Jesień 2020, nr 3

Zamów

Varsavia sacra, albo spacer sentymentalny

Każdy ma swoją zimową ślizgawkę z dzieciństwa, swoją drogę z domu do szkoły i tę znacznie przyjemniejszą, ze szkoły do domu, swoją parkową ławkę pierwszej wyznanej lub niewyznanej miłości, swój konfesjonał pierwszych gorących spowiedzi. To jest nasza mała ojczyzna. Jeśli przypadkiem znajduje się ona w Warszawie, wówczas ta mała ojczyzna staje się pierwszą, prywatną Varsavia sacra. Niektóre jej sekrety znają ci, których kochamy. I tylko oni.

Ile takich małych ojczyzn, nigdy nieopisanych, ulotnych składa się na dzisiejszą stolicę? Czy ich suma potrafi stworzyć duszę miasta? Te pytania można postawić każdej miejscowości i można usłyszeć różne odpowiedzi.
Chcę zapytać o duszę Warszawy, wyrażoną w zbiorowym doświadczeniu pokoleń, zapisaną w cegle, marmurze, na płótnie i w bezbronnym, więc trwalszym nad wszystko słowie, w echach wydarzeń, w pamięci ludzi temu miastu nieobojętnych. Chcę odnaleźć jej puls, zbliżyć ucho do serca – i słuchać. Kardynał Ratzinger powiedział kiedyś, że najbardziej przekonującym dowodem na istnienie Boga są święci i sztuka sakralna. Spróbuję pójść tym śladem. 
Krucyfiks rajcy
Każde miasto ma swoje serce, bez którego przestałoby żyć. Sercem Warszawy jest Starówka. A sercem tego serca – jeśli można tak się wyrazić, nie naruszając prawideł anatomii – jest świętojańska katedra. Kiedy legła w gruzach, wtedy miasto umarło. Kiedy dźwignęła się z ruin, miasto wraz z nią zaczęło zmartwychwstawać.
Zaczynamy więc od katedry. Wszystko, co w tym mieście ważne, tutaj znajdowało swój ślad. Gdy około 1300 roku wytyczano ulice przyszłego grodu, w tym miejscu zaznaczono zarys fary. Sto lat później, do zbudowanej już świątyni, przeniesie się kapituła z Czerska, a fara stanie się kolegiatą. Tutaj w 1525 roku znajdzie swoje schronienie cudowny krucyfiks gotycki, który wedle tradycji przywiózł rajca miejski Jerzy Baryczka z ogarniętej reformacją Norymbergi. Przez wieki przed obliczem Jezusa, umęczonym i pięknym, klękali mieszczanie, szlachta, królowie, uczestnicy kolejnych powstań. Podczas ostatniego z nich krzyż ukryto w podziemiach dominikanów na Freta, zamienionych na polowy szpital. Mówi się, że kapelan, udzielając namaszczenia rannym i umierającym, w pośpiechu namaścił też figurę Chrystusa. Jest w tej legendzie jakaś głęboka prawda o tajemniczej łączności ludzkiego cierpienia z cierpieniem Boga.
Jakby na przekór wszystkiemu w mieście tylekroć grabionym, skazanym na zagładę, baryczkowski krucyfiks przetrwał. Pozostaje najstarszym w stolicy wizerunkiem, otaczanym od średniowiecza nieustanną modlitwą. Co usłyszał przez wieki? Tego się nie dowiemy. Pozostają wiersze, jak ten, księdza Twardowskiego:
Jezu z warszawskiej katedry,
Jezu czarny i srebrny –
Cierpiący – rzuć na ręce
Niemego smutku więcej.
Spoglądam na prezbiterium, na czarną marmurową posadzkę. Iluż młodych mężczyzn w ciągu pokoleń leżało na niej krzyżem, w białych ornatach, aby przy dźwiękach litanii do Wszystkich Świętych wypowiedzieć Bogu słowa, które mówi się w życiu tylko raz, ale raz na zawsze! W sierpniu 1944 roku na tej samej posadzce leżały martwe ciała młodych chłopców i dziewcząt w czerwonobiałych opaskach.
