Jesień 2020, nr 3

Zamów

Od redakcji

Drodzy Czytelnicy,

Pytanie „po co małżeństwo” wydaje się jednocześnie i oczywiste, i kłopotliwe. Odpowiedź na nie jest bowiem niby doskonale znana, a jednocześnie coraz trudniej jej udzielać. Rodzą się wątpliwości, czy małżeństwo – jako trwała wspólnota miłości kobiety i mężczyzny – ma przyszłość.

Nawet wielu chrześcijan w tak nudny sposób mówi o małżeństwie i rodzinie, że sprawiają wrażenie, jakby pogodzili się z tezą, że w sferze erotyki, etyki seksualnej i małżeństwa Kościół definitywnie i nieodwracalnie przegrał już z nowoczesnością.

Tymczasem może być inaczej. Chrześcijańskie rozumienie małżeństwa wychodzi przecież naprzeciw najgłębszej ludzkiej tęsknocie – kochać to być z jednym człowiekiem na zawsze, przez całe życie. Taka wizja miłości – trwałej, wyłącznej, wielkiej, nierozerwalnej – najbardziej nas pociąga. Miłość, za którą tęsknimy, to głęboka więź oparta nie o zmieniające się emocje, lecz o postanowienie, że będziemy ze sobą w zdrowiu i chorobie, na dobre i na złe, nie opuścimy siebie nawzajem aż do końca.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Czy jednak chrześcijańską wizję małżeństwa można atrakcyjnie przedstawić „normalnie”, „po ludzku”, bez odwoływania się do argumentacji nadprzyrodzonej? Czy jest ona propozycją przeżycia swego człowieczeństwa w radykalnej bliskości kobiety i mężczyzny – jako szczególna jakość międzyludzkiej miłości – czy też tylko propozycją dla katolików? Wydaje się, że chrześcijanie dopiero szukają języka mówienia o małżeństwie w sposób zrozumiały dla nieprzekonanych. Nauczanie obu ostatnich papieży jest tu wielką pomocą, ale to dopiero początek.

Refleksje Tomasza Terlikowskiego i Adama Hernasa są ciekawą propozycją dalszego, samodzielnego myślenia. Będziemy jeszcze do tego tematu wracać na łamach „Więzi”, bo problematyka małżeństwa wydaje się jedną z kluczowych dla przyszłości. Małżeństwo warte jest tego, by do niego wracać!

Zbigniew Nosowski

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.