Jesień 2020, nr 3

Zamów

Białoruska prawie-rewolucja

Jedna z młodych działaczek opozycyjnych, podsumowując ostatnie wydarzenia na Białorusi stwierdziła, że udało się tam wykreować prawie-lidera, który wyprowadził ludzi na prawie-Majdan. Problem polega jednak na tym – mówiła – że prawie-ciężarna kobieta nie urodzi dziecka. Czy rzeczywiście marcowe protesty na Białorusi były porażką opozycji i powinny zakończyć myślenie o przemianach w tym kraju?

PORÓWNANIE Z UKRAINĄ

Podstawowy problem utrudniający realną ocenę tego, co stało się na Białorusi, wynika z patrzenia na ten kraj z perspektywy wydarzeń ukraińskich z końca 2004 r. To właśnie doświadczenie pomarańczowej rewolucji wywołuje rozczarowanie wśród polskich sympatyków białoruskich środowisk demokratycznych Ich oczekiwania na radykalne zmiany u kolejnego z naszych sąsiadów dodatkowo podsycane były przez media. To porównanie powoduje też rozgoryczenie wśród części białoruskich opozycjonistów, zwłaszcza tych młodych działaczy, którzy spędzili często wiele tygodni na kijowskim Majdanie, doświadczając tam wolności, budzącej tęsknotę za normalnością we własnym kraju i wiarę w możliwość szybkiego zwycięstwa nad dyktaturą.

Jednak porównania kijowskiego Majdanu z Placem Październikowym w Mińsku są nieuprawnione i krzywdzące dla tych Białorusinów, którzy podjęli ryzyko protestu po wyborach prezydenckich.

Powszechne zainteresowanie Ukrainą zrodziło się w Polsce w momencie wybuchu pomarańczowej rewolucji. Dlatego często nie pamięta się u nas, że ukraińska rewolucja była zwieńczeniem długiego procesu dojrzewania społeczeństwa, a także elit politycznych do zmian. Trudno jednoznacznie wskazać jej początek. Na pewno jednak w ciąg zdarzeń bezpośrednio ją poprzedzających należy wpisać serię protestów społecznych po ujawnieniu sprawy zaginięcia Georgija Gongadzego w 2000 r., czy zorganizowaną rok później akcję „Ukraina bez Kuczmy”, gromadzącą na kolejnych demonstracjach po kilkadziesiąt tysięcy osób. Wyrazem rosnącego poparcia dla zmian był wysoki wynik juszczenkowskiej Naszej Ukrainy w wyborach parlamentarnych w 2002 r. Nie pozwolił on opozycji na przejęcie władzy, ale dał szansę na nabranie doświadczenia politycznego, szersze dotarcia do społeczeństwa i zdobycie zaufania elit krajowych i lokalnych, których poparcie w dużej mierze zdecydowało o powodzeniu rewolucji. Ponadto opozycja ukraińska, w przeciwieństwie do białoruskiej, mogła liczyć na pomoc niezależnego od reżimu biznesu, prezentować swoje stanowisko w mediach, czy wreszcie odwołać się do żywych na Ukrainie tradycji walki o wolność i niepodległość.

Na Białorusi również w 2000 r. opozycja zorganizowała serię ulicznych protestów przeciw rządom Alaksandra Łukaszenki, które spotkały się z dość dużym odzewem społecznym. Kończąca akcję „Gorąca wiosna 2000” demonstracja, upamiętniająca rocznicę katastrofy w Czarnobylu zgromadziła około 40 tysięcy osób. Ale na tym kończą się podobieństwa do sytuacji na Ukrainie. Białoruska opozycja nie potrafiła wykorzystać potencjału sprzeciwu powstałego w społeczeństwie. Poza zaproszeniami na kolejne manifestacje, nie przedstawiła Białorusinom żadnego programu zmian. Wielu sympatyków opozycji przestało uczestniczyć w demonstracjach, ponieważ rozczarowało ich powtarzanie wciąż tych samych ogólnikowych haseł, które nie mogły przełożyć się na konkretne działania.

