Jesień 2020, nr 3

Zamów

Obecność

Jan Paweł II mawiał, że można go zrozumieć tylko od wewnątrz. Tymczasem większość komentatorów próbuje analizować jego pontyfikat poprzez to, co robił, a nie poprzez to, w jaki sposób był. „Bycie”, „obecność” wydają się słowami-kluczami do zrozumienia fenomenu tego Papieża.

Czym była ta — trwająca ponad 26 lat — obecność Jana Pawła II wśród nas? Czy ogarnąć ją możemy dopiero teraz, gdy jej nam coraz bardziej brakuje? Gdy z rosnącym bólem doświadczamy rozstania? A może nie jest to rozstanie, tylko inny rodzaj obecności, której dopiero zaczynamy się uczyć?
Obecność jest czymś, co się czuje, czego doświadcza się bezpośrednio i trudno się co do niej pomylić — ktoś jest albo go nie ma. Co prawda można być byle jak, można być, jakby się nie było, można słuchać, ale nie usłyszeć, patrzeć i nie widzieć. Jednak zawsze drugi człowiek wyczuje i odkryje tę bylejakość czy udawanie. Odsunie się, zamknie i sam też będzie byle jak. Dlatego nie ma tu stanów pośrednich, nie można trochę być i trochę nie być.

Jan Paweł II — był. Był z nami i był dla nas. Był z konkretnymi ludźmi, których spotykał na swojej drodze, był z tymi, którzy — jak napisał w Testamencie — zostali powierzeni jego szczególnej trosce, był z Kościołem i był ze światem we wszystkich dramatycznych i wspaniałych wydarzeniach przełomu XX i XXI wieku. Jego obecność wyrażała się słowem, modlitwą, gestem, apostolskimi podróżami na wszystkie kontynenty, niezliczonymi mszami, homiliami, adhortacjami, encyklikami i innymi dokumentami, kanonizacjami, decyzjami i wyborami dróg duszpasterskich i dyplomatycznych.
Trudził się, jego obecność nie była bierna ani statyczna. Miała w sobie wielki dynamizm twórczości i nieustannego wysiłku dążenia do przodu, podążania wciąż dalej, dalej… Wiedział, że sama obecność nie wystarczy. Aby mogła być zrozumiana, dobrze odczytana i przyjęta, musi wyrażać się w tysiącu gestów — zwykłych, powszednich, i tych wielkich, które zapisują się na zawsze, w pamięci konkretnych osób i w pamięci społeczeństw. Zdając sobie sprawę z wagi takich gestów — potrafił je czynić. Napisał kiedyś:

Jeżeli zaś nasze dni wypełniają uczynki zwyczajne,
w których ciągle samo wnętrze czynu niedostępny przesłania gest,
to jednak żywimy tę pewność, że kiedyś gest ów odpadnie,
a zostanie w uczynkach naszych tylko to, co naprawdę jest.
(„Myśl jest przestrzenią dziwną”, IV: „Dla towarzyszów drogi”; 1952)

To, co naprawdę jest — gest odpadł, zostało samo wnętrze czynu. Czy wiemy, czym ten „czyn” jest, czym był? Czy potrafimy go wydobyć i nazwać? Próba jednoznacznej odpowiedzi — dana tak szybko — byłaby zuchwalstwem i głupotą. Dotykamy tu zbyt subtelnej materii, która wymyka się prostym diagnozom. Kiedy jednak czytam papieski Testament pisany przez ponad dwadzieścia lat w czasie rekolekcji, kiedy trwaliśmy przy Nim w czasie jego wędrówki ku śmierci i w śmierci samej — czuję, że dotykam nienazwanego, że dotykam Boga. I jest to dotyk prawie namacalny, jak bezpośrednio doświadczana była obecność Jana Pawła II wśród nas.

Być może właśnie na tym polega obecność świadka, obecność świętego, że poznajemy nie tylko jego, ale i Kogoś, kto przez niego nam się udziela, odsłania, pokazuje swój ślad, jakby mówił: „tak oto jestem, ale jeszcze bardziej, jeszcze mocniej, jeszcze głębiej…” Wtedy zaczynamy Go szukać, idąc po śladach, które zostawia świadek. Możemy ich dotknąć ręką, postawić stopę w miejscu, gdzie stała stopa świadka, świętego. Czy wtedy dotykamy Boga?

