Jesień 2020, nr 3

Zamów

Zagadka chwalców Stalina

Z ust osób, których trudno nie szanować – mam tu na myśli przede wszystkim Zbigniewa Herberta i Gustawa Herlinga-Grudzińskiego – można było usłyszeć, że w przystąpieniu licznych intelektualistów do stalinizmu nie kryje się żadna tajemnica: ot, koniunkturalizm i lęk, nic prostszego. Nie wątpię, że tak też było. A jednak jako ostateczne wyjaśnienie wszystkich przypadków nie trafia mi to do przekonania. W fascynacji totalitaryzmem komunistycznym, podobnie zresztą, jak hitlerowskim, czai się moim zdaniem zagadka. Co więcej – podejrzewam, że lekceważenie owej zagadki przez ludzi, którzy tamtych czasów nie pamiętają – a to oni dominują w dzisiejszej debacie na ten temat – kryje się coś złowróżbnego. Zwalnia bowiem napięcie sumienia: każe sądzić, że skoro nasze intencje są czyste, to z pewnością nie będziemy nigdy wstydzić się swego dzisiejszego zaangażowania. Tymczasem jednym z moich ulubionych tekstów jest „Król Edyp” Sofoklesa. Pewnie dlatego ufność, że zło można wybierać tylko świadomie, wydaje mi się dziecinna. I zarazem niebezpieczna.

Zagadkę epizodu stalinowskiego w biografiach polskich pisarzy spróbowały opisać Anna Bikont i Joanna Szczęsna . Opowiadają one o życiu Jerzego Andrzejewskiego, Tadeusza Borowskiego, Kazimierza Brandysa, Tadeusza Konwickiego, Wiktora Woroszylskiego i Adama Ważyka. Nie jest to jednak praca historyczna, ale polemika z dominującym dzisiaj w dyskursie publicznym przekonaniem, że aprobata dla komunizmu była plamą, której nie sposób zmazać. Dokładniej mówiąc: że mogło ją zmazać jedynie dołączenie do środowiska antykomunistycznej prawicy, czyli tego, które nie wywodzi się z KOR; z tego właśnie tytułu, jak przypuszczam, nie wypomina się na przykład stalinowskiej młodości profesorowi Jackowi Trznadlowi. Odrzucenie komunizmu powinno było oznaczać odrzucenie wszelkiej tradycji lewicowej, inaczej uznaje się, że nie nastąpiło wcale.

ODRUCH MORALNY

Utożsamienie lewicowości i komunizmu jest wielkim pośmiertnym zwycięstwem propagandy komunistycznej. Pamiętam, z jakim niedowierzaniem wysłuchałem słów profesora Lipińskiego z KOR, który podczas wykładu Towarzystwa Kursów Naukowych w Audytorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego jesienią 1980 roku zadeklarował, że jest socjalistą i właśnie dlatego sprzeciwia się komunizmowi. Ale miałem wówczas dziewiętnaście lat i czekały na mnie dopiero lektury ważnych książek, od „Rodowodów niepokornych” Bohdana Cywińskiego po Brzozowskiego i Abramowskiego. Wkrótce oczywiste stało się dla mnie, że w lewicowym buncie przeciwko niesprawiedliwości społecznej – jak to dziś brzmi! – wyrażał się kiedyś rzetelny odruch moralny i zacząłem z grozą rozumieć, jak demoniczną pokusą było podsunięcie totalitaryzmu w charakterze narzędzia, które ów odruch moralny mogło zaspokoić.

W dzisiejszych polemikach prasowych na temat tego, jak uporać się raz na zawsze z komunistyczną przeszłością, nie ma nawet śladu po tych subtelnościach. Rzecz jasna, wiąże się to z faktem, że osobista pamięć większości z nas obejmuje jedynie okres „realnego socjalizmu”, gdy opowiadanie się za władzą nie oznaczało żadnej ideowości, tylko oportunizm lub – rzadziej – masochistyczną fascynację moskiewskim imperium. Wzorcowi socjaliści zostali dawno wymordowani lub przebywali na emigracji, a idee lewicowe głoszono – na przykład w „Solidarności” – nie eksponując bynajmniej ich korzeni. Poza tym: po 1989 roku środowisko „Gazety Wyborczej” tak często swoich przeciwników określało mianem „faszystów” bądź „skrajnych prawicowców”, że wahadło musiało się w końcu przechylić w przeciwną stronę. W rezultacie jednak na naszych oczach zaczęła powstawać historiozofia głosząca, że przez ostatnich sto pięćdziesiąt lat toczyła się na ziemiach polskich walka uczciwych ludzi – przywiązanych do Polski, religii oraz prawicowych programów politycznych i gospodarczych – z antypolską lewicą; walka, której stalinizm był najokrutniejszym etapem. Nic dziwnego, że w tym świetle zauroczenie komunizmem nie stanowi żadnej zagadki.