SŁABOŚĆ OPOZYCJI I SIŁA ŁUKASZENKI

Wyrazem bezradności opozycji była rezygnacja z udziału w wyborach parlamentarnych w październiku 2000 r. i próba namówienia do ich bojkotu społeczeństwa. Wszystkie ugrupowania demokratyczne skupiły się na przygotowaniach do wyborów prezydenckich w 2001 r. Mimo powołania prawie rok przed wyborami Rady Koordynacyjnej Sił Demokratycznych poszczególnym partiom nie udało się stworzyć płaszczyzny rzeczywistego współdziałania. Dopiero dwa tygodnie przed wyborami, pod silną presją opinii międzynarodowej, opozycja zdecydowała ostatecznie, że jej kandydatem do fotela prezydenckiego będzie szef państwowych związków zawodowych Uładzimir Hanczaryk. Na powyborczy wiec, podczas którego miano domagać się rozpisania drugiej tury wyborów, zjawiło się w Mińsku jedynie trzysta osób. Porażka wyborcza spowodowała głęboki kryzys w szeregach opozycji. Pojawiły się wzajemne oskarżenia o niewłaściwe działania, uleganie wpływom złych doradców i sprzeniewierzenie środków przeznaczonych na wsparcie kampanii opozycji przez zachodnich sponsorów. Padające w czasie tych sporów argumenty bardzo chętnie i szeroko wykorzystywała oficjalna propaganda, wzmacniając w ten sposób kreowany przez siebie negatywny obraz oponentów reżimu.

Na rozbicie środowisk demokratycznych nałożyła się determinacja Alaksandra Łukaszenki, by pozostać u władzy dłużej niż tylko do końca drugiej kadencji. Zamiar walki o kolejną reelekcję zapowiedział jeszcze przed ogłoszeniem oficjalnych wyników wyborów w 2001 r. W zasadzie wszystkie decyzje polityczne i gospodarcze białoruskiego prezydenta były od tego momentu podporządkowane celowi pozostania u władzy na kolejną kadencję. Pełnej intensywności kampania wyborcza nabrała po referendum w październiku 2004 r., w rezultacie którego z konstytucji białoruskiej wykreślone zostało ograniczenie do dwóch liczby kadencji, w czasie których jedna osoba może sprawować urząd prezydenta. Istotnym elementem kampanii była walka z zalążkami społeczeństwa obywatelskiego na Białorusi. Od 2003 r. zlikwidowane zostało około 100 organizacji pozarządowych, w tym wszystkie tak zwane organizacje parasolowe, zapewniające pomoc merytoryczną i techniczną mniejszym inicjatywom. Działalność pozostałych organizacji pozarządowych została poważnie utrudniona poprzez zmiany w przepisach, dotyczących na przykład pomocy zagranicznej, możliwości wyjazdów czy lokali, w których może mieścić się siedziba organizacji. Fala podporządkowywania sobie przez władze wszelki przejawów społecznej niezależności dotknęła także Związek Polaków na Białorusi oraz wspólnoty protestanckie. Likwidowane były również, i tak zawsze słabe, niezależne media. Od 2004 r. z rynku znikło prawie trzysta niepaństwowych tytułów. Obecnie łączny tygodniowy nakład niezależnej prasy, krajowej i lokalnej, wynosi ok. 250 tys. egzemplarzy. Dla porównania prezydencki dziennik „Biełarus’ Siegodnia” ukazuje się jednorazowo w 500-tysięcznym nakładzie.

Prowadzona była polityka zastraszania społeczeństwa, która miała przekonać Białorusinów, że nie warto być przeciw władzy. Dużą rolę w osiągnięciu tego celu odegrało wprowadzenie kontraktowego systemu pracy. W 2004 r. wszyscy pracujący w sektorze państwowym (a państwo jest dominującym na rynku pracodawcą) otrzymali wypowiedzenia bezterminowych umów o pracę i musieli podpisać okresowe kontrakty, których długość zależna była od stosunku pracownika i jego rodziny do białoruskiej rzeczywistości. Kampania obozu prezydenckiego, połączona z rozczarowaniem działaniami opozycji, przyniosła zauważalne rezultaty. Widoczne stało się zmniejszenie zaangażowania społecznego i politycznego Białorusinów. O ile w 2001 r. liczbę osób aktywnie zaangażowanych w działalność pozarządową szacowano na około 20 tysięcy, w 2005 r. doliczono się ich jedynie 5 tysięcy. Upowszechniły się obawy nie tylko przed zaangażowaniem w pracę w organizacjach pozarządowych, ale także przed samym nawet korzystaniem z realizowanych przez nie programów, czyli przed udziałem w rozmaitych wyjazdach, seminariach czy stażach. I to jest sytuacja wyjściowa, do której możemy odnosić się, oceniając, co udało się osiągnąć opozycji i społeczeństwu białoruskiemu podczas przygotowań do wyborów prezydenckich i czym były powyborcze protesty.

