Jesień 2021, nr 3

Zamów

Lekcja KOR

Trzydzieści lat temu, 23 września 1976 roku, powstał Komitet Obrony Robotników. Warto dziś zapytać, czy KOR to już wyłącznie historia, czy też może jego dzieje pozostają ciągle jednym z żywych źródeł nowoczesnej polskiej tożsamości politycznej.

Gdzie są chłopcy z tamtych lat i gdzie podziała się ich solidarność? Czy ponad fundamentalnym politycznym sporem, który podzielił ich w roku 1989, coś jeszcze ich łączy? Naturalne w demokracji polityczne podziały zawsze rozsadzają doraźnie sojusze zawierane w czasach niewoli. Z drugiej jednak strony, od historii nie sposób przecież uciec. Ta zaś – i tu dochodzimy do pierwszej lekcji, jaką niesie rocznica KOR – utkana jest nie ze słusznych politycznych doktryn, do których dopasować można minione dzieje, ale ze złożonych, czasem paradoksalnych biografii. I to właśnie w skomplikowanych ludzkich życiorysach i wynikających z nich dziwnych aliansach mieszkają prawdziwie wartości, bohaterstwo, wzniosłe przykłady i symbole.

Społeczności, które tego nie rozumieją i nie potrafią uchronić swej złożonej historii przed ciśnieniem bieżącej polityki, przegrywają i własną historię, i historyczne zwycięstwa. To zatem, że coraz mniej Polaków rozumie i szanuje wielki sukces Sierpnia ’80, wynika po części i z tego, co stało się z pamięcią o KOR, z tego, że jego bohaterom – powodowanym aktualnymi podziałami politycznymi – tak trudno i tak rzadko przychodzi dziś mówić jednym głosem o swej wspólnej walce. I zapewne równie trudno było by im razem powtórzyć słowa oświadczenia, którym w roku 1981 KOR podsumowywał swą działalność: Byli wśród nas ludzie różnych pokoleń, tradycji i orientacji ideowych. Łączyła nas troska o wszystkich krzywdzonych i bitych (…). Kierowaliśmy się przekonaniem, że przestrzeganie praw człowieka i obywatela jest warunkiem pokoju między ludźmi i narodami, przekonaniem, że <>. Służyliśmy sprawie wolności Polski i wolności Polaków tak, jak mogliśmy i umieli, jak dyktowało nam sumienie i obywatelskie rozeznanie sytuacji. Mieliśmy przed oczyma ideał Polski, która szczyciła się niegdyś tolerancją i wolnością, Polski, która umiała być wspólną ojczyzną Polaków, Białorusinów, Litwinów, Ukraińców, Żydów, ojczyzną wszystkich swych obywateli – bez względu na ich język, wyznanie, pochodzenie narodowościowe .

POLSKA OBYWATELSKA

Przywołując dziś pamięć KOR, warto także dostrzec, że był on pierwszym bodaj we współczesnej Polsce eksperymentem budowania nowoczesnego społeczeństwa obywatelskiego, co więcej – eksperymentem zupełnie udanym. Zorganizowano skuteczną sieć pomocy prześladowanym, pojawił się niezależny od cenzury obieg wydawniczy i informacyjny, animowano proces samoorganizacji robotników, chłopów i studentów. Oczywisty, banalny wręcz wniosek, jaki z tego wynika, jest taki, że skoro polskie drogi do wolności wiodły przez budowanie instytucji społeczeństwa obywatelskiego, to potrzebujemy ich także w Polsce wolnej. Mówiąc to, można jednak także wskazać pewne doświadczenia, które przydatne pozostają dziś w praktykowaniu w Polsce demokracji i społeczeństwa obywatelskiego.

Sprawą bodaj najważniejszą jest to, że wraz z KOR upowszechnia się na polskim gruncie pewnej rodzaj obywatelskiej filozofii społecznej. Powiada ona, że jednym z kluczy do budowania demokracji i wolnego rynku jest istnienie apolitycznej i niekomercyjnej sfery publicznej, przestrzeni autorytetów, debat, działań i przekonań społecznych, które – choć dotyczą spraw ogółu – pozostają poza bezpośrednią kontrolą państwa. Praktyki tej, z której twórcy KOR uczynili skuteczny sposób przybliżania demokracji, dziś, w Polsce już demokratycznej, bardzo dziś brakuje.

Budując społeczeństwo obywatelskie – podpowiada dalej lekcja KOR – walczyć trzeba przede wszystkim o społeczną wiarygodność i zaufanie. Dlatego na przykład działacze KOR podjęli decyzję o opublikowaniu swych telefonów i adresów, co skądinąd bardzo utrudniało im zwykłe codzienne życie. Dlatego też z najwyższą starannością rozliczali powierzone im społeczne fundusze.

Idąc dalej, działalność obywatelska to nie kumoterstwo czy środowiskowa samoobrona. Choć większość aktywistów KOR, ze względu na swą działalność skazana była na bezrobocie, to prawie nigdy nie korzystali oni ze zbieranych przez siebie społecznych pieniędzy. Swe rodziny starali utrzymywać się z różnych prac dorywczych. Warto to przypominać zawłaszcza dziś, gdy czasem powołuje się fundacje, stowarzyszenia i projekty społeczne, których głównym celem jest zdobycie dotacji finansowych z Unii Europejskiej.

Wielkim sojusznikiem społeczeństwa obywatelskiego są wolne media. Ta prawda sprawdzała się w działalności KOR na każdym kroku. To dzięki współpracy z zagranicznymi korespondentami, a także z Radiem Wolna Europa i BBC, każdy przypadek represji był natychmiast nagłaśniany, dzięki czemu komunistyczna władza nie czuła się zupełnie bezkarna. Trzeba jednak zaznaczyć, że na tę przychylność zachodnich mediów KOR – a zwłaszcza jego nieformalny rzecznik Jacek Kuroń – bardzo ciężko zapracował. Jak wspomina ówczesny pracownik BBC Eugeniusz Smolar, najdrobniejsze nawet nieścisłości w komunikatach Kuroń starał się natychmiast dementować, choć każdy jego telefon do Paryża czy Londynu albo wywiad dla zachodnich mediów mógł wówczas oznaczać kilkuletni wyrok za szkalowanie PRL. Trzeba też podkreślać, że z powodów oczywistych z zachodnimi mediami kontakt miało kilka zaledwie osób. Codzienna natomiast KOR-owska praca, a więc jeżdżenie na procesy robotników czy zbieranie informacji o prześladowanych, opierała się na bezinteresownym poświęceniu setek często bezimiennych współpracowników.

I tu dochodzimy do najtrudniejszego do wykorzystania dziś doświadczenia sprzed trzydziestu lat. Mówi ono, że rozstrzygającym warunkiem budowy społeczeństwa obywatelskiego nie są pieniądze czy poparcie mediów, ale ludzie. KOR odniósł sukces, bo – choć był stosunkowo nieliczny – zgromadził w swych szeregach prawdziwą elitę. Wielkie nazwiska polskiej inteligencji i odważną ideową młodzież, harcerzy, młodzież KIK-owską, studentów i młodych działaczy społecznych, którzy z uporem powracali na wsławioną przez balladę Jana Krzysztofa Kelusa szosę E-7, by jechać z pomocą do Radomia.

WIELKIE DNI INTELIGENCJI

KOR był przedsięwzięciem na wskroś inteligenckim. Tworzyli je przecież niemal wyłącznie ludzie nauki i kultury, pisarze, historycy, profesorowie, aktorzy i studenci. Co więcej, dla pewnej lewicowej części tego środowiska epoka KOR była kolejną okazją do symbolicznego rozrachunku z własną przeszłością i młodzieńczym flirtem z marksizmem. Najważniejsze jednak, że była to inicjatywa modelowo niemal realizująca dziewiętnastowieczny mit założycielski polskiej inteligencji – przypomniany przez Bohdana Cywińskiego w „Rodowodach niepokornych” etos inteligenta-społecznika.

Nigdy więc chyba przedtem i nigdy potem inteligencja polska, a przynajmniej jej reprezentacja, nie podjęła tak odważnej próby wyjścia poza krąg własnego środowiska, własnej historii i własnych problemów. Nigdy chyba też przedtem i nigdy potem polski inteligent – który pamiętał jeszcze zapewne słynną autokarową wyprawę „aktywu robotniczego” na dziedziniec UW w marcu 1968 – nie stanął tak blisko prześladowanego polskiego robotnika. I nigdy chyba tak jak wtedy nie spełniały się sny Żeromskiego, Wyspiańskiego czy Prusa.

Przypominanie dziś tego wkładu polskiej inteligencji w odzyskiwanie wolności dla tej pierwszej brzmieć może zapewne cokolwiek gorzko. Inteligenci, także ci, którzy osobiście zetknęli się niegdyś z KOR, dziś znów muszą bowiem przekonywać niektórych, że są prawdziwymi patriotami, a nie oderwaną od „zwykłych ludzi” kosmopolityczną niby-elitą. Atmosfera nieufności wobec elit i autorytetów, jaka narasta w Polsce od kilkunastu lat, sprawia, że polski inteligent może czuć się w wolnej Polsce pokrzywdzony i rozczarowany.

Rzecz jednak nie w rozczarowaniu wolnością, którego w co najmniej równym stopniu doświadczyli po roku 1989 polscy robotnicy i chłopi. Ważne, aby polska inteligencja sama umiała być dziś dumna ze swej historii – tej sprzed stu i sprzed trzydziestu lat – i potrafiła wyciągać z niej wnioski. Każda społeczność, która chce się zmieniać i rozwijać, potrzebuje elit, przewodników, którzy starają się patrzeć nieco dalej niż reszta, pamiętają więcej niż inni i gotowi są mówić rzeczy czasem niezrozumiałe, a nawet niepopularne. W polskich zaś warunkach na misję tę skazany był – i wciąż skazany chyba pozostanie – polski artysta, naukowiec, ksiądz, lekarz i nauczyciel. I to on – polski inteligent – pamiętać musi także, że jego prorockiej misji nic tak nie służy jak idące w parze z nią osobiste zaangażowanie.

Inną natomiast sprawą jest to, że dziś w Polsce roku 2006 inteligent nie znajdzie już wokoło siebie ani klasy wielkoprzemysłowych robotników, ani niepiśmiennych chłopów, dla których łatwo stać się może Judymem czy „siłaczką”. Jego społeczna misja jest dziś zatem dużo bardziej złożona i na pewno mniej niż kiedyś spektakularna. Być może tym, kto najbardziej czeka na pomoc inteligenta, jest mieszkający za ścianą Kowalski, dla którego horyzonty życiowych pasji wyznaczają udane zakupy w supermarkecie, telewizyjny show czy wczasy w Chorwacji.

OTWARTE DRZWI KOŚCIOŁA

KOR rodził się w środowiskach bardzo odległych od głównego nurtu polskiego katolicyzmu, a niektórzy jego działacze mieli nawet w swych biografiach poglądy antyklerykalne. A jednak od samego początku bardzo blisko tej inicjatywy znaleźli się ludzie Kościoła. Jednym z członków-założycieli KOR był kapelan wojny 1920 roku i powstania warszawskiego, ks. Jan Zieja. Środowiskiem, z którego wywodziła się KOR-owska młodzież, był między innymi warszawski KIK. A miejscem gdzie odbywały się głodówki w obronie uwięzionych KOR-owców – dzięki gościnności i odwadze sióstr franciszkanek służebnic Krzyża – stał się warszawski kościół św. Marcina. Przyjaciółmi lub powiernikami – także niewierzących opozycjonistów – byli także między innymi księża Bronisław Dembowski, Jacek Salij, Stanisław Małkowski czy Zbigniew Kamiński. Nie bez znaczenia jest także i to, że mniej lub bardziej oficjalnie z KOR-owcami kontaktował – jeszcze przed wyborem na Stolicę Piotrową – kardynał Karol Wojtyła, a także prymas Wyszyński. Kościół polski nie musiał wcale otwierać swych drzwi przed grupką „podejrzanych ekstremistów” z jeszcze bardziej podejrzaną przeszłością.

To odważne spotkanie ludzi Kościoła i KOR było zapewne wynikiem zewnętrznego ciśnienia komunistycznej władzy, które w sposób naturalny zbliżało do siebie wszystkich myślących o wolności. Ale można i trzeba widzieć w nim także wyraźny znak jakości polskiego katolicyzmu, świadectwo, z którego Kościół polski ma prawo być dumny.

Świadectwo to jest jednak i pozostanie również wyzwaniem. Także bowiem i dziś nie brak w Polsce ludzi oddalonych od Kościoła, których społeczne zaangażowanie bliskie jest duchowi Ewangelii. Nie brak palących problemów społecznych, takich jak korupcja, bezrobocie, czy emigracja młodych, których nie da się rozwiązać bez pomocy i udziału Kościoła. Czyż i dziś Kościół w Polsce nie powinien być otwarty i gościnny, być – przy zachowaniu własnej nauki i tożsamości – latarnią i duchowym schronieniem dla wszystkich poszukujących prawdy i potrzebujących pomocy? Swój wzrok będą mieli odwagę kierować ku niemu także ludzie tak od niego odlegli jak wówczas Ozjasz Szechter, przedwojenny działacz Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, który przyszedł wraz z innymi głodować do kościoła św. Marcina.

Lekcja KOR, a może bardziej jeszcze doświadczenia nieporozumień, jakie między częścią KOR-owskiej inteligencji o Kościołem pojawiły się już później, stawiają jednak także wyzwania drugiej stronie. Ci, którzy oczekują od Kościoła społecznego otwarcia i zaangażowania, muszą uszanować jego religijną tożsamość i prawo do głoszenia prawd nie zawsze łatwych, popularnych i dla wszystkich zrozumiałych.

I tylko na takim gruncie możliwe jest spotkanie, dialog i współpraca, które nie kończą się rozczarowaniem obu stron.

POKONAĆ DŁUGI CIEŃ SB

Zwłaszcza dziś przypomnieć wreszcie warto, że dzieje KOR to niezwykły przykład zwycięstwa nad SB, z jej inwigilacją, fałszywkami, łamaniem charakterów, a także doświadczeniem agenturalności wśród najbliższych współpracowników. Dla spacyfikowania działań KOR SB korzystała z nieograniczonych niemal metod i środków. Każdego mogła aresztować lub pobić, każdemu zainstalować w najbliższym otoczeniu dowolną liczbę podsłuchów lub agentów, każdego nękać głuchymi telefonami i każdego zabić lub grozić mu śmiercią. A jednak SB KOR nie sparaliżowała. A w każdym razie można niekiedy odnieść wrażenie, że paraliżowała go dużo mniej niż zdaje się paraliżować dziś – już zza swej grobowej deski – życie publiczne IV Rzeczypospolitej.

Tłumacząc ten paradoks, brać trzeba oczywiście pod uwagę całą zmianę kontekstu historycznego, to, że stoją dziś przed nami esbeckie archiwa, które wtedy były niedostępne. Z drugiej jednak strony, warto się zastanowić, czy doświadczenie KOR nie pokazuje, jak traktować dziś SB i sączony przez nią jad.

Działacze KOR zapewne musieli zdawać sobie sprawę, że są stale inwigilowani, że pośród licznych współpracowników nie brak agentów i prowokatorów. Pomimo to starali się zachować spokój. Poza tym, jak pisze Jan Józef Lipski, panowała zgoda co do tego, że większym niebezpieczeństwem dla ruchu tego typu co KOR jest powstanie atmosfery, w której każdy każdego podejrzewa, niż przeoczenie kilku agentów. Drugą, bardzo ważną bronią była jawność. KOR – choć był po części organizacją konspiracyjną – starał się działać przy możliwie otwartej kurtynie. Ogłaszał nazwiska i adresy swych sygnatariuszy, zwoływał konferencje prasowe, wydawał komunikaty. Dzięki tej cywilnej odwadze znacznie kurczyło się pole esbeckich knowań i prowokacji.

Warto wreszcie wspomnieć, że KOR z założenia był środowiskiem międzypokoleniowym. W przedziwnej symbiozie połączył tzw. „starszych państwa”, a więc wielkie nazwiska przedwojennej jeszcze inteligencji, i ludzi zupełnie młodych, którzy skończyli dopiero studia albo wyszli z harcerskiego kręgu „Czarnej Jedynki”. I to może dzięki temu w KOR nie pojawiła się współczesna maniera pochopnego rozliczania ludzkich biografii przez młodych, nieskalanych i czystych, którzy z nadmierną wiarą sięgają dziś po esbeckie teczki, by rozliczać swoich „starszych państwa”.

Najważniejsze jednak jest chyba to, że sporej przynajmniej części tego opozycyjnego środowiska udało się uniknąć środowiskowej pychy i dzielenia świata według schematu: „my” – czyści, szlachetni opozycjoniści, i cała oportunistyczna reszta społeczeństwa, tchórzliwi „oni”. Dzięki temu mało komu przychodziło wówczas do głowy, aby do jednego worka wrzucać i cynicznych esbeków, i ich zaszantażowane czy zmanipulowane ofiary.

LOJALNOŚĆ I ZAUFANIE

Wbrew utartemu powiedzeniu, historia nader rzadko się powtarza. Dlatego zbyt pospieszne przebieranie siebie lub innych w historyczne kostiumy, bezrozumne naśladowanie bohaterów czy zbyt dosłowne powtarzanie wypowiedzianych przez nich kwestii grozi zawsze banałem, śmiesznością czy zwykłą głupotą. Pamiętać trzeba o tym na każdej lekcji historii, także tej sprzed trzydziestu laty. Niektóre z poczynionych wyżej paraleli wydać się mogą dyskusyjne, nazbyt dosłowne lub nieco naciągane.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Dwie jednak wartości, dzięki którym trzydzieści lat temu KOR odniósł sukces, zdają się zupełnie oczywiste, uniwersalne i kluczowe. W Polsce, w której współczynnik zaufania społecznego jest jednym z najniższych w Europie, a skuteczność polityczna polega na ciągłym „ogrywaniu” i politycznych konkurentów, i sojuszników, przypominać trzeba, że sukces KOR, ten wielki krok do wolności, wziął się ze nade wszystko z lojalności i zaufania, które połączyły tak bardzo różnych przywódców tego środowiska i umożliwiły im działanie.

Lekcja KOR mówi, że historię narodów budują nie koterie, dywizje czołgów czy tajne policje, ale pojedynczy ludzie, osobiste decyzje ich sumień, połączone pragnieniem realizacji wspólnych marzeń.

_______________
Sławomir Sowiński – ur. 1968. Adiunkt w Instytucie Politologii UKSW. Publikował w „Więzi”, „Ethosie”, „Tygodniku Powszechnym”, “Rzeczpospolitej”, „Gościu Niedzielnym”. Mieszka w Legionowie.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.