Wiosna 2021, nr 1

Zamów

Eks Post Metafizyka uprzejmości

Ta fotografia zrobiła na mnie dziwne wrażenie. Ilustrowała artykuł na temat ekstrawaganckich designerów, którzy projektując rzeczy codziennego użytku starają się wywołać uczucia obrzydzenia i grozy. Autorką dzieła jest Karin van Lieshout, a samo dzieło to dywan, zatytułowany (!) „Zabity na drodze lis”. Na powierzchnię o kolorze asfaltu naszyto skórę lisa (nie umiem powiedzieć, naturalną czy sztuczną) oraz czerwone skrawki materiału, stwarzając dość dokładną iluzję obrazu, przywołanego w nazwie.

Należę do licznego grona, potwornie irytującego miłośników sztuki współczesnej, a mianowicie skory jestem do reagowania na nią wzruszeniem ramion lub oburzeniem. Tym razem jednak złapałem się nieomal na aprobacie: wprawdzie nie kupiłbym tego dywanu do domu, ale na widok zdjęcia, zamiast się skrzywić, parsknąłem śmiechem. I to w dodatku, jak sobie uświadomiłem ułamek sekundy później, parsknąłem śmiechem z ulgą.

Cierpienie i śmierć, panujące w świecie przyrody, stanowią dla mnie jedno z najpoważniejszych źródeł światopoglądowych wątpliwości. Dawno temu, próbując rozładować je żartem, ułożyłem piosenkę, w której wypominałem Panu Bogu, że

Ty stworzyłeś boćka, który żabę wżera

I żabę stworzyłeś, co musi umierać,

Choć nikt jej nie powie, jak to będzie z rajem

(Bo o żabim raju jakoś nie słyszałem).

I wprawdzie w ostatniej strofce zmuszałem się do uznania, że pewne tajemnice pozostaną dla „podmiotu lirycznego” nieodsłonięte, problem pozostał i bolał. Tak, mówiłem sobie, pierwsi rodzice skazili dobry świat, jedząc wiadomy owoc; nasza natura, o czym przekonujemy się codziennie, tknięta jest niedoskonałością; niech więc będzie, że przejawem tej niedoskonałości są także choroby i śmierć. Za część z nich ponosimy zresztą bardziej bezpośrednią winę, zanieczyszczając środowisko naturalne, trując się papierosami czy z aprobatą przyglądając się defiladom, na którym pokazuje nam się narzędzia do zabijania. Dlaczego jednak za grzech pierworodny mają także odpowiadać niewinnie nasi „bracia mniejsi”? I to w sposób, by tak powiedzieć, systemowy: najżarliwsze prośby delegacji antylop nie skłonią lwa do wegetarianizmu, nie mówiąc o paskudnych obyczajach żywieniowych bakterii, pasożytów, pająków… Żywot zająca to horror, przy którym „Koszmar z Doliny Wiązów” wydaje się filmem dla dzieci. Śliczny kot na widok chorej sikorki zamienia się w oprawcę jak z obozu koncentracyjnego. Zagryzie go zresztą spuszczony ze smyczy pies, ten nasz wierny przyjaciel. I tak w kółko…

Jedną z najgłupszych odpowiedzi na moje rozterki usłyszałem kiedyś od człowieka zacnego i pobożnego, który na moje pytanie, jak dobry Bóg może godzić się na to, że zwierzęta cierpią, odpowiedział z prostotą: „Widocznie tak naprawdę nie cierpią”. Trudno nie pogratulować równie błyskawicznej metody uporania się z faktem, że na obiad obaj, zdaje się, zjedliśmy sobie tego dnia po kotlecie schabowym. Żaden z nas nie dałby się przy tym namówić na pracę w rzeźni. System żywienia, w jaki jesteśmy wpisani, system życia, które toczy się zgodnie z zasadą „zabijaj lub umieraj”, obejmuje także nas, ludzi – i kiedy nad wodą zaczynają kąsać komary lub mieszkanie atakują mrówki faraona, wydajemy im wojnę nie rozważając bynajmniej moralnej strony zagadnienia.

