Jesień 2020, nr 3

Zamów

Zawsze wierna czy mierna? Plusy i minusy polskiej wiary

Jakie są mocne i słabe strony polskiej wiary dzisiaj (w tym: Kościoła katolickiego jako wspólnoty i jako instytucji)? Jakie widzę szanse i jakie zagrożenia dla rozwoju wiary Polaków w najbliższej przyszłości (zarówno wewnątrz wspólnoty wierzących, jak i w ogólnej sytuacji kulturowej)? Na takie pytania poszukiwali odpowiedzi członkowie Zespołu Laboratorium WIĘZI w ramach specjalnej ankiety, której podsumowanie tu przedstawiamy.

Posłużyliśmy się metodą techniki analitycznej SWOT. Polega ona na posegregowaniu posiadanych informacji na cztery grupy: S (Strengths) – mocne strony, W (Weaknesses) – słabe strony, O (Opportunities) – szanse, T (Threats) – zagrożenia. Analiza mocnych i słabych stron to diagnoza stanu obecnego. Refleksje nad szansami i zagrożeniami to prognoza przyszłości.

Większość członków Zespołu Laboratorium WIĘZI przesłała swoje wypowiedzi w formie krótkich odpowiedzi na kolejne pytania ankiety. Niektórzy zaprosili do udziału w ankiecie także zaprzyjaźnionych zaangażowanych chrześcijan, albo też prezentowali opinie będące wynikiem dyskusji w szerszym gronie w swoich społecznościach lokalnych. Inni członkowie Zespołu przesłali natomiast swoje obszerne wypowiedzi i artykuły dotyczące spraw będących przedmiotem raportu. Część opinii będzie cytowana poniżej indywidualnie, w większości jednak poniższe opracowanie ma charakter syntetyczny.

Mocne strony polskiej wiary

Najczęściej wymienianą pozytywną cechą wiary Polaków jest zakorzenienie w tradycji i kulturze. Wielkim skarbem polskiej wiary można nazwać kulturową oczywistość chrześcijaństwa, powszechność wpływów katolicyzmu. W Polsce nie trzeba – jak chociażby bezpośrednio za naszą zachodnią granicą, na ziemiach dotkniętych ateizacyjną polityką byłej NRD – wyjaśniać młodzieży podstawowej symboliki biblijnej w muzeach. „Nadzy kobieta i mężczyzna pod drzewem kojarzą się młodym Polakom z rajem, a nie z seksem” – pisze jeden z członków Zespołu.

„Tradycyjny charakter polskiej wiary bywa interpretowany dość płytko, nawet wyśmiewany, ale to ogromne bogactwo, ponieważ wiara, a w szczególności religijność, kształtuje się zawsze w jakiejś wspólnocie i przez tę wspólnotę jest przekazywana. Tradycyjny koloryt wiary – o ile nie wpadamy w «narodowe zadęcie» – pozwala głębiej wrosnąć w lokalny Kościół” – pisze s. Barbara Chyrowicz. Anna Karoń-Ostrowska wskazuje na tradycję obecności Kościoła w życiu narodu na kolejnych tragicznych zakrętach historii, która zostawiła pozytywny ślad w świadomości społecznej, oraz na pozytywną, wspierającą, opiekuńczą rolę kleru w społeczeństwie polskim.

W wielu wypowiedziach ankietowych podkreślano także silny związek wiary z pobożnością. Bardzo mocną stroną polskiej religijności – zwłaszcza w porównaniu z krajami sąsiednimi i całym kontynentem europejskim – jest żywa tradycja Mszy niedzielnej. Polskie kościoły, zwłaszcza dla przybysza z zagranicy, robią wrażenie pełnych, czasem nawet przepełnionych. Monika Waluś zwraca uwagę, że wśród osób wypełniających polskie kościoły większość to kobiety i dzieci. Jej zdaniem, dzięki oparciu na tradycji, uczuciach, rodzinie i kobietach – wiara Polaków ma również silne odwołanie do codzienności życia.

Godny podkreślenia jest też fakt, że żywa pozostaje w polskim katolicyzmie tradycja Mszy codziennej, która nawet ostatnio – za sprawą ruchów młodzieżowych i wspólnot odnowy – odżywa, gdyż korzysta z niej regularnie więcej osób. Podobnie rozprzestrzenia się praktyka odmawiania brewiarza (a przynajmniej jego wybranych części) przez ludzi świeckich. Daje to mocne zakorzenienie osobistej modlitwy w modlitwie Kościoła. Cieszyć się mogą Polacy także z dużej liczby duchownych, a dzięki temu – dostępności sakramentów.

Niebagatelne znaczenie w tej dziedzinie ma (również często podkreślana) wysoka „popularność” sakramentu pojednania w Polsce. Kolejki do spowiedzi to dziś specyficznie polski fenomen. Niezależnie od wielu słabości związanych z praktyką tego sakramentu, zjawisko to oznacza, że świadomość osobistej grzeszności jest wśród Polaków wyraźnie obecna – co jest istotne, bo bez uznania własnego grzechu trudno o świadome przyjęcie Dobrej Nowiny o odkupieniu… Coraz łatwiej można obecnie znaleźć duszpasterzy gotowych do pogłębionej spowiedzi czy kierownictwa duchowego.

Na silny wciąż ludowy charakter polskiej wiary wskazywali różni uczestnicy ankiety. Piotr Wojciechowski pisał: „zasób wiary ludowej ciągle jeszcze jest wielki, fundament mocny – a składa się nań nie tylko to, co w ludziach (sumienia, wiedza, pamięć, nawyki, obyczaje, postawy egzystencjalne), ale także materialna otoczka: od palmy za obrazem i modlitewnika po babce, od kantyczki i różańca w szufladzie – po kapliczki, cmentarze, kościoły, gmachy klasztorów i katedry”.

Również Józef Majewski uznał ludowy charakter wiary „zwykłych” wiernych za „bardzo mocną, jeśli nie za najmocniejszą, stronę polskiej wiary, nawet jeśli czasem miałaby się ona ocierać o zabobon, magiczność”. Majewski rozumie ludowość jako realizm wiary, tj. „doświadczalne”, niejako „cielesne” czy „zmysłowe” przeżywanie wiary. Jak podkreśla, w tym nurcie intelektualna płytkość wiary często równoważona jest autentycznym doświadczaniem tego, co transcendentne i święte. W polskich realiach przejawia się to choćby poprzez masową wiarę w obecność Maryi w świętych obrazach, „wiarę” w figury świętych, nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego, pielgrzymki do miejsc świętych, święte źródełka, silne przeżywanie więzi ze zmarłymi, „wiarę” w relikwie, poczucie grzeszności, swoisty kult papieża. W ludowości mieści się także – jakże ewangeliczne – zrozumienie i wyrozumiałość dla ludzkich słabości i grzeszności, może szczególnie w odniesieniu do księży.