DROGA DO KONFRONRACJI

Najważniejszym przedwyborczym sukcesem opozycji był fakt, że na długo przed wyborami udało się jej zjednoczyć. Pod koniec 2004 r. powstała szeroka koalicja, w skład której weszły niemal wszystkie partie opozycyjne (z wyjątkiem części środowisk socjaldemokratycznych) oraz zdecydowana większość organizacji pozarządowych (na Białorusi nie da się oddzielić zaangażowania społecznego od polityki). Stworzona została procedura demokratycznego wyboru wspólnego kandydata na prezydenta. Jej zwieńczeniem był Kongres Sił Demokratycznych w październiku 2005 r., podczas którego zdecydowano, że opozycję będzie w wyborach reprezentował Alaksandr Milinkiewicz – wcześniej niezaangażowany w działalność partyjną działacz społeczny.

Wbrew obawom dotychczasowi liderzy opozycji potrafili przezwyciężyć własne ambicje i wraz ze swoimi ugrupowaniami rozpoczęli pracę na rzecz wspólnego kandydata. Do momentu oficjalnego rozpoczęcia kampanii, która trwa na Białorusi jedynie miesiąc przed wyborami, Milinkiewiczowi nie wolno było organizować spotkań z potencjalnymi wyborcami, nie mógł prowadzić akcji plakatowej czy ulotkowej. Pozbawiony był też dostępu do państwowej prasy i mediów elektronicznych. Odwiedzał więc ludzi na bazarach, spotykał się z wychodzącymi z pracy pracownikami dużych zakładów, starał się odwiedzić wszystkie regiony. Mimo utrudnionych warunków kampania przyniosła wymierne rezultaty. Według badań Baltic Gallup Surveys w połowie stycznia znało go już 76 proc. badanych, podczas gdy we wrześniu 2005 r. jedynie 26 proc. respondentów słyszało o Milinkiewiczu. Poparcie dla niego (w pytaniu otwartym) wzrosło od września z 1,8 proc do 17,7 proc. 24 proc. proszonych o dokonanie wyboru między Milinkiewiczem a Łukaszenką (w pytaniu zamkniętym) zadeklarowało w styczniu poparcie dla kandydata opozycji (56 proc. wybrało Łukaszenkę).

Po rozpoczęciu kampanii w lutym przeprowadzanie sondaży było już niemożliwe, jednak niespotykanie jak na warunki białoruskie wysoka frekwencja na spotkaniach wyborczych kandydata opozycji i wiecach poparcia dla Milinkiewicza pozwala przypuszczać, że styczniowe wskaźniki poparcia udało się jeszcze poprawić. Mimo niewątpliwych osiągnięć opozycyjnej kampanii stali obserwatorzy sytuacji na Białorusi nie mieli złudzeń, że mogłoby tam dojść do wystąpień społecznych, prowadzących do przemian politycznych w tym kraju. Już kilkutysięczne protesty zostałyby uznane za umiarkowany sukces obozu demokratycznego.

Obecność na Placu Październikowym 19 marca 20 tysięcy demonstrantów zaskoczyła wszystkich – także samą opozycję, co zresztą nie pozwoliło jej wykorzystać w pełni potencjału zgromadzonych ludzi. Kolejne dni przyciągały na plac po kilka tysięcy osób, dalszych kilkaset stale dyżurowało w utworzonym spontanicznie minimiasteczku namiotowym. Na kończący serię manifestacji wiec 25 marca przyszło jakieś 8 tysięcy. By docenić skalę tych protestów, trzeba pamiętać o kontekście, w jakim się odbywały.

Okres przedwyborczy obfitował w represje wymierzone w angażujących się w politykę obywateli. Co tydzień do aresztu trafiało kilkadziesiąt osób. Liczne były zatrzymania, rewizje i kary grzywny. Około 450 działaczy sztabów wyborczych spędziło czas głosowania w aresztach – władze chciały w ten sposób odizolować od społeczeństwa potencjalnych liderów protestów. Szef białoruskiego KGB Ściapan Sucharenka ostrzegł Białorusinów, że wszyscy, którzy pojawią się na placu po zamknięciu lokali wyborczych mogą być potraktowani jako terroryści, co oznacza groźbę do 25 lat więzienia. 1,5 milionów abonentów telefonii komórkowej otrzymało esemesy, zapowiadające przelew krwi na manifestacji, wraz z zachętą, by dla własnego bezpieczeństwa zostać w domu. Ponadto wszyscy wybierający się na plac mieli świadomość, że ich obecność w tym miejscu może oznaczać utratę pracy lub relegowanie z uczelni. Ostatnia manifestacja odbywała się po tym, gdy milicja brutalnie zlikwidowała miasteczko namiotowe, a około tysiąca demonstrantów z poprzednich dni siedziało w areszcie.