A ja tymczasem pozostaję w niepokoju, może zwłaszcza od czasu zaskakującej rozmowy, którą odbyłem z moim dawnym kolegą ze studiów, gdzieś w okolicach 1991 roku. S. był działaczem podziemia, zaprzyjaźnionym z ludźmi, którzy zasilili właśnie Porozumienie Centrum, co budziło we mnie rezerwę – choć samego S. zawsze bardzo lubiłem. Wiedziałem o nim, że został parę miesięcy wcześniej asystentem pewnego posła i zdziwiłem się, słysząc, że już zrezygnował z tej pracy. „Kiedy człowiek, którego znasz od dawna” – powiedział, gdy zapytałem go o powody tej decyzji – „i orientujesz się, ile zarabia, zajeżdża nagle nowym bmw, to zaczynasz się lękać, w czym właściwie uczestniczysz. I myślisz wtedy, żeby nie popełnić błędu swoich rodziców, którzy z dobrą wiarą wstąpili do ZMP, a potem nagle obudzili się z ręką nocniku. Ja wolałem wypisać się wcześniej”.

Rodzice, którzy z dobrą wiarą wstąpili do ZMP… Ano właśnie, pytanie o to, jak przyzwoici ludzie mogli aprobować stalinizm, jest dla wielu ludzi z mojego pokolenia nierozstrzygniętym pytaniem o wybory rodziców. Nadaje ono zagadce stalinizmu patos i sprawia, że jej wyjaśnienie jest tym trudniejsze: żadna stworzona przez nas teoria nie może być wolna od wątpliwości, czy potrafimy rzeczowo wytłumaczyć co najmniej niesmaczne – z dzisiejszej perspektywy – zachowania naszych bliskich. Czy ta bliskość popycha nas w stronę zbyt łatwego wybaczenia ich win, czy przeciwnie, zaostrza naszą surowość?

Zastrzegę przy tym, że intencją S. nie było bez wątpienia porównywanie PC i ZMP, bo to obaj uznalibyśmy za niesmaczne i głupie, ale zakwestionowanie ufności, z którą popiera się wielki ruch społeczny w takim lub innym jego przejawie. Na jakiej podstawie właściwie oddzielamy „wypaczenia” od istoty porywającej nas idei? W którym momencie należy uznać, że przekroczona została masa krytyczna błędów i to one stają się istotą ruchu, wobec którego wolno już jedynie „skrzywić się wycedzić szyderstwo”? Przypomnę na wszelki wypadek, że rozmawialiśmy ponad piętnaście lat temu, gdy opowieść, do jakich skandali będzie dochodziło na szczytach władzy, uznalibyśmy za obrzydliwe czarnowidztwo.

Rzecz jasna, można by powiedzieć, że prowadząc myśl w tym kierunku relatywizuje się stalinowskie zbrodnie, ponieważ nie ma żadnego podobieństwa między zbiorowym wysiłkiem budowania suwerennego państwa – choćby jego kształt okazał się ułomny – a popieraniem przywiezionej na obcych czołgach dyktatury. Z naszą dzisiejszą wiedzą historyczną – nie ma. Problem polega jednak na tym, że jeśli chce się nie tylko ocenić, ale i zrozumieć ludzi sprzed lat, należałoby zrekonstruować ich stan świadomości.

Ale żeby zrozumienie nie przeobraziło się w ckliwą wyrozumiałość, najpierw porcja wypisów z tamtych lat. Nawiasem mówiąc – wszystkie podaję za książką Bikont i Szczęsnej, którym zarzuca się niekiedy – zrobił to np. Krzysztof Masłoń w recenzji, zamieszczonej na łamach „Rzeczpospolitej” – że starają się zatrzeć winy swoich bohaterów.

MAŁA ANTOLOGIA

Faszystowskie podziemie tworzy dziś ideologię PSL-u. PSL, nieosłonięte od strony faszystowskiego podziemia, przenikalne dla wszelkiej dywersji antydemokratycznej, stęsknione Londynu z jego centrum wojskowej emigracji sanacyjno-endeckiej stanowi groźny, choć może nieświadomy przewód dla faszyzmu w Polsce (styczeń 1947, Kazimierz Brandys; „Lawina i kamienie” s. 51).

Nie pozwolimy, aby tę naszą czystą i szlachetną miłość [między budowniczymi socjalizmu] zbrukali i splugawili imperialistyczni zboczeńcy (1950, Wiktor Woroszylski, s. 148).

[Żołnierz amerykański] wkłada w oblepione krwią ręce SS-manów amerykański karabin i uczy, jak strzelać do kobiet i dzieci (1951, Tadeusz Borowski, s. 145).

Śpij, majorze, / świt niedaleko, / widzisz: / księżyc zaciąga wartę; / szósty już rok nie śpi Bezpieka, / strzegąc ziemi / panom wydartej (1951, Andrzej Mandalian, s.168-169).

[Do Czesława Miłosza, na wieść o jego emigracji:] Słowo twoje, jeśli tu dociera, przyjaźnie brzmi w szynkach szmuglerskich, w knajpach aferzystów, sprzymierza się z chuligaństwem, usprawiedliwia nierobów i awanturników, czekających na trzecią wojnę światową, jako na jedyną szansę ich bankructwa życiowego, raduje byłych wyzyskiwaczy, ośmiela sabotażystów, rozgrzesza skrytobójców. […] Czego chcesz? Chcesz wojny. Na trupach nowych milionów dzieci, kobiet i mężczyzn opierasz swoje nadzieje. Sprzymierzeńcami twoimi są przywrócone do życia upiory hitlerowskie (1951, Antoni Słonimski, s. 194).

[…] nasz wróg wewnętrzny, zasilany judaszowymi dolarami z trumanowskiego funduszu dla zdrajców i szpiegów, nie zrezygnuje z oporu (1952, Jerzy Andrzejewski, s. 142).

[Sprawozdanie z procesu biskupa Kaczmarka:] Szpiclował odbudowane fabryki, podglądał szkoły, namawiał chłopów, aby produkowali mniej chleba. Jego donosy bez skrupułów odnosili do placówki FBI ludzie w czarnych sutannach, z lekkim sercem, bo wiadomo im było, że pałeczkę sztafetową wyprawy krzyżowej przeciwko postępowi z martwej ręki Hitlera wyjęli Amerykanie. Trzeba jeszcze dodać, że przez cały ten czas […] nauczał moralności, błogosławił wiernych! Było to zajęcie uboczne, spełniane po drodze do celu, dla którego był karmiony, odziewany i uczony przez francuskich teologów, polskich dwójkarzy, niemieckich gestapowców, amerykańskich szpiegów (1953, Tadeusz Konwicki, s. 159).

Czułem tak, że kiedy stali na warcie [przedstawiciele władz PRL przy trumnie Stalina], cała Polska z nimi stała, cała ojczyzna nasza, której Stalin dał wolność i szczęście (marzec 1953, Wiktor Woroszylski, s. 218).

Można by tak jeszcze długo. Ale dosyć.

RACHUNEK ZYSKÓW I STRAT

Zagadka, wokół której krążę, brzmi zatem następująco: jak ludzie, których nie tylko z racji talentu, ale i nieraz późniejszej działalności opozycyjnej chciałoby się szanować, mogli pisać teksty tak hańbiące? Dlaczego powszechną postawą nie stało się to minimum – bo nie o straceńczej walce z komunizmem tu mowa – na jakie zdecydowali się Jerzy Turowicz i jego przyjaciele z „Tygodnika Powszechnego”, a także Stefan Kisielewski, Leopold Tyrmand, Zbigniew Herbert czy Miron Białoszewski? Jaki był stan świadomości, z którym wysławiało się sowieckiego dyktatora i jego agentów, a opluwało ludzi uczciwych? Dla odsunięcia nieporozumień powiedzmy jasno: to nie jest gorączkowe poszukiwanie usprawiedliwień, okoliczności łagodzących. Nie należy mylić psychologii z etyką. Chodzi o wyjaśnienie sposobów skutecznego kuszenia, o nic więcej.

Akurat w dniu, kiedy piszę ten tekst, ukazał się w „Rzeczpospolitej” wywiad z dziennikarzem telewizyjnym, Robertem Kaczmarkiem (ur. 1958), w którym znaleźć można wzorcowo prostoduszną odpowiedź na te pytania. Bartosz Marzec docieka:

– Nie dopuszcza pan myśli, że młody człowiek dał się ponieść patosowi odbudowy kraju? Że uwierzył w równość i sprawiedliwość?

Kaczmarek: Może ktoś wychowany na prowincji, w kurnej chacie – swoją drogą widywałem takie jeszcze w latach 70. Ale inteligent? O 17 września, o Katyniu i wywózkach na Wschód musiałby wiedzieć od rodziców, stryja, kolegów z gimnazjum… To było doświadczenie zbiorowe. Zresztą, co znaczy ideowy komunista? To człowiek, który chce światowej komunistycznej rewolucji. Dlatego postać Szczuki z „Popiołu i diamentu” Andrzejewskiego była zafałszowana. Ktoś o takich poglądach nie może być szlachetny („Rz” 13-14 stycznia 2007).

Zacznijmy od „doświadczenia zbiorowego”. Przez to pojęcie rozumie się na ogół faktograficzną wiedzę na temat zbrodni systemu. Zapewne – wielu ludzi miało w rodzinie ofiary, ponieważ jednak swobodna komunikacja społeczna została sparaliżowana, za każdym razem były to pojedyncze historie, które dawało się zebrać w jakiś generalny obraz jedynie w postaci domysłu. Domysł zaś, w odróżnieniu od wiedzy, której nie sposób odepchnąć, funkcjonuje w tej mierze, w jakiej mu na to pozwolimy. Tak jest zbudowany ludzki umysł: stosuje preselekcję danych, nie zawsze na podstawie uczciwych kryteriów.

Sądzę zatem, że wiedza, którą po latach oceniamy jako oczywistą i łatwo dostępną, była fragmentaryczna i wątpliwa, a jej scalanie utrudniał ten sam mechanizm, który dziś sprawia, że trudno nam uwierzyć np. w agenturalną przeszłość kogoś, kogo ceniliśmy. Dodajmy, że propaganda komunistyczna ukrywała właściwe cele reżimu; to dlatego wizja Ministerstwa Prawdy w powieści „1984” Orwella jeszcze długo po jej opublikowaniu robiła takie wrażenie: autor rozpoznał bezprecedensowy mechanizm konsekwentnego okłamywania społeczeństwa.

Poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o ówczesny stan wiedzy o zbrodniach przegapia jednak kilka czynników znacznie bardziej zasadniczych. To one dopiero stwarzały kontekst dla lepiej lub raczej gorzej znanych faktów.

Zacznijmy od kwestii relatywnie prostych. Po pierwsze zatem – ludzie, którzy doświadczyli bezpośrednio hitlerowskiego terroru, wobec Armii Czerwonej odczuwali nieraz autentyczną wdzięczność; jeśli nawet nie mieli złudzeń, jakoby niosła za sobą wolność, to doceniali, że reguły, przez których spełnienie będzie można przetrwać, zrobią się teraz czytelniejsze. Nie myślę tylko o tych, którzy w świetle ustaw norymberskich byli Żydami, choć ich ulga wydaje się całkowicie zrozumiała. W nowym świecie Polska miała istnieć – ze swoim językiem, szkolnictwem średnim i wyższym, kulturą. Z naszej dzisiejszej perspektywy rachunek zysków i strat, wynikających z nowej okupacji – w każdym powiecie zainstalowała się niebawem placówka NKWD – może wydawać się nieoczywisty. Wówczas świeże wspomnienie grozy hitleryzmu nadawało mu jednoznaczny wynik.

Po drugie, tej większej lub mniejszej wdzięczności wobec Armii Czerwonej towarzyszyła wściekłość na aliantów zachodnich. Tak, bywa, że dzieją się wokół okropne rzeczy – myślał, jak sobie wyobrażam, niejeden Polak – ale skoro przyzwalają na nie przywódcy mocarstw, dysponujący wielką siłą militarną i gospodarczą, dlaczego ja, który zaledwie żyję, mam zgłaszać sprzeciw? Od 1939 roku napatrzono się, jak mało znaczy pojedyncze życie, więc czyny, przypominające w najmniejszym choćby stopniu protest Jana Palacha czy naszego Ryszarda Siwca, jeszcze przez wiele lat mogły wywołać tylko taką reakcję, jak ta, którą kwituje śmierć dziewczyny bohater „Bitwy pod Grunwaldem” Borowskiego: My tu, w Europie, jesteśmy do tego przyzwyczajeni – odrzekłem obojętnie. Zasadniczą umiejętnością była sztuka przeżycia. Teraz wymagała ona wzięcia udziału w rytuałach, przywiezionych ze Wschodu. Więc zaczęto je odprawiać. Czesław Miłosz tę właśnie postawę nazwał ketmanem.

