Wiosna 2021, nr 1

Zamów

N jak Niemiec

„Jak świat światem, nie będzie Niemiec Polakowi bratem” – mówi stare przysłowie i choć braćmi jesteśmy rzadko, to przyjaciółmi, kolegami z pracy czy krewnymi coraz częściej.
Instytut Spraw Publicznych opublikował właśnie wyniki badań przeprowadzonych w listopadzie ubiegłego roku, z których wynika, że we wszystkich dziedzinach życia wzrasta nasza akceptacja dla Niemców. Aż 97% Polaków chętnie zobaczy u siebie niemieckiego turystę – to najwyższy wynik, ale i najbardziej oczywisty. O prawie 15 % wzrosła w ciągu ostatnich pięciu lat polska chęć sąsiadowania z Niemcem (z 59 na 73 %). Podobnie jest z przychylnością dla polsko-niemieckich rodzinnych koligacji – aż 62 % Polaków chętnie widziałoby Niemca jako zięcia czy Niemkę jako synową (wzrost o 17 %). Ponad połowa Polaków nie widzi też problemu w tym, by Niemiec stał się obywatelem Polski. Przyczyn tej rosnącej życzliwości z pewnością trzeba upatrywać w naszym wejściu do Unii Europejskiej, otwarciu granic i zwiększeniu możliwości wzajemnego poznania się.

Jednocześnie nie zmienia się zasadniczy obraz Niemca w naszych oczach. Uważamy że nasz zachodni sąsiad jest dobrze zorganizowany, nowoczesny, przedsiębiorczy, wykształcony i pracowity. I przekonany o własnej wyższości – choć można by się zastanawiać, kto się tu naprawdę czuje lepszy i z jakiego powodu… Nie zmienia też swej wielkości ponad trzydziestoprocentowa grupa, której Niemcy kojarzą się z II wojną światową, okupacją i agresją. Równocześnie niemal tylu samo respondentów wymieniło pierwsze skojarzenie z Niemcami jako krajem ładu i porządku.

STEFFEN.PL

Instytut Spraw Publicznych o to nie zapytał, ale chyba można śmiało zakładać, że jeśli zapytanoby teraz Polaków o najbardziej znanego Niemca, to aktor Steffen Möller znalazłby się w zdecydowanej czołówce – zapewne obok papieża Benedykta XVI. Znany z występów kabaretowych oraz roli poczciwego i naiwnego Niemca w serialu „M jak miłość”, mieszka w Polsce od prawie jedenastu lat i jeśli miałby się przeprowadzić, to tylko jeszcze bardziej na wschód – na Syberię, która go ostatnio zauroczyła. Na razie jest jednak tutaj – pracuje nad książką, występuje w popularnych programach rozrywkowych, udziela wywiadów i całkiem niepostrzeżenie zmienia polskie wyobrażenia o Niemcach. Tu duże zasługi ma jego serialowe ego – bo filmowy Stefan co prawda przeprowadził się do Polski, ale nikomu ziemi nie zagrabił, nikogo nie skrzywdził. Wręcz przeciwnie to jego – dobrego, spokojnego i oddanego – krzywdzi rozkapryszona i egoistyczna polska żona.

Sukces Steffena Möllera w przełamywaniu negatywnego stereotypu Niemca w Polsce docenili jego rodacy i w zeszłym roku został odznaczony Krzyżem Zasługi ze Wstęgą Orderu Zasługi Republiki Federalnej Niemiec. „Dobrze, że stają się w oczach Polaków takie osoby jak Möller” – mówił wtedy niemiecki ambasador Reinhard Schweppe. Symboliczny jest adres jego strony intenetowej: www.steffen.pl…

Steffen Möller jest najbardziej znanym z Niemców mieszkających teraz w Polsce, ale nie jest jedyny. Jest ich o wiele więcej – i to nie przedstawicieli niemieckiej mniejszości mieszkającej tu od wieków, ale Niemców „nowych”, którzy przyjechali tu do pracy, do narzeczonej, na studia. Niektórzy wracają do siebie, niektórzy zostają na zawsze.

NOWI „POLSCY” NIEMCY

Z Jürgenem Henselem, niemieckim historykiem, mam spotkać się w Żydowskim Instytucie Historycznym. „Proszę przyjść tak między 17.00 a 18.00. Ja nie przywiązuję wagi do punktualności. Jestem nietypowym Niemcem” – oświadcza.

