Wiosna 2021, nr 1

Zamów

IPN – niezależność mimo wszystko dyskusja

Dyskutują historycy: Antoni Dudek (UJ, doradca prezesa IPN, b. naczelnik Wydziału Badań Naukowych IPN), Andrzej Friszke (Instytut Studiów Politycznych PAN, Collegium Civitas, członek Kolegium IPN), Krzysztof Jasiewicz (ISP PAN) i Paweł Machcewicz (ISP PAN, prorektor Collegium Civitas, b. dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN) oraz Tomasz Wiścicki („Więź”)

„Więź”: W krótkich dziejach IPN zaczyna się właśnie nowy etap. Zakończyła się przedłużona pierwsza kadencja władz Instytutu, towarzyszą temu dalsze zmiany personalne, w Sejmie trwają prace ustawodawcze, które zadecydują o formule dalszego funkcjonowania tej instytucji. Jest to dobry moment, żeby zająć się pierwszym, właśnie zakończonym etapem, z którym trzech z Panów miało sporo do czynienia, i spróbować sformułować wnioski z niego wynikające.

IPN powstał jako instytucja państwowa, pełniąca trzy funkcje, czemu odpowiada trójdzielna struktura organizacyjna. Po pierwsze, mamy więc archiwum, które przejęło dokumenty wytworzone przez komunistyczne służby specjalne. Po drugie, IPN prowadzi działalność naukowo-edukacyjną dotyczącą najnowszej historii Polski, jej zniewolenia przez totalitaryzmy i postaw wobec nich – temu służy Biuro Edukacji Publicznej. Po trzecie wreszcie – IPN ma ścigać zbrodnie popełnione przez totalitarne reżimy na obywatelach polskich i stąd w Instytucie pion śledczy. Jaka generalna wizja ideowa stanęła u podstaw stworzenia IPN w takim kształcie i czy ta wizja była realizowana?

Andrzej Friszke: Instytut powstał jako swego rodzaju kontynuacja i wydatne poszerzenie działającej wcześniej Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich, która po upadku komunizmu zajęła się także zbrodniami tego systemu. Sejm uznał, że prócz śledztw w sprawie zbrodni jest potrzebna instytucja, która zgromadzi w jednym miejscu archiwa służb specjalnych oraz będzie nadawać status pokrzywdzonym osobom represjonowanych w okresie rządów komunistycznych, a także zajmie się szeroką edukacją społeczeństwa. Z takiego zamysłu – skoncentrowania wielu różnych funkcji dotyczących pamięci historycznej narodu i jego zmagań z systemami totalitarnymi – wyrósł Instytut Pamięci Narodowej i jego trzy piony.

Powstał jako instytucja o charakterze państwowym, ponadpartyjnym, co znajdowało praktyczny wyraz już w sposobie powołania Kolegium, którego jestem członkiem od początku. Skupia ono osoby rekomendowane przez ówczesne kluby parlamentarne – Akcji Wyborczej Solidarność, Unii Wolności, PSL i SLD – niemogące zarazem należeć do jakiejkolwiek partii. Także procedura powoływania prezesa została tak określona, by nie był on reprezentantem jakiejś orientacji politycznej, ale – dobra ogólnego.

Było to cenne również dlatego, że dla pewna część opinii publicznej i spektrum politycznego miało trudności z uznaniem bezprawia systemu komunistycznego również w latach późniejszych – po śmierci Stalina. Z różnymi trudnościami i oporami zostało to w końcu uznane. Formuła IPN została zaakceptowana przez całe spektrum życia politycznego.

Werdykty Instytutu jako instytucji narodowej, państwowej powinny wyrażać to, co państwo swoim majestatem może zaakceptować, podkreślić, uzasadnić. Szczególnie dotyczy to statusu pokrzywdzonych oraz funkcji śledczych, choć Instytut oczywiście nie sądzi, ale kieruje sprawy do sądów.

Paweł Machcewicz: Instytut rzeczywiście jest w jakiejś mierze kontynuacją Głównej Komisji Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu, ale moim zdaniem w większym stopniu jest tworem nowym. Jego powstaniu towarzyszyły wielkie kontrowersje – mniej polityczne, bo w parlamencie była większość na rzecz ustawy o IPN, ale bardziej w debacie publicznej. Sama idea Instytutu była bardzo ostro atakowana przez część środowisk lewicowo-liberalnych.

Ustawa o IPN nawiązuje do ustawy niemieckiej tworzącej tak zwany urząd Gaucka – stamtąd zaczerpnięto zasady otwarcia archiwów czy udostępniania dokumentów pokrzywdzonym. Natomiast w polskim wydaniu wyjątkowa jest skala działania Instytutu i jego rozległe funkcje. W żadnym innym kraju postkomunistycznym nie ma instytucji, która by łączyła funkcje śledcze, badawczo-edukacyjne i archiwalne. Na przykład urząd Gaucka nie ma żadnych funkcji śledczych. Instytut zajmuje się nie tylko okresem komunizmu, ale także całą II wojną światową.

W ciągu tych pięciu lat, które obfitowały i w sukcesy, i w porażki, dwie wartości udało się zachować. Po pierwsze – apartyjność, a nawet wręcz apolityczność. W polskich warunkach to się często nie udaje, natomiast Instytut był niezależny od sił politycznych. To jest oczywiście zasługą prezesa Leona Kieresa, ale i Kolegium oraz ludzi, którzy stworzyli IPN. Po drugie – ścierały się w nim różne poglądy. Jedne były w pewnych momentach bardziej widoczne, w innych mniej, ale było tam miejsce dla pluralizmu, wolności badań naukowych, wewnętrznej wolności słowa, mimo różnych ataków ze strony niektórych gazet, że IPN głosił jedną, skrajną wizję historii.

Antoni Dudek: Generalnie zgadzam się z tym, co powiedzieli Andrzej Friszke i Paweł Machcewicz. Choć nie można powiedzieć, że w IPN nie było polityki i partyjności, to jednak – jak na standardy polskiego życia publicznego – skala obecności tej polityki była znacząco ograniczona. Pluralizm poglądów, który w Instytucie panuje, jest rzeczywiście ogromną wartością, co nie znaczy, że są w nim reprezentowane wszystkie opcje. Nie wynikało to z decyzji władz Instytutu, tylko z tego, że niektóre osoby same się wykluczyły z możliwości uczestnictwa w jego pracach przez nieustanne krytykowanie i traktowanie go jako instytucji propagandowej – mam tu na myśli przede wszystkim środowiska lewicy postkomunistycznej. Tego problemu się nie rozwiąże, jak długo w polskim życiu publicznym będzie środowisko prezentujące tak diametralnie odmienny punkt widzenia na to, co działo się przez czterdzieści lat po wojnie. Oni nigdy nie zaakceptują samego założenia ideowego, który przyświecało powołaniu Instytutu Pamięci Narodowej. Nie znaczy to, że w przyszłości nie widziałbym w IPN miejsca dla osób, które mają poglądy wyraźnie lewicowe, natomiast – będąc demokratami – mają jednoznaczny pogląd na powojenne czterdziestolecie.