Wskazywano też na nowoczesne wersje pobożności ludowej. Wedle niektórych w takich kategoriach można np. interpretować spotkania nad Lednicą. Tego typu wydarzenia religijne (a przykłady można by mnożyć) dowodzą, że w Polsce istnieje potencjał ludzkiej gotowości do pozytywnej odpowiedzi na zaproszenie do zbiorowego przeżywania wiary.

Inaczej określił to Jerzy Sosnowski, który wśród mocnych stron polskiej wiary na pierwszym miejscu wskazywał „silne osadzenie katolicyzmu w rodzimej odmianie kultury masowej (nie ludowej: z tą właściwie dziś się już nie spotykamy), co w pewnej mierze uodparnia go na działanie toksyn materializmu praktycznego kultury masowej w jej odmianie globalnej”. Ten sam autor podkreślał także powszechną znajomość różańca, będącego specyficznie chrześcijańską modlitwą kontemplacyjną, oraz „urodę wielu specyficznie polskich pieśni i nabożeństw (pieśni wielkopostne, kolędy; nabożeństwa gorzkich żalów i drogi krzyżowej)”. W podobnym duchu o. Michał Paluch wymieniał coraz silniejszy akcent kładziony w polskiej pobożności na miłosierdzie (św. Faustyna i Łagiewniki).

Z ludowym charakterem wiary wiąże się też zaleta, jaką podkreślili Daria i Józef Majewscy: „kościelność mimo wszystko” – poczucie związku z Kościołem, nawet pomimo grzeszności i słabości duszpasterzy, pomimo niezrozumiałości takich czy innych decyzji hierarchii (np. przeniesienie ukochanego księdza do innej parafii), pomimo niejasności finansowej parafii. Pomimo narzekania na Kościół, pomimo tradycji spontanicznego oddolnego antyklerykalizmu – Polacy i tak będą chodzić do kościoła.

Mało tego – dla wielu Polaków Kościół jest istotnym punktem odniesienia. Wiara i jej zewnętrzny wyraz – czyli Kościół – są po prostu ważne w ich życiu. Coraz częściej również ludzie młodego i średniego pokolenia – niezadowoleni z typowej oferty duszpasterskiej, organizują się, „biorą sprawy w swoje ręce”, zapraszają duszpasterza do pomocy (Kościół jako wspólnota). Również w wymiarze społecznym Kościół (jako instytucja) odgrywa znaczącą rolę w wielu debatach społecznych. Nawet jeśli dzieje się to w atmosferze krytyki – owocuje to silną obecnością tematyki religijnej w dyskursie publicznym. Większość Polaków darzy Kościół szacunkiem i zaufaniem.

O silnej pozycji religii i Kościoła świadczy także obecność tematyki religijnej w polskich mediach świeckich. Zarówno prasa, jak i media elektroniczne (także poważne media prywatne) często i zazwyczaj rzeczowo informują o wydarzeniach z życia Kościoła. Dyskusje o roli Kościoła, jakie się w mediach odbywają, nawet jeśli są niesprawiedliwie krytyczne, pokazują, jak ważna jest ta tematyka dla Polaków. Znaczącym pozytywnym faktem są także media katolickie – z ich rosnącą różnorodnością, a zarazem wzrastającym profesjonalizmem. Fenomenem godnym pochwał jest także aktywna obecność katolików w internecie – zarówno poprzez duże portale, jak i drobne inicjatywy.

Ważną pozytywną cechą współczesnej polskiej religijności jest – jak to sformułował Piotr M.A. Cywiński – dostępność indywidualnych form życia duchowego. Chodzi o różne ruchy i wspólnoty, liczne formy rekolekcji, centra duchowości, ośrodki formacyjne. Osoby poszukujące głębszego życia duchowego coraz częściej mogą odnaleźć odpowiednie propozycje w Kościele, nie muszą odwoływać się do buddyzmu.

Wyraźnie jest to owoc rozwoju, jaki nastąpił w ostatnich 40 latach, po II Soborze Watykańskim. Sławomir Żurek podkreśla, że okres ten można nazwać wiosną Kościoła w Polsce: „Mam tu na myśli przede wszystkim odnowę Kościoła lokalnego – struktury parafii i form przeżywania liturgii poprzez nowe rzeczywistości wspólnotowe, takie jak neokatechumenat, oaza, Odnowa w Duchu Świętym, Foccolari, ruchy rodzinne i wiele innych. Rozkwit tego typu inicjatyw w Polsce – oraz ich stabilność – pozwalają wręcz mówić, zdaniem Żurka, że „atutem polskiej religijności jest jej otwartość na ducha Soboru Watykańskiego II”.

Wśród godnych dostrzeżenia inicjatyw duszpasterskich członkowie Zespołu wymieniali m.in.: istnienie „wzorcowych” czy „kultowych” parafii (często prowadzonych przez zakony), które inspirują swoją działalnością inne wspólnoty; działalność edukacyjną, społeczną, charytatywną i misyjną niektórych zakonów; żywe duszpasterstwa akademickie w miastach uniwersyteckich; rozbudowane duszpasterstwo młodzieżowe (chyba unikalne w skali europejskiej); obecność pewnej liczby wybitnych duszpasterzy (czasem obdarzonych dużą charyzmą) i teologów; nieliczne, ale znaczące inicjatywy w dziedzinie ekumenizmu i dialogu międzyreligijnego.

Sławomir Sowiński stwierdził wręcz, że do mocnych stron polskiego życia religijnego należy „pluralizm i równowaga polskiego katolicyzmu, różnorodność oferty duszpasterskiej i duchowej – współegzystencja katolicyzmu ludowego i coraz silniejszego nurtu wiary świadomej i uwewnętrznionej, tradycyjnych parafialnych form duszpasterskich i nowych ruchów religijnych, a także wyraźny pluralizm w poglądach poszczególnych biskupów”.

Rzecz jasna, wśród mocnych stron wymieniano także zobowiązującą spuściznę Jana Pawła II. Religijność Karola Wojtyły opierała się na doświadczeniu polskości rozumianej „po jagiellońsku” – nie zaś monoetnicznie i monoreligijnie. Koncepcja Rzeczypospolitej wielu narodów, kultur i religii okazała się wręcz – napisał Sławomir Żurek – „najmocniejszą stroną polskiej religijności”. Stanowiła bowiem fundament ekumenicznej i międzyreligijnej aktywności Papieża-Polaka.

Inne jeszcze mocne strony polskiej wiary to: ofiarność – gotowość materialnego wspierania Kościoła, a także chęć do angażowania się w działania na rzecz Kościoła, zdolność do poświęceń połączona z żarliwością, zdrowy „duch bojaźni bożej” (jeśli Polak wierzy, to nie traktuje Boga jak „dobrego kumpla” – s. Barbara Chyrowicz).

Trafnym podsumowaniem obrazu mocnych stron polskiej wiary w opiniach członków Zespołu Laboratorium WIĘZI wydają się słowa Piotra Wojciechowskiego: „Pewne jest jedno – ciągle jeszcze jest z kim mówić o Bogu, są miejsca spotkania, żyje język takiego dyskursu”.