Nasze pokolenie, przeniknięte dwudziestosześcioletnią obecnością Jana Pawła II, będzie musiało zdać z niej sprawę tym, którzy przychodzą po nas i którzy jej nie doświadczyli. Będziemy się musieli nauczyć o niej mówić i ją odsłaniać. I choć wydaje się dziś, że to zadanie przerasta nasze siły, będziemy musieli mu sprostać, bo tę jego obecność nosimy w sobie. Ona jest w nas bez względu na to, jak bardzo jesteśmy tego świadomi. Stanie się obecnością „między nami”, gdy będziemy potrafili się nią dzielić i przekazywać ją dalej. Bo przecież, jak powiedział Jan Paweł II profesorom w czasie spotkania z młodzieżą na Skałce w 1979 roku: My jesteśmy po to, żeby oni byli…

Jakie „ślady” pozostawił po sobie Jan Paweł II? Czego udało się nam dotknąć dzięki niemu? Jaki rodzaj obecności nam pozostawił?

Na początku jego obecność była mocna — promieniowała siłą, radością, jasnością, czułością, uśmiechem Boga. Dawał nam wsparcie i poczucie siły, opieraliśmy się o niego i nawet wtedy, kiedy wydawało się, że jesteśmy bardzo słabi, potrafił nas utrzymać. Jego bliskość przynosiła doświadczenie, o którym pisał Psalmista: W cieniu Twych skrzydeł spoczywam bezpiecznie. Byliśmy przy nim bezpieczni i spokojni nawet w chwilach największych zmagań i ciemnych nocy historii.

Ta obecność niosła też w sobie zwyczajność, naturalność, harmonię. Chciało się po prostu trwać przy nim — kontury świata stawały się jaśniejsze bez zbędnych wyjaśnień i wszystko było takie, jakie zawsze być powinno. My sami w jego obecności też stawaliśmy się prości i naturalni, dobrzy dla siebie nawzajem — były to chwile olśnień, które nie mogły nie zostawiać śladów w duszy…

Z czasem obecność Papieża wśród nas się zmieniała. Zamach z 13 maja 1981 roku odebrał mu część sił fizycznych i blask niczym niezamąconej radości. Wkradł się cień, który z roku na rok stawał się coraz mocniejszy. Zamknął się czas „triumfalnego wjazdu do Jerozolimy”, zaczęła się powolna, trwająca latami droga na Golgotę. Jego obecność coraz bardziej przeniknięta była wysiłkiem, zmaganiem ze słabością i z niezrozumieniem, z rozczarowaniem. Nie było to już radosne bycie razem i wzajemne potwierdzanie się — Jego i nas, nas i Jego.

Papieska obecność była wspierająca i wymagająca jednocześnie. Czy umieliśmy sprostać tym oczekiwaniom? Nie czas tu i nie miejsce na rachunek sumienia. Trzeba jednak pamiętać, że to bycie nie w pełni zrozumianym rodziło naturalną gorycz i żal, który przełamywał przebaczaniem — ciągłym wybaczaniem i rozpoczynaniem od nowa. Bardzo mocno widział i akcentował każde dobro — nawet słaby, nikły jego przejaw. Osłaniał je, wydobywał, wspierał. Siłą dobra pokonywał zło, tak jak przebaczeniem starał się pokonać nienawiść, agresję, szyderstwo.

Patrzył przenikliwie, jakby przez zewnętrzność chciał dotrzeć do serca człowieka, do jego wnętrza. Nie tylko chciał być widziany „od wewnątrz”, ale sam tak umiał wejrzeć w człowieka, którego spotykał na swojej drodze. Historie tych spojrzeń, uścisku ręki, przytulenia, słowa, które zostało skierowane właśnie „do mnie” w najbardziej odpowiednim momencie, niosą w sobie miliony ludzi na całym świecie. To właśnie z nimi przesuwali się w Bazylice św. Piotra przed katafalkiem, na którym spoczywało ciało Jana Pawła II. Czy to też było doświadczenie obecności?

Ostatnie kilka lat życia Papieża naznaczone było cierpieniem, którego nie udawało mu się ukryć. Obecność stawała się coraz większym wysiłkiem. Jednak zapamiętale podejmował ten wysiłek, wbrew tym, którzy — czasami zapewne w dobrej wierze — starali się „zwolnić go” z obowiązku obecności. Była to obecność trudna dla zniesienia dla współczesnej kultury. Widