mówią Holendrzy. Czołgista odparł – Przepraszam. Panowie, to jest inwazja. Wjeżdżamy. – Co? Inwazja? To poczekajcie! – Holendrzy wytaszczyli na drogę dwie zapory przeciwczołgowe. Pierwszy czołg złamał oś, kiedy forsował pierwszą z nich, drugi – na drugiej. I tak zatrzymaliśmy dwa czołgi. Pozostało jeszcze jedenaście… Cóż, jesteśmy siłami pokojowymi. Nie mieliśmy więcej zapór. Co mieliśmy robić, pytali potem holenderscy żołnierze. Strzelać do czołgów z karabinów? Zaczęliśmy fotografować. Przejechało te jedenaście, potem jeszcze tysiąc dwieście. Mieliśmy świeży batalion francuski, właśnie przybyli. Wtedy zadzwonił do nas ich pułkownik i powiedział – W całej francuskiej armii nie mamy tylu czołgów, ile dziś widziałem przed naszym posterunkiem.

Świat lubi się przyglądać igrzyskom.

Wiadomość: Izraelski MSZ podaje, że w tym czasie organizacje palestyńskie po raz kolejny zaczęły dominować w regionie. Udało im się stworzyć bazy w Libanie. Liban nie był nastawiony do Izraela bardziej wrogo niż inne państwa arabskie. Przeciwnie. Ale libański rząd był za słaby, aby zapobiec wykształceniu się ”państwa w państwie”. Po szczególnie krwawym zamachu terrorystycznym na dwa cywilne autobusy, przejeżdżające nabrzeżem niedaleko Tel Avivu, który zakończył się śmiercią trzydziestu dziewięciu ludzi, a siedemdziesiąt sześć zostało rannych (marzec 1978), Siły Obronne Izraela (IDF) przeprowadziły szybką akcję: operację Litani skierowaną przeciwko bazom terrorystycznym w Libanie (marzec 1978). Jej wynik okazał się jednak nietrwały. W czerwcu 1982 roku palestyńska grupa terrorystów pod przywództwem Abu Nidala podjęła próbę zamordowania ambasadora Izraela w Wielkiej Brytanii, Shlomo Argov, który od tego czasu jest kaleką i na stałe musi przebywać w szpitalu. W odwecie, Siły Obronne Izraela zaatakowały Liban i zrealizowały plan zmiecenia z powierzchni ziemi baz terrorystycznych w południowym Libanie. Szereg równoległych, ambitnych operacji zakończył się spektakularnym sukcesem. Misja została rozszerzona o zajęcie Bejrutu. Oznaczało to zmianę sytuacji i długotrwałą wojnę. Ostatecznie nie udało się osiągnąć zamierzonego celu. Traktat pokojowy z Libanem został podpisany, ale nie ratyfikowany; ówczesny, chrześcijański rząd rozbitego Libanu był za słaby, aby przeważyć.

Khalil Hawi pisał, że Liban stał się polem bitwy, której żadne państwo arabskie prowadzić u siebie już nie chciało. W czasie kolejnych inwazji izraelskich libańska armia nie walczyła z Izraelem. Wielu Libańczyków witało ich z otwartymi ramionami. Może ktoś wreszcie zrobi porządek w kraju? Wyrzuci nieproszonych gości, ukróci obce wpływy?

Dziś w dawnej dzielnicy lewicowych Palestyńczyków i libańskich komunistów w Bejrucie pełno jest tych, którzy ciągle mówią o Bogu. Każda okazja jest dobra. Niech będzie partia. Partia Boga. Znaczy Hezbollah. Prawdziwi patrioci powstali, aby sprzeciwić się inwazji 1982 roku.

Dwa duże place miejskie łączy tu ulica najwyżej trzystumetrowa. Gęsta, miejska zabudowa, domy mieszkalne mają osiem, dziewięć pięter. Na parterach przeplatają się małe sklepy spożywcze z salonami telefonów komórkowych. Bary z kebabem uwodzą zapachem grilla i kminku.

Na zachodnim skrzyżowaniu stoi policjant.

Na wschodnim skrzyżowaniu stoi pan w cywilnych, czarnych spodniach.

Każdy kieruje swoim ruchem. Na zachodzie, jak na wschodzie: pełne zaangażowanie. Tylko pan w cywilu słabiej mówi po angielsku. Pomału zachodzi słońce, a my idziemy ku porankowi przyszłości. Morgenland – mówili Niemcy już w czasach Hegla.

Pan zauważa nas i kiwa na swoich kolegów. Ze sklepu z warzywami wychodzi mężczyzna o gładko ogolonych policzkach i z brzuszkiem.

– Dzień dobry, skąd jesteście? – Polska? Dziennikarze?

Podjeżdża kilku kolegów na skuterach. Pytania powtarzają się.

– Nie? To dobrze. Jeśli chcecie tu wejść, wystawimy wam przepustkę. Nie ma problemu. Tylko nie wolno robić zdjęć.

– W końcu my nie antylopy w zoo.

– Słusznie.

– Zostaliśmy tutaj. To nasza ojczyzna. Nie chcemy uciekać i tęsknić na obczyźnie.

Khalil Hawi spędził kilka lat na emigracji i wiedział, o czym mowa:

O tęsknoto ziemi! Nie bądź okrutna!
Nie rozpalaj krwi w umarłych.
To w nas pulsuje ból gorącej krwi,
w ciele wyschniętym,
a w żyłach gorączka wiosny…
A przecież pożera nas piekło
ciszy i lodu!
O Panie!
Tylko ogień
może ożywić arterie zmarłych,
ogień, który rodzi Feniksa,
ogień, który karmi się popiołami śmierci w naszej głębi.

Idziemy chodnikiem, a skuter eskortuje nas po jezdni. Od czasu do czasu mężczyzna pokazuje nam kierunek. Za skrzyżowaniem uprzejmie zwalnia, abyśmy mogli go dogonić. Na przystanku kolejna grupka cywilów, którzy właśnie wyszli z piekarni, znów te same pytania. Wreszcie jest przepustka.

– Jesteście mile widziani – ufamy partii Boga na słowo.

Niech ma nas w swojej opiece.

Ruszamy z przystanku. Pełna normalizacja?

W sklepie za rogiem podziwiamy wybór szali, które kobiety kupują na hidżab. Muślinowe, z grubej, gęsto utkanej bawełny, mieniące się brokatem i cekinami, albo białe, dla tych co uważają się za klasę wyższą. Są też konserwatywnie czarne, choć w pstrokaciźnie kolorów trudno je zauważyć. Ceny są wysokie. Rezygnujemy z zakupów, choć dochód z pewnością idzie na zbożny cel.

Na sąsiedniej ulicy jest kawiarnia internetowa.

– Zapraszam – uśmiecha się właściciel.

Siadamy do komputerów. Młody mężczyzna, który znudzony czatuje w kilku oknach na raz, nagle zwraca się do mnie.

– Masz piękną przyjaciółkę – szepce nachylając mi się do ucha. – Gratuluję. Daj mi jej e-mail. Chciałbym do niej napisać. Mogę was oprowadzić po dzielnicy. Mój brat jest w Hezbollahu. Po to tu przyszliście, prawda? Jak chcesz, pokażę ci, gdzie mają siedzibę.

Siedziby były tam, gdzie od 2006 roku są dziury w ziemi. Gruzy uprzątnęła organizacja do spraw odbudowy infrastruktury Hezbollahu, Jihad al-Binna. Dziury zostały do dziś.

Bo to ludzka wojna słów.

Po lewej stronie siedzi przy komputerze śliczna dziewczynka. Ma może czternaście lat. W oknie “Twój profil” właśnie wstawiła swoje zdjęcie: wesoła twarz, troszkę melancholijne oczy. Starannie wyprofilowane, ciemne brwi i rzęsy, które burzą spokój dusznej kawiarni. Dopiero jak wstaje, widzę, że nie ma jednej nogi.

– Kto nas obroni, jak nie Hezbollah? – mężczyzna uśmiecha się konfidencjonalnie.

Wychodzimy. Za rogiem zagaduje nas ktoś inny.

– Chodźcie, chodźcie! Tutaj! Pokażę wam coś!

