Jesień 2020, nr 3

Zamów

Modernizacja potrzebuje tradycji. Kilkadziesiąt zdań o prawicy i kilka o Kościele

Redakcja „Więzi” zwróciła się do mnie z prośbą o napisanie tekstu na temat stosunku prawicy do Kościoła i odwrotnie. Propozycję przyjąłem z przyjemnością, bo jej autorem była „Więź”. Przyjąłem też ze zdziwieniem, bo obszary, które miałbym opisać — Kościół i prawica — wydają mi się oddzielne i autonomiczne. Wreszcie przyjąłem tę propozycję z lękiem, nie jestem przecież ani znawcą prawicy, ani Kościoła, ani też analitykiem politycznym.

Poniższe rozważania będą formułowane przez członka Kościoła katolickiego. Uważam się zarazem za reprezentanta myśli prawicowej, ze szczególną skłonnością do konserwatyzmu społecznego, zalecającego respektowanie i zachowywanie sprawdzonych zasad oraz do liberalizmu gospodarczego jako jedynego sposobu myślenia, który potrafił ufundować rzeczywisty rozwój cywilizacyjny. Może warto jeszcze podkreślić, że — będąc tak „zdefiniowanym” prawicowcem — chętnie pozostaję bezpartyjny, co wiąże się nie tylko ze sprawowaną przeze mnie aktualnie publiczną funkcją, ale też z oceną jakości polityki, jaką na co dzień obserwujemy w Polsce.

KOŚCIÓŁ PRZENIKAJĄCY

Zacznę od Kościoła. W jego rozumieniu w sposób oczywisty uciekam od etymologicznego źródłosłowu tego słowa w języku polskim — castellum to mały gród warowny. Trzy aspekty właściwego teologicznie rozumienia Kościoła chcę mocno podkreślić: jego wspólnotowy i powszechny charakter, jego — w istocie — eschatologiczne przyporządkowanie i wreszcie jego potencjalność związaną z tym, że jest on ciągłym urzeczywistnianiem określających go cech, których nigdy nie posiada w stanie idealnym.

Jest zatem Kościół, czy też być powinien, dla jego członków najważniejszym sposobem urzeczywistniania ofiarowanej nam możliwości i szansy poszukiwania zbawienia. Jest uniwersalny w swoich dążeniach i swym kształcie, a zarazem ludzki w swoich ograniczeniach. Jest też — trudno mi o lepsze słowo — przenikający, tzn. odnoszący się do wszystkich naszych aktywności, wkraczając we wszystko, co czynimy.

W tym sensie Kościół przenika też nasze społeczne i polityczne myślenie i zaangażowanie. Tego rodzaju stwierdzenie stoi zaś w pewnej sprzeczności ze spostrzeżeniem, od którego rozpocząłem niniejsze wywody, że mianowicie Kościół i prawica (czy jakikolwiek inny nurt polityczny), to oddzielne i autonomiczne dziedziny. Sprzeczność ta jest, jak sądzę, pozorna, choć bowiem przenikanie Kościoła przez każdy fragment życia jego członków ma charakter powszechny, to usytuowane jest w innym porządku niż aktywność polityczna sama w sobie. Idzie mi o to, że — posłużę się nazbyt może prostą analogią — to, iż ludzie mieszkają w domach i chodzą do pracy ubrani, co jest zjawiskiem absolutnie powszechnym, nie stoi w żadnej sprzeczności z różnorodnością naszych upodobań estetycznych i, na przykład, kulinarnych. Innymi słowy, przenikanie Kościoła w życie jego członków wyznacza raczej zasady ogólne niż szczegółowe.

Co się zaś tyczy pytań o moralną stronę aktywności publicznej, to mogłoby się wydawać, iż związki przestrzeni publicznej i sfery moralnej są silniejsze niż są w rzeczywistości. Kościół wyznacza tylko podstawowy porządek normatywny. Ciągnąc przywołaną analogię, należałoby powiedzieć, iż oczywiste jest, że pewne potrawy albo są niejadalne, albo też nie nadają się do serwowania w szanującym się towarzystwie. I choć mam świadomość, że posługując się kategorią „szanującego się towarzystwa”, wykroczyłem poza ontologię wkraczając w obyczajowość, to będę obstawał przy autonomiczności obszarów sakramentalnych i politycznych. Przy czym nigdy nie odważyłbym się powiedzieć, że polityka — wszyscy konserwatyści świata, wybaczcie mi! — także polityka prawicowa, może być przenikająca w takim znaczeniu, w jakim mój Kościół jest Kościołem przenikającym.