Zaglądam do Kaplicy Literackiej, niedawno zrekonstruowanej, gdzie w srebrnej trumience złożono kości Zygmunta Szczęsnego Felińskiego. Przybył do tej katedry w 1862 roku jako młody biskup prosto z Petersburga. Car zawiódł się na nim. Ale i księża mu nie ufali. Powstańcy uważali, że jest zbyt uległy, ugodowcy – że zbyt radykalny. „Co nas czeka? – pytał sam siebie w pamiętniku. – Nie wiem. Jedno wiem tylko, że tych, których mi Bóg powierzył, nie opuszczę, choć się ode mnie odwracają”. Deportowany po powstaniu styczniowym w głąb Rosji, nigdy już do Warszawy nie powrócił. Na stare lata pozwolono mu zamieszkać w galicyjskiej wiosce. Juliusz Słowacki, który obdarzył go za młodu szczerą przyjaźnią i który przy nim będzie umierał, pisał o nim w liście do matki: „[On] czystym brylantem i skarbem moim. Ukochany to chłopiec […] postępki jego anielskie, wiedza rozkwitająca: stanie się kiedyś chwałą naszą…”. Nie pomylił się. Jan Paweł II zaliczył Felińskiego w poczet błogosławionych, jako pierwszego z biskupów warszawskich.
Przy wejściu do katedry stoi sarkofag Sługi Bożego kardynała Stefana Wyszyńskiego. „Pozwól, że powiem po prostu, co myślę– pisał Karol Wojtyła po konklawe. – Nie byłoby na stolicy Piotrowej papieża-Polaka, gdyby nie było Twojej heroicznej wiary, nie cofającej się przez cierpieniem i więzieniem…” Opuszczając progi katedry, czytam na ceglanej ścianie spiżową przestrogę Prymasa Tysiąclecia: „Naród bez przeszłości staje się narodem bezdomnym, narodem bez przyszłości”.
Idąc Świętojańską, stąpam po kościach pokoleń mieszkańców tego miasta, grzebanych od średniowiecza na cmentarzu wokół kościoła. W 1944 roku dołączyły do nich ciała tych, których nie odnaleziono, nie ekshumowano. To o nich pisał Herbert w „Cmentarzu warszawskim”:
Pod stukającym dumnie obcasem
wzbiera jak kretowisko
cmentarz tych którzy proszą
o pagórek pulchnej ziemi
o nikły znak znad powierzchni
Sny i żurawie
Dobrze, że wybrałem na porę spaceru wczesny ranek, kiedy miasto zwolna budzi się ze snu, a przed wrzawą dnia nie zdążyły jeszcze umknąć do ciemnych bram zapomniane wiersze. Tam, w głębi arkady, na końcu Kanoniej widać dom, w którym mieszkał Artur Oppman, Or-Ot, piewca staromiejskich zaułków:
Każda z tych ruder ma swój sen,
Każda facjata – stryszek;
Niegdyś, w odległych wiekach, hen,
Krył się w nich bazyliszek.
W jednej z tych kamienic, przy placu Zamkowym, mieszkał Adam Jarzębski, skrzypek kapeli Zygmunta III Wazy, jeden z najwybitniejszych kompozytorów polskiego baroku, autor wierszowanego „Gościńca”,pierwszego przewodnika po Warszawie. Z okien swego domu śledził, jak dawna siedziba książąt mazowieckich rozrastała się w potężny Zamek Królewski. Pisał o tym z dumą, lecz bez polotu:
I Zamek opisać muszę,
Pamiętam dobrze, tak tuszę,
Nic nie było murowania,
Jeno z drzewa budowania,
Teraz mamy jako nowy,
Bez wszelakiej próżnej mowy,
Z cudzoziemska murowany,
Wielkim kosztem budowany.
Pamięć wyraźnie zawiodła autora, bowiem pierwotny zamek posiadał dwa murowane skrzydła. Wieża zamkowa, obok wieży farnej i ratuszowej, wyznaczała trzeci ośrodek władzy w panoramie grodu – władzy księcia mazowieckiego, a od około 1600 roku władzy króla Polski. Nie ma w Europie drugiego takiego zamku, który byłby jednocześnie siedzibą monarchy i parlamentu. Podobną funkcję spełniał jedynie wenecki pałac Dożów. Nie na darmo Rzeczpospolita porównywała się z Serenissimą. A także z Rzymem, bowiem plac przed Zamkiem miał być – wedle jednego z projektów – warszawskim Forum Romanum. Jego pamiątką jest, naśladująca rzymskie pierwowzory, kolumna Zygmunta, pierwsza w nowożytnej Europie kolumna o charakterze świeckiego pomnika. Z krzyżem i mieczem.
Owdzie – patrycjalne domy stare
Jak Pospolita-rzecz
Bruki placów głuche i szare
I Zygmuntowy w chmurze miecz.