Przypomina mi się usłyszana przed laty opowieść o podróżniku, który zamieszkał w Afryce z mocnym postanowieniem, że nie zabije ani jednej istoty żywej (rozumiem, że nie brał pod uwagę działania własnego systemu immunologicznego). Skoro w chacie, którą sobie zbudował, zagnieździły się jakieś nieżyczliwe człowiekowi owady, przeniósł się do nowej. A potem do następnej. Aż – i tu pouczająca puenta – odwiedził sąsiednią wioskę i zobaczył, jak umierają z głodu murzyńskie dzieci. Po tym doświadczeniu zaopatrzył się nielegalnie w środki wybuchowe i zaczął ogłuszać nimi ryby w jeziorze, żeby je łowić na skalę przemysłową. Zrozumiał, że wobec takiego albo-albo jego marzenie o nieskalanym sumieniu robi się nieprzyzwoite.

Rzecz jasna, nieopodal czai się myśl, na której temat ładnie ironizuje w „Pawiu królowej” Dorota Masłowska: Ty byś umiała na pewno dużo lepszy świat wymyślić, nikt w to nie wątpi, ale biednemu Bogu tak świetnie nie wyszło. Można się spierać, czy pycha takiego podejrzenia jest aby lepsza niż pospieszne zapewnianie się, że cierpienie zwierząt jest na niby. Nota bene mojego poprzedniego kota musiałem uśpić, bo w młodym wieku złapał gdzieś wirus kociej białaczki – i w ostatnich dniach, nim się złamałem i pojechałem z nim w ostatnią drogę do weterynarza, miałem okazję m.in. oglądać wywołany chorobą atak epilepsji. Kot obudził się i nie rozumiał, co się z nim stało, ale jego pytający wzrok był czymś, czym niezbyt miłosiernie chciałbym poczęstować tamtego poczciwca, przekonanego, że zwierzęta nie cierpią. Czym innym jest powstrzymywać się od zarzucania Bogu fuszerki, a czym innym – udawać, że wszystko na tym świecie jest doskonałe. Nie jest. Żyjemy w labiryncie grozy, w którym mamy wytrzymać i zachowywać się mimo wszystko tak przyzwoicie, jak tylko potrafimy. Domyślając się, że to nic na tym świecie nie zmieni. Lub – niewiele.

Przypuszczam, że śmiech z powodu makabrycznego dywanu pt. „Zabity na drodze lis” wybuchł we mnie na gruncie tych wszystkich myśli. Kiedy dzieje się coś złego, żart – ten cudowny dar dla homo sapiens, boskie koło ratunkowe – przynosi chwilową ulgę. Pozwala na immoralny dystans, na chwilę mentalnej wolności. Jak sztuka, jak (podobno) mistyczna kontemplacja. Najzabawniejsze dowcipy dotyczą spraw, z których w zasadzie nie wypada się śmiać. Nie ma nic odleglejszego od poczucia humoru niż „polityczna poprawność” w jej wszelkich odmianach – co nie oznacza naturalnie zgody na szyderstwa czy ośmieszanie ofiar. Ale to nie rozjechany lis jest tu przedmiotem żartu, tylko nasz odruch, pełen żalu i wstrętu. Tymczasem – może wszystko jest inaczej. Może nie należy ufać emocjom. Może po tamtej stronie kilimu chaotyczne nitki układają się we wzór, który wszystko tłumaczy.