Słabe strony polskiej wiary

Paradoksalnie, zjawiska opisywane jako mocne strony polskiej wiary mają czasem także swoją „drugą stronę medalu” – na skutek tego mogą się pojawić w niniejszej analizie również wśród stron słabych. Mogą one również odgrywać znaczącą rolę w przyszłości – mogą zatem stać się szansą lub zagrożeniem (te problemy będą opisywane poniżej w trzeciej i czwartej części tekstu).

Wśród słabości polskiej wiary członkowie Laboratorium WIĘZI wymieniali wiele cech czy zjawisk. Najczęściej powtarzało się słowo: klerykalizm. Jego przejawy dostrzegano w różnych dziedzinach życia Kościoła. Silne utożsamienie przeciętnego polskiego katolika z Kościołem nie przekłada się bowiem na poczucie odpowiedzialności za tę wspólnotę. Wciąż pokutuje przekonanie, że Kościół to duchowni, „oni, a nie my”.

Innymi słowy, brakuje zaufania pomiędzy świeckimi a duchownymi. Ci pierwsi narzekają na proboszczów, którzy nie podejmują ich inicjatyw. Dla odmiany, paradoksalnie, wielu księży skarży się na bierność swoich parafian. Problemem jest więc, z jednej strony, nieumiejętność samoograniczenia się przez duchownych (zajmowanie się wszystkim w parafii), a z drugiej strony, dramatyczna eklezjalna bierność wielu świeckich (traktowanie parafii jako punktu zaspokajania potrzeb religijnych, bez wymagania czegokolwiek od siebie). To ostatnie zjawisko ma w Polsce skalę masową, gdyż większość parafian (nawet większość osób przyznających się do związku ze swoją parafią) nie odczuwa potrzeby wpływania na życie swojej wspólnoty religijnej.

Niestety, utożsamianie Kościoła z księżmi zdarza się jednak nadal nawet w języku Kościoła hierarchicznego – gdy np. biskupi mówią o „wewnętrznych sprawach Kościoła”, tj. takich, które powinny być omawiane wyłącznie w gronie „wtajemniczonych”, czytaj: duchownych. W praktyce klerykalizm przejawia się np. przez powszechne na polskich wydziałach teologicznych, przy zatrudnianiu pracowników naukowych, pierwszeństwo dla mniej zdolnych księży przed zdolniejszymi świeckimi.

Odpowiedzialność za wyjście z „zaklętego kręgu” braku zaufania między świeckimi a duchownymi spoczywa przede wszystkim na tych ostatnich – to oni bowiem sprawują w Kościele władzę, której w Polsce nikt nie chce ich pozbawiać. Niestety, zazwyczaj nie potrafią jednak dzielić się odpowiedzialnością. O. Piotr Jordan Śliwiński pisze: „Często działanie rad parafialnych ma charakter czysto formalny, a model współpracy duszpasterzy z wiernymi przypomina nie tyle współpracę, ile wyłącznie wykonywanie poleceń”. Niezrozumiałe, a nieraz wręcz oburzające są zwłaszcza przejawy zachowań „feudalnych” w Kościele: paternalistyczne traktowanie wiernych, lekceważący czy wręcz poniżający stosunek księży do zakonnic, brak rzeczowego dialogu czy wreszcie napuszona etykieta spotkań z hierarchami. Dziedzictwem czasów komunistycznej opresji jest także swoista „tajemniczość” Kościoła w Polsce – świeccy niewiele wiedzą o bolączkach i perspektywach Kościoła (ani duszpasterskich, ani finansowych). Skoro nie wiedzą, to jak mają być współodpowiedzialni?

Słabą stroną masowości i kulturowej oczywistości katolicyzmu w Polsce jest – związana z tymi cechami – bezrefleksyjność w wierze i liczne słabości intelektualne. Pomimo obecności i powszechności lekcji religii w szkole dostrzec można słaby poziom wiedzy religijnej. Niska jest w Polsce zarówno znajomość katechizmu, jak i zdolność refleksji nad wiarą. Wierzący Polacy nie potrafią powiązać wyznawanej wiary ze swoim codziennym życiem. Powoduje to narastanie rozziewu między wiarą a życiem. Maria Rogaczewska pisze o odczuwanym przez wielu młodych ludzi zatrzymaniu się Kościoła w „kapsule czasu” – proponowane przez Kościół formy życia coraz bardziej rozmijają się z realnym życiem ludzi oraz ich duchowymi potrzebami.

Brakuje w Polsce katechezy dla dorosłych. Piotr Czekierda zwraca uwagę na „nierównomierną formację serc i głów”. Nawet w duszpasterstwach akademickich wielu studentów poszukuje bardziej przeżyć religijnych niż refleksji nad swoim życiem jako powołaniem chrześcijańskim. W naszym Kościele mało jest dyskusji, czasem można odnieść wrażenie, że nie ma miejsca na wątpliwości. Stawianie pytań uchodzi często za przejaw buntu lub niedopuszczalnej krytyki Kościoła. Nieraz ciekawsze i głębsze bywają dyskusje o Kościele w mediach świeckich niż katolickich.

Tak kształtowana religijność pozostaje sentymentalna i infantylna u wielu osób, które są dojrzałe w innych wymiarach życia. Jak wyraziła się Monika Waluś, brakuje „dorosłej” wersji wiary: „brak racjonalnego przemyślenia uczuć, intelektualnej refleksji nad tradycją, odpowiedzialnego, a nie tylko marzycielsko-powinnościowego (czasem życzeniowego?) myślenia o rodzinie, traktowania młodych kobiet jako dorosłych ludzi, a nie tylko jako dziewcząt lub przyszłych matek”. Występuje też zjawisko pomieszania (przemijających) tradycji narodowych, lokalnych czy obyczajów z (niezmienną) Tradycją Kościoła.

Mimo wymienionych wcześniej zalet polskiego duszpasterstwa razi jednak niski poziom intelektualny wielu księży. Rzecz jasna, nie sposób tego ocenić procentowo, można jednak empirycznie. Jak pisze Jerzy Sosnowski, „sprawdziłem, że pójście na niedzielną Mszę do kościoła (poza wybranymi, znanymi mi świątyniami) niepokojąco często skazuje wiernego na wysłuchanie kazania w najlepszym razie nijakiego, a w najgorszym – skażonego prymitywizmem myślowym”. Inny uczestnik ankiety przypomniał sformułowanie o. Jana Andrzeja Kłoczowskiego, że przyszły poziom polskiego duchowieństwa zależy od dwóch mebli: klęcznika i biurka, tj. od poziomu modlitewnego i intelektualnego zaangażowania. Polską słabością jest natomiast – wskazują Renata i Sławomir Sowińscy – brak poseminaryjnej formacji duchownych, zwłaszcza księży diecezjalnych. Po zakończeniu formacji „pod kloszem” w seminarium duchownym i po święceniach są oni często pozostawieni sami sobie.