Nie tylko dla Norwida kolumna Zygmunta była swoistym symbolem stolicy. Wcześniej uwiecznił ją Słowacki:
– jest u nas kolumna w Warszawie
Na której usiadają podróżne żurawie…
Po stu latach na jej gruzach zaduma się Kazimierz Wierzyński: 
Jeżeli i ty runiesz, jeśli ciebie zburzą,
Na której sadzał ongi podróżne żurawie
Słowacki niewygasłą potrząsany burzą
Widzący cię w obłokach, w swym śnie o Warszawie…
Spod kolumny Zygmunta otwiera się perspektywa na Krakowskie Przedmieście, którego nazwa przywołuje pamięć poprzedniej stolicy. Krakowskie Przedmieście to kręgosłup, a zarazem aorta starej Warszawy. Jakże podobne do tego z czasów Canaletta. Jego kościoły, pałace i pomniki to skrót ostatnich pięciu wieków tego kraju. Ich historia kondensuje się w pobernardyńskim kościele św. Anny. Gotyckie prezbiterium i odsłonięte fragmenty ścian pamiętają jeszcze czasy piętnastowiecznej fundacji księżnej Anny Mazowieckiej. Kryształowe sklepienia z początku XVI wieku w krużgankach są świadectwem wpływów architektury krzyżackiej. Barokowa kaplica bł. Władysława jest echem renesansowej Kaplicy Zygmuntowskiej na Wawelu. Freski w kościele i kaplicy prowadzą do Francji – ojczyzny rokoka, a zarazem do Rzymu – stolicy barokowego malarstwa iluzjonistycznego. Klasycystyczna fasada nawiązuje do weneckiej architektury Andrei Palladia. Italię przywołuje również neorenesansowa campanilla, a także barokowa figurka Matki Boskiej Loretańskiej, czczona we współczesnym ołtarzu neoklasycystycznej kaplicy.
Ze św. Anną związany był najwybitniejszy poeta polski swojego czasu, mistyk i kaznodzieja, długoletni prowincjał polskich bernardynów i wreszcie gwardian tutejszego konwentu, Władysław z Gielniowa (ok. 1440–1505). Być może pod tym właśnie sklepieniem zabrzmiały po raz pierwszy układane przez niego pieśni pasyjne i maryjne:
Jezusow ołtarz czcijcie i często śpiewajcie,
Maryję pozdrawiajcie, k Tej się uciekajcie:
Maryja! przez boleści, które jeś cierpiała
Są do nieba stopienie, duszne oświecenie. 
Władysław z Gielniowa zmarł w tutejszym kościele w 1505 roku, wyczerpany głoszeniem wielkopostnych kazań. Papież Benedykt XIV w 1750 roku wyniósł go na ołtarze i ogłosił patronem Warszawy. Relikwie błogosławionego poety spoczęły w poświęconej mu kaplicy, której wnętrze, wraz z całym kościołem, przyozdobił freskami brat Walenty Żebrowski. Michałem Aniołem brat Walenty nie był, ale fantazji mu nie brakowało i tam, gdzie tylko mógł, dawał upust swojej nieposkromionej wyobraźni, powołując do istnienia fantastyczne, roślinno-architektoniczne twory i pejzaże. Mariusz Karpowicz nazwał go osiemnastowiecznym warszawskim surrealistą.
Res sacra miser
W latach trzydziestych rektorem u św. Anny był błogosławiony ksiądz Edward Detkens, wybitny duszpasterz młodzieży akademickiej. Jego listy więzienne z Pawiaka, Sachsenhausen i Dachau są poruszającym wyznaniem wiary. Ksiądz Detkens nie doczekał już Bożych Grobów wznoszonych na Wielki Piątek podczas kolejnych lat okupacji przez artystów i studentów ASP. W tych grobach po raz pierwszy tragedia umęczonej Ojczyzny i wiara w zmartwychwstanie przemówiła symbolicznym językiem sztuki. Stąd wyszła powszechna dziś w całej Polsce tradycja artystycznych aranżacji Grobu Pańskiego, wyrażających – oświetloną obecnością Bożego Ciała – prawdę swojego czasu, dawniej tłumioną przez komunizm, dziś nierzadko spychaną poza obszar społecznej lub indywidualnej świadomości przez polityczną poprawność.
