Jesień 2020, nr 3

Zamów

Świadectwo przede wszystkim. Kościół wobec donosicieli w sutannach

Zaczęło się. Wśród nazwisk agentów SB, które trafiają do publicznej wiadomości, pojawiają się pierwsze personalia ludzi Kościoła, w tym księży. Wiadomo było, że prędzej czy później do tego dojdzie. Jeśli Kościół katolicki był przez cały czas istnienia komunizmu traktowany przez totalitarną władzę jako główny wróg ideologiczny, było oczywiste, że władza ta posłuży się przeciw niemu jednym z zasadniczych środków kontroli i zwalczania “wrogich ośrodków”, a mianowicie werbowaniem agentury. Nikt zresztą chyba nie miał za czasów komunistycznych wątpliwości, że Kościół jest przedmiotem inwigilacji ze strony tajnej policji. Z oczywistych względów nie było wiadomo, jak te działania konkretnie wyglądają, jednak sam fakt szczególnego zainteresowania ze strony UB, a potem SB traktowany był jako oczywistość. Nie brak było zresztą konkretnych potwierdzeń tego zainteresowania.

Od chwili upadku komunizmu toczy się publiczna, często niezwykle ostra dyskusja, jak potraktować sprawę byłej komunistycznej agentury. Debata ta przybrała niezbyt precyzyjną nazwę sporu o lustrację, mimo że kwestia formalnych procedur lustracyjnych jest tylko jednym z jego aspektów. Chodzi o kwestię bardziej generalną: czy w ogóle, a jeśli tak, to w jaki sposób ujawniać personalia byłych konfidentów, jak tego rodzaju przeszłość powinna być oceniana i jakie powinna rodzić konsekwencje. Stanowiska zostały zarysowane już na początku lat dziewięćdziesiątych. Od tego czasu nie sformułowano chyba żadnych nowych argumentów, natomiast niepomiernie wzrosła nasza wiedza na temat zarówno mechanizmów, jak i – coraz częściej – konkretów. Spór o lustrację jest zresztą częścią szerszej debaty – o traktowanie ponurego dziedzictwa komunizmu i jego nosicieli, przedstawicieli ówczesnej władzy, w tym aparatu represji.

KOŚCIÓŁ BYŁ PRZEŚLADOWANY…

Przypominam te oczywistości dla uprzytomnienia przedziwnej doprawdy bierności Kościoła wobec tej problematyki. Siedemnaście już prawie lat od upadku komunizmu nie wystarczyło, by ludzie Kościoła uznali, że dotyczy on ich także i by wyciągnęli z tego wnioski. Kościół w Polsce w zdecydowanej większości zachowuje się tak, jakby te sprawy w ogóle go nie dotyczyły, ograniczając się do zabierania głosu w sprawie lustracji innych środowisk. Ludzie Kościoła, z hierarchami na czele, wydają się niepomiernie zaskoczeni, że od Kościoła oczekuje się nie tylko stanowiska w tej sprawie – jak w innych ważnych kwestiach moralnych dotyczących życia publicznego – ale także uporania się z tym problemem we własnych szeregach.

To zdumienie można do pewnego stopnia zrozumieć. Kościół postrzega siebie – najzupełniej słusznie – jako ofiarę komunistycznych prześladowań, w dodatku taką ofiarę, która zwyciężyła swego prześladowcę. Udział Kościoła w obaleniu komunizmu jest ogromny i niekwestionowany. Nie ulega wątpliwości, że ogromna większość ludzi Kościoła – świeckich i duchownych – generalnie zdała trudny egzamin czasów komunistycznych. Dobra i szlachetności było niewątpliwie więcej niż zła i podłości. To skłania do słusznej dumy, nie do zajmowania się przypadkami wstydliwymi.

Rzecz jednak w tym, że przewaga dobra nie oznacza, by zła nie było. Wydawać by się mogło, że właśnie Kościół może wnieść do debaty na temat agentury świadomość grzeszności człowieka, bez pochopnego potępiania, ale i bez bagatelizowania wyrządzonego zła. Taki zresztą był ton większości wypowiedzi ludzi Kościoła na temat lustracji w ogóle. Aby jednak tego rodzaju stanowisko brzmiało wiarygodnie, konieczna jest czystość własnego świadectwa. Innymi słowy – umiejętność poradzenia sobie ze złem i słabością we własnych szeregach. Wydawałoby się to oczywiste, a jednak…

Reakcje obronne wynikają też niewątpliwie z atmosfery zwłaszcza początku lat dziewięćdziesiątych, której ślady pozostały widoczne do dzisiaj, zarówno bezpośrednio, jak i w pamięci ludzi Kościoła. Chodzi o “zimną wojnę religijną”, kiedy Kościół po upadku komunizmu, zamiast spodziewanej wdzięczności, spotkał się z niesprawiedliwymi często atakami i podejrzliwością. Właściwie nie ma powodu się dziwić, że niektórzy traktują oczekiwanie ujawnienia esbeckiej agentury w Kościele jako kolejny atak jego wrogów. Można się temu nie dziwić, ale – szkoda, że niektórym ten punkt widzenia przesłania perspektywę czystości świadectwa.