Niewiele pomagają tu na razie wydziały teologiczne na uniwersytetach. Ich duchowni wykładowcy, o czym już była mowa, nie zawsze są dobierani na podstawie kompetencji. Często także nie mogą poświęcić się pracy naukowej, gdyż dodatkowo pracują duszpastersko, np. jako proboszczowie. Dobre wywiązywanie się z obu tak poważnych funkcji jest zaś bardzo trudne. Nic dziwnego, że do tej pory Kościół w Polsce nie doczekał się solidnych komentarzy do dokumentów II Soboru Watykańskiego. Nie ma też pomysłu (a często brakuje nawet woli) na korzystanie z wielkiego, unikalnego skarbu polskiego Kościoła, jakim są liczne rzesze świeckich kobiet i mężczyzn z wykształceniem teologicznym. Rodzi to niepotrzebne frustracje i problemy.

Znaczna część słabych stron polskiej wiary w opinii członków Zespołu Laboratorium WIĘZI wynika ze słabości Kościoła. Wskazano w ankiecie m.in. na przesadne moralizatorstwo. Troska o moralność i prezentacja wzorca życia godziwego należą oczywiście do podstawowych zadań Kościoła. Nie mogą jednak prowadzić do moralizatorstwa. W Polsce natomiast kościelna troska o moralność wydaje się silniejsza niż o duchowość. Przypomniano niedawną opinię nestora polskiej teologii, ks. Józefa Kudasiewicza:

Dla nas chrześcijaństwo ogranicza się do nakazów i zakazów. […] Mówimy ciągle wiernym, czego Bóg od nich żąda, natomiast nie uczymy ich o tym, czym ich Bóg obdarzył w Chrystusie, jedynym Zbawicielu. Więcej dobrego można wykrzesać z wiernych jednym dobrym kazaniem o Trójcy Świętej niż mówieniem cały rok o tym, czego Bóg żąda, np. od chrześcijańskich małżonków. Spłaszczyliśmy i spłyciliśmy chrześcijaństwo tylko do jednego wymiaru moralnego, a zgubiliśmy wymiar w głąb. To jest największa „herezja” Kościoła polskiego .

Uderza też oderwany od normalnego życia język, jakim posługują się duchowni, a w ślad za nimi wielu świeckich blisko związanych z Kościołem. Jest to zazwyczaj język napuszony, „nieziemski”, sztucznie hieratyczny, górnolotny, zniechęcający. Joanna Petry Mroczkowska jako filolog zwraca na to szczególną uwagę: „odgórny język duszpasterski jest z reguły nieznośny: pompatyczny, archaiczny, przesłodzony, ckliwy, niekonkretny, lubujący się we frazesach i moralizatorskich formułkach”. Jest to język jednostronnej komunikacji odgórnej.

Szukając we wnętrzu Kościoła źródeł tych problemów, Józef Majewski wskazuje przede wszystkim na liturgię: „Liturgia jest kluczowa dla Kościoła: jaka liturgia, taki Kościół”. Tymczasem w Polsce liturgia jest często zaniedbywana, sprawowana byle jak, powierzchownie. W praktyce nie widać, by dla wielu księży, na których w największym stopniu spoczywa odpowiedzialność za stan liturgii, była ona rzeczywistym „szczytem i źródłem” życia Kościoła. Poza wspólnotami ruchów odnowy i wybranymi parafiami brakuje też u nas właściwej formacji liturgicznej świeckich.

Ks. Andrzej Czaja stwierdza: „Kościół w Polsce jest ciągle zbytnio zajęty sobą, zanadto zainteresowany umacnianiem swych struktur i instytucji, a za mało człowiekiem. […] Wciąż za bardzo czekamy na człowieka (w kościele, zakrystii, kancelarii), a za mało jest odważnego wychodzenia doń, nie bacząc na utarte ścieżki i funkcjonujące stereotypy”. Według Sławomira Sowińskiego, zauważalny jest przerost „motywacji negatywnych w polskim katolicyzmie (lęk, strach, obawa, poczucie przymusu i obowiązku, życiowe nieszczęście) nad motywacjami pozytywnymi (spotkanie z miłującym Bogiem, więź oparta na wolności i zaufaniu, odkrywanie sensu życia)”.

Niepokojącym zjawiskiem jest utożsamianie katolicyzmu z polskością w rozumieniu endeckim. Polacy traktują czasem wiarę jako „dodatek do lekcji historii”, i to w wersji mocno uproszczonej. Niewiele ma to wspólnego ze wspominaną wcześniej polskością jagiellońską, zwłaszcza gdy łączy się z niechęcią wobec innych, nietolerancją czy antysemityzmem. Bardzo niebezpiecznym zjawiskiem są powstające (na tym m.in. tle) podziały pomiędzy katolikami, często łączone z poczuciem nieomylności własnego środowiska.

Joanna Petry Mroczkowska analizuje: „Symbioza wiary katolickiej z narodowymi ideałami wolnościowymi obniżyła poczucie uniwersalności polskiego katolicyzmu. Trudna polska historia skomplikowała odwieczne problemy z wolnością. Ujawniła się słabość: Kościół mówił o wolności, ale nie potrafił być jej rzecznikiem, kiedy nastała w życiu publicznym”. Kościół w Polsce zdaje się nie rozumieć, że dzisiejszy etap cywilizacyjny charakteryzuje się możliwością indywidualnego wyboru spośród wielu życiowych modeli. Uczestnicy ankiety zwracali uwagę, że u nas chętnie sięgano po roku 1989 po rozwiązania znane z przeszłości, a niekoniecznie pasujące do społeczeństwa pluralistycznego, np. odbudowano przedwojenny model duszpasterstwa wojskowego z kapelanami-oficerami, dla których ważniejszym elementem stroju jest mundur niż koloratka. A były już w posoborowym Kościele ciekawe przykłady innego, bardziej duchowego zorientowania duszpasterstwa wojskowego. Mniej skuteczne, ale jeszcze bardziej symptomatyczne, były pod tym względem polityczne starania na rzecz ogłoszenia Chrystusa Królem Polski.

Przy znaczącej publicznej roli Kościoła i zewnętrznych przejawach „sojuszu ołtarza z tronem” (np. Msze święte jako część uroczystości państwowych i patriotycznych) zastanawia – na co zwraca uwagę Michał Kurkiewicz – słabo słyszalny głos Kościoła w ważnych sprawach społecznych. Słyszymy wypowiedzi w imieniu Kościoła dotyczące państwa i prawa, ale brakuje pomysłu na głos w sprawach społecznych. O. Piotr Jordan Śliwiński podaje przykłady: „problemów jest wiele, np. rozwój prostytucji, lichwa, prawa pracownicze, szacunek dla emigrantów, brak tolerancji religijnej”. Udział Kościoła w debacie publicznej jest jednak owocem chaotycznego reagowania na wydarzenia, a nie przemyślanej strategii. Prowadzi to do zachwiania proporcji ważności spraw. Stosunek do ubogich sprowadzany bywa często do kwestii dobroczynności i „kanalizowany” w wyspecjalizowanych działaniach Caritas. A przecież ubodzy powinni być w centrum życia Kościoła, nie tylko być przedmiotem jego opiekuńczej działalności.