Po trzecie – w środowisku intelektualistów, ale chyba nie tylko w nim, wrzała wciąż niewygasła wściekłość na elity II Rzeczypospolitej. Nie odczuwałem żadnej lojalności, bo i wobec mnie nikt nie był lojalny! – rzuca Tadeusz Konwicki w rozmowie ze Stanisławem Beresiem („Pół wieku czyśćca”). Polskie władze dwukrotnie zawiodły: najpierw we wrześniu 1939, fatalnie przygotowanym propagandowo („nie oddamy nawet guzika”), drugi raz w sierpniu 1944, gdy dały sygnał do samobójczego – tak to widziano – Powstania. Ale jeszcze bardziej chyba jątrzyła przedwojenna opinia publiczna, którą pamiętano jako niechętną żywej myśli, oryginalnej sztuce, rzetelnej postawie moralnej, zapyziałą i antysemicką. Kiedy porówna się pod tym kątem „Ferdydurke” Gombrowicza z poświęconymi przedwojennemu społeczeństwu stronami „Rodzinnej Europy” Miłosza –gdzie pada m.in. mało parlamentarne zdanie: To były małpy – nie widać żadnej różnicy świadomości, choć między jedną a drugą książką upłynęły lata, a niemała część „małp” zginęła z rąk niemieckich lub sowieckich. Zamiast się oburzać, warto wyobrazić sobie, jak zachowaliby się dziś entuzjaści Radia Maryja lub „Gazety Wyborczej”, gdyby narzucony przez historię system pozwolił nareszcie ograniczyć wpływy przeciwników.

Jednak to czwarty czynnik wydaje się decydujący. W cytowanym już „Pół wieku czyśca” mówi o nim Konwicki: zasadniczym doznaniem było poczucie, iż nastąpił koniec świata, a z nim katastrofa wszystkiego: instytucji, wartości, obyczajów i wiar. Że poza nagim faktem biologicznej egzystencji (który wywoływał histeryczną radość i chęć intensywnego życia na dowolnych warunkach) wokół rozciąga się chaos. W tych warunkach ideologia, która proponowała cel i kierunek działania, i porządkowała ludzkie doświadczenie, była czymś niezbędnym, przynoszącym ulgę. Czymś, co mogło się wydawać niezbędne do życia. I czego nie odrzucało się z powodu moralnych wątpliwości, te bowiem zdawały się (mylnie) jedynie powidokiem zniszczonego świata.

NA DOWOLNYCH WARUNKACH?

Uratowany przez Armię Czerwoną, zdradzony przez aliantów, nienawidzący przedwojennego filistra człowiek, który uważa, że przeżyta przez niego apokalipsa pochłonęła wszystko, w czym został wychowany, łącznie z kryteriami dobra i zła – taki ktoś nie musiał być po prostu oportunistą, by wypisywać wkrótce stalinowskie brednie. Bardzo długo oprócz zła, o którym wiadomości były na ogół pogłoskami, widział szerzące się dobro: przede wszystkim odbudowę kraju, a też walkę z nienawistnymi ideami z przeszłości (zwłaszcza z antysemityzmem). Takich jak on było przy tym coraz więcej, toteż zaczęło działać krzepiące poczucie wspólnoty. Sytuację, kiedy nachodziły go wątpliwości, odmalował w przekonujący dla mnie sposób Kazimierz Brandys w powieści „Matka Królów”: Wasze „nie” […] może się okazać oślim wierzgnięciem na wspak historii. Tego się boicie. Nikt z nas nie bałby się zostać sam po stronie prawdy. Ale wy nie macie pewności, gdzie jest prawda.