Wyjątkową rolę w postawieniu na porządku dziennym sprawy donosicieli w sutannach i habitach odegrał ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Jego opozycyjna przeszłość czyni go szczególnie wyczulonym na zło czynione przez SB, a prześladowania, jakich osobiście doznał – wraz z próbą zabójstwa – czynią jego świadectwo szczególnie wyrazistym. Zdezawuować go trudniej niż innych, choć próby trwają… Cóż, działania tych, których inni odbierają jako żywy wyrzut sumienia, rzadko bywają przyjmowane z entuzjazmem.

PRZEPRASZAMY, ALE…

Gdy popierana w większości kościelnych wypowiedzi lustracja (szeroko rozumiana) doprowadziła do ujawnienia pierwszych nazwisk donosicieli w sutannach i habitach, reakcje wielu ludzi Kościoła, z niektórymi biskupami na czele, były zdumiewające, czy może raczej – przygnębiające. W miejsce jasnego świadectwa słyszymy nieraz wypowiedzi do złudzenia przypominające reakcje innych grup, których przedstawiciele dopuścili się nieprawości. Wiele jest reakcji obronnych na zasadzie “biją naszych”. Doświadcza tego osobiście ks. Zaleski, traktowany przez niektórych nie jako “człowiek sumienia”, ale – kruk, co własne gniazdo kala, tak jakby złem nie było donosicielstwo, ale dążenie do jego ujawnienia.

Usłyszeć można zadziwiające – zwłaszcza wobec znanych już faktów – bagatelizowanie zła wyrządzanego przez konfidentów. Słyszymy zapewnienia, że Kościół był prześladowany, a jego większość zachowała się bez zarzutu. To prawda, tyle że co to ma do rzeczy, gdy stykamy się z przypadkami porażającego nieraz zła, które – za historykiem Markiem Lasotą, autorem książki “Donos na Wojtyłę” – śmiało można nazwać udziałem w mysterium iniqiutatis i porównać do opętania?

Z książki Lasoty dowiadujemy się np. o pewnym benedyktynie, który doniósł na własnego przełożonego, usiłującego zorganizować ucieczkę na Zachód dwóm Czeszkom, matce i córce, chcącym połączyć się ze swym mężem i ojcem, zmuszonym do emigracji. W wyniku donosu ów przełożony, o. Piotr Rostworowski, oraz starsza z niedoszłych uciekinierek trafiły do więzienia, a młodsza – do domu dziecka. Ten sam konfident wyjechał później jako wizytator do Wilna, do tamtejszych działających w podziemiu benedyktynek. “Wizytacja” zaowocowała listem od KGB z podziękowaniem za rozpracowanie sióstr… Z kolei ks. Zaleski mówił w dyskusji w KAI o proboszczu z rodzinnej miejscowości Stanisława Pyjasa, który już po jego zamordowaniu (!) donosił na własnych parafian.

Każdy odpowiada za swoje własne czyny, a za cudze – tylko o tyle, o ile na nie wpłynął. Nie można relatywizować podobnych zachowań, powołując się na to, że większość nie zawiodła, a niektórzy wykazali się heroizmem.

W tej też perspektywie można ocenić niedawne oświadczenie episkopatu zawierające bardzo ważne słowa przeproszenia za czyny tych ludzi Kościoła, którzy zawiedli. Oczywiście, sam fakt wydania takiego oświadczenia ocenić należy pozytywnie. Jest ono tym cenniejsze, że publiczne wypowiedzi hierarchów wskazują na zróżnicowanie stanowisk w episkopacie co do sposobów uporania się z wstydliwą przeszłością, łącznie z nierzadkimi głosami, że problem ten w istocie dla Kościoła nie istnieje. Dobrze więc, że zwyciężyło stanowisko uznające konieczność przeproszenia.