W tym kontekście pojawiał się też problem zamożności kleru w Polsce. Panuje tu ogromne zróżnicowanie. W niektórych diecezjach stopa życiowa księży jest wysoka, a w innych mają oni trudności ekonomiczne. Wszelkie przejawy luksusu w tej dziedzinie są gorszące i hamują ofiarność wiernych na rzecz wspólnoty Kościoła.

Podkreślano też narastający problem z wiarygodnością Kościoła – głoszenie zasad, które nie są praktykowane we własnym życiu. Kościół nasz, który tak ochoczo moralizuje, nie umie sobie radzić z wewnętrznymi kłopotami. „Obok moralności katolickiej funkcjonuje moralność kościelna” – warto choćby przyjrzeć się podejściu do osób zatrudnionych w instytucjach kościelnych. W sytuacjach ostrych napięć w praktyce dobro Kościoła bywa utożsamiane z dobrym imieniem duchownych podejrzewanych o jakieś występki, złą wolę przypisuje się zaś „oskarżycielom”, czyli najczęściej osobom skrzywdzonym. Poważne zarzuty dotyczące biskupów (abp Paetz, abp Wielgus) nie zostały do końca, uczciwie i otwarcie wyjaśnione. Wskutek tego narasta zdezorientowanie wśród ludzi zagubionych i pogłębiają się podziały między osobami posiadającymi jasno sprecyzowane poglądy w danej sprawie.

Członkinie Zespołu Laboratorium WIĘZI wskazywały także na swoistą nieufność Kościoła instytucjonalnego do kobiet. Jest przecież wiele miejsc, w których mogłyby one być bardziej zaangażowane w misję kapłaństwa powszechnego. Tymczasem dominuje w naszym Kościele założenie duszpasterskie, że kobiety powinny i będą chciały być: nauczycielkami, wychowawczyniami, matkami, opiekunkami dzieci i mężczyzn, tj. będą właściwie przejmowały całkowitą odpowiedzialność w rodzinie, a zarazem powinny milczeć w Kościele, nie przejmować żadnych widocznych zadań i ról – mimo że w społeczeństwie obejmują coraz bardziej widoczne i odpowiedzialne stanowiska. Razi nieznajomość nauki Jana Pawła II na temat kobiet i ich roli.

Mężczyznom wcale jednak nie jest lepiej. Ze względu na liczebną przewagę kobiet wśród praktykujących zdarzają się kazania wprost mówione do kobiet, mimo że w kościele są także mężczyźni. Rola i znaczenie mężczyzn, ich wiary i formacji, są niedoceniane w życiu Kościoła. Brakuje szczególnie formacji i duchowości ojców. Piękne sformułowanie „wiara ojców” łączy się z praktycznym przekonaniem, że za wszystko odpowiedzialne są matki.

„Parafia nie stała się wspólnotą ekumeniczną, misyjną i ekologiczną” – napisał Piotr Wojciechowski. „Mało kto rozumie potrzebę tych trzech pól świadomości i działania. Parafia to nie tylko kościół z tabernakulum – choć to jej serce. To kawałek Polski poddany ewangelicznym przemianom, miejsce działania świadków Chrystusa. Dlatego tu powinno się dokonywać jednoczenie wierzących w Jezusa, dialog, wzajemna posługa. Tu trzeba zapraszać niewierzących, ateistów, szukających, rozwiedzionych, rozgoryczonych – bo Chrystus nie przyszedł do zdrowych, tylko do tych, co się źle mają. Parafia nie ma świadomości ekologicznej wpisanej w swoją istotę, a przecież to tu mamy czynić ziemię sobie poddaną, tu brać odpowiedzialność za dary ziemi, natury, wody, powietrza, tu ma być ten skarb stworzenia przekazywany kolejnym pokoleniom. Śliczny trawniczek przy kościele, kwietniki przed plebanią – i dosyć?”

Szanse na przyszłość

Choć wydaje się to trudne, to wciąż możliwe jest, że w Polsce uda się wypracować unikalny w Europie model katolicyzmu łączący masowość z głębią wiary, łączący religijność z kulturową i społeczną modernizacją. O tego typu możliwościach mówią nie nawiedzeni polscy mesjaniści, lecz zagraniczni socjologowie religii obserwujący chłodnym okiem rozwój przemian kulturowych i religijnych w naszej ojczyźnie. W tym kontekście członkowie Zespołu Laboratorium WIĘZI odpowiadali na pytanie, jakie widzą szanse dla rozwoju wiary Polaków w najbliższej przyszłości, tj. co (zarówno wewnątrz wspólnoty wierzących, jak i w ogólnej sytuacji kulturowej) stwarza możliwości korzystnych przemian wiary Polaków.

Wielu uczestników ankiety wskazywało na opisane już mocne strony polskiej wiary jako wielką szansę. Jeśli uda się je odpowiednio podtrzymać i rozwijać – sytuacja może zmieniać się na lepsze. Przykładowo: wysoki poziom regularnych praktyk religijnych – pisze Monika Waluś – daje niepowtarzalne „możliwości ewangelizacji, nauczania, spotkania, jednoczenia ludzi”; tradycja spowiedzi daje szansę na spotkanie z osobowym Bogiem, bez zawężania własnej osoby do problemów psychologicznych. Analogicznie można by opisywać szanse, jakie dają kolejne mocne strony. „Znajdujemy się w bardzo istotnym punkcie ewolucji – pisał Marcin Przeciszewski – dzięki której albo na najbliższe dziesięciolecia zostanie w Polsce zbudowany sensowny model Kościoła, albo szansę tę zaprzepaścimy. Odpowiedzialność naszego pokolenia jest zatem szczególna”.

W skali społecznej powodem do nadziei może być fakt zaskakującej dojrzałości wiary Polaków. Można wręcz powiedzieć, że polski katolicyzm w warunkach wolności ma już za sobą jeden poważny, skutecznie przezwyciężony kryzys. Chodzi o sytuację z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych. Zaufanie do Kościoła jako instytucji spadało wówczas gwałtownie (z 90% pod koniec roku 1989 do 38% w połowie roku 1993), ale praktyki religijne trwały stabilnie na wysokim poziomie . Polscy katolicy potrafili zatem odróżnić swój (niezmienny) stosunek do Boga od (zmiennego) stosunku do instytucji Kościoła. Również Episkopat uczył się wówczas na błędach, np. nigdy nie powtórzono już sytuacji z 1991 roku, gdy z Sekretariatu Episkopatu rozsyłano nieoficjalną instrukcję wyborczą. W podobnie dojrzały sposób reagowała (już po roku 2000) większość Polaków na pojawiające się okołokościelne skandale. Nawet gdy sprawa dotyczyła biskupa, poziom zaufania do Kościoła nie ulegał obniżeniu – wyraźnie nauczyliśmy się nie utożsamiać słabości konkretnego człowieka z instytucją, jaką reprezentuje.

