Lato 2021, nr 2

Zamów

Jeden świat, jeden mózg Tragedia albo cisza

Brnę przez prozę Wiesława Myśliwskiego. Wielki, ale nie taką wielkością, jaka sercu mojemu miła, inteligentny, ale tą inteligencją, która budzi u mnie cień podejrzenia. Przez to, żem w tych książkach nie rozkochany, tym głębiej i uczciwiej staram się je zrozumieć, czytam ostrożnie i uważnie. Zaczęło się więc tak – pod choinkę dostałem „Traktat o łuskaniu fasoli”. Zaciekawiła mnie od razu ta sceneria wsi, która przestała być wsią, stała się terenem rekreacyjnym dla pobliskiego miasta. Dopiero co wędrowałem przez podkrakowskie wsie Bolechowice, Modlniczka, Zabierzów, oglądałem domy, jakie pobudowali przyjaciele wśród umierających ze starości sadów. W „Traktacie…” rozmowa bez końca. Monologujący supernarrator i jego tajemniczy słuchacz. Opowieść o świecie mordującym kolejnych proroków dobra – po kolei – zwiastujący piękno nauczyciel muzyki, zwiastująca miłość kelnerka ze stołówki, zwiastujący przyjaźń i sztukę magazynier-saksofonista. Zamęczeni, unicestwieni. Nie dokończyłem „Traktatu…”, gdy wkroczyła moja córka. Od szkoły podstawowej nie zauważyłem, aby cokolwiek czytała, ale jak okazja, to dowiadujemy się, że przeczytała co trzeba.

– Nie możesz tego czytać, jeśli nie czytałeś „Nagiego sadu” – przyniosę ci – powiedziała.

„Nagi sad” był w PIW-owskim wydaniu, paskudnie drobnym drukiem, w jednej oprawie z „Pałacem”. Zapadłem więc w supermonolog „Pałacu”, bo on otwierał tom. Zachwycałem się obrazami i słownikiem, dławiąc się zarazem gadulstwem, zapadając w niepewność – po co to tak napisane?

Inteligencka moja rodzina ma chłopskie korzenie, zawsze byli bliżsi czy dalsi kuzyni na gospodarce – jedni w Wielkopolsce, drudzy nad Wieprzem i Tyśmienicą. Wieś była w opowieściach babci, której zręczność w robieniu koronek pozwoliła wyjść z chłopskiej chałupy i wybić się na lubelską kupcową. Powinienem więc chyba czuć jakąś bliskość do Myśliwskiego i jego owczarza majaczącego nieskończone wizje pałacowej wielkopańskości. A tu nic. Nie w tę wizję relacji dworu i wsi byłem wszczepiony. Bo u Myśliwskiego dwór to tylko źródło poniżeń, cierpień, wyzysku, pałac to gniazdo pychy, fałszu, cynizmu, pogardy.

Babcia opowiadała – z dworu pożyczało się książki. Mama opowiadała – jak się urządzało obóz harcerek, zawsze dostało się z dworu słomę do wypchania sienników, a w niedzielę prosili do parku – był wtedy kocioł kakao z pianką i ciepłe jeszcze rogaliki. A potem – znów mama opowiadała – kiedy jako studentka medycyny w Poznaniu zjeździła Wielkopolskę wzdłuż i wszerz, przeważnie na dworcu była bryczuszka z majątku, rzadziej dwukółka lub wasąg od sołtysa. A po wykładzie obiad we dworze, nocleg, często interesujące rozmowy czy koncert w salonie. Ja sam pamiętam zresztą te „wielkopolskie hrabinie” już jako dumne biedaczki wypędzone przez Niemców ze swoich siedzib, ograbione. Podczas wojny odnajdywały mamę w Lublinie, czasem zatrzymywały się dłużej w naszym nieprawdopodobnie zagęszczonym mieszkaniu bez wygód. Nie lubiliśmy tego, bo to oznaczało zdwojoną dawkę „grzeczności”. One dalej były wzorami i sędziami manier i obyczaju.