P. Machcewicz: Krytyka stosunku Instytutu do PRL wychodzi przede wszystkim ze środowisk postkomunistycznych, chcę natomiast przypomnieć, że równie gwałtowne, a może i gwałtowniejsze zarzuty pod adresem IPN padały ze strony środowisk związanych z Ligą Polskich Rodzin czy z „Naszym Dziennikiem” – przede wszystkim w okresie sprawy Jedwabnego. Oskarżano IPN wręcz o stanowisko antypolskie. Przez pięć lat pracy odkładałem sobie wycinki prasowe z atakami na Instytut na dwie kupki – na jedną te z „Naszego Dziennika” i innych pism prawicy narodowej, a na drugą publikowane w „Trybunie”, „Dziś”, pismach kombatantów Gwardii Ludowej. Myślę, że obie można by było porównać ze sobą zarówno pod względem objętości, jak i ostrości używanego języka.

Krzysztof Jasiewicz: Mam wielki szacunek i podziw dla grupy ludzi, która stworzyła IPN. Myślę, że jest to jest jedna z najważniejszych wartości III Rzeczypospolitej, wręcz jej sztandarowa instytucja, mimo różnych niedociągnięć czy pewnych zastrzeżeń personalnych, na przykład wynikających z klucza partyjnego przy wyborach. Zespół IPN potrafił rozwinąć skrzydła, podejmując mnóstwo ciekawych inicjatyw i koncepcji badawczych.

Teraz z rosnącym niepokojem patrzę na to, że jedna partia usiłuje zawładnąć wszystkim i byłoby katastrofą dla IPN, gdyby on się temu poddał. Prezes IPN chodził na konsultacje do Przemysława Gosiewskiego – jest to po prostu hańba. To nie w partyjnych gabinetach mają zapadać ustalenia dotyczące działania Instytutu, to nie jest instytucja jednej partii. Każda partia będzie potem usiłowała przy niej pomajstrować, tym bardziej że istnieje naturalna przeciwstawność celów naukowych i politycznych. Politycy widzą historię jako narzędzie uprawiania polityki, my ją widzimy jako narzędzie, które ma nam pokazać złożoność świata i prawdę o nim.

A. Dudek: Czuję się wywołany do tablicy, bo jestem doradcą prezesa, o którym przed chwilą była mowa. Chciałbym zwrócić uwagę na to, że w Sejmie trwają prace legislacyjne nad nowelizacją ustawy o IPN. Różne partie złożyły swoje projekty, a prezes ma oczywiście pogląd na to, jak ta ustawa powinna wyglądać i w związku z tym spotyka się z różnymi politykami. Zresztą w przeszłości Leon Kieres też się spotykał z politykami. Oczywiście, gdyby spotkania z przewodniczącym największego klubu w Sejmie polegały na instruowaniu prezesa i gdyby Pan profesor miał na to jakieś dowody, to mógłbym się z Panem zgodzić, że to byłoby skandaliczne.

K. Jasiewicz: Mam na myśli spotkania prezesa z politykami jeszcze przed powołaniem na to stanowisko.

A. Dudek: Kandydat na prezesa rozmawiał z przywódcami kilku partii, odbył też spotkania z całymi klubami poselskimi. Tego rodzaju rozmowy są normalną praktyką w systemie demokratycznym i poprzedzają wybór na najważniejsze stanowiska państwowe. Jak na sytuację w dzisiejszym Sejmie, wybór Janusza Kurtyki stanowił modelowy przykład nominacji ponadpartyjnej. Prezes IPN został wybrany przytłaczającą większością głosów w tym rozbitym Sejmie – to jest jedyny znany mi przypadek poważnego głosowania, kiedy PO i PiS udzieliły poparcia niemal w całości. Do tego dołączyły się jeszcze LPR i PSL. To wydaje mi się znakomitym rezultatem.

K. Jasiewicz: Ta jednomyślność nie wynikała z wysokich ocen dorobku naukowego, rozległości zainteresowań bądź autorytetu kandydata w środowisku, lecz była funkcją pewnych mechanizmów towarzysko-politycznych. Głośno było, iż p. Kurtyka jest wcześniejszym nieoficjalnym kandydatem PO na stanowisko prezesa IPN. Poparcie innych partii wzięło się natomiast z faktu, że pozostawały one w nieformalnej koalicji z PiS. Prezesa tak ważnej dla życia publicznego instytucji apolitycznej powinno jednak wybierać środowisko naukowe spośród najwybitniejszych kandydatów o autentycznie wielkim dorobku naukowym i autorytecie. Oczywiście jest to utopia, ale taką samą utopią jest przekonanie, że nasza dyskusja wpłynie na kształt IPN. Gdyby posłużyć się moim schematem, prezesem IPN zostałby zapewne prof. Andrzej Paczkowski lub ktoś podobnego formatu.

Dodam, że kandydat przed wyborem z pewnością nie powinien rozmawiać z politykami w zaciszu ich gabinetów, lecz winien to robić jawnie, na forum Sejmu lub jego komisji, tam każdy może przyjść i zadać mu dowolne pytanie. Zupełnie czymś innym są indywidualne spotkania urzędującego prezesa z politykami różnych opcji w sprawie nowelizacji ustawy o IPN, chociaż i tu komisja byłaby też lepszym miejscem, jeśli zależy nam na apolityczności.

Jeśli już jesteśmy przy konsekwencjach tego niefortunnego wyboru, to zdecydowanie nie podobają mi się przeprowadzone przez nowego prezesa „czystki”. Moje obawy wzbudza też – i to też przypisuję „kuluarom” – pojawienie się wśród kadry IPN osób kontrowersyjnych, z nienajlepszej jakości warsztatem naukowym, ale wygłaszających – zbiegiem okoliczności – poglądy bliskie partii rządzącej. Mam też wrażenie, że niektórym działaniom IPN, skądinąd sensownym, zaczyna towarzyszyć oprawa sprawiająca wrażenie aktu politycznego, a to w ogóle podważa sens istnienia tej instytucji.