Gorzej, że zostało ono obudowane tak obszernymi zastrzeżeniami i zapewnieniami – słusznymi! – o zasługach Kościoła, że waga tych najważniejszych słów skruchy ulega zmniejszeniu. Szkoda, że nie doczekaliśmy się słów krótkich, jasnych i jednoznacznych. Są takie rodzaje zła, wobec których one najbardziej przystoją. Paradoksalnie, im jaśniejsze uznanie niewątpliwego zła, tym bardziej wiarygodne i przekonujące późniejsze przedstawienie tła i okoliczności. Późniejsze – by uniknąć wrażenia relatywizacji.

No i wreszcie sprawa kluczowa: oświadczenie episkopatu było reakcją na rozwój wypadków i rozpoczęcie ujawniania nazwisk konfidentów. O ileż większa byłaby jego waga, gdyby biskupi wydali je, nie czekając na okoliczności zewnętrzne. Czasu było pod dostatkiem – prawie siedemnaście lat…

PRYMAS WYSZYŃSKI NIE ROZLICZAŁ…

Spośród argumentów mających uzasadnić brak konieczności działań w tej dziedzinie – wcześniej i teraz – najbardziej zdumiewa twierdzenie, że “w Kościele mamy przecież spowiedź”. Sakrament pojednania nie ma przecież zastępować innych form odpowiedzialności za wyrządzone zło, zwłaszcza tych, które dzieją się w sferze publicznej. Tak jak nie zastąpi ona na przykład odpowiedzialności prawnej, tak też nie może zastąpić ujawnienia prawdy o donosicielstwie. Wbrew pozorom, mimo że z definicji działo się ono w tajemnicy przed ofiarami, dotyczyło ono sfery publicznej. Skutki donosów dotykały – także z definicji – osób trzecich, nieświadomych roli, jaką odgrywał ktoś, kto informował tajne służby o ich działaniach oraz starał się na nie wpływać. Nie może być mowy o przywróceniu elementarnego ładu moralnego bez ujawnienia tych działań. Dopiero wtedy donosiciele i ci, którzy korzystali z ich usług, tracą niemoralną wyższość nad swoimi ofiarami. Wśród katechizmowych pięciu warunków sakramentów pokuty jest zresztą “zadośćuczynienie Panu Bogu i bliźniemu”. Jak można wyobrazić sobie zadośćuczynienie bliźnim, na których się donosiło, bez ujawnienia im tego faktu?

Na nieporozumieniu opiera się też spotykany nieraz argument “historyczny” – że Kościół powinien naśladować prymasa Wyszyńskiego, który po uwolnieniu nie wyciągnął żadnych konsekwencji wobec tych osób, w tym biskupów, które zachowały się haniebnie po jego uwięzieniu, de facto aprobując bezprawie ze strony komunistycznych władz. Nieporozumienie jest w tej sprawie podwójne. Po pierwsze, chodziło tu o działania jawne: biskupi, którzy wydali kompromitujące oświadczenie albo “księża-patrioci” byli znani z imion i nazwisk. Czyniąc niewątpliwe zło, nikogo przynajmniej nie wprowadzali w błąd. Żaden z nich nie uchodził, jak niektórzy spośród agentów, za postacie bez skazy. Nie chodzi o ocenę, które zło było większe – chodzi o nieprzystawalność tych dwóch sytuacji. Po drugie, zupełnie inna była wówczas sytuacja zewnętrzna Kościoła. Po uwolnieniu prymasa nadal przecież trwał komunizm i wszelkie rozliczenia w Kościele byłyby na rękę ówczesnej władzy. To one zresztą nadal trzymały w ręku wszystkie nici, dysponując kompletem informacji na temat działań podejmowanych przez współpracujące z nimi osoby w Kościele, o charakterze tych działań i ich sensie dla polityki komunistów. Dziś władza ta od dawna nie istnieje i żadnych celów nie realizuje, utraciła też monopol na informację. Badając akta znajdujące się w IPN i innych archiwach, możemy odkryć historyczną prawdę o tych czasach, zarówno o mechanizmach, jak i konkretnych faktach. Jesteśmy to winni ofiarom komunistycznej tajnej policji, które – jeśli żyją – mają pełne moralne prawo zadecydować, co z tą wiedzą zrobić.