W kwietniu i maju 1944 roku Lublin znalazł się w zasięgu bombowców z czerwonymi gwiazdami. Wysłano nas z ciotką w lasy, do majątku Chojny, to już dzięki akowskim powiązaniom. I ja sześcioletni zobaczyć mogłem jeszcze dwór jak z „Pamiątek Soplicy”, jak z Grottgera. Panie szyły mundury, haftowały sztandary, jadało się na srebrze i porcelanie – a trafiliśmy na sezon szparagów. We dworze działała jakaś podchorążówka, obaj z bratem podglądaliśmy lekcje strzelania za zabudowaniami folwarcznymi. Jakże zazdrościliśmy młodzieńcom w bryczesach i oficerkach. Był trzeci maja chyba, gdym widział w alei starych topól defiladę partyzanckiej konnicy. Z nieba, jak pociski, waliły się na jeźdźców i konie tysiące chrabąszczy. W środku sezonu szparagów, gdy już czułem się swój w Chojnach, przyszedł sygnał alarmu. Zapakowano nas w chłopską furmankę i świtem odesłano do Lublina. Na parę dni, bo front był blisko. Następnym miejscem schronienia była wieś Turka pod Lublinem, chałupa z polepą zamiast podłogi, a także wykopana w obejściu ziemianka, kiedy coś na nas waliło.

A potem – już przez całe życie towarzyszyło mi czytanie pamiętników ziemiańskich i inteligenckich umacniających mit dworku i dworu jako miejsca początku, źródła postaw inteligenckich, postaw społecznej służby, patriotycznego obowiązku. O głupocie, zdradzie, okrucieństwie nie milczano w tych pamiętnikach – ale wyczuwałem, gdzie nurt wielki, gdzie błoto przybrzeżne. Dwa tomy Wojciecha Wiśniewskiego – „Ostatni z rodu” i „Pani na Berżenikach” czytałem, gdy miałem już za sobą współpracę z Zanami, Wielowieyskimi, Dzieduszyckimi w KIK-u i „Przymierzu rodzin”.

„Pałac” czytałem więc jako czarną baśń, poemat prozą, zakorzeniony w krytycznym spojrzeniu na dwór Żeromskiego i Gombrowicza, ale groźny, bo niesprawiedliwy, budujący chłopskiej krzywdzie barokowe castrum doloris, a w swojej czarno-białej schematyczności za bardzo mi przypominający materiały propagandowe przodującej siły. Nie o to przecież chodziło wirtuozowi – Myśliwskiemu. Uwierzyć w „Pałac” to rozgrzeszyć wszystko, co stało się z rodzinami ziemiańskimi w epoce stalinowskiej, pochwalić barbarzyństwo wdeptujące w gnój i rozkradające zbiory, biblioteki i archiwa. W „Nagim sadzie” jest zresztą scena, w której wiejski nauczyciel bez żadnych moralnych oporów bierze udział w rabunku dworu. Wstydzi się tylko, że wynosi książki, a nie bierze mebli, kafli z pieców, desek z podłóg. I ziemi. Jednak „Nagi sad”, trzy lata wcześniejszy od „Pałacu”, to inna, ważniejsza i poważniejsza książka, mniej popisowa formalnie, głębiej zadumana. Jest w niej nuta faulknerowska, ale przede wszystkim głębokie, wielowarstwowe pytanie o istotę ojcostwa. Nie sądzę, aby miał Myśliwski poczucie, że podejmuje w jakiś sposób polemikę z gombrowiczowską tezą o wyższości „Synczyzny” nad „Ojczyzną” – alem tego inaczej czytać nie umiał, jak poprzez tę antytezę. Ojciec bohatera „Nagiego sadu” niepiśmienny biedniak, urasta do roli bohatera mitycznego. Scena, gdy wysiłkiem woli ojciec powstrzymuje zalewającą gospodarstwo powódź, to już pełna monumentalizacja, zrobiona jednak nie z socrealistycznym zadęciem, ale z psychologiczną wrażliwością, rozedrganą i drobiazgową, mnożącą pełne ekspresji obrazy. Skończyłem tamte dwie książki, pamiętam o ich historycznych kontekstach, bo to lata 1967 i 1970, teraz wrócę do „…łuskania fasoli”. Nie miałem zamiaru rozpisywać się tak o lekturach, chciałem je tylko przytoczyć jako przykład świadomego gospodarowania w przestrzeni symbolicznej. Niezależnie od tendencyjności Myśliwskiego – nie wiem, czy słusznie mu ją przypisuję, jest ten autor rzecznikiem zdecydowanie pesymistycznej wizji ludzkiej kondycji.