A. Dudek: IPN był oskarżany o upolitycznienie od chwili powstania. Stale też pojawiały się zarzuty stronniczego doboru kadry, teraz zaś słyszę o czystkach. Moja ocena jest inna: nowy prezes ma prawo dobrać sobie ludzi, z którymi będzie pracował. Bez tego trudno byłoby od niego wymagać usprawnienia działalności Instytutu.

P. Machcewicz: IPN w pierwszym okresie w pewnym sensie działał w sytuacji komfortowej, dlatego że na te pięć lat cztery przypadły na rządy SLD. Z jednej strony nas krytykowano, obcinano nam budżet, ale z drugiej strony żadnemu politykowi SLD nie przyszło do głowy, żeby zadzwonić do prezesa i żądać określonych działań czy przyjęcia do pracy swoich ludzi. Ta obcość między środowiskiem, które stworzyło IPN, i środowiskiem postkomunistycznym gwarantowała niezależność. Teraz przyszedł czas prawdziwej próby i wyzwania dla nowego kierownictwa tej instytucji, ponieważ środowiska dominujące w rządzie i w Sejmie są dużo bardziej zainteresowane Instytutem, dużo bardziej przyjazne wobec niego [w portrecie: IPN]. W takich sytuacjach – paradoksalnie – trudniej zachować niezależność niż w warunkach wrogości i dystansu.

PRL – NA PIERWSZYM MIEJSCU

K. Jasiewicz: Jako osoba z zewnątrz miałbym też zasadnicze zastrzeżenia, wynikające ze sfery regulacji prawnych. Źle się stało, że mniejszości narodowe Rzeczypospolitej w ogóle wypadły z preambuły ustawy, podobnie jak z jej tytułu. Zamiast mówić tam o Narodzie Polskim, należy mówić o Narodzie Polskim i Obywatelach Polskich, bo inaczej podważamy sens wielowiekowego dziedzictwa Polski wieloetnicznej, a z formalnoprawnego punktu widzenia tak było do 1945 roku.

W ustawie o IPN zabrakło też najistotniejszego celu, jakim winien być ustawowy obowiązek ewidencjonowania strat osobowych – osób poległych, zamordowanych, zaginionych podczas II wojny światowej i w czasach PRL. Taka „Lista strat obywateli polskich”, zrywająca z anonimowością ofiar, jest jedynym właściwym sposobem oddania hołdu naszym bohaterom. Tymczasem IPN zajmuje się w praktyce tylko wczesnym PRL.

A. Dudek: Rzeczywiście, w IPN badania nad PRL mają przewagę w stosunku do badań nad II wojną światową, co wynika z dwóch powodów, w dużym stopniu niezależnych od Instytutu. Pierwszy jest związany z sytuacją w środowisku historycznym, w którym badania nad okresem II wojny światowej, a zwłaszcza nad okupacją niemiecką, zostały po 1989 roku w dużym stopniu zarzucone. W związku z tym IPN nie bardzo miał skąd wziąć ludzi, którzy by się ta tematyką wcześniej zajmowali i mieli jakieś doświadczenie. Obecny tu Paweł Machcewicz jako dyrektor Biura Edukacji starał się jakoś temu zaradzić, ale jest oczywiste, że grupy badaczy specjalizujących się w okupacji hitlerowskiej nie da się stworzyć z dnia na dzień.

Drugi powód wiąże się z zasobem archiwalnym IPN. Jego przytłaczająca większość dotyczy okresu powojennego, a pracownicy naukowi Instytutu zajmują się przede wszystkim badaniami nad tym zasobem archiwalnym, co jest logiczne, bo po to właśnie pracują w IPN.

A. Friszke: Koncentracja badań nad PRL była poniekąd nieuchronna i potrzebna, również z powodów ustawowych. Ustawa o IPN podkreśla wagę tego okresu, nakazuje badanie systemu represji wobec obywateli. Dla mnie problemem jest skoncentrowanie badań de facto na pierwszym dziesięcioleciu powojennym. Jakieś 70-80 procent badań dotyczyło okresu do roku 1956. Myślę, że ma to daleko idące, również niedobre konsekwencje dla rozumienia komplikacji historii PRL w następnych dekadach.

K. Jasiewicz: Dodajmy gwoli prawdy, że podobnie jest wśród historyków w ogóle, nie tylko w IPN.

A. Friszke: Owszem, ale IPN miał możliwości, żeby w pewnym sensie wymusić korektę i doprowadzić do poszerzenia spektrum badań, co się niestety nie udało.

P. Machcewicz: Przewaga badań nad PRL była nieuchronna, bo taką przejęliśmy bazę archiwalną, którą trzeba było opracować. Ponadto kiedy zaczynaliśmy pracę w 2000 roku, wydawało się, że II wojna światowa jest tematem zbadanym, niebudzącym kontrowersji. Dopiero jak wybuchła debata wokół sprawy Jedwabnego, okazało się, że II wojna światowa to też jest pole minowe. Wkrótce potem pojawiły się dyskusje polsko-niemieckie w związku z postulatami Związku Wypędzonych i wróciły sprawy stosunków polsko-niemieckich z okresu wojny i bezpośrednio po niej. Staraliśmy się więc tworzyć zespoły badawcze zajmujące się II wojną światową. Zderzyliśmy się z problemem przerwania ciągłości pokoleniowej. Okazało się, że po roku 1989 na seminariach uniwersyteckich rzadko podejmowano tę tematykę.

Mimo wszystko pewne rzeczy zostały zrobione, chociażby wystawa o zbrodniach Wehrmachtu w Polsce w 1939 roku, jako świadoma polemika ze słynną wystawą niemiecką, która zaczynała się od roku 1941. Ta cezura sugerowała, że Wehrmacht w Polsce w 1939 roku nie popełniał żadnych zbrodni. Ta nasza wystawa krąży teraz po Niemczech. Drugim przykładem może być stworzony przez IPN zespół badający wydarzenia w Bydgoszczy 3-4 września 1939 – czy była tam dywersja niemiecka, czy też masakra niewinnych niemieckich cywilów.

„Więź”: Skupienie badań na prześladowaniach i oporze jest zrozumiałe, ale z drugiej strony w PRL tajne służby nie służyły wyłącznie do walki z opozycją – były narzędziem kontroli całego społeczeństwa. Gromadzono mnóstwo informacji niezbędnych aparatowi rządzącemu, dla którego monopol informacyjny był jednym z zasadniczych narzędzi sprawowania władzy. W związku z tym w archiwach tajnych służb można znaleźć dane praktycznie ze wszystkich dziedzin życia, nie tylko na temat opozycji rzeczywistej i potencjalnej. Na tej podstawie można napisać rzeczy fascynujące, również na temat tego “środka” – pomiędzy prześladowaniami a oporem. Dlaczego jak dotychczas nie zainteresowano się tymi materiałami?