BILANS STARCIA

Powstał spory potencjał sprzeciwu. Jednym z ważniejszych warunków jego wykorzystania będzie postawa samej opozycji. Konieczne wydaje się zachowanie przez nią z trudem wypracowanej jedności, bez której nie uda się wykorzystać zdobytego przez Milinkiewicza poparcia. Będzie to o tyle trudne, że opozycyjni liderzy będą musieli przezwyciężyć nie tylko własne polityczne ambicje, ale także podejmowane przez władze próby rozbicia koalicji i skonfliktowania poszczególnych jej ugrupowań ze sobą, które z pewnością przybiorą na sile. Oponenci reżimu muszą także dotrzeć do społeczeństwa, przynajmniej tak efektywnie, jak zrobili to w czasie kampanii wyborczej, z własną wizją marcowych wydarzeń. Na razie bowiem większość Białorusinów wie o opozycji tyle, ile pokazała państwowa telewizja. A tam można było zobaczyć butelki po wódce, strzykawki i pisma pornograficzne w likwidowanych przez milicje namiotach oraz demonstrantów atakujących służby porządkowe. Stłumienie protestów było więc w oczach wielu przywróceniem społecznego ładu.

Aby przełamać monopol państwowej propagandy, opozycja planuje intensywną akcję ulotkową i kampanię chodzenia po mieszkaniach. Takie działania nie przyniosą jednak poważnego efektu, jeśli nie pojawią się alternatywne do państwowych media. Dlatego wiele zależy także od stopnia konsekwencji Zachodu we wspieraniu opozycyjnych inicjatyw. Bez tej konsekwencji stworzone w czasie kampanii unijne Europejskie Radio dla Białorusi czy wspierane przez polski rząd Radio Racja nie rozwiną się w znaczące w białoruskiej przestrzeni informacyjnej media. Bez zewnętrznego wsparcia nie przetrwają także pozostałe jeszcze na rynku niepaństwowe gazety.

Do wzrostu nastroju sprzeciwu w białoruskim społeczeństwie może się też przyczynić bezprecedensowa skala represji, które po raz pierwszy dotknęły tak szeroki krąg osób, często zresztą przypadkowych. Aby tak się stało, istotne wydaje się jednak stworzenie mechanizmów wsparcia dla represjonowanych i ich rodzin. I tu znów ogromną rolę ma do odegrania opozycja, ale też Zachód i jego konsekwencja w realizacji obietnic programów stypendialnych dla relegowanych z uczelni z przyczyn politycznych studentów czy ułatwień w podejmowaniu pracy okresowej zagranicą przez wyrzucanych z pracy Białorusinów. Silne poczucie, że ci, którzy chcą być aktywni, nie pozostaną sami i mogą liczyć na wsparcie są warunkiem niezbędnym, aby represje, zgodnie z intencją władz, nie wzmocniły atmosfery strachu i braku zaufania do opozycyjnych liderów.

Swoją rolę odegra także Rosja. To jej wsparcie, zwłaszcza w postaci tanich surowców energetycznych, pozwala Alaksandrowi Łukaszence prowadzić politykę rozbudowanej opieki państwa nad obywatelem, dającej wielu poczucie stabilności i bezpieczeństwa, których nie chcą się zrzec na rzecz niepewnej perspektywy zmian.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Marcowe wystąpienia były za słabe, by mogły już teraz doprowadzić do zmian politycznych w kraju. Z pewnością były jednak świadectwem przełamania apatii i strachu w znacznie szerszej, niż dotychczasowi działacze opozycyjni, grupie społecznej. To jest pierwszy krok, bez którego nie można myśleć o perspektywie zmian, który jednak nie jest tych zmian nieodwołalnym początkiem. Alaksandr Milinkiewicz zapowiada, że nie będzie czekać na upływ kolejnej pięcioletniej kadencji, by podjąć próbę przejęcia władzy. Jeśli Białorusini zdecydują się mu zaufać, może się okazać, że „prawie” w określeniu białoruskiej rewolucji nie oddaje jej niedoskonałości, ale zapowiada bliskość zmian.

Agata Wierzbowska-Miazga

______________________
Agata Wierzbowska-Miazga – absolwentka etnologii oraz Studium Europy Wschodniej przy Uniwersytecie Warszawskim. Monitoruje sprawy białoruskie w warszawskim Ośrodku Studiów Wschodnich. Mieszka w Warszawie.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.