Nie jestem pewien, czy nie wykraczam znacznie poza granice ortodoksji, ale zdarza mi się myśleć w ten sposób o trzydziestym ósmym rozdziale Księgi Hioba. Cierpiący człowiek pyta bez końca „dlaczego?”, a gdy Stwórca odzywa się wreszcie pośród wichru, Jego odpowiedź burzy całą siatkę oczywistości, z których wyrosło pytanie. Hiob, jak my często, antropomorfizuje Boga, spodziewając się, że określające Go pojęcia absolutnego miłosierdzia i absolutnej sprawiedliwości są tożsame z naszym, ziemskim rozumieniem tych słów. Boska kwestia: „Gdzieś był, gdy zakładałem ziemię? Powiedz, jeśli znasz mądrość” – mogłaby, gdyby ująć ją arogancko, brzmieć jak w zabawie dziecięcej: „Pomidor!”. Przecież do tego się sprowadza: do odmowy wyjaśnienia. Przynajmniej nikt nas tu nie oszukuje. Bóg jest lojalnie szczery. Chciałeś odpowiedzi, to ją masz. Brzmi ona: nie zrozumiesz. Trudno się nie uśmiechnąć, choć uśmiech oznacza – jak w zabawie – przegraną. Ale i wygraną zarazem. Bo w ten sposób odsłaniają się nam ograniczenia naszego rozumu, naszej ludzkiej natury. Niewiele wyobrażeń budzi we mnie takie przerażenie, jak myśl, że świat mógłby być w pełni racjonalny, bez reszty poddający się ludzkiemu poznaniu wraz z jego narzędziem, logiką. Więc nie jesteśmy zamknięci w obrębie tego, co da się pojąć (czasownik „pojąć” znaczy „pochwycić”, złowróżbne pokrewieństwo łączy go z „jeńcem”). Istnieje jakieś Całkiem-Inne i to stamtąd przemawia Bóg.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Tymczasem żyjemy jednak tutaj i musimy się jakoś wspierać. Chrześcijaństwo sformułowało nakaz miłości bliźniego, ideał poświęcenia i ofiary; święty Franciszek objął nimi także świat zwierząt. W ten sposób możemy choć częściowo przeciwstawić się darwinowskiemu mechanizmowi konkurencji, w której nagrodą jest przetrwanie. Na co dzień jednak tak wysokie cele moralne zdają mi się niekiedy zbyt wysokie: trudno oczekiwać, że na poczcie obsługiwać mnie będzie Matka Teresa z Kalkuty, a ucząc w szkole znajdę w klasie tłum sobowtórów świętego Stanisława Kostki. Wiem, że powinienem oczekiwać od siebie jak najwięcej, w chwili zmęczenia jednak warto widzieć nieprzekraczalne minimum, poniżej którego nie wolno się obsunąć. Tym minimum wydaje mi się – uprzejmość.

Znam wartościowych ludzi, może nawet w przyszłości kandydatów na świętych, którzy w pierwszym kontakcie wydawali się szorstcy w obejściu i wyobrażam sobie, że prowadząc działalność charytatywną zetknęli się z takim bezmiarem nieszczęścia, iż ta szorstkość wytworzyła się w nich jako zdrowa reakcja obronna. A jednak myślę, że my, nieświęci, zanim zaczniemy kształtować w sobie cnoty w stopniu heroicznym, moglibyśmy wypracować w sobie to, co niby tandetne i łatwe. Amerykańskie, tak jest, keep smiling. Grzeczność w kontakcie z podwładnym, może kwaśny, ale miły uśmiech posłany niewprawnemu kierowcy na naszym akurat pasie ruchu, choćby zdawkowe kiwnięcie głową – niech tam! – gdy wyjątkowo drażniąca staruszka wpycha się przed nami do kolejki. To wyrażenie minimalnej niezgody na cierpienie, którego nasz świat ma pod dostatkiem.

Brzmi to jak kazanie z lekka zniechęconego księdza, ale wypływa z gorzkiej (samo)świadomości, jak trudne jest osiągnięcie – przynajmniej w Polsce – tego podstawowego poziomu. Kulturom krajów, które znajdują się za naszą zachodnią granicą, można zarzucić, że poprzestają na sformułowaniu tego minimalnego nakazu, ten jednak jest tam traktowany jako oczywisty. Skoro zagadka metafizycznych źródeł zła prowadzi nas poza obszar tego, co jesteśmy w stanie pojąć, niech chociaż jego codzienne ostrze daje się trochę stępić. Zanim okaże się, dlaczego cierpiał Hiob, czemu bociany nie mogą żywić się trawą i dlaczego lisy nie potrafią schodzić z drogi naszym rozpędzonym samochodom.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.