A. Dudek: Myślę, że takie rzeczy już są pisane i będą powstawać w przyszłości. Nie ma żadnych przeciwwskazań, żeby IPN zajmował się historią społeczną. Trzeba tylko pamiętać o tym, jakie są oczekiwania opinii publicznej wobec niego. Dotyczą one głównie historii politycznej, martyrologii, badania przejawów oporów i opozycji. Gdybyśmy zorganizowali konferencję pod tytułem „Życie towarzyskie w PRL”, mielibyśmy mnóstwo materiałów na ten temat, ale podejrzewam, że część osób byłaby oburzona: jak można zajmować się życiem towarzyskim w PRL, skoro jeszcze nie opisano wielu grup, których członkowie byli więzieni, ani wielu skrytobójczych mordów. Dlatego uważam, że – oczywiście nie wykluczając tego, by historycy z IPN zajmowali się historią społeczną – to nigdy nie będzie ich głównym zadaniem, w przeciwieństwie do wielu historyków spoza Instytutu, którym powinien on zapewnić możliwości korzystania z archiwum.

„Więź”: Zajmijmy się konkretnymi sukcesami i porażkami IPN w pierwszej kadencji. Co z tego pierwotnego założenia udało się zrealizować, a co nie?

A. Friszke: Udało się przede wszystkim zbudować Instytut. Ogromna struktura – centrala w Warszawie i dziesięć oddziałów terenowych – została stworzona dość szybko. To jest wielką zasługą prezesa Kieresa i jego otoczenia. Po drugie, udało się też prawie całkowicie przeprowadzić gigantyczną operację archiwalną – myślę, że największą w historii światowej archiwistyki: przenieść 90 kilometrów bieżących akt służb specjalnych, w ogromnej części wówczas tajnych, do nowego dysponenta. Po trzecie, w Instytucie udało się skoncentrować dużą grupę bardzo poważnych badaczy młodszego pokolenia – bardzo istotną część najlepszej kadry naukowej w historiografii najnowszej. Stworzono im możliwości rozwoju i oni w dużym stopniu nadali charakter tej instytucji.

INSTYTUT HISTORII NAJNOWSZEJ

P. Machcewicz: Uchylę się od odpowiedzi na pytanie o osiągnięcia IPN, bo współtworzyłem go od początku. Powiem tylko tyle, że uważam za wielką wartość stworzenie badawczo-edukacyjnego “Instytutu Historii Najnowszej”, którym de facto jest Biuro Edukacji Publicznej. Wcześniej były oczywiście pracownie zajmujące się historią najnowszą, ale brakowało oddzielnego instytutu. Jest on bardzo potrzebny. Można się zastanowić, czy nie był zbyt zamknięty, skupiony na sobie. To jest nieodłączną cechą dużych instytucji, które wytwarzają własny świat, ale dzięki temu, że on w ogóle powstał, można się zastanawiać, w jakim kierunku powinien iść w przyszłości, jakie błędy należy skorygować.

A. Friszke: Jeśli chodzi o niepowodzenia – można mieć mnóstwo pretensji do sposobu funkcjonowania archiwum, długotrwałości procedur, opóźnień w tworzeniu normalnych katalogów. Można było przejmować te 90 kilometrów akt w taki sposób, żeby były one łatwiej i szybciej dostępne dla odbiorców. Niestety, przejęto te akta razem z bardzo skomplikowaną procedurą ich udostępniania, przeniesioną z pragmatyki działania służb specjalnych, ogromnie różniącej się od sposobu działania normalnych archiwów państwowych, w których droga od półki archiwalnej do czytelnika jest dość krótka. Tutaj ta droga była bardzo długa. Dochodziło do tego, że czytelnicy dostawali akta po wielu miesiącach – po pół roku, a nawet jeszcze później. Było to spowodowane również tym, że ustawodawca nie zadbał o jasność przepisów. Stąd wynikł istotny problem roku 1983, po którym agentura miała być chroniona. W takim przypadku dla archiwistów pojawiało się pytanie, czy w danej teczce nie ma danych tajnych, które powinny być chronione. Do tego dochodzi problem ochrony dóbr osobistych – archiwa IPN to w ogromnej części akta osób. To oczywiście stwarza sytuację mnożenia procedur, które mają uniemożliwić ujawnienie informacji tajnych lub naruszających dobra osobiste.

A. Dudek: Nie udało się nam stworzyć normalnego dostępu do tych materiałów, także dla pracowników IPN. Mam tu na myśli swobodne korzystanie z różnego rodzaju pomocy archiwalnych, które tworzono i udostępniano z ogromnymi oporami. Do tego doszły ingerencje zewnętrzne, na czele z ubiegłoroczną kontrolą GIODO. Udostępnianie dokumentów IPN to niezwykle skomplikowany splot problemów organizacyjnych i prawnych, których ciągle nie udało się rozwiązać. To jest wyzwanie dla nowego prezesa i kierownictwa Instytutu.

K. Jasiewicz:Wziąłbym jednak w obronę pion archiwalny. Ludzie muszą się przyzwyczaić do pewnych procedur. Nie jest to proste, zwłaszcza że IPN otrzymywał archiwa niejednorodne, pochodzące z różnych instytucji. Źródła te nie powstawały z myślą o historykach, ale o bieżącej pracy operacyjnej. Mam wrażenie, że przydałaby się debata na temat miejsca przechowywania i sposobu wykorzystania akt wywiadu i kontrwywiadu w aspekcie strategicznych interesów państwa. Ale to jest zagadnienie szersze, wykraczające poza ramy tej dyskusji.

A. Friszke: Moja druga uwaga krytyczna dotyczy bardzo przeze mnie chwalonych historyków. Instytut za bardzo się zamknął w sobie, tworząc trochę osobną kategorię pracowników naukowych, którzy mało się konfrontują z innymi środowiskami historycznymi. Pracują głównie w archiwach IPN, na materiałach służb specjalnych, a dużo mniej na innych – partyjnych, społecznych. Historycy Instytutu bardzo rzadko uczestniczą w “zewnętrznych” seminariach naukowych, rzadko prowadzą zajęcia na uniwersytetach, choćby gościnne. Jednym słowem, istnieje rosnące niebezpieczeństwo zamknięcia się we własnym świecie pojęć, języku, systemie wartości i zainteresowaniach. Instytucje, które szły tą drogą, zwykle źle kończyły – jako sekta wśród badaczy, która potem traciła możliwość konfrontowania się ze światem zewnętrznym. Ten proces występuje w różnym zakresie u różnych osób, ale jest zauważalny.