I twierdzę – jemu wolno. Jego pesymizm ma artystyczną konstrukcję, pewną doskonałość formalną, kreuje narracje tragiczne. A to co innego zgoła niż biadolenie, narzekanie, czarnowidztwo. Uważam, że rola Kasandry nie powinna być wykonywana chóralnie, a pesymista, który nie potrafi przydać swojej rozpaczy piękna tragedii, powinien siedzieć cicho – i zająć się czymś pożytecznym. Katastrofizm to najtańszy w wykonaniu i najmniej estetyczny rodzaj dandyzmu. Trzymanie się pesymistycznych prognoz budzi we mnie podejrzenie lenistwa myślowego, intelektualnej inercji, zgubienia fantazji i wiary.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

„Nowa strategia” Busha w sprawie Iraku przez swój złudny optymizm budzi najczarniejsze pesymizmy. Są one równie fałszywe, jak sama strategia. Imperium dobra uparcie wierzy, że rozwiązanie polega na właściwej alokacji miliardów dolarów, dziesiątków tysięcy coraz bardziej znerwicowanych żołnierzy i setek samolotów i helikopterów nafaszerowanych drogą elektroniką. Lepsze satelity zwiadowcze i tak dalej. Liczy się wiedza inżynierów, strategów i finansistów, inni specjaliści nie mają nic do gadania A tymczasem problemy Iraku, światowego terroryzmu i konfliktu arabsko-izraelskiego są w ułamkowej tylko części militarne. I w równie ułamkowej – polityczne. Zamachowiec-samobójca to nie tylko pewna konstrukcja materiału wybuchowego, masy rażącej, urządzenia zapłonowego i pasów nośnych. To jeszcze człowiek, jego życiorys, ciało i dusza, powiązania rodzinne i organizacyjne, formacja religijna i obyczajowa, psychika, kompleksy, mechanizmy posłuszeństwa, jego rozpacz i jego nadzieja. Rozwiązanie nie jest więc do wymyślenia w żadnym sztabie czy ośrodku studiów strategicznych. Rozwiązania trzeba szukać wśród humanistów na uniwersytetach Ameryki i Europy, wśród psychologów, znawców islamu, etnologów i mitologów, w ośrodkach życia duchowego, w centrach ekumenicznych, wśród mistyków, artystów i proroków. Tak, artystów nie pomijam. Czy parędziesiąt tysięcy dolarów zainwestowanych w wydanie i promowanie książki Orhana Pamuka „Śnieg” w Iraku, Syrii, Iranie, Palestynie i Izraelu to byłoby całkiem bez sensu, nic i nigdzie by nie zmieniło? A jako cząstka dobrze pomyślanej, rozległej, wielowątkowej akcji? Z wyznawcami Mahometa trzeba rozmawiać za pośrednictwem wyznawców Mahometa. O chrześcijanach myślą oni przeważnie to, co im wynika z przemocy i arogancji zbrojnych misji, z odpadków kultury masowej i propagandy imamów.

A widzieliście mur w Izraelu? Jest z jednej strony pomalowany tak, aby szczyt był błękitny jak niebo, środek zielony jak liście oazy, dół szary jak przydrożne kamienie. Z drugiej strony (zgadnijcie z której?) są tylko pełne nienawiści napisy – graffiti. A gdyby dofinansować pomalowanie go z dwu stron jednakowo: w błękit, zieleń, ptaki, motyle? Czy nie przybliżyłoby to chwili, w której tańczyć się będzie z obu stron w święcie zwalania muru?

Tymczasem wyznawcy islamu chętniej przyjęliby z naszych rąk kałasznikowa niż Chrystusa. Czy Chrystus nie poparłby jednak rozumnych przygotowań do organizowanego na neutralnym gruncie kongresu pojednania między szyitami i sunnitami? Chyba nie zrobiłby w tym miejscu kółka na czole jak niejeden z moich Czytelników, tylko powiedziałby – próbujcie! Jak możecie spokojnie patrzeć na ich wzajemną nienawiść i mężobójstwo?

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.