WIELKIE WYZWANIA

Powyższe rozważania mogą skłonić czytelnika do podejrzenia, że chcę pozostać w sferze rozważań ogólnych. Nic bardziej mylnego — chcę szukać odniesień do dnia dzisiejszego, polityka jest bowiem albo aktualna i konkretna, albo nie ma jej wcale. Nie oznacza to oczywiście, że myślenie polityczne nie powinno mieć swojej głębi przyczynowo-skutkowej. Owszem, powinno. Polityka nie jest jednak w żadnym sensie „eschatologiczna”, „przyszła”. Polityka jest — jak już powiedziałem — aktualna. I dobrze, jeśli tylko jest aktualna mądrze.

Co zatem jest w tej sprawie ważne dla Polski? Sądzę, że Polska jest rozpięta pomiędzy dwoma wyzwaniami o charakterze demograficznym. Z jednej strony na rynek pracy wchodzi dziś wielki wyż demograficzny z lat osiemdziesiątych (pokolenie stanu wojennego, czy też „pokolenie Jana Pawła II”), z drugiej zaś strony wkraczamy w zastraszający niż demograficzny. Nie chciałbym opisywać szerzej obu tych zjawisk, powiem jedynie, że pierwsze z nich można zilustrować tak, że co drugi młody człowiek pojawiający się obecnie na rynku pracy w Unii Europejskiej jest Polakiem, drugie zaś tak, że młoda polska rodzina wielkomiejska ma statystycznie mniej niż jedno dziecko.

Odpowiedzią na pierwsze wyzwanie jest tworzenie miejsc pracy i budowanie mieszkań, odpowiedzią na drugie pytanie sensowna (pisząc sensowna, chcę między innymi powiedzieć — dalece różna od realizowanej obecnie) polityka prorodzinna.

I natychmiast chcę dodać trzy spostrzeżenia komentujące i rozszerzające powyższą tezę. Po pierwsze, kiedy mówimy o miejscach pracy, o pracy, warto podkreślać, że idzie zarówno o ilość, jak i o jakość, tzn. że tworzyć trzeba nie tylko nowe miejsca pracy, ale nade wszystko dobre miejsca pracy. Wysoko kwalifikowane. Po drugie, tak sformułowane hasła — praca, mieszkalnictwo, rodzina — mogą rosnąć jedynie w przestrzeni, która jest specyficzną mieszanką różnego rodzaju opozycji: tradycji i nowoczesności, solidarności i liberalizmu, tempa (czyli dynamiki) i spokoju. Po trzecie, kiedy mówi się: praca, mieszkanie, rodzina, brzmi to bardzo „dziewiętnastowiecznie”, staroświecko, trochę — niech mi teraz z kolei mój proboszcz wybaczy — „kościelnie”.

Znaczenie niniejszych uwag, albo raczej wniosek, który chciałbym z nich wyciągnąć, jest taki: potrzeby Polski są jasne. Aby je zrealizować, potrzeba — w sensie politycznym — światłej, otwartej prawicy. Prawicy myślącej konkretem, niebojącej się nowoczesności. Prawicy jednocześnie i konserwatywnej (społeczeństwo), i liberalnej (gospodarka).

I mógłbym teraz — a prawdę powiedziawszy, niezwykle mnie to pasjonuje — opisywać projekty fundujące cywilizacyjny rozwój kraju. Mógłbym też pokazywać, że rozwój ten nie może się dokonywać w próżni tożsamościowej, a tożsamość jest sensem nielubiącym wstrząsów.

Oszczędzę jednak Czytelnikowi takich wynurzeń. Powiem jedynie, że proces modernizacji trwa i jest nieuchronny. W całym moim wywodzie staram się opowiadać o tym, jak czerpać z niego profity i jak, przyspieszając osiąganie zysków, minimalizować niekorzystne jego efekty. Powiem jeszcze o dwóch innych, stojących przed nami wyzwaniach (choć przecież jest ich znacznie więcej). A mianowicie o zbliżającej się do nas jeszcze silniejszej koncentracji życia w wielkich aglomeracjach miejskich jako obszarach tworzących rozwój gospodarczy i cywilizacyjny oraz o tym, że jednym z kluczowych elementów rozsądnej polityki prorodzinnej jest wysoki poziom akceptacji dla kariery zawodowej kobiet albo — mówiąc szerzej — wytworzenie mechanizmów chroniących kobiety przed lękami: braku pracy, utraty pracy czy braku możliwości rozwoju zawodowego.