Być może jest to też wynikiem przyjęcia niezbyt dobrego założenia, że historycy w IPN pracują osiem godzin dziennie, tak samo jak wszyscy inni pracownicy. Jest to próba ich dyscyplinowania, ale z drugiej strony utrudnia to ich krążenie wśród innych elit, co jest niezbędne dla każdej instytucji naukowej.

K. Jasiewicz: Zgadzam się, że w IPN wytworzyła się pewna kasta historyków, operująca własnym językiem i pojęciami. Taki brak otwarcia na inne środowiska jest dla nauki złym zjawiskiem. Nie wykluczam, że przekształcenie BEP w oddzielnie działający, wedle ogólnie przyjętych w nauce standardów, „Instytut Historii Najnowszej” byłoby korzystne i dla badaczy BEP, i dla nauki polskiej. To przecież jej kadry tworzyły BEP, czy się to komuś podoba, czy nie, a potem nieoczekiwanie wyalienowały się i zaczęły żyć własnym życiem. Także historycy, dla których pierwszym miejscem pracy po studiach był IPN, robiąc doktoraty korzystali z „usług” rad naukowych uniwersytetów lub instytutów PAN. Przykro mi czasami, gdy widzę w telewizji moich kolegów mówiących o badaniach podjętych przed powstaniem IPN w macierzystych placówkach, a dziś podpisujący się tylko szyldem IPN. To zła praktyka i zły sposób budowania odrębnej tożsamości, któremu towarzyszy dezintegrujący środowisko – mam na myśli młodą kadrę – styl pojawiania się w mediach, przeważnie w roli superarbitra, niezastąpionego znawcy sprawy i powiernika tajemnic państwowych.

A. Dudek: A może po prostu mamy do czynienia z konfliktem pokoleniowym? Czasem mam wrażenie, że wielu starszych historyków fakt stworzenia przez trzydziestolatków pionu naukowego IPN odebrało jako rodzaj zagrożenia, czy też zachwiania naturalnej w tej dyscyplinie hierarchii, w której szczyt powinno się osiągać dobrze po pięćdziesiątce, wraz z tytułem profesora zwyczajnego. Proszę jednak zauważyć, że ci trzydziestolatkowie zapłacili też za to pewną cenę. Tylko przez moment miałem naiwną wiarę, która szybko się rozpłynęła, że uda się rzeczywiście zrobić to, o czym mówił Paweł Machcewicz, a mianowicie stworzyć “Instytut Historii Najnowszej” w ramach IPN, który będzie postrzegany tak samo jak Instytut Studiów Politycznych PAN czy Instytut Historii dowolnego uniwersytetu. Otóż jest to niemożliwe – z powodu tego, co nazywam „cieniem teczek”, które niezwykle mocno rzutują na funkcjonowanie Instytutu. Nikt nie przenosi poglądów jednego historyka z UW czy UJ na drugiego. Tymczasem jeżeli jeden historyk z IPN coś powie, to muszą się z tego tłumaczyć wszyscy pozostali historycy z Instytutu. Nasze [w portrecie: Jego] prace naukowe są też niekiedy traktowane jako oficjalne, urzędowe ustalenia. Choć to jest kompletnie nieporozumienie, wydaje mi się, że tego się nie uda przezwyciężyć. Jest to oczywiście związane z celową kampanią części środków masowego przekazu, które toczą bezwzględną walkę z IPN, ponieważ chcą za wszelką cenę zapobiec wypływaniu z Instytutu informacji o przeszłości różnych ludzi oraz podważyć ich wiarygodność.

Niedawno „Gazeta Wyborcza”, bo ona jest niewątpliwie jednym z głównych mediów w to zaangażowanych, dokonała ewidentnej manipulacji, wmawiając, że odkryła instrukcję generała Kiszczaka nakazującą wpisywanie informacji z podsłuchów w akta tajnych współpracowników. Gdyby było to prawdą, byłoby rzeczywiście bardzo istotne w sprawach lustracyjnych, tyle że z tej instrukcji to absolutnie nie wynika. Jest to klasyczny przykład wojny psychologicznej toczonej w jednym celu: obniżenia wiarygodności materiałów, które są przechowywane w IPN, i siłą rzeczy historyków, którzy nad nimi pracują.

Ten kontekst, którego nie ma w żadnej innej placówce historycznej, będzie niestety obecny w IPN w dającej się przewidzieć przyszłości i będzie obciążał hipotekę Instytutu. W związku z tym historyk IPN, nad czym bardzo boleję, nigdy nie będzie traktowany tak samo jak historyk pracujący na uniwersytecie czy w instytucie PAN.

P. Machcewicz: Zgadzam się z tym, że “cień teczek” to niezwykle ważna okoliczność wpływająca na postrzeganie historyków Instytutu, ale jest też coś poważniejszego, a na pewno bardziej długofalowego: napięcie między rolą placówki naukowej i urzędu, oficjalną instytucją, która została powołana do sprawowania pieczy nad pamięcią narodową. Musi ona spełniać oczekiwania wielu środowisk, chociażby kombatanckich, oczekujących godnego upamiętnienia pewnych wydarzeń. Tymczasem istotą nauki jest stawianie pytań trudnych, głoszenie tez często nieprzyjemnych, kwestionowanie przyjętych założeń. Trzeba wyważyć, znaleźć złoty środek. Nie ma jednej uniwersalnej recepty, trzeba jej wciąż szukać. W moim przekonaniu w ciągu pierwszych pięciu lat swojego istnienia Instytut godził obie te funkcje, nie bez ponoszenia pewnych kosztów, bo byliśmy niekiedy atakowani na przykład przez środowiska kombatanckie, które kwestionowały niektóre publikacje i nie chciały przyjmować do wiadomości, że historyk, który napisał artykuł, nie reprezentuje urzędu, tylko ma prawo jako badacz publikować to, co w dobrej wierze przygotował. Myślę, że zachowanie tej równowagi będzie jednym z najpoważniejszych wyzwań stojącym przed nowym kierownictwem IPN.

Od początku z działalnością Instytutu związane były dwa problemy, wynikające z kształtu ustawy o IPN. Po pierwsze, ze względu właśnie na ustawę i na przejęcie właśnie takiego zasobu archiwalnego nastąpiła koncentracja badań naukowych na dwóch wymiarach: z jednej strony – na represjach, z drugiej – na oporze społecznym i martyrologii. Oczywiście trzeba było jedno i drugie zbadać, ale – jak do pewnego stopnia słusznie napisał kiedyś Dariusz Jarosz – to nie jest cała historia PRL. Ten obraz jest w pewnym sensie zbyt jednostronny. Gdzieś umykało to, co było pośrodku, czyli wszelkie postawy przystosowania, konformizmu czy nawet poparcia dla władz, w pewnych okresach niemałego. Wiąże się z tym pewne niebezpieczeństwo, że tak wielka instytucja jak IPN wytwarza, przez sam swój ciężar, obraz historii, który koncentruje uwagę opinii publicznej jedynie na pewnych elementach.