ŻIH mieszczący się naprzeciwko miejsca, gdzie kiedyś znajdowała się Wielka Synagoga wysadzona przez Niemców pod koniec powstania w getcie, to szczególne miejsce w Warszawie. Hensel też tak to czuje i opowiada, jak będąc pierwszy raz w Polsce i nie mówiąc jeszcze po polsku, przyszedł do ŻIH i jak straszliwie niezręcznie było mu mówić po niemiecku. Uspokoił go zastępca dyrektora Instytutu, który po namyśle stwierdził: – Pan będzie mówił wolno po niemiecku, a ja wolno po żydowsku.

To było jednak bardzo dawno temu. Teraz Jürgen mówi po polsku płynnie, ale ma kłopot z odpowiedzią na pytanie, jak długo już tu mieszka. „Przyjechałem w 1967 roku” – zastanawia się – „ale tak na stałe to chyba od 1978? W 1980 już tu byłem, tak, to było wcześniej. No, bardzo długo” – poddaje się.

Najpierw przyjechał uczyć się języka w 1967 r., na kilka tygodni. I jak tylko wrócił do Niemiec, zaczął szukać możliwości, by pojechać znowu. Polskiego komunizmu nie pojmował jako szarości i nudy, lecz raczej jako egzotykę. Kiedy wrócił, by zbierać tu materiały do swojego doktoratu, ważniejszy niż kolorowe sklepy był dla niego fakt, że spotkał wybitne osobistości świata nauki – takich jak profesorowie Witold Kula czy Jerzy Jedlicki – z którymi on, młody historyk z Niemiec, miał szansę rozmawiać i dyskutować. „Ja byłem studentem, w Niemczech też wiele nie miałem, nawet samochodu. Niczego mi więc tu nie brakowało. Zresztą widziałem, że tu żyją przecież ludzie. Dlaczego więc ja nie mógłbym?” – mówi.

Ze Stefanem Rasche, członkiem zarządu Volkswagen Bank Polska, spotykam się w jego biurze. Umówiona jestem na 10.00. Kiedy siedzę w recepcji, otwierają się drzwi jednego z pokoi, Stefan kończy spotkanie i zaprasza mnie na rozmowę. Punktualnie co do minuty, a właściwie prawie co do sekundy. Na ścianie wielkiego gabinetu jaskrawe rysunki jego synków: Milana i Vincenta. Zaczynamy od imienia. Czemu Stefan a nie Steffen? „Niemcy lubią być indywidualistami, jeśli chodzi o imiona. Starają się, żeby się różniły choćby pisownią” – wyjaśnia.

Pierwszy raz do Polski Stefan przyjechał w 1997 r., na służbowe spotkanie. Pierwszym kontaktem było lotnisko Okęcie, gdzie okazało się, że nie wziął paszportu i nie może przekroczyć granicy. „Biuro podróży, które obsługiwało naszą firmę napisało, że mam zabrać dowód tożsamości, więc ja wziąłem dowód osobisty. W Niemczech mnie przepuścili do samolotu bez problemu, a tutaj taki kłopot!” – opowiada – „Wszystko się jednak dobrze skończyło. Wystawiono mi taki jednorazowy dokument upoważniający do przekroczenia granicy i mogłem opuścić lotnisko”. Tamta Warszawa to dla niego kontrasty – nowoczesne wnętrza firm i starsze kobiety sprzedające pietruszkę na chodniku. Najbardziej podobali mu się ludzie – bezpośredni, otwarci, szybko porzucający zawodowy dystans. „Negocjacje przebiegały znacznie szybciej niż zwykle na Zachodzie” – wspomina. I jeszcze jedno: „Zauważyłem, że moi rozmówcy są znacznie młodsi niż ludzie na podobnych stanowiskach w Niemczech”.

Poza negocjacjami i rozmowami o interesach Stefan wspomina jeszcze wycieczkę na taras widokowy Pałacu Kultury. Cała polsko-niemiecka grupa kupiła bilety i chciała wjechać windą na górę. Jednak pani bileterka zdecydowanie odmówiła wpuszczenia jednej z kobiet w grupie, twierdząc że jest zbyt lekko ubrana, na górze ją przewieje, zaziębi się i zapalenie płuc murowane. Tę zadziwiającą troskę bileterki o zdrowie zwiedzających Stefan pamięta równie dobrze jak kandydatkę do zapalenia płuc.