Kilku uczestników ankiety, niezależnie od siebie, stwierdziło, że – paradoksalnie – za szansę dla polskiej wiary uważają nadchodzące przemiany kulturowe. Elżbieta Adamiak pisze, że nieunikniony jest wzrost pluralizmu społeczeństwa. Nie trzeba się go jednak obawiać – „jeśli wiara i przynależność do Kościoła przestaną być oczywiste, zrodzi się konieczność uzasadnienia swoich wyborów”, a dzięki temu wzrośnie liczba katolików autentycznych, świadomych swojej wiary i światopoglądu, dających żywe świadectwo obecności Boga w świecie.

Może zatem najważniejszą szansą dla polskiego katolicyzmu jest po prostu wolność? Zwłaszcza młodzi ludzie to „dzieci wolności” – jak pisze Maria Rogaczewska – „oczywiście nieokiełznanej i ślepej na początku. Religia, która pociągnie ich do siebie, nie może zabijać tej wolności, tylko pokazać przestrzeń, gdzie wolność się spełni: w miłości i zaangażowaniu, a nie w narzuconym obowiązku”. W świecie wolności być wierzącym to przede wszystkim umieć wybierać, podejmować właściwe decyzje.

Józef Majewski wyraża przekonanie, że procesy sekularyzacyjne nie są w stanie osłabić „metafizycznego niepokoju” w ludziach. Również postępująca demokratyzacja, czyli pogłębianie się odpowiedzialności ludzi może mieć wpływ na budzenie się także współodpowiedzialności za Kościół, a tym samym „kościelność” mniej „z tradycji”, a bardziej „z wyboru”. Szansą polskiego katolicyzmu (podobnie jak europejskiego chrześcijaństwa) – twierdzi Sławomir Sowiński – „jest wyraźnie narastające poczucie pustki i głodu duchowego, jakie daje się odnotować w społeczeństwach rozwiniętych”.

W wielu krajach zachodnich mówi się obecnie o wzroście pytań natury duchowej. Dzieje się to jednak po bolesnym procesie „odkościelnienia” społeczeństw. Czy w Polsce uda się pominąć etap odchodzenia ludzi od Kościołów? O. Michał Paluch uważa, że jeśli katolicyzm będzie w Polsce odpowiednio przedstawiany – „z odniesieniem do innych religii i bez popadania w kościelny żargon – będzie na pewno najbardziej interesującą i nośną propozycją duchową w naszym kraju (wsparciem może być zaś moda na odkrywanie lokalnych tożsamości)”.

Szansą może być także powszechna dostępność lekcji religii w polskich szkołach – przy wielu ich słabościach. Jednak w opinii kilku osób, aby lekcje religii były rzeczywistą szansą dla rozwoju wiary, należałoby je podzielić między szkołę a parafię. Szkoła nie jest bowiem odpowiednim środowiskiem do wprowadzania młodych ludzi w misterium wiary. Zdaniem Marcina Przeciszewskiego, jedna lekcja religii mogłaby odbywać się w szkole i mieć charakter bardziej religioznawczy, a druga – w parafii, gdzie byłaby autentyczną inicjacją w życie religijne.

Anna Karoń-Ostrowska wiąże nadzieje ze średnim i młodym pokoleniem osób wychowanych w pogłębionej wierze w różnych ruchach i wspólnotach katolickich już za pontyfikatu Jana Pawła II. Istnienie takiej znacznej grupy Polaków to fakt niezależny od dyskusji nad zasadnością określenia „pokolenie JP2”. Dotyczy to zarówno świeckich, jak i duchownych. Można też liczyć na nowe pokolenie biskupów, „którzy będą w stanie poprowadzić polski Kościół ku przyszłości i którzy wypracują program dla Kościoła polskiego – otwarty na znaki czasu i potrzeby człowieka XXI wieku, zakorzenionego w powszechności wspólnoty, otwartego na inne religie i inne wyznania”.

Szansą jest także wzrastająca, choć powoli, rola świeckich w Kościele, w tym kobiet. „Taka wydaje się konieczność dziejowa – pisze Joanna Petry Mroczkowska – albo, inaczej ujmując, taki kierunek nadaje naszym czasom Duch Święty”. Ci ludzie tworzyć będą zapewne także nowe instytucje przeniknięte chrześcijańskim duchem, które będą potrafiły działać na miarę nowych czasów. To ich dziełem są już takie inicjatywy, jak „ruch” muzyki chrześcijańskiej czy sieć letnich festiwali ewangelizacyjnych. Michał Kurkiewicz zwraca uwagę, że na przykład grupy pro life „to juz nie tylko, tak jak kiedyś, starsze panie z różańcami, ale prawnicy, informatycy i dziennikarze”. Jego zdaniem, taka tendencja powinna się nasilać. Inni wierzący profesjonaliści, jakich potrzeba w przyszłości Kościołowi, to chociażby dziennikarze o dobrze uformowanych sumieniach i świeccy teologowie. Jedni i drudzy w Polsce istnieją, trzeba tylko umieć skorzystać z ich talentów i umiejętności.

Zdaniem Sławomira Żurka, szansą nie do przecenienia jest „dialog chrześcijan – na wszystkich możliwych płaszczyznach, począwszy od wewnątrzkościelnego (między katolikami), poprzez ekumeniczny, międzyreligijny, a wreszcie społeczny i kulturowy. Polska religijność potrzebuje powrotu do swych wielokulturowych, dialogowych korzeni, co najlepiej otwiera na świat wraz z całą jego różnorodnością”.

Spośród tendencji ogólnokościelnych, które mogą oddziaływać na Polskę, Józef Majewski wskazuje na wrażliwość Benedykta XVI na sprawy liturgii. Daje to szansę, że i w naszym Kościele obudzi się nowa liturgiczna wrażliwość, która przełoży się na jej bardziej uważne i duchowe sprawowanie. Majewski podkreśla też, że coraz wyraźniej ruchy kościelne odchodzą od kształtowania duchowości swych członków na wzór duchowości zakonnej czy kapłańskiej, a formują nową duchowość dla świeckich: zaangażowaną w świat doczesny i codzienność.

Wśród szans na przyszłość członkowie Zespołu Laboratorium WIĘZI wymieniali także możliwość szerszego wykorzystania dotychczasowego potencjału polskich zakonów, zwłaszcza ich doświadczeń formacyjnych i duszpasterskich. Tym to ważniejsze, że prawdopodobnie – jak wskazują ostatnie lata – zmniejszać się będzie liczba kandydatów do kapłaństwa i życia zakonnego. Ograniczanie się liczby duchownych będzie się wiązało z coraz większą odpowiedzialnością świeckich za wspólnoty lokalne. Jednocześnie „wybór życia zakonnego lub kapłańskiego będzie się wiązał z rzeczywistą rezygnacją z mocy władzy i pieniądza” – podkreśla o. Piotr Jordan Śliwiński. Paradoksalnie zatem – podsumowuje o. Michał Paluch – „szansą na pogłębienie «oferty» Kościoła jest zbliżający się kryzys”…

Zagrożenia na przyszłość

Jakie natomiast pojawiają się na horyzoncie zagrożenia? Najbardziej ogólnie można powiedzieć, że grozi nam zmarnowanie powyżej opisanych szans, roztrwonienie posiadanych atutów i stopniowa społeczna marginalizacja tak ludzi wierzących, jak i Kościoła.

Uczestnicy ankiety byli zgodni co do największego niebezpieczeństwa – jest nim samozadowolenie. Piotr Wojciechowski napisał: „Najgroźniejsze wydaje mi się zadowolenie ze swojej wiary (osobiste lub zbiorowe), zagubienie potrzeby nawrócenia, poczucia grzechu, kierunku ku poprawie”. Groźne jest – spotykane u nas nierzadko – przekonanie, że jesteśmy dla świata wzorem społeczeństwa katolickiego. Zamiast mobilizować do aktywności i poszukiwań, rodzi ono bierność, a stąd niedaleko już do powtórzenia scenariusza szybkiej laicyzacji, jak w – podobnie ongiś przekonanych o własnej wyjątkowości – Quebeku czy Irlandii.

Nieco słabszą formą samozadowolenia może być niechęć do zmian. Kilku członków Zespołu Laboratorium WIĘZI, niezależnie od siebie, użyło podobnego określenia: króluje u nas zasada „jakoś to będzie…”. Jacek Borkowicz zwraca uwagę na zupełny brak mechanizmów przygotowawczych, łagodzących skutki przyszłych, zapewne nieuchronnych, napięć, pęknięć, może rozłamów. Innymi słowy, można mówić o bezmyślnym konserwatyzmie, przekonaniu, że „ma być tak jak jest, bo jest tak jak ma być”. Jeszcze inaczej można by to nazwać „chowaniem głowy w piasek” zamiast podejmowania trudnych wyzwań współczesności.

Wyraźnym zagrożeniem jest brak wizji Kościoła w skali społecznej. Wizje takie przedstawiają liderzy ruchów i małych wspólnot, formułują je także grupy jednoznaczne ideowo. Jaką jednak wizję Kościoła ma realizować przeciętny katolik? Wśród odpowiedzi ankietowych ponownie pojawił się cytat słów ks. prof. Kudasiewicza: „Ód czasów sługi Bożego kardynała Wyszyńskiego, który wymodlił w więzieniu peregrynację obrazu Jasnogórskiej Pani, nie wymyśliliśmy nic nowego, choć zmieniają się czasy. Ciągle tylko powielamy peregrynację” . Nie potrafimy dziś przedstawić jasnej i porywającej wizji Kościoła przyszłości.

Przygotowanie takiej wizji powinno być zadaniem pasterzy Kościoła. I tu dotykamy problemu kryzysu przywództwa. Kilku uczestników ankiety zwróciło uwagę, że Episkopat Polski nie ma dziś liderów na miarę kard. Stefana Wyszyńskiego czy kard. Karola Wojtyły. Przedłużanie się takiej sytuacji jest z wielu powodów niebezpieczne: również dlatego, że grozi erozją więzi między zaangażowanymi świeckimi a biskupami. W niektórych środowiskach katolickich pojawia się już wręcz przekonanie, że od biskupów niczego dobrego spodziewać się nie można. Nie trzeba tłumaczyć, jak bardzo destrukcyjna może być taka sytuacja dla wewnętrznego życia Kościoła.

Dlatego Marcin Przeciszewski uważa, że „reformy wymaga sposób wyboru kandydatów na biskupów. W obecnej sytuacji przeważająca większość biskupów rekrutuje się z kręgów kościelnej administracji wysokiego szczebla lub spośród kościelnych środowisk naukowych. Rzadko stanowiska te uzyskują wybitni duszpasterze. Proporcje te należałoby odwrócić. Podstawowym kryterium wyboru na biskupa powinny być wybitne zdolności duszpasterskie oraz przejrzysta i czytelna sylwetka duchowa”.

Istotna może być też w przyszłości funkcja biskupów jako strażników jedności Kościoła. O. Piotr Jordan Śliwiński przestrzega bowiem, że „mogą pojawić się tendencje odśrodkowe naruszające jedność Kościoła. Realna jest groźba powstania, wspieranego medialnie, nurtu «reformatorskiego» (ruch typu Wir sind Kirche), jak i nurtu integrystycznego. Tarcia i dyskusje między nimi – przy braku działania na rzecz jedności – mogą doprowadzić do podziałów”. Zdaniem o. Śliwińskiego, mogą też pojawić się symptomy kryzysu finansowego Kościoła. Najlepszą, uprzedzającą odpowiedzią byłoby pod tym względem opracowanie nowoczesnego modelu finansowania Kościoła.

Wobec narastającego pluralizmu społecznego i kulturowego polskim katolikom grozić może wzmocnienie postaw obronnych, zamykanie się w swoim własnym świecie, okopywanie się przed zagrożeniami w poczuciu oblężonej twierdzy. Prostą drogą prowadzić to może do dualistycznej wizji świata: „z jednej strony my, wybrani i dobrzy, a z drugiej – oni, źli i potępieni”. W czasach gwałtownych przemian (zwłaszcza gdy wiele tych przemian ma kierunek niepokojący) „łatwiej w Kościele o proroków nieszczęścia niż proroków nadziei” – napisał jeden z członków Zespołu Laboratorium WIĘZI, nawiązując do słynnego przemówienia bł. Jana XXIII podczas otwarcia II Soboru Watykańskiego. Jak zatem być jednocześnie wiernym chrześcijańskiej ortodoksji, otwartym na współczesny świat i krytycznym wobec niebezpiecznych przemian kulturowych – to jedno z kluczowych pytań na przyszłość.

Jerzy Sosnowski przestrzega: „Przechodzimy okres uderzającego przyspieszenia cywilizacyjnego, zmiany paradygmatu kultury. Na razie nie widzę w polskim Kościele dowodów na to, że żywe są w nas zdolności adaptacyjne, tak charakterystyczne dla chrześcijaństwa jeszcze w XVII wieku. Polski Kościół trwa pod względem estetyki i oceny kultury w klimatach może nawet dziewiętnastowiecznych, a już na pewno przedwojennych”.

Wciąż odżywa też jedno z czołowych zagrożeń polskiego katolicyzmu, jakim są wszelkie próby ideologizowania, upolityczniania, manipulowania religią i angażowania Kościoła do „politycznych przetargów”. Niebezpieczeństwo to było już wielokrotnie dyskutowane i zdumiewać może, że mimo wszystko nadal znajdują się duszpasterze, a nawet biskupi, którzy pozwalają politykom na podpieranie się autorytetem Kościoła, którym nie przeszkadzają partyjne akcenty na spotkaniach religijnych, którzy sami wypowiadają się i angażują się w działania jednoznacznie uwikłane politycznie, a więc partykularne.

Jednym z możliwych scenariuszy przemian jest – pisze o. Michał Paluch – ewolucja w stronę w stronę „kulturowego” chrześcijaństwa: „przyjmuję sakramenty bez wiary, traktuję je jako część dziedzictwa kulturowego, w którym uczestniczę”. Podobnie myśli ks. Andrzej Czaja: „Przechodzimy coraz bardziej z poziomu, który wyrażają słowa «Bóg – tak, a Kościół – nie», na poziom, który można oddać słowami: «religia – tak, a Bóg – nie»! Oczywiście «nie» wobec Boga nie oznacza kategorycznej negacji, jak w przypadku wielkich nurtów ateizmu. Bóg jest stale na ustach, ale nie zawsze idzie o Boga. Bywa, że rozwiesza się szyldy «dla Jezusa», ale częstokroć bez Jezusa. Krótko mówiąc, mamy coraz bardziej do czynienia z kryzysem wiary, którego szczególnym przejawem jest swoisty deizm chrześcijański, napędzający aktywizm bez żywej więzi z Bogiem”. W takiej sytuacji trwały brak przekonującej katechezy dla dorosłych może w praktyce oznaczać rezygnację Kościoła z formowania wiary swoich członków i pozostawienie im wolnej drogi ku wyborowi własnej, często synkretycznej drogi wiary.

Taka sytuacja oznacza konieczność uznania przez władze polskiego Kościoła, że – jak pisze Joanna Petry Mroczkowska – „zaistniała już nie potrzeba, ale właśnie konieczność zmiany pedagogiki religijnej. Kościół otwarty, wspólnotowy i służebny wymaga rozszerzenia postawy partnerstwa zamiast patronizowania”. Niebezpieczeństwem w obecnej sytuacji może być zwłaszcza wygodne skupienie się duchownych wyłącznie na pracy z tymi, którzy i tak pozostają w orbicie oddziaływania Kościoła. „Cieszymy się, że połowa Polaków co niedziela chodzi do kościoła – pisze Marcin Przeciszewski – Oznacza to jednak, że druga ich połowa chodzi rzadko lub wcale. Kształtuje się model, który nazwałbym «społeczeństwem pogranicza» – pomiędzy wiarą a niewiarą. Jest to teren, na który najsilniej oddziaływać będą prądy laicyzacyjne”. Szukanie sposobów dotarcia do tzw. nominalnych katolików czy „katolików z metryki” (czyli: ewangelizacji) powinno być jednym z czołowych zadań naszego Kościoła. Mało jednak jest chętnych do podejmowania takiego wysiłku…

Piotr M. A. Cywiński uważa, że w ostatnich latach Kościół w Polsce cechuje się bezradnością w poszukiwaniu nowych form duszpasterstwa, w szczególności wobec: a) środowisk wiejskich, b) środowisk robotniczych; c) wielkomiejskiej klasy średniej. Jeżeli proces ten nie zostanie zahamowany, to możemy stracić znaczną część „mieszkańców” tych światów.

Jeden z kluczowych współczesnych sporów ideowych dotyczy wizji małżeństwa i rodziny. W Polsce jest w tej dziedzinie wiele cennych inicjatyw edukacyjnych i formacyjnych. Wciąż jednak w typowym kościelnym przekazie problematyka przygotowania do małżeństwa, a także przeżywania małżeństwa i rodziny jako powołania prezentowana jest językiem oderwanym do realnego życia i zniechęcającym. Jeśli to się nie zmieni, młodym ludziom chrześcijańska wizja małżeństwa i rodziny może coraz częściej kojarzyć się z nudziarstwem i zbiorem zakazów, zamiast z porywającym powołaniem do świętości. Odpowiedzią na kryzys rodziny nie może być biadolenie i potępianie.

Piotr Wojciechowski przestrzega: „Dysfunkcyjne rodziny są wychowawczo bezsilne. Media katolickie są ekonomicznie słabe, przez to w wielu przestrzeniach społecznych nieobecne. Katecheci są w szkołach lekceważeni, czasem nawet poniżani. Ofensywa promocji towaru, chamstwa zwycięzców i komercyjnego kiczu eliminują z obiegu społecznego język rozmowy o Bogu – to może doprowadzić do ograniczenia obecności wiary, a w dalszej perspektywie do diaspory wierzących”. Sławomir Sowiński wskazuje natomiast na nasilający się rozziew w formacji religijnej młodzieży między szkolną lekcją religii, parafią a rodziną. „Szkoła prowadzi tylko lekcje religii, które w zasadzie nie są katechezą; parafia (poza rekolekcjami) nie ma w zasadzie oferty katechetycznej; rodzina abdykuje w funkcji formacji i wychowania (także religijnego) na rzecz mediów i rówieśników”. Wyżej była mowa o szansie, w jaką można przekształcić obecność lekcji religii w szkołach. Możliwy jest jednak także scenariusz odwrotny – może ona stać się dla Kościoła w Polsce ciężarem u nogi. Obecny poziom „odkatechizowania” szkolnych lekcji religii – jak nazwał to Józef Majewski – jest już zagrożeniem dla wiary i bez kroków zaradczych sytuacja może się pogarszać.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Zagrożona może być także przyszłość zgromadzeń zakonnych w Kościele. Możliwe jest zwłaszcza pogłębienie kryzysu powołań do zgromadzeń żeńskich i kontemplacyjnych, które tworzą przecież bardzo ważne zaplecze duchowe, decydujące o jakości i żywotności polskiego katolicyzmu w przyszłości. Zakony, nie tylko w Polsce, będą się też musiały zmierzyć z bardziej generalnym wyzwaniem. Kryzys może bowiem wynikać z faktu, że zakony proponują młodym ludziom struktury minionego wieku. Struktury nie są przecież niezmienne. „Zamiast biadolić nad małą liczbą powołań należałoby się zastanowić nad tym, czy współczesna młodzież jest się w stanie w nich zmieścić” – pisze jeden z członków Zespołu Laboratorium WIĘZI. „Szansą zakonów jest raczej odwaga w zmienianiu struktur!”.

Poważnym niebezpieczeństwem na przyszłość może być wreszcie skoncentrowanie się Kościoła na sobie samym. Powinien się on tymczasem skupić na Bogu. Coraz wyraźniej widać duchowe tęsknoty ludzi współczesnych, którzy poszukują odpowiedzi. Jak pisze Jerzy Sosnowski, „duchowość zindywidualizowana i głęboka jest oczywistą tęsknotą człowieka ponowoczesnego. Jeśli katolicyzm nie odpowie na tę tęsknotę, ludzie poszukają jej zaspokojenia gdzie indziej (w quasi-duchowości new age, w innych religiach lub – w najlepszym razie – w innych wyznaniach chrześcijańskich)”. Dostrzec można np. rosnące w Polsce zainteresowanie nowymi wspólnotami zielonoświątkowymi. Wyraźnie potrzebne jest zatem wzmocnienie misteryjnego wymiaru Kościoła. Dlatego niech jako ostatni zabrzmi głos s. Barbary Chyrowicz: „największym zagrożeniem dla wiary jest brak wiary i zaufania”…

Opracował Zbigniew Nosowski

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.