K. Jasiewicz: Chciałbym przypomnieć, że zupełnie tak samo wyglądała droga badań nad zagadnieniami niemieckimi i sowieckimi. To jest po prostu funkcją czasu.

P. Machcewicz: Druga bardzo poważna kwestia to status pokrzywdzonego. Ustawodawca określił, że elementem procedury udostępniania dokumentów jest stwierdzenie, czy osoba o nie występująca była pokrzywdzonym, czy nie. Jeżeli archiwiści IPN stwierdzą, że ta osoba współpracowała z SB, odmawia się jej statusu pokrzywdzonego. Nie sformułowano przy tym, bo prawdopodobnie nie dało się tego zrobić, w pełni przejrzystych kryteriów, co stanowi współpracę. W związku z tym Instytut został postawiony przez ustawodawcę w roli quasi-sądu, chociaż sądem nie był, a mimo to musiał decydować, czy ktoś był pokrzywdzonym. Powodowało to mnóstwo problemów. Spora część ataków na Instytut wiązała się właśnie z tym, że mówiono o nim jako o „sądzie kapturowym”. Myślę, że misją Instytutu powinno być udostępnienie dokumentów, a nie nadawanie jakichkolwiek kwalifikacji prawnych. W moich badaniach spotkałem się z dziesiątkami niezwykle skomplikowanych życiorysów ludzi, którzy na jakimś etapie swojego życia spotykali się z SB czy nawet byli rzeczywiście tajnymi współpracownikami, a potem tę współpracę zrywali, angażowali się w działalność opozycyjną i płacili często za nią bardzo wysoką cenę.

A. Friszke: I z zasady w takich sytuacjach odmawia im się statusu pokrzywdzonego. Wystarczy, że jest jakikolwiek ślad nawiązania współpracy, żeby tego statusu odmówić, niezależnie od zasług.

P. Machcewicz: Za statusem pokrzywdzonego przemawiają rzeczywiste racje moralne – poczucie, że ludziom prześladowanym trzeba dać satysfakcję, choćby ograniczoną rekompensatę moralną poprzez uznanie ze strony instytucji państwowej, która odmawia dostępu do dokumentów krzywdzicielom, prześladowcom, donosicielom. Ale okazało się, że materia jest dużo bardziej skomplikowana, niż się wydawało ustawodawcy.

A. Dudek: Ja też nie będę mówił o sukcesach IPN – z tych samego powodów, które wymienił Paweł Machcewicz, tym bardziej że wciąż tam pracuję. Powiem natomiast, że za największą porażkę Instytutu uważam pion śledczy. Jego działalność oceniam bardzo krytycznie. Wystarczy przejrzeć statystykę aktów oskarżenia w stosunku do liczby wszczętych śledztw oraz prokuratorów. Jeden statystyczny prokurator IPN przez te pięć lat przygotował jeden akt oskarżenia. Taka jest brutalna statystyka, bezlitosna dla pionu śledczego.

Natomiast z mojego subiektywnego punktu widzenia jako historyka za porażkę uważam to, że nie udało nam się stworzyć równych praw dostępu do materiałów dla pracowników Instytutu i osób spoza niego, mimo że jako Biuro Edukacji Publicznej wielokrotnie próbowaliśmy doprowadzić do zmiany tej sytuacji.

K. Jasiewicz: Jako osoba z zewnątrz chciałbym powiedzieć, że mimo wszystko w tym środowisku jest dużo zdrowego rozsądku. Jest dużą zasługą obecnych tu Panów, że te kadry miały swobodę ruchu, nikt im nie narzucał, co i jak mają badać, a czego nie. A znam przypadki promotorów czy szefów, którzy mają własną, niezastąpioną, jedynie słuszną wizję badania przeszłości. Bilans IPN w tym okresie początkowym wydaje mi się zdecydowanie dodatni.

A. Friszke: Niewątpliwie sukcesem IPN jest wprowadzenie do powszechnej świadomości tego, iż PRL stworzył system przemocy i w pewnych okresach zbrodni. Upieram się, że nie była to świadomość powszechna jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Informacje, które ukazał IPN, stały się dość szeroko znane. Także wiedza na temat oporu społecznego, partyzanckiego po wojnie została bardzo szeroko rozpowszechniona, aczkolwiek prowadzi to nieraz do obniżenia w powszechnej opinii znaczenia oporu innych środowisk czy innego rodzaju. Na przykład na początku lat dziewięćdziesiątych symbolem oporu przeciwko komunizmowi był PSL Mikołajczyka. Myślę, że piętnaście lat później ten symbol jest dużo mniej czytelny, a bardzo czytelnym symbolem stały się oddziały partyzanckie różnych formacji. Nie uważam, by obniżenie rangi PSL było słuszne, upominałbym się też o inne formy oporu, często dziś niezauważane.

IPN opublikował wiele bardzo ważnych monografii i wydawnictw źródłowych, ze stemplem “Instytutu Historii Najnowszej”, o którym była mowa. Mają one swój walor niezależny od rozmaitych koniunktur. Podobnie było z konferencjami. Przymierzając się do kwestii mało zbadanych, a wartych uwagi, organizowano konferencje, po których opublikowano materiały, będące pierwszym przybliżeniem do bardzo wielu ważnych tematów. Te konferencje odbywały się nie tylko w Warszawie. Przyczyniły się do ożywienia życia naukowego w innych miastach. IPN zorganizował też setki wystaw poświęconych bardzo różnym zagadnieniom, nie tylko oporowi społecznemu i represjom, ale też losom zwykłych ludzi w czasie przesiedleń czy zbrodni dokonywanych na polskich obywatelach, problemom życia społecznego. Te wystawy, zrobione na ogół w bardzo inteligentny i staranny sposób, funkcjonowały nie tylko w Warszawie czy Krakowie, ale potem ruszały w teren i objechały wiele miejscowości. Tysiące ludzi miało szansę zetknąć się z historią, rozumianą jako los Polaków w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat. To są wielkie rzeczy, bardzo cenne, godne podkreślenia.