Po wyjściu z kościoła przystaję przy figurce Matki Boskiej Passawskiej. Wypisana na jej cokole historia przypomina, że wzniósł ją Jan III Sobieski na pamiątkę wiktorii wiedeńskiej. Można stąd przeczytać wypisane na gmachu budynku Caritas słowa RES SACRA MISER, wciąż niedoczytane i wciąż boleśnie aktualne.
Mijam pomnik Mickiewicza. Zza pleców wieszcza przez otwarte okno Dziekanki sączy się muzyka. Bach o tej porze? Pewnie jakiś student Akademii Muzycznej trenuje przed dzisiejszym egzaminem, budząc gołębie.
Do Dziekanki przylega dawny klasztor karmelitów bosych, obecne seminarium duchowne. Muzyka i teologia – tak blisko i wciąż tak daleko…
Trudno mi przejść obok seminarium bez serdecznych wspomnień. Ale tutaj muszą one ustąpić przed zbiorową pamięcią pokoleń. Wspominam więc błogosławionego księdza Romana Archutowskiego, tutejszego rektora, który zginął na Majdanku, zesłany za pomoc udzielaną Żydom. Wspominam księdza Jerzego Popiełuszkę, który w tych murach dojrzewał do swojej misji.
W kościele seminaryjnym właśnie zapala się światło. Zaraz będzie pierwsza Msza. Zaglądam na chwilę, aby przed barokową tęczą pokłonić się Matce Bożej Tychwińskiej. Ta piękna moskiewska ikona, namalowana w XVI wieku, przybyła do Warszawy wbrew własnej woli, zapewne wraz z łupami wojennymi z kampanii hetmana Żółkiewskiego. Warszawiacy przyjęli ją jak swoją i przyodziali w srebrną barokową sukienkę i korony. Maryja Tychwińska odwdzięczyła się swoim czcicielom, co poświadczają liczne wota. Kiedy w XIX wieku pojawili się w mieście jej nieproszeni rodacy w carskich szynelach, w obawie przed utratą ikony jej miłośnicy nazwali ją Różańcową. To chyba wtedy powstała legenda, że jest to obraz ofiarowany przez papieża Innocentego XI dla króla Sobieskiego. Se non è vero, è ben trovato… Ikona Matki Boskiej Tychwińskiej-Różańcowej pozostaje dziś najstarszym otaczanym kultem obrazem maryjnym w Warszawie. Łączy Wschód z Zachodem, na dobre i na złe. Jej rosyjska nazwa wywodzi się od pierwowzoru – cudownej Hodegetrii czczonej w klasztorze Tychwińskim, rówieśniczki Matki Boskiej Częstochowskiej.
A obok ikony, w sąsiednim ołtarzu, ekspresyjna grupa rzeźb Jana Jerzego Plerscha. Józef i Maryja składają sobie przysięgę wobec arcykapłana, ich szaty rozwiewa niewidzialny podmuch wiatru. Trwają tak przez wieki w ekstatycznym tańcu, na świadectwo miłości, która jest zawsze młoda. Patronują licznym parom, które w tym kościele wypowiadają słowa, które się mówi raz na zawsze. I jeśli te rzeźby nadal do nas przemawiają, to znaczy, że miał rację ksiądz Pasierb, twierdząc, iż barok w Polsce nigdy się nie skończył.
Na Krakowskim Przedmieściu wyczuwa się coraz żywszy puls nowego dnia. Kamienne lwy sprzed pałacu prezydenckiego spoglądają na mnie przyjaźnie, wyraźnie odprężone. Książę Józef niezmiennie zapatrzony w dal, przywołuje pamięć swego rzymskiego prototypu, Marka Aureliusza, a zarazem swego twórcy, Bertela Thorvaldsena. Ten wybitny rzeźbiarz swoje najlepsze dzieła pozostawił w Warszawie.
Historyczne zakręty