Wkrótce potem polską granicę Stefan przekraczał co weekend w drodze nie na spotkanie w interesach, ale do Agnieszki, teraz już swojej żony. Od tego czasu wspólnie zaliczyli już kilkuletnie pobyty w Czechach i Irlandii. W końcu udało im się zakotwiczyć w Polsce.
Również Jürgen Hensel podjął decyzję, by w Polsce osiedlić się na stałe z powodu kobiety, swojej żony Marii Teresy. „Wiedziałem, że ja już trochę Polskę znam, mówię po polsku, znajdę tu pracę. Dla niej Niemcy byłyby obce. Dlatego to ja postanowiłem zostać tutaj” – wyjaśnia.

NA WEEKEND DO HEIMATU

Andreas Kossert, historyk z Niemieckiego Instytutu Historycznego, mieszka w Warszawie od pięciu lat. „Czuję się tu jak w domu” – deklaruje, choć zaraz, jak wszyscy przyjezdni w stolicy, trochę na Warszawę narzeka. „Mój pierwszy intensywny kontakt z Polską to był kontakt z polską wsią. Znalazłem się na Mazurach, gdzie pojechałem zbierać materiały do pracy doktorskiej. To było jakieś dziesięć lat temu. I do tej wsi często tęskniłem w pierwszych miesiącach pobytu w Warszawie” – przyznaje – „Warszawa jest taka… chłodna. Więcej przyjaciół mam poza nią”.

O swoim przyjeździe do Polski Kossert mówi: „emocjonalny powrót”. Tutaj, na terenie dzisiejszej Polski, urodzili się jego rodzice: matka na Mazurach, ojciec w Łodzi. „Kiedy wyjechałem do Polski, dziadkowie – rodzice matki byli szczęśliwi, że ja teraz mogę sobie tak po prostu pojechać na weekend do Heimatu, na Mazury. Czasem nawet myślę, że są o to trochę zazdrośni. Im już zdrowie i wiek nie pozwalają, ale bardzo za tamtymi terenami tęsknią”. Pierwszy raz język polski Kossert usłyszał od babci, matki ojca. „Dziadkowie zawsze między sobą mówili w domu po polsku. Po śmierci dziadka babcia została sama i nie miała już z kim rozmawiać po polsku. Właśnie ona mnie zbliżyła do kultury polskiej. Była Niemką, ale i Łodzianką, związaną z polską kulturą”. Kossert podkreśla, że choć musieli stąd uciekać, dziadkowie nigdy nie pozwolili ani sobie, ani innym nawet na jedno złe słowo o Polsce.

O rodzinnych związkach z Polską opowiada też Jürgen Hensel. Jego dziadkowie z kolei mieszkali koło Sławna, w Ostrowicach, wtedy Wusterwitz. W czasie wojny on też – rocznik 1939 – mieszkał tam u nich z mamą i siostrą. Matka uznała spokojną wieś na Pomorzu za bezpieczniejszą niż Hameln nad Wezerą, gdzie Jürgen się urodził. Potem, jak wszyscy, musiał stamtąd wyjechać. Dziadkowi się nie udało, zmarł w polskim obozie. Jürgen z matką, babcią i siostrą wrócili do Hameln.

Dopiero w 1950 roku w jego życiu pojawił się ojciec, który od początku wojny walczył na różnych frontach. Wrócił z sowieckiej niewoli w łagrach Workuty. „Miałem wtedy już 11 lat. To, że w znacznej mierze wychowywały mnie kobiety: mama i babcia, bez udziału ojca, miało na pewno znaczenie. Nie było we mnie złości, agresji wobec tego, co polskie” – zastanawia się teraz Hensel. Przypomina, jakie potworne wrażenie zrobiły na nim odgrażania się pod adresem Polaków ze strony innych wysiedlonych Niemców, którzy mieszkali po sąsiedzku. „To było straszne, nie rozumiałem, jak tak można mówić” – wspomina. Polska stanęła potem jednak między nim a ojcem, który – najpierw z oporami – zgodził się na pierwszy wyjazd syna, ale już zupełnie nie mógł znieść jego zachwytów po powrocie. „To już jedź sobie do tych swoich komunistów!” – wykrzyczał i wydaje się, że w tym zdaniu widać, że być może to ustrój był dla niego większym problemem niż sam kraj.