A. Dudek: Dodałbym tu dobrą, jak myślę, współpracę ze środowiskami kombatanckimi, ich zaktywizowanie.

JEDWABNE, WOŁYŃ, POLITYKA HISTORYCZNA

A. Friszke: Wielkim sukcesem jest moim zdaniem sposób, w jaki Instytut podjął kwestię Jedwabnego. W odczuciu bardzo wielu osób de facto legitymizowało to tę instytucję w opinii publicznej. Są też środowiska, w których ta sprawa IPN delegitymizowała. Uważam, że sposób podjęcia sprawy Jedwabnego przez Instytut był świadectwem ogromnej odwagi cywilnej, rzetelności, bezstronności. Nie jest w końcu przyjemnie przyznawać się do rzeczy przykrych. Trzeba tu wspomnieć rzetelne śledztwo w tej sprawie. Opublikowano niezwykłej wagi dwutomowe wydawnictwo poświęcone zbrodni jedwabieńskiej – ogromny wkład do polskiej historiografii i do refleksji moralnej nad przeszłością.

Instytut zajmował się też kilkoma innymi ważnymi kwestiami, które miały znaczenie i związek z polityką. Instytut dwukrotnie stanął wobec ważnych wydarzeń dotyczących relacji polsko-ukraińskich. Po pierwsze, była to rocznica akcji „Wisła”, której dotyczyła osobna konferencji, a także wydawnictwa. Po drugie, chodziło o polską tragedię 1943 roku na Wołyniu. W obu tych kwestiach Instytut zdołał wypracować pewien sposób mówienia, który nie ranił żadnej ze stron, a zarazem pokazywał prawdę, cały dramatyzm i okrucieństwo zbrodni, nie wywołując konfliktu politycznego między narodami.

IPN odegrał moim zdaniem zasadniczą rolę w tym, że Polska przeszła przez te bardzo trudne rafy, co miało niemałe znaczenie dla ukształtowania relacji polsko-ukraińskich w roku 2004. Dzisiaj wiele się mówi o polityce historycznej. Myślę, że sposób, w jaki IPN realizował tę politykę, był wzorcowy. Państwo polskie na tym zyskało – na prestiżu, możliwościach wzmocnienia państwa w relacjach z innymi narodami. Pod tym względem zasługi IPN są moim zdaniem bezdyskusyjne i warto, żeby nie zostały podważone czy zaprzepaszczone. To są wzory działania na przyszłość.

K. Jasiewicz: Przydałaby się jakaś „Biała księga jedwabieńska”, pozwalająca każdemu na poznanie całego toku śledztwa i toku myślenia osób biorących w nim udział, a zwłaszcza wskazania dokumentów, uprawniających do stwierdzenia, że za sprawą mordu kryła się inspiracja niemiecka, a nie polska chęć odwetu.

„Więź”: Jakie zasadnicze zagrożenia stoją obecnie przed Instytutem Pamięci Narodowej?

A. Friszke: Przede wszystkim trzeba zabiegać o niezależność tej instytucji i badaczy od wpływów politycznych. Ten postulat nigdy nie będzie spełniony w sposób doskonały, bo każdy historyk jest jednocześnie obywatelem i ma poglądy ideowe i polityczne. Trzeba natomiast zabiegać o to, żeby pisanie o historii nie było prostym przedłużeniem ideologii czy zapotrzebowań politycznych. Takie niebezpieczeństwo istnieje w naszym zawodzie. Zamiast wyjaśniania komplikacji dziejów czy ludzkich losów, działania mechanizmów społecznych, ideologicznych, uwikłania ludzi w systemy, gdy dopiero na końcu wydaje się orzeczenie o charakterze oceniającym – będziemy po prostu szukać w przeszłości zła, które wystarczy pokazać i napiętnować. Bardzo bym się bał, żeby takie nastawienie nie zdominowało pewnych wątków działalności IPN.

To niebezpieczeństwo jest tym większe, im większe jest oddalenie tego środowiska od innych i zamknięcie się we własnym świecie pojęć, wyobrażeń i ocen, których nie trzeba weryfikować. Kontakt z innymi środowiskami wymaga bezustannego tłumaczenia i wyjaśniania.

A. Dudek: Zgadzam się oczywiście, że istnieje nieustanne zagrożenie IPN upolitycznieniem z racji ogromnej drażliwości materiałów, które są pod jego kontrolą. Jednak ustawa niezwykle silnie broni Instytutu przed bieżącym wpływem polityków. Instytutem kieruje prezes wybierany na pięć lat ogromną większością głosów – 3/5. Nikt inny w Polsce nie jest wybierany aż taką większością – ani premier, ani prezes NBP, ani marszałek Sejmu czy Senatu. Prezes ma zarazem ogromną władzę i tylko od niego zależy, czy będzie się poddawał naciskom politycznym, czy nie, bo jest go niezwykle trudno usunąć. Trzeba też znaleźć na jego miejsce kogoś, kogo poprze 3/5 Sejmu, a do tego momentu dotychczasowy prezes nadal sprawuje swój urząd.

Jest jeszcze drugi bezpiecznik – Kolegium. Ma niezwykle długą, siedmioletnią kadencję. Jeśli następne Kolegium będzie wybierane równie pluralistycznie, co pierwsze, to będzie wspierało prezesa, zwracając mu uwagę na zagrożenia wynikające z presji politycznej na Instytut.

Ograniczeniem jest budżet corocznie uchwalany przez Sejm. Jednak Instytut należy do tych urzędów, które same sobie przygotowują projekt budżetu. A więc Ministerstwo Finansów nie może go ograniczyć na etapie wstępnych ustaleń rządowych. Oczywiście, może to zrobić Sejm i mieliśmy z tym do czynienia przez cztery lata rządów SLD. Jednak ta partia, choć IPN nieżyczliwa, nie zdecydowała się na jego likwidację, choć mogła podjąć taką próbę. Miała wystarczającą większość, zwłaszcza w pierwszym okresie swoich rządów. Nie kryję, że się tego spodziewałem. A jednak tej decyzji nie podjęto.

Zagrożenie więc istnieje, ale są też mechanizmy obronne, a wszystko będzie zależało od zachowania konkretnych ludzi w konkretnych sytuacjach.

K. Jasiewicz: Oczywiście, te procedury w jakimś sensie skutecznie zabezpieczają apolityczność Instytutu. Sądzę jednak, że większą niezależność miałby prezes, gdyby mógł pełnić funkcję tylko przez jedną kadencję, nawet siedmioletnią. Gdy istnieje możliwość dwóch kadencji, prezes jest uwikłany w perspektywiczne myślenie w kategoriach zmieniających się konfiguracji, układów, bo nie wiadomo, co będzie jutro. Gdyby to zmienić, przed prezesem stałby prosty wybór: albo wyjdzie z twarzą, albo nie.