Przecinam dawną Oś Saską, dziś słabo już czytelną. Plac po prawej stronie zmieniał nazwy na każdym historycznym zakręcie. Najpierw Saski, potem Soborowy z monumentalną cerkwią, po pierwszej wojnie znów Saski, po 1935 roku Piłsudskiego, podczas okupacji Adolf Hitler Platz, po wojnie plac Zwycięstwa, od niedawna znowu Piłsudskiego. Z dawnego Pałacu Saskiego pozostał fragment arkad – Grób Nieznanego Żołnierza z wartą żołnierzy i wiecznym ogniem pamięci. To na tym placu stanął w czerwcu 1979 roku przepasany stułą krzyż, to stąd rozległo się na całą Warszawę, na całą zdumioną i zasłuchaną Polskę, niezapomniane wołanie papieża. Ten krzyż zapisał się w pamięci warszawiaków i w krajobrazie miasta. W stanie wojennym ludzie układali tu krzyż z kwiatów, co noc uporczywie usuwany przez milicję i co ranek cierpliwie układany na nowo. Byłoby dobrze, gdyby papieski krzyż pozostał tu na zawsze. To spod niego wyruszył w swą ostatnią drogę do katedralnej krypty kardynał Stefan Wyszyński. Jego postać, skupiona i prorocza, spogląda dzisiaj z cokołu pomnika ustawionego przed kościołem wizytek. Co widzi?
Kościół wizytek, na przekór wszystkim historycznym zakrętom, trwa niewzruszenie. Po Krakowskim Przedmieściu przesuwały się, jak na płótnach Canaletta, karety książąt i obładowane sianem chłopskie wozy, potem kolejno konne kozackie patrole, niezliczone czerwono-białe demonstracje i czarne żałobne kondukty, dumni ułani – malowane dzieci, hitlerowskie czołgi, czarno-niklowe sowieckie „czajki” i znów czerwono-białe demonstracje. Zmieniają się stroje, pojazdy i proporce, a z klasztornych murów płynie nieprzerwanie modlitwa sióstr. Cicha, niemal niedostrzegalna, jak wszystko, co ważne na tej ziemi. Świadectwo wieczności zanurzonej w nurcie zdarzeń. Stat crux dum volvitur orbis…
Tu, u wizytek, prawie w sąsiedztwie św. Anny, pisał swoje wiersze ksiądz Jan Twardowski. Zmarł w 501. rocznicę śmierci bł. Władysława z Gielniowa.
Uniwersytet Warszawski i Akademia Sztuk Pięknych, Nauka i Sztuka, ulokowane naprzeciw siebie, spoglądają na siebie z bliska i trochę z ukosa. Uniwersytet też doczekał się swojego świętego: jest nim Grzegorz Peradze, prawosławny kapłan gruziński, profesor teologii, zamordowany w Oświęcimiu, kanonizowany przez Cerkiew. A w pałacu Czapskich, obecnej ASP, mieszkała przez pewien czas rodzina Chopinów.
Wchodzę po schodach do kościoła Świętego Krzyża. Dokładnie przed trzystu laty zabrzmiały tu po raz pierwszy strofy Gorzkich Żali, śpiewane do dziś w Wielkim Poście we wszystkich świątyniach Polski:
Jezu, srogim krzyża ciężarem
Na kalwaryjskiej drodze zmordowany,
Jezu mój kochany!
Słowa znalazły swoje ponowne, tragiczne spełnienie po upadku Powstania. Wspomniał o tym Jan Paweł II podczas pamiętnej homilii: „Nie sposób zrozumieć tego miasta, Warszawy, stolicy Polski, która w 1944 roku zdecydowała się na nierówną walkę z najeźdźcą, na walkę, w której została opuszczona przez sprzymierzone potęgi, na walkę, w której legła pod własnymi gruzami, jeśli się nie pamięta, że pod tymi samymi gruzami legł również Chrystus-Zbawiciel ze swoim krzyżem sprzed kościoła na Krakowskim Przedmieściu”.
Niedawno w tym kościele Warszawa żegnała księdza Twardowskiego, odprowadzając trumnę z ciałem poety do krypty świątyni Opatrzności. 
Powróć mi Panie z dawnych lat
herbaty gorzkiej łyk w manierce
i umarłego ojca list
sweter od siostry matki serce
 
Kochanowskiego przekład psalmów
spalony z Wilczą w czas powstania
i wszystko, czego życzę innym –
a sam niestety nie dostanę
 
I spowiedź świętą z dawnych burz
gdy łzy ważyła ręka Zbawcy –
i jeszcze jeden jakiś dzień
z dzieciństwa mego na ślizgawce
 
Ten śnieg co mi na oczy spadł
i to com szeptał bezrozumny –
a potem jak najcięższy mszał
postaw z kielichem mi na trumnie
W tym miejscu kończy się nasz spacer. Można by przywołać inne postaci, wydarzenia i dzieła, można by zaproponować inny szlak. Wybrałem ten, którym co roku przemierza procesja na Boże Ciało.
 
 
 
 

 

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.