HISTORIA JUŻ NIE CIĄŻY

Kiedy w 1970 roku Willy Brandt klęczał przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie, Stefan Rasche miał osiem lat. „Nie wiem czemu, ale wiedziałem, że to ważne. Widziałem to w telewizji, a następnego dnia zabrałem nawet gazetę sąsiadom, bo na pierwszej stronie było duże zdjęcie Brandta” – wspomina. „Potem pamiętam stan wojenny. Cały czas męczyły mnie słowa z jakiegoś tekstu Güntera Grassa: w Polsce krew wsiąka w śnieg. I te dwa kolory – czerwony i biały, to przecież polska flaga. Były Święta Bożego Narodzenia, siedzieliśmy w ciepłym domu, jedliśmy gęś, a ja cały czas myślałem o tym, co dzieje się w Polsce” – wyznaje.

W każdym z nich – Stefanie, Jürgenie, Andreasie – jest wielka świadomość własnej, niełatwej przecież historii. Z tą świadomością przyjeżdżali do Polski. Podkreślają, że nigdy nie mieli nieprzyjemności z tego powodu, że są Niemcami. Jedynie Steffen Möller w jednym z wywiadów w końcu wyznał, że raz od jednego pijaczka usłyszał frazes: dobry Niemiec to martwy Niemiec. „To było raczej obciążenie we mnie” – zastanawia się Stefan Rasche. – „To ja pamiętałem, że jestem Niemcem”. Jürgen Hensel mówi, że raz tylko usłyszał, jak teściowa z wielką czułością mówi do starszego z wnuków: „Moje ty biedne szwabiątko!” i bardzo go to wtedy rozbawiło. Jego dzieci, podobnie jak Stefana, są dwujęzyczne. Teraz, kiedy Stefan z synami idzie na zakupy czy na plac zabaw i mówi do nich po niemiecku, przyznaje że czasem ludzie im się przyglądają, ale nie wie, czy nie jest to po prostu ciekawość. W czasach komunizmu, kiedy Jürgen Hensel był młodym ojcem, sytuacja była trochę trudniejsza. „Wiele starszych osób pamiętało wtedy okupację i język niemiecki, a kiedy na przykład jechaliśmy tramwajem i mówiłem do chłopców po niemiecku, zwracało to uwagę pasażerów. Zagadywali czasem dzieci po niemiecku, ale do mnie nigdy nie powiedzieli ani słowa” – wspomina.

Teraz w Warszawie na placach zabaw można usłyszeć nie tylko niemiecki, ale i angielski, francuski, wietnamski, rosyjski… Coś, co kiedyś mogło być problemem, staje się normalnością.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Przeciętny cudzoziemiec, który przyjeżdża do Polski, najczęściej do Warszawy – dyplomata, przedsiębiorca – spędza tu dwa-trzy lata. Niektórzy wrócą lub zostaną na stałe. „Ja już nawet myślę po polsku” – mówi Kossert – „Kiedy wyjeżdżam za granicę, to na początku mówię; dziękuję, dzień dobry”. „Właśnie przedłużyłem swoją umowę w Warszawie. Zostajemy na kolejne półtora roku” – cieszy się Stefan Rasche. A Jürgen Hensel deklaruje mi z poczuciem dumy i z odrobiną rozbawienia: –– Tu mam żonę, synów, pracę. Jeden nawet jeździ samochodem tak szybko jak Polak.

Patrycja Bukalska

________________
Patrycja Bukalska – dziennikarka „Tygodnika Powszechnego”, ekspert w dziale środkowoeuropejskim warszawskiego Ośrodka Studiów Wschodnich. 2004-2005 wolontariuszka w Muzeum Powstania Warszawskiego. W programie „O innych i o Polakach też”, emitowanym przez radio Tok FM, prowadzi audycje poświęcone społecznościom pogranicza polsko-niemieckiego. Mieszka w Warszawie.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.