Wewnętrzne poczucie, gdzie jest prawda, wewnętrzne poczucie słuszności podejmowanych wyborów zostało mu – po części z wyroku historii, po części z jego własnej woli – amputowane. Ci, co znali ją na pewno, leżeli martwi, często w anonimowych mogiłach. A żywi mają zawsze rację przeciw umarłym – jak podsumował doświadczenie obozowe Borowski.

Nie zapominam, że żyli w latach pięćdziesiątych ludzie, którzy zachowywali się przyzwoicie. Tworzyli niekiedy enklawy, stanowiące punkt odniesienia alternatywny do tłumów, maszerujących w pochodach pierwszomajowych. Dla części z nich busolę stanowiła wiara, którą ocalili pomimo doświadczonego piekła. Dla innych tę busolę stanowiła tradycja; także estetyczna, sądząc po „Potędze smaku” Zbigniewa Herberta. Zapewne byli też inni, o których trzeba wreszcie powiedzieć ten zdumiewający paradoks: niewinność zapewniły im dogmatyzm w myśleniu lub wprost zadufana bezmyślność, które – na co dzień tak drażniące i groźne – w tamtych, ekstremalnych warunkach mogły być moralnym ocaleniem.

Moi rówieśnicy, kwestionujący całość dorobku życia eksstalinowców, radzą sobie z ich późniejszą przyzwoitością, a niekiedy wprost bohaterstwem, z jakim działali przeciwko komunizmowi, twierdząc, że w dalszym ciągu były to wybory koniunkturalne. Wedle tej interpretacji, byli piewcy „przodującego ustroju” zorientowali się w pewnej chwili, że wiatr historii zmieni kierunek, i dlatego zasilili szeregi opozycji. Książka Bikont i Szczęsnej, precyzyjnie rekonstruując daty moralnego przebudzenia swoich bohaterów pokazuje, że nie dokonywały się one jednocześnie, czasem znacznie wyprzedzając październikową odwilż – co tezę o notorycznym koniunkturalizmie mocno podważa. Ich późniejsze decyzje również trudno traktować jako przenikliwie ulokowane w przyszłość inwestycje, zwłaszcza że – o czym dziś łatwo zapominamy – klęska komunizmu była do końca trudna do wyobrażenia. Zbigniew Brzeziński jeszcze w wydanej w 1987 roku książce „Plan gry” nauczał, jak powinny sobie Stany Zjednoczone układać stosunki ze Związkiem Sowieckim na najbliższych 25 lat. To ostatnie zdanie przepisałem z książki najdalszego od Bikont i Szczęsnej autora, a mianowicie z „Michnikowszczyzny” Rafała A. Ziemkiewicza.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Starając się w powyższy sposób poradzić sobie ze stalinowskim epizodem w biografii uzdolnionych i szlachetnych (później) ludzi, o których opowiada książka „Lawina i kamienie”, nie myślę – nigdy dość powtarzać – relatywizować zła, za które odpowiadają. Zwłaszcza zaś nie zamierzam rozciągać tego rozumowania na ludzi, którzy władze PRL poparli później. Nie mogę wykluczyć, że wchodzi tu w grę osobista perspektywa, to znaczy że w czasach, które sam ogarniam pamięcią, sprawy wydają mi się prostsze. Chyba jednak naprawdę były prostsze: szok wywołany wojną światową odszedł w przeszłość tak bardzo, że aż przesadnie – jest uderzające, że dziś żyjemy tak, jakby sześćdziesiąt osiem lat temu nic się nie stało, jakby zaraz po 1945 roku nie było powodu sądzić, iż z tego kataklizmu kultura europejska się nie podniesie. Podejrzewam zresztą z niepokojem, że w rezultacie mieszkamy w świecie bez fundamentów, bo tamto doświadczenie nie tyle zostało przemyślane, ile zagadane opowieściami o martyrologii (skądinąd niezmyślonymi). Z zachowaniem proporcji – mam wrażenie, że także uwiedzenie stalinizmem pozostaje wyzwaniem intelektualnym, pokrywanym upraszczającymi frazesami..

Jerzy Sosnowski

______________
Jerzy Sosnowski – ur. 1962. Pisarz, eseista, historyk literatury, dziennikarz radiowej Trójki, felietonista „Więzi”, wykładowca w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej. Wydał m.in. „Śmierć czarownicy”, „Szkice o literaturze i wątpieniu”, „Ach” oraz powieści: „Apokryf Agłai”, „Wielościan”, „Prąd zatokowy”, „Tak to ten”. Mieszka w Warszawie.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.