Jesień 2020, nr 3

Zamów

Eks post: Cud UFO

Przyznaję: mam wstydliwy pociąg do stron internetowych, poświęconych UFO i tematom pokrewnym. Kilka lat temu zdarzyło mi się namówić niepozbawioną zdrowego rozsądku żonę, byśmy pojechali do Wylatowa, wioski w centralnej Polsce, obejrzeć tamtejsze „kręgi zbożowe” (zresztą w ostatniej chwili – po drodze mijaliśmy kombajny, czerwone mementa dla tych sezonowych znaków). Kiedy słyszę od bliźnich, że byli świadkami „zjawisk paranormalnych” – nie śmieję się, nie macham ręką, tylko czekam na szczegóły. Synchroniczność, czyli – jak to definiował Jung – „akauzalne zdarzenie znaczące”, dawno przestała mnie dziwić: chyba każdemu przytrafiło się, że gdy (powiedzmy) czytał poemat Edgara Allana Poe „Kruk”, na parapecie ni z tego, ni z owego przysiadł kruk? Lub przynajmniej gawron.

Kiedy próbuję zrozumieć tę cechę, kłopotliwie odróżniającą mnie od wykształconych bliźnich (choć może i oni nocami bobrują po sieci w poszukiwaniu zdjęć Marsjan, tylko się do tego nie przyznają), dochodzę do wniosku, że stanowi ona formę niezgody na całościowe opisanie świata, którego rozmaite wersje oferuje mi się zewsząd. Dlatego protestuję, gdy zdradziwszy się ze swoją skłonnością, zostaję zaliczony w szereg ufologów lub spirytystów – co permanentnie robią ci właśnie ufolodzy lub spirytyści, chcący widzieć we mnie swojaka, ale też racjonaliści, w oczach których najskromniejsza wzmianka o ograniczeniach naszej współczesnej wiedzy oznacza popadnięcie w zabobon. Jedni i drudzy grzeszą w moich oczach upodobaniem do jakiegoś systemu. Tymczasem wizja rzeczywistości, w której oczywiście (!) istnieje telekineza, telepatia i teleportacja, nie wydaje mi się wcale bardziej pociągająca niż ta, wedle której istnieje jedynie telewizja i telemarketing. Pogląd, którego potwierdzenia szukam w opowieściach, stanowiących zazwyczaj obrazę dla rozsądku, mówi natomiast coś innego: że od każdej reguły, którą potwierdza empiria, może istnieć skandaliczny wyjątek.

Żeby tę myśl wyjaśnić, postaram się opisać zdarzenie, którego byłem uczestnikiem jakieś dwadzieścia lat temu. Nie pamiętam już po co, ani w jaki sposób, udało mi się namówić znajomych do zaaranżowania seansu spirytystycznego. Było nas sześcioro – jedno małżeństwo i dwie pary. Nie wiedząc tak naprawdę, jak się do rzeczy zabrać, urządziłem wszystko na podstawie dość szczególnego podręcznika do spirytyzmu, a mianowicie… sceny, zapamiętanej z powieści Zbigniewa Nienackiego „Niesamowity dwór”. Przygotowałem planszę, złączyliśmy dłonie nad talerzykiem, a gospodarz zaczął nawoływać ducha. Po kilku, może kilkunastu minutach…