W rzędzie bloków jest wyrwa. Na sąsiedniej elewacji wisi ogromny billboard zwrócony w stronę pustej działki. Kilkanaście dziecięcych twarzy, pogodne i uśmiechnięte maluchy, których już nie ma wśród nas.

Bo to całkiem ludzkie, kiedy bojownicy w imię Boga ukrywają się wśród dzieci sąsiadów. Zresztą, śmierć cywilów zwiera szeregi. Kolejna wyrwa, obok przechodzą uczniowie w mundurkach.

– Patrzcie, co zrobili ci wstrętni Amerykanie!

Trzej chłopcy długo zastanawiali się, czy do nas podejść. Pstryk, pstryk, mignęło oczko aparatu w komórce. I uśmiech nieśmiałości godny lepszej sprawy.

– Nie jesteście Amerykanami, prawda? – patrzą na nas z mieszaniną strachu i fascynacji.

Pisze Hawi:

Może zrodzi się z tych zgliszczy nowe plemię,
śmierć rozproszy, odpędzi wiatr,
może zapulsuje żarem
w lodowcowych pustyniach…
Miłość nasza jest silniejsza od uporu śmierci.
Lecz miłość nie zakiełkuje
z wystygłego ciała
i pokolenia smutnych zmarłych
dążą w tępą paszczę śmierci.

Na latarniach wzdłuż głównej ulicy wiszą zdjęcia mężczyzn w czerni, czasem z zieloną przepaską na głowie. Smutni młodzieńcy z nieobecnym wzrokiem, rzadko który się uśmiecha. Nad głową rozbiegają się złociste promienie… To portret męczennika, po arabsku szahid. Mudżahedin i logo partii Boga z zielonym karabinem.

– Będziemy walczyć, aż zwyciężymy.

– Błagań naszego premiera nikt wtedy nie słuchał. Co to za premier, co żebrze po innych krajach?! My tak nie będziemy!

Jeśli Bóg tak zechce. Znaczy inszallah.

Na oficjalnej stronie ruchu można przeczytać:

Podziwiam i szanuję Hezbollah. Z powodu jego doskonałego poczucia organizacji i dyscypliny. Z powodu jego głębokiej miłości i przywiązania do ojczyzny. I poświęcenia w jej obronie bez względu na cenę. Z powodu nieskończonej odwagi i wytrwałości jego bojowników. Z powodu dobroczynności, którą obdarza wszystkich. Ponieważ oni nienawidzą korupcji. Ponieważ oni wiedzą, kiedy się dopasować, a kiedy nie ustępować. Z powodu ich otwartości na wszystko nowe, jeśli chroni to, co stare i prawdziwe. Ponieważ przelewają krew, abyśmy mogli godnie żyć. Z powodu uśmiechu pana Nasrallaha… Jego nieskończonej mądrości, rzetelnego pragmatyzmu i błyskotliwej inteligencji. Ponieważ nie opuścił nas w czarnej godzinie ognia piekielnego, i dodawał nam otuchy jak ojciec swoim dzieciom.

Czasem Hawi pozwala sobie na trochę optymizmu i pisze:

A więc wytrzymajmy piekło ognia,
jeśli da nam pewność zmartwychwstania
jako narodom, które zrzucą z siebie
zgniliznę historii, przekleństwo i niebyt.
Odrzucą „wczoraj” kamienujące ich oczy
rubinami bez ognia i blasku
i słone zastygłe jeziora.

Czuję się głodny. Wchodzimy do małej piekarni. Na ścianie portret Nasrallaha i jego irańskiego protektora z nowym sojusznikiem, prezydentem Syrii. Uprzejmy piekarz lepi dla nas podpłomyk o średnicy metra. Specjalność zakładu, który stoi naprzeciw wypalonego bloku bez ściany. Oczywiście jest też billboard z twarzami i, jak wszędzie, potężny znak solidarności Jihad al-Binna. Na fundację można wpłacać pieniądze przez telefon. Dłoń wzniesiona w geście opieki i błogosławieństwa chroni dojrzewający kłos. Pomożemy!

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

A dziury jak były, tak są.

Ruszamy z przystanku. Pełna normalizacja?

Jan Subart

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.