Jesień 2020, nr 3

Zamów

Boskie, nie cesarskie

Decyzja Benedykta XVI o mianowaniu bp. Stanisława Wielgusa metropolitą warszawskim zamyka ostatecznie problem następcy kard. Józefa Glempa jako pasterza archidiecezji warszawskiej. Nowemu metropolicie życzymy wielu natchnień Ducha Świętego w kierowaniu Kościołem warszawskim. Zadanie to niełatwe. Dość powiedzieć, że nazajutrz po ogłoszeniu nominacji abp. Wielgusa zaprezentowane zostały dane socjologiczne, które pokazują, że diecezją o najniższym poziomie religijności w Polsce przestała być archidiecezja łódzka, a jest nią obecnie właśnie archidiecezja warszawska.

Nie o nowym metropolicie jednak, ani o jego diecezji chcę tu pisać. Przy okazji przedłużającego się procesu poszukiwania następcy prymasa Glempa pojawił się bowiem problem, który łatwo może pozostać zapomniany, a nie powinien. Kwestią sporną w Kościele polskim stało się, która stolica arcybiskupia ma być związana z honorowym tytułem prymasa Polski: Gniezno czy Warszawa. Na tę pierwszą wskazywała blisko sześćsetletnia, nieprzerwana (aż do 1992 roku) kościelna tradycja. Zresztą współcześnie tytuł prymasowski – o ile pozostał w użyciu – przysługuje zazwyczaj metropolitom najstarszej archidiecezji na terenie danego Kościoła lokalnego. Zwolennicy Warszawy jako siedziby prymasa Polski wskazywali na polityczne i kulturowe znaczenie stolicy, a tym samym wysoką rangę metropolity warszawskiego.

Co rzadko się zdarza w naszym Kościele, przedstawiciele obu poglądów mówili o swoich przekonaniach publicznie. Kard. Józef Glemp był najsilniejszym zwolennikiem pozostawienia tytułu prymasowskiego w stolicy (przypomnijmy, że od 1992 r., gdy przestał być metropolitą gnieźnieńskim, pozostał on prymasem dzięki ekwilibrystycznej z prawnego punktu widzenia decyzji Jana Pawła II, który mianował go, jako metropolitę warszawskiego, „kustoszem relikwii św. Wojciecha” przechowywanych w Gnieźnie). Abp Henryk Muszyński jasno popierał natomiast powrót do tradycji, w której prymasem jest każdorazowy metropolita gnieźnieński. Różnice stanowisk nie zaowocowały chyba żadnym konfliktem. Wyraźnie jednak zwolennicy „opcji warszawskiej” mieli świadomość bycia w mniejszości, wciągnęli bowiem do sprawy premiera polskiego rządu. I tu właśnie zaczyna się najpoważniejszy problem…

W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” premier Jarosław Kaczyński przyznał, że podczas wizyty w Watykanie rozmawiał z papieżem o tym, gdzie ma się znajdować stolica prymasa: w Gnieźnie, czy w Warszawie. Co więcej, szef rządu twierdzi, że nie zrobił tego z własnej inicjatywy, lecz został o to poproszony przez grupę biskupów, i to z różnych – jak sugerują media – stron w Kościele. Kaczyński zapewnia, że od tych biskupów otrzymał zachętę i wyraźną informację, że nie złamię żadnych reguł. Od siebie dodaje, że ta sprawa przekracza kwestie czysto kościelne. Tytuł prymasa jest elementem polskiej tradycji i z punktu widzenia państwa nie jest bez znaczenia, gdzie znajduje się stolica prymasów. Ten tytuł, z uwagi na ogromną rolę prymasów w PRL, silnie integruje Kościół. W moim przeświadczeniu Kościół powinien być silny, a temu służy instytucja prymasa.

Można powiedzieć: Roma locuta, causa finta… Papież wysłuchał argumentacji polskiego premiera i zadecydował inaczej – kard. Glemp zachowa tytuł prymasa Polski do ukończenia 80. roku życia, a następnie godność ta wróci do arcybiskupa gnieźnieńskiego. Sądzę jednak, że warto jeszcze publicznie zapytać (tylko spytać, bo odpowiedzi raczej bym się nie spodziewał), dlaczego doszło do takiej inicjatywy, jak wciągnięcie premiera w decyzje dotyczące wewnętrznych spraw Kościoła. Chodzi tu bowiem o sprawę wielkiej wagi: o polski model stosunków państwo-Kościół.