Uzmysłowienie sobie istoty tych wyzwań wskazuje, w jaki sposób powinniśmy rozbudowywać i rozwijać się infrastrukturalnie, technologicznie, organizacyjnie i społecznie. Pisząc o polskich potrzebach, staram się być zwięzły i skrótowy. Mając tego świadomość, chcę jeszcze jednak napisać o dwóch istotnych i związanych ze sobą kwestiach — społeczeństwie obywatelskim i kapitale społecznym. Warto rozmawiać o projektach demokracji uczestniczącej, budowanej na wzajemnym zaufaniu i demokracji lokalnej, zbudowanej z małych-wielkich spraw. Inaczej mówiąc: warto zauważyć — choć tak się wzbraniam przed kościelnymi odniesieniami mojego „politycznego” pisania — że przykazanie miłości bliźniego tak bardzo jest ważne i tak silne ma konsekwencje personalne i społeczne. Albo jeszcze lepiej powiedzieć: nie chodzi o jego konsekwencje, ale o jego postulatywny i imperatywny charakter. Wszystko zaś to jest i uniwersalne, i powszechne, czym lekko trącam strunę definiującą Kościół. Dlaczego zatem podejmuję te kwestie w części końcowej wypowiedzi stricte partykularnej, odnoszącej się bowiem do polskich interesów? Odpowiedzią jest stwierdzenie, że nie dyskutuje się o porządku miłości — a w tym ojczyzna jest bliżej niż abstrakcyjna nieco ludzkość — a ponadto historia i bliskość kulturowa oraz terytorialna uzasadniają znaczenie pierwiastka narodowego także w pryzmacie zbawienia.

I żeby już zupełnie zamieszać oraz zderzyć modernizm z trywializmem i patriotyzmem — powiem, że pojawił się ostatnio narodowy projekt, który zdaje się nas wszystkich niezwykle mobilizować. Sprawia on, że ze wszystkiego, o czym przed chwilą pisałem, będziemy się tłumaczyć w czasie mistrzostw Euro 2012, ostatnio najmodniejszego przeboju. Hit ten może i słusznie stał się najważniejszym wyznacznikiem naszej przyszłej skuteczności. Szkoda jedynie, że tak późno, a też niepotrzebnie, że w wymiarze aż tak tabloidowo-politycznym i groteskowym.

POLSKA EUROPEJSKA

O projekcie europejskim chciałbym napisać zarówno w wymiarze polskim, jak i szerszym, europejskim. Oba te wymiary są ze sobą — rzecz jasna — związane.

W Europie, a dokładniej w Unii Europejskiej, w najbliższym czasie dokona się proces ponownego określenia (nie w znaczeniu geograficznym, lecz w znaczeniu uczestnictwa w tym procesie) centrum czy centrów rozwoju i peryferii cywilizacyjnych. Z naszego punktu widzenia chodzi o to, czy zapiszemy się raczej do przestrzeni centralnej, czy też na stałe pozostaniemy poza nimi, sytuując się na peryferiach.

Jak przestać być prowincją, przełamując — zafundowane nam przez komunizm, a i wcześniejsze wydarzenia historyczne — wieloletnie zacofanie? Jest oczywiście wiele warunków, które trzeba spełnić, aby móc się znaleźć wewnątrz przestrzeni dającej trwały rozwój. Na pewno ważne jest dobre wykorzystanie słynnych 67 (a może i 90) miliardów euro przyznanych nam w ramach unijnego wsparcia. Do listy najważniejszych spraw dodać należy też kwestię zasobów pracy. Otóż nasz proces wpisywania się w europejską dziedzinę zależy bardzo silnie od tego, na ile skutecznie będziemy potrafili sterować zasobami pracy. Na proces ten składają się, między innymi, następujące elementy: wielka polska migracja zarobkowa, otwarcie polskiego rynku pracy, walka z obszarami wykluczenia zawodowego, wzrost poziomu aktywności zawodowej (tzn. współczynnika mierzącego, ilu z nas pracuje).