A. Friszke: Trudniejszy jest problem zależności nie wprost politycznych, ale ideologicznych. Instytut ma w sobie tendencję do ciążenia w jedną stronę, co było widoczne już wcześniej, a teraz, gdy scena polityczna przesunęła się w prawo, jest duże niebezpieczeństwo, że Instytut się może na tę prawą stronę wywrócić. Gdyby tak się stało, to kiedy scena polityczna odwróci się w drugą stronę, czego należy się spodziewać w perspektywie kilku lat, Instytut pozostanie bez poparcia i – co gorsze – bez wiarygodności. Lewica już nie będzie tak powściągliwa jak dotychczas. Ideologizacja IPN pociągnęłaby za sobą także niebezpieczeństwo utraty kontaktu ze środowiskami naukowymi. W perspektywie tych niebezpieczeństw groźna jest tendencja środowiska IPN do zamykania się we własnej instytucji. Sprzyja to znoszeniu na fali doraźnych koniunktur politycznych. Byłoby bardzo źle, gdyby Instytut był postrzegany jako instytucja, która straciła obiektywny charakter.

Inne niebezpieczeństwo polega na tym, że IPN może stać się de facto dodatkiem do procedur lustracyjnych. Byłoby to klęską tej instytucji i jej końcem.

A. Dudek: Obecnie rola IPN w procesie lustracji jest czysto usługowa i polega na udostępnianiu dokumentów Rzecznikowi Interesu Publicznego oraz Sądowi Lustracyjnemu. Przyznanie Instytutowi głównych funkcji lustracyjnych w istotny sposób zmieni sytuację IPN oraz sposób jego postrzegania. Powiedziałbym, że to jest główny problem stojący dziś przed IPN. Nowelizacja ustawy może zmienić Instytut w zupełnie nową instytucję – taki IPN-bis. To wielki znak zapytania, który stoi przed Sejmem, a za chwilę będzie stał przed prezesem i nowym Kolegium.

„Więź”: Wyliczyli Panowie – prócz wielu zasług – również pewne słabości IPN w pierwszym etapie jego funkcjonowania. Jakie wnioski z nich płyną? Jak usunąć, a przynajmniej zminimalizować te słabości, nie na narażając zarazem na szwank jego mocnych stron?

K. Jasiewicz: Należy znacząco zwiększyć budżet.

A. Dudek: To akurat nastąpiło. Najbardziej fundamentalną sprawą jest usprawnienie archiwum, co już się zresztą zaczęło pod rządami nowego prezesa. Należy dążyć – na tyle, na ile będzie to prawnie możliwe – do stworzenia normalnego archiwum, w którym badacz ma dostęp do szerokiego zespołu pomocy archiwalnych, zamawia teczkę i szybko ją dostaje, podobnie z kserokopiami.

Jeśli chodzi o pion edukacji, moim zdaniem najważniejsze jest wdrożenie mechanizmów rotacji i oceny okresowej, co razem z Pawłem Machcewiczem zaczęliśmy robić, ale może trochę za późno. Chodzi o to, by w miejsce ludzi, którzy się nie w pełni sprawdzają, przyjmować nowych i dawać im szansę.

Natomiast w przypadku pionu śledczego kluczowe jest dla mnie przyznanie prezesowi prawa przenoszenia prokuratorów, którzy się nie sprawdzili, do prokuratury powszechnej.

K. Jasiewicz: Ale jeśli prezes IPN będzie mógł usuwać niesprawdzających się prokuratorów, czy to nie stworzy też zagrożenia, że mógłby usuwać nieprawomyślnych?

A. Dudek: Zgadzam się, że istnieje takie zagrożenie. Ale moim zdaniem dotychczasowe pięć lat pokazało inne zagrożenie – takie, że bardzo wielu prokuratorów rozczarowało efektami swojej pracy. Mieliśmy do czynienia nie z prokuratorami nieprawomyślnymi, ile z takimi, którzy przez pięć lat nie przygotowali ani jednego aktu oskarżenia.

P. Machcewicz: Każde posunięcie wymuszające efektywność może służyć albo usprawnieniu działania instytucji, albo usuwaniu ludzi nieodpowiadających kierownictwu. Rozmawiamy po pięciu latach działalności Instytutu – zobaczymy, jak będzie po następnych pięciu.

A. Friszke: Zgadzam się z propozycjami usprawnienia działania IPN, które zostały wymienione. Aby IPN nie był środowiskiem zamkniętym, potrzebne są konferencję współorganizowane z innymi instytucjami, zapraszanie badaczy z innych instytucji na własne konferencje, wydawanie książek nie tylko własnych pracowników, kierowanie, o ile to jest możliwe i celowe, książek własnych pracowników do innych wydawnictw, również na zasadzie koprodukcji.

Instytut, w pewnych zakresach, tam gdzie jego pracownicy nie są w stanie podołać pewnym badaniom, powinien móc dopuszczać do badań osoby z zewnątrz i fundować granty, na zasadach konkursów oczywiście. Instytucja taka jak IPN ma możliwość, przy takim budżecie, uruchamiania pomysłów badawczych na skalę niedostępną żadnemu uniwersytetowi czy Polskiej Akademii Nauk – badań archiwalnych, publikacji na nośnikach elektronicznych. Ten obszar wydaje mi się kluczowy dla edukacji społecznej. Powtórzę tylko jak mantrę: edukacja historyczna nie może być podporządkowana jednej opcji politycznej czy ideologicznej. Społeczeństwo tego nie przyjmie.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

K. Jasiewicz: Instytut powinien zrezygnować z formuły organizowania własnych konferencji naukowych. Jeżeli nie zaproponuje od razu instytucjonalnej współpracy innym ośrodkom, sprawa jest przegrana, nawet jak zaprosi poszczególne osoby z zewnątrz. W tych środowiskach takie “konferencje IPN” są postrzegane jako próba zawładnięcia terytorium.

P. Machcewicz: Przed Instytutem stoją zagrożenia ideologizacji i upolitycznienia. Pluralizm wewnętrzny i wolność badań naukowych to wartości kruche, które mogą być stłamszone w ramach hierarchicznej struktury, takiej jak Instytut. Ale jedna rzecz jest optymistyczna: to nie jest instytucja zamknięta, której rezultaty pracy są łatwe do ukrycia, jak w ministerstwach, agencjach pozabudżetowych czy służbach specjalnych. Rezultaty pracy IPN natychmiast widać – w postaci książek, artykułów, wystaw. Ta instytucja zawsze była na świeczniku, zawsze była recenzowana, krytykowana. Wszystko zostanie zauważone. Żyjemy w pluralistycznym kraju i każdy będzie się musiał rozliczać z podejmowanych decyzji i ponosić za nie odpowiedzialność.

Opr. TW

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.