Nigdy zresztą dość powtarzania, że ofiarą donosicielstwa byli ci, na których donoszono, a nie ci, którzy donosili. Oczywiście, w głębszym sensie konfident był ofiarą w większym stopniu niż obiekt jego donosów – jak każdy, kto wyrządza zło, pada ofiarą tego zła bardziej niż ten, przeciwko komu jest ono skierowane. Byłoby jednak czymś gorszącym, gdybyśmy nie chcieli pamiętać, że po pierwsze, samo donoszenie było zawsze złem, po drugie – że to zło wymierzone było w konkretne osoby i to ich dobro powinno stać na pierwszym miejscu. Przypominam te oczywistości, gdyż w niektórych wypowiedziach następuje zdumiewające podstawienie krzywdzicieli w miejsce tych, którym krzywdę wyrządzali. To zresztą charakterystyczne, że cała dyskusja na temat ponurej spuścizny UB i SB odbywa się tak, jakbyśmy wciąż zaczynali ją od nowa. Przeciwnicy ujawniania prawdy zachowują się tak, jakby ta debata zaczęła się wczoraj, żadne argumenty w niej nie padły i trzeba wciąż od nowa tłumaczyć to, co zostało powiedziane już setki razy, choćby właśnie to, że ofiarą jest przede wszystkim “figurant”, osaczany przez konfidentów, a nie tajny współpracownik.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego powoływanie się na analogie z czasami uwięzienia prymasa Wyszyńskiego jest niestosowne. Otóż przed 1956 rokiem osobom, które UB chciał nakłonić do współpracy, groziło konkretne niebezpieczeństwo. Perspektywa uwięzienia, tortur, śmierci była całkiem realna. W późniejszym okresie istnienia PRL zagrożenie, owszem, istniało, było jednak nieporównywalnie mniejsze. Odmowa donoszenia mogła się wiązać z pewnymi niedogodnościami, ale ich symbolem może być często spotykany argument tych, którzy się dziś tłumaczą, że mianowicie inaczej nie dostaliby paszportu…

CHAOS CZY POSZUKIWANIE REGUŁ?

Ujawnienie znaczącej części kościelnych donosicieli wydaje się dziś kwestią czasu. Niezależnie od konkretnych rozwiązań prawnych, będących przedmiotem dyskusji, trudno wyobrazić sobie powstrzymanie dostępu do akt SB. Punkt krytyczny niewątpliwie został przekroczony. Donosiciele – świeccy i duchowni – nie mają na co liczyć.

Nie oznacza to, by sprawę można uznać za załatwioną. Szczególnej aktualności nabiera pytanie: co dalej? Jest ono szczególnie istotne właśnie w Kościele, wśród ludzi, których łączą relacje szczególne – ich podstawą jest przynależność do wspólnoty wiary. Dowiadujemy się więc, że konkretny duszpasterz donosił na swoich parafian, przyjaciół, znajomych… i co z tą wiedzą mamy zrobić? Jakie będą konsekwencje ze strony Kościoła instytucjonalnego? Na te i podobne pytanie nie tylko brak odpowiedzi. Co gorsza – nie widać, by ktokolwiek na serio zaczął tych odpowiedzi szukać. A czasu jest mało – w niektórych przypadkach, donosicieli już ujawnionych, nie ma go wcale. W tej perspektywie widać, jakim błędem było zaniechanie jakichkolwiek działań w tej materii ze strony jak najszerzej rozumianego Kościoła. O ile dalej bylibyśmy dziś, gdyby taka refleksja i poszukiwanie konkretnych rozwiązań zaczęły się kilkanaście lat temu! Niestety, uznano, że problemu nie ma i jakoś to będzie… Dlatego dziś trzeba zaczynać od zera. Co gorsza – nadal nie widać żadnych systematycznych działań w kierunku znalezienia jasnych, czytelnych zasad traktowania donosicieli w sutannach i habitach.

A problem jest poważny. Jak mamy traktować takich ludzi? Udawać, że nic się nie stało? Kapłani są osobami szczególnego zaufania – wyznajemy im grzechy, zwierzamy się z najintymniejszych problemów, oczekujemy pomocy w najtrudniejszych, najważniejszych sprawach. Czy będziemy ich traktować tak samo jak dotychczas? Czy powinniśmy ich tak traktować?

Kwestia ma kilka aspektów. Chodzi więc o ewentualne kroki instytucjonalne – czy ludzie obciążeni donosicielstwem będą mogli nadal sprawować kościelne urzędy? Czy spotkają ich jakieś kościelne sankcje? Czy powinny? Oczywiście, od czasów prześladowań chrześcijan w starożytnym Rzymie wiemy, że sakramenty sprawowane przez ludzi, którzy się załamali, pozostają ważne. Ale już spowiednika sobie wybieramy…

Doktryna, w myśl której potępienie grzechu powinniśmy łączyć z miłością do grzesznika, jest dobrze znana w Kościele przynajmniej od czasów św. Augustyna. Jednak praktyczne zastosowanie tej słusznej zasady rodzi – i musi rodzić – praktyczne problemy, tym bardziej gdy chodzi o grzech szczególny: zawiedzenie zaufania. Nie chodzi więc o to, że byli donosiciele mieliby komuś nadal szkodzić – teraz już na szczęście brak chętnych, by korzystać z ich usług. Zawiedzione zaufanie jednak pozostaje.

