Jesień 2020, nr 3

Zamów

Od redakcji

Solidarność to słowo w języku polskim wyjątkowe. Gdy było napisane specjalną czcionką, zwaną popularnie „solidarycą”, rozumiano je prawie na całym świecie bez konieczności przekładu. Polski ruch „Solidarności” przemienił przecież nie tylko nasz kraj, lecz także oblicze Europy i świata. Dlaczego zatem dzisiaj „solidarność” stała się w Polsce słowem nieco wstydliwym, jakby już niemodnym?

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Rzecz jasna, odpowiedź na to pytanie nieuchronnie musi dotyczyć rozbieżności między wielkimi ideałami solidarności (zarówno przez wielkie, jak i przez małe „s”) a ich realizacją. Trwające od sierpnia 1980 – jak to nazywa Inka Słodkowska – najdłuższe polskie powstanie narodowe doprowadziło do sukcesu w roku 1989. Po odzyskaniu wolności własnymi rękami osiągnęliśmy jednak dwa cele, na których bardzo zależało komunistom: materializm praktyczny i atomizację społeczeństwa – twierdzi w „Więziowej” dyskusji o nowych formach wyzysku ks. Piotr Mazurkiewicz. Tę gorzką diagnozę potwierdza, niestety, powszednie doświadczenie.

Patrząc jednak na dziedzictwo „Solidarności” z perspektywy dwudziestu pięciu lat od przełomowych strajków sierpniowych, dostrzec trzeba – jak powiada Ireneusz Krzemiński – nie tylko wymiar codziennego niespełnienia, lecz także dziejowego zwycięstwa. Sformułowany wówczas projekt „demokracji debatującej” zachowuje nadal swoją wartość, ponad ideowymi podziałami.

W dzisiejszym myśleniu o solidarności przenikają się duma i rozczarowanie. Dawne hasła nabierają nowego znaczenia. Wielokrotnie wołaliśmy: „nie ma wolności bez solidarności”. Te słowa nie były tylko politycznym sloganem; mają one głębokie przesłanie moralne, również obecnie. Skoro tak – to jaka jest ta nasza wolność, jeśli jest w niej tak mało solidarności?

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.