Na pewno ważny jest też styl i sposób rozmowy z Unią. Piszę o stylu, o ile bowiem co do treści naszego dialogu z europejską wspólnotą raczej nie można mieć zastrzeżeń, to styl właśnie pozostawia wiele do życzenia i niekoniecznie nas do Unii zbliża.

Nie są to wszakże sprawy najważniejsze. Znacznie istotniejsze jest to, czy będziemy w stanie integrować się z Europą, poszukując swoistej syntezy nowoczesności z tradycją. Ta synteza już drugi raz pojawia się w moich wywodach, ale ma ona naprawdę kluczowe znaczenie. Polska musi się niezwykle szybko unowocześniać. I nie może, nie powinna, tego dokonywać krok po kroku. Musi raczej wykonać skok w przyszłość, przenosząc się ponad obszarami zapóźnień.

Unowocześnianie zaś, o które mi chodzi, ma być zarówno infrastrukturalne, technologiczne, organizacyjne, jak i — przede wszystkim — intelektualne. To znaczy takie, w którym miejsca dla naszej ewentualnej przewagi będziemy szukać raczej wśród aktywności związanych z posługiwaniem się rozumem, a nie tylko wśród czynności prostych i odtwórczych.

Tego rodzaju wyzwanie jest, rzecz jasna, niezwykle trudne dla polskiego systemu edukacyjnego i dla polskiej nauki. Aby mu sprostać, i edukacja, i nauka powinny z jednej strony otrzymać znacznie silniejsze wsparcie ze strony finansów publicznych, z drugiej zaś strony przejść przez rzeczywisty proces wewnętrznej transformacji, otwierając się na zewnątrz i wprowadzając (oraz akceptując) metody pozytywnego doboru.

Tak radykalne projekty modernizacyjne nie mogą nie mieć swoich konsekwencji społecznych. Twierdzę, że mogą się one powieść jedynie wówczas, gdy realizując je, będziemy w stanie zachować to, co jest w Polsce niezwykle cenne — szacunek dla tradycyjnych wartości. Jeśli się stanie inaczej, tkanka społeczna, która i tak z różnych powodów nie jest wystarczająco gęsta, będzie bardzo szybko erodować, a proces modernizacji nie uzyska społecznej głębi, nie będzie wystarczająco solidnie — w sensie społecznym właśnie — ufundowany.

Tak się składa, że najsilniejszym nośnikiem tychże tradycyjnych wartości jest w Polsce Kościół katolicki. Jednocześnie wartości owe żyją i funkcjonują poprzez duchowy wymiar aktywności Kościoła, ale też poprzez jego kalendarz, rytuał i kształtowaną przezeń obyczajowość. W taki oto sposób chcę powiedzieć — i aż się lękam, że zabrzmi to niezwykle banalnie — iż nasze powodzenie w Unii zależy i od tego, jak upowszechnimy internet, i od tego, czy nadal w niedzielę będziemy chodzić do kościoła.

EUROPA KOŚCIELNYCH WIEŻ

Ciekawe jest przy tym i to, że właśnie taka Polska jest potrzebna Europie. W sensie bowiem szerszym (tzn. wykraczającym poza polskie interesy) potrzebna jest w Unii wielka debata nad elementami rzeczywiście budującymi dobrą przyszłość. A więc takimi, które pokażą, na czym polega dotychczasowe fiasko tak przecież sensownych przedsięwzięć jak słynna strategia lizbońska.

Można, bez większego ryzyka popełnienia błędu, powiedzieć, że fiasko to bierze się z braku politycznej odwagi i z braku zrozumienia, co tak naprawdę nas łączy, co jest naprawdę wspólne w Europie. Prawdą jest bowiem, że absolutnie kluczowy dla Europy jest pościg za Stanami Zjednoczonymi w kwestiach innowacyjnych i strategia przyjęta w Lizbonie nie myli się w tej kwestii. Prawdą jest jednak także i to, że dystans technologiczno-cywilizacyjny pomiędzy Stanami a Starym Światem rośnie. Dzieje się tak dlatego, że Europa nieustannie poszukuje kompromisów, rozwadniając w nich co cenniejsze inicjatywy. Dzieje się tak również z tego powodu, że biurokracja europejska żywi się sama sobą, niepotrzebnie marnując pieniądze na pozorne i rzeczywiste, ale niemające żadnego znaczenia konsultacje i rozmowy. Wreszcie dlatego, że w sprawach, o których powinni decydować specjaliści, decydują politycy bądź urzędnicy. Ten przerost niewłaściwie pojętej demokracji hamuje Unię Europejską. W gruncie rzeczy taki przedziwny stan ciągłej potencji, która nie potrafi stać się aktywnością, wynika i z braku odwagi wielu decydentów, i z braku wśród nich osobowości.

Ta nieustanna potrzeba (?) poszukiwania kompromisów, także wówczas, gdy nie są one bezwzględnie konieczne, wiąże się z lękiem, że nie jesteśmy w Unii ze sobą tak trwale połączeni, jak tego może chcielibyśmy, że więzy wspólnotowe mogą pękać, a projekt europejski może się rozsypać. Jest to, jak sądzę, bezpośrednio związane z tym, że tworzenie Unii układa się wyłącznie na przedsięwzięciach, a nie na poszukiwaniu wspólnych korzeni.

Nie jestem przeciwnikiem wspólnotowych projektów. Wprost przeciwnie, uważam, że mogą one wzmacniać tendencje integracyjne. Wzmacniać jednakowoż, a nie fundować. Fundament bowiem musi być silniejszy.

Jest piękna książka „Chrześcijańska Europa. Konstytucyjny imperializm czy wielokulturowość” autorstwa mądrego Żyda Josepha Weilera. Opowiadając o współczesnej Europie, pisze on, że jednym (nie jedynym) ze wspólnych fenomenów, zjawisk w całej Europie, geograficznie wykraczającej poza Unię, są wieże kościołów. Widać je bowiem wszędzie — i na południu, i na północy, i na wschodzie oraz zachodzie, a i w centrum naszego kontynentu. I może już nie trzeba tej wypowiedzi komentować, bo każdy komentarz tylko odbierze jej głębię.

KONKRET I WARTOŚCI

Dlaczego tak nie wprost odpowiadam na zadane mi pytanie? Miałem napisać o moim postrzeganiu związków i wpływów pomiędzy (polską, jak sądzę) prawicą a Kościołem. Napisałem natomiast kilkadziesiąt zdań o mojej własnej wizji prawicy i kilka zdań o Kościele.

Sądzę, że związki, których wydobycie interesowało redakcję, pojawiają się w moim tekście nie wprost, ale jednak dość widocznie. A prawica, którą chciałbym widzieć na polskiej scenie politycznej jako grupę dominującą, choć intensywnie kooperującą z innymi nurtami, powinna być europejska, otwarta, nowoczesna i konserwatywna (w takim znaczeniu, które pojawia się w moich wyjaśnieniach).

Chciałem pokazać, że polityka winna być budowana na zbiorze niezaprzeczalnych wartości poprzez przyporządkowanie ich do konkretów. Że nie jest zatem polityka celem samym w sobie, a jedynie środkiem i to nie tylko ku temu, by realizować owe konkrety, osiągać zakładane cele, ale aby móc je osiągać w imię wyznawanych wartości, czy też tylko wówczas, gdy służą tym wartościom.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Chciałem też zasygnalizować, że tworzenie wspólnej Europy, której — jak wierzę — jesteśmy wspaniałą, a w sensie narodowym — autonomiczną częścią, nie zaczęło się 50 lat temu. Zaczęło się wcześniej. Nie ma potrzeby wymazywania z gleby europejskiej jej chrześcijańskiego charakteru. Polacy mogą tę myśl wyraźnie artykułować. Jeśli tylko zechcą być wystarczająco odważni we własnych projektach modernizacyjnych, jeśli będą chcieli dialogować otwarcie z innymi i jeśli pozostaną wierni sobie.

_______________________
Rafał Dutkiewicz — ur. 1959, prezydent Wrocławia. Ukończył matematykę stosowaną na Politechnice Wrocławskiej, doktorat z filozofii obronił na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Organizator Tygodni Kultury Chrześcijańskiej we Wrocławiu, działacz podziemnej „Solidarności”. Współzałożyciel Radia Eska, autor książki „Nowe horyzonty” Warszawa 2006. Mieszka we Wrocławiu.

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.