No właśnie: co właściwie się wydarzyło? Żona gospodarza zaczęła nagle głęboko oddychać, jak człowiek pogrążony we śnie. Po jej twarzy płynęły łzy, ale zapytana, czemu płacze, powiedziała tylko – powoli, z opóźnieniem, jakby naprawdę zapadła w drzemkę – że „wszystko dobrze”. Talerzyk natomiast – sam się żenuję, zażenowałem się od razu, bo chyba sam nie spodziewałem się niczego innego, niż że po pewnym czasie znudzeni damy sobie spokój – ruszył w wędrówkę po stole. Zaintrygowany poprosiłem, żeby kolejne osoby zabrały ostrożnie ręce, tak, że w końcu tylko my dwoje, ja i niespodziewane medium, dotykaliśmy się palcami. Podsunąłem swoje dłonie pod dłonie dziewczyny: żadne z nas nie przyciskało talerzyka! A on tymczasem, zatrzymując się przy kolejnych literach, układał zdania co najmniej kłopotliwe: o kłopotach małżeńskich gospodarzy, o napięciach między narzeczonymi, o skrytych pragnieniach siedzących wokół osób. Wreszcie jedna z dziewczyn powiedziała: „No już, starczy, dajcie spokój” – i okazało się, że z dziwacznego stanu nie umiemy naszego medium wybudzić. Po ciągnącym się przeraźliwie długo kwadransie cucenia w łazience dziewczyna ocknęła się nareszcie, a ja obiecałem sobie nigdy więcej nie uczestniczyć w podobnych imprezach.

Spirytysta uzna, rzecz jasna, że wywołaliśmy ducha (?). Racjonalista będzie również dowodził, że rozumie, co się stało – upierając się, że widocznie znalazł się jednak wśród nas okrutny dowcipniś lub że ulegliśmy wszyscy zbiorowej sugestii. Mnie natomiast uderza, że poza powyższym, czysto faktograficznym opisem (zabrudzonym co prawda przez użycie słowa „medium”), nie potrafię na temat tamtego wieczoru powiedzieć nic sensownego. Znalazłem się poza strukturami języka, którym władam. Przyjęte przeze mnie znaczenie słowa „duch” wyklucza łączenie go z czasownikiem określającym fizyczną czynność („Duch poruszał talerzykiem” – co za nonsens!). Słowo „zaświaty” w żaden sposób nie daje się zestawić z intymnymi treściami, w które układały się litery z planszy. Swoją drogą: talerzyki nie poruszają się samoistnie po stole. Wszystko to należy do podstawowych oczywistości, które pozwalają mi w miarę sprawnie żyć od 45 lat. Widziałem wszakże co innego. Pojęciem, którego chętnie użyję, jest „skandal poznawczy” – tyle, że pozwala ono jedynie powiedzieć oględnie, że nic nie rozumiem.

Kilkanaście lat później rozmawiałem z moim przyjacielem, konserwatywnym katolikiem, który napomknął, że Kościół uznaje wprawdzie realność cudów, ale nie akceptuje spirytyzmu. „Wiesz, ja nie jestem przekonany, czy doświadczenia spirytystyczne w pewnych okolicznościach nie są realne” – mruknąłem ostrożnie. Podniósł wzrok. „Toteż nie akceptuje nie dlatego, że są nierealne, przeciwnie” – powiedział głosem dość złowróżbnym. Zmieniłem temat.