Oczywiście, nie można wszystkich przypadków traktować tak samo. Nie znaczy, by nie były potrzebne jakieś reguły. Pozostawienie kwestii bez jakichkolwiek rozstrzygnięć grozi drastycznymi różnicami w traktowaniu podobnych przypadków. To dopiero byłoby gorszące i mogłoby wywoływać u “gorzej potraktowanych” słuszne poczucie krzywdy i odrzucenia.

Wiadomo, czego należy unikać: z jednej strony – bagatelizowania sprawy i obrony na zasadzie złej, korporacyjnej solidarności, z drugiej – łatwych, ryczałtowych potępień i odrzucenia. Byli konfidenci muszą czuć miłość ze strony Kościoła – i równocześnie jasno wiedzieć, że nie akceptuje on ich niegdysiejszych zachowań. Czy doczekamy się określenia jakichś reguł? Czy też raczej – a to, obawiam się, jest bardziej prawdopodobne w świetle dotychczasowej bierności i braku konsekwencji ze strony Kościoła – sprawy zostaną pozostawione własnemu biegowi, w nadziei, że mimo wszystko jakoś to będzie…

Z MIŁOŚCIĄ, BEZ POBŁAŻLIWOŚCI

I oczywiście “jakoś będzie”, pytanie tylko, czy w tym wszystkim znajdzie się miejsce na czystość świadectwa. Ma ono znaczenie zupełnie zasadnicze, i to zarówno z przyczyn pryncypialnych, jak i pragmatycznych. Po pierwsze – takie jest powołanie Kościoła: dawać świadectwo prawdzie, z miłością, która jednak nie może oznaczać pobłażliwości. Po drugie – w dzisiejszym, rozchwianym świecie Kościół jest jednym z ostatnich miejsc, które wysyła zdezorientowanym często ludziom jasne sygnały, co jest dobrem, a co złem. W tej roli akceptują go często także ci, którzy nie uznają głoszonych przez niego prawd wiary. I wreszcie po trzecie – ostatnie przykłady skandali z udziałem ludzi Kościoła jasno wskazują, że jego wiarygodności w mniejszym stopniu grozi samo wyrządzone zło (dzisiejsza cywilizacja wybacza je nieraz aż nazbyt łatwo), ale – niezdolność do przyznania się do niego, hipokryzja, zakłamanie.

Na razie mamy powołane przez kilku biskupów i zakonnych przełożonych kościelne komisje, które mają zbadać kwestie współpracy duchowieństwa z tajną policją. Mamy też kategoryczne deklaracje ze strony innych dostojników, że komisji nie powołają, bo sprawą powinny się zająć kompetentne organy państwowe i historycy. Jest zbyt wcześnie, by jednoznacznie ocenić skutki obu postaw. Wiadomo wszak, że powołanie komisji w diecezjach może służyć tyleż do załatwienia sprawy, ile do jej zatuszowania i rozmycia. Podobnie pozostawienie kwestii innym może oznaczać zarówno uznanie własnej niekompetencji i gotowość do uznania rozstrzygnięć innych, jak i ostentacyjne désintéressement. Jakie postawy zwyciężą?

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Sprawy konfidentów w Kościele nie da się już – na szczęście! – wyciszyć ani zbagatelizować. Pozostaje teraz właściwie na nią zareagować. Oświadczenie episkopatu z 9 marca 2006 r. jest – przy wszystkich zastrzeżeniach – krokiem w dobrym kierunku. Pozostaje pytanie, jakie będą kroki następne, i czy w ogóle jakieś będą. Stanowisko biskupów, słuszne jako punkt wyjścia, rodzić może pokusy, by stać się punktem dojścia: przeprosiliśmy i wystarczy, sprawę mamy załatwioną. Oby Kościół w Polsce – obyśmy my wszyscy – nie ulegli tej pokusie.

Tomasz Wiścicki

_____________
Tomasz Wiścicki – ur. 1961, studiował prawo i historię na Uniwersytecie Warszawskim oraz katolicką naukę społeczną w Versoix koło Genewy. Dziennikarz – w latach 1986-1988 redaktor podziemnego pisma „Refleksy”, 1989-1993 w „Powściągliwości i Pracy”, obecnie kieruje działem społecznym „Więzi”. Współautor książek „Dzieci Soboru zadają pytania”, „Ksiądz Jerzy Popiełuszko” (z Ewą Czaczkowską) i „Biel z dodatkiem czerni” (wywiad-rzeka z o.Maciejem Ziębą). Mieszka w Warszawie.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.