Państwo polskie po roku 1989 uznało, że właściwy model tych relacji wyznacza zasada autonomii. Zasadę autonomii i wzajemnej niezależności Kościoła i państwa – wzorowaną na nauczaniu II Soboru Watykańskiego – wpisano najpierw w 1993 roku do konkordatu między Stolicą Apostolską i Rzecząpospolitą Polską, a następnie, cztery lata później, do Konstytucji RP. Początkowo cały konkordat traktowany był przez lewicę podejrzliwie jako próba klerykalizacji państwa polskiego, a zapis o autonomii obu struktur podważano jako sprzeczny z – jedyną jakoby dopuszczalną – zasadą rozdziału Kościoła i państwa. Szybko jednak okazało się, że dzięki tym właśnie przepisom udało się wyciszyć „zimną wojnę religijną” z początku lat dziewięćdziesiątych i zbudować podwaliny pod nowoczesny polski model relacji Kościół-państwo. Model ten okazał się też stabilny – przez długi okres nie pojawiały się tu żadne istotne napięcia.

Z polskiego modelu dumni stali się nawet jego wcześniejsi krytycy. Prezydent Aleksander Kwaśniewski z satysfakcją mówił, witając Jana Pawła II w ojczyźnie w sierpniu 2002 r.: Przybywa Wasza Świątobliwość do kraju pokoju pomiędzy państwem i Kościołem. W ciągu zaledwie kilku lat po odzyskaniu suwerenności udało nam się stworzyć polski model relacji między tymi ważnymi dla narodu instytucjami, oparty na solidnej podstawie nowej Konstytucji Rzeczypospolitej i konkordatu. Można było utożsamiać się z tymi słowami, bo rzeczywiście – pomimo ostrych napięć i sporów z lat 1990-1993 – fakt, iż stabilny model relacji Kościół-państwo powstał zaledwie cztery lata po odzyskaniu przez Polaków możliwości samostanowienia o swym losie, jest dużym osiągnięciem.

Fakt, że Jarosław Kaczyński przekonywał Benedykta XVI, gdzie powinna mieścić się stolica prymasowska, jest – wbrew jego twierdzeniom – ingerowaniem w wewnętrzne sprawy Kościoła, czyli naruszaniem przez premiera kościelnej autonomii. Jeśli panuje niezależność i autonomia między tym, co boskie i tym, co cesarskie, to „cesarz” nie powinien wtrącać się w kwestie religijne. Tak samo nie chciałbym, aby którykolwiek z polskich biskupów – czy nawet papież – radził polskiemu premierowi, w jaki sposób miałby organizować wewnętrzną strukturę rządu. Tak należy rozumieć zasadę autonomii Kościoła i państwa.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Problem jest jednak jeszcze poważniejszy niż poczucie premiera, że czyni słusznie. On był przecież do tego zachęcany przez (niektórych) biskupów! Do niedawna można było zasadnie twierdzić, że to politycy wciągają Kościół do swoich działań, bo sami mają zbyt słaby autorytet, więc usiłują wspierać się o autorytet instytucji religijnej. Dziś jednak mamy do czynienia z sytuacją nową. Oto niektórzy pasterze naszego Kościoła uznają premiera polskiego rządu za uprawnionego do omawiania z papieżem sprawy, która w oczywisty sposób jest wewnętrzną sprawą Kościoła, do której premier w żaden sposób nie powinien się wtrącać – niezależnie od tego, kto nim jest, i niezależnie od tego, czy jest katolikiem.

Z jednej strony mamy zatem władze państwowe, głęboko przekonane o swojej misji dziejowej i to misji, która ma wymiar co najmniej moralny, jeśli nie także religijny. Z drugiej zaś strony pojawili się po stronie kościelnej biskupi, którzy przyjmując te deklaracje za dobrą monetę, uznają, że temu premierowi wolno więcej. Ci sami biskupi bowiem stanowczo sprzeciwialiby się, gdyby taki temat rozmowy zaproponował papieżowi szef polskiego rządu pochodzący z innej formacji politycznej.

Nie po to przez długie dziesięciolecia swojej historii Kościół walczył o niezależność od absolutystycznej władzy, by teraz demokratyczni władcy stawali się jego suflerami. Trzeba więc jasno stwierdzić, że zasada niezależności i autonomii Kościoła i państwa jest jedną z trwałych zdobyczy niepodległej Rzeczypospolitej. Wiele trzeba w Polsce zmienić, ale nie tę zasadę. Powinna ona pozostać trwałym fundamentem polskiego życia publicznego – niezależnie od tego, czy rządzi prawica czy lewica.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.