Współwystępowanie na tych samych stronach www (a także w książkach, czasopismach, programach telewizyjnych) spirytyzmu i latających spodków jest powszechne, a popularność tych tematów – uderzająca. Co więcej: natkniemy się tam również na relacje o fenomenach, które należą do ściśle pojętej religii, a mianowicie o objawieniach maryjnych i o cudach, zarówno tych, które Kościół przyjmuje do wiadomości, jak i tych, którym przeczy. Opowieść o katastrofie UFO pod Roswell, żelazny składnik legendy o Obcych odwiedzających Ziemię, „cud słońca” w Fatimie, czy niedawno zdjęcie płomienia nad ogniskiem, układającego się w postać przypominającą Jana Pawła II – ten zestaw może katolika gorszyć, wskazuje jednak wyraźnie funkcję tych wszystkich opowieści we współczesnej kulturze. Mamy mianowicie do czynienia z desperackim sprzeciwem wobec „odczarowania świata”, spontanicznym buntem przeciwko naukowo-technicznej wizji rzeczywistości, w której jeśli nie wszystko jest przewidywalne (czemu przeczy teoria chaosu), to wszystko jest obojętne na człowieka i jego troski. Póki chodzi o uznanie, że istnieją wyjątki od reguł, o wynalezienie luk w spójnej, racjonalistycznej narracji o świecie, gorąco tym wysiłkom kibicuję, nawet jeśli muszę przyznać (a muszę), że znaczna część dostępnych nam opowieści o zjawiskach paranormalnych to, wyrażając się grzecznie, historie nie budzące zaufania. Niestety człowiek źle znosi nie tylko wizję świata, pozbawiającą go nadziei, ale również wizję świata uznającą, że zdarzają się skandale, przypadki zawieszające działanie reguł. Zdanie „dla Boga nie ma nic niemożliwego” (jeśli dotrze do nas jego sens) większości z nas nie niesie bynajmniej otuchy, chyba że dotyka nas życiowa tragedia. Dlatego zbieranie świadectw o zjawiskach paranormalnych prowadzi prędzej czy później do konstruowania systematycznej teorii. Ma ona charakter religijny, bo stara się stworzyć alternatywę dla światopoglądu cywilizacji naukowo-technicznej, ale ponieważ nie stoi za nią tradycja żadnego wyznania, przypomina raczej wiarę sekty. Kliniczny przypadek tego rodzaju widzę w ewolucji polskiej Fundacji Nautilus.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Założył ją znany dziennikarz ekonomiczny, Robert Bernatowicz. Kilka lat temu dowiedział się o „kręgach zbożowych” w Wylatowie i – wiedziony ciekawością – pojechał obejrzeć rzecz na miejscu. Uznał, że nie potrafi wyjaśnić zjawiska w sposób zdroworozsądkowy; zorganizował więc prace badawczo-dokumentacyjne, wkrótce uruchomił w radiu program na temat podobnych przypadków, potem stronę internetową i wreszcie wspomnianą fundację. Mimo sympatycznej w moich oczach dociekliwości Bernatowicza, strona www Nautilusa pełna jest świadectw, na tle których moja opowieść o seansie spirytystycznym to szczyt zdrowego rozsądku. Raz na jakiś czas znajdowałem tam jednak pożywkę dla swojej wstydliwej obsesji: opisy jakichś dziwacznych zdarzeń, pozbawione próby zrozumienia, zgłaszające jedynie niewystarczalność dostępnych nam sposobów objaśniania rzeczywistości.

Tymczasem Bernatowicz doszedł do wniosku, że przyszedł czas na ujawnienie, jakie pewniki – ach, co za ulga – dają się sformułować na podstawie zgromadzonego archiwum. Ogłoszono zatem tekst pt. „Dziesięć punktów”, który – w co nie wątpię – „powstał na skutek lektury maili do Fundacji NAUTILUS. Wiele osób prosi o odpowiedzi na pytania podstawowe, dotyczące zagadnień związanych z tematem sensu życia czy religii” [podkreślenie moje – JS]. Dowiadujemy się z niego między innymi, że „ludzkie życie nie kończy się w momencie śmierci!”, „jest Moc, która ogarnia cały Wszechświat” oraz że „istnieje reinkarnacja” (poza tym, że – rzecz jasna – „istnieją obce cywilizacje, które przylatują na Ziemię”). „Fundacja NAUTILUS – czytamy w patetycznym podsumowaniu – zebrała materiał o sensie życia, który daje nadzieję wszystkim ludziom. Pragniemy przekazać ludziom tę wiedzę, aby mogli oni zrozumieć swoje miejsce w otaczającym nas świecie”.

Lubię Roberta Bernatowicza i porusza mnie to wołanie o religijny sens życia, na które postanowił odpowiedzieć; wyobrażam sobie nawet, że czuł się do tej odpowiedzi moralnie zmuszony, jak człowiek, który spotyka bliźniego proszącego o chleb. Obawiam się jednak o jakość zaproponowanego biedakom pożywienia. Wszyscy bowiem, świadomie lub nie, wyglądamy cudów – ale cuda ujęte w system (w dodatku skonstruowany samozwańczo, metodą majsterklepki tracą to, co w nich najcenniejsze: zamykają nas wewnątrz wyjaśniającej wszystko teorii, zamiast przynosić wolność; tę wolność, która, jeśli nie jest pozorem wolności, stanowi największy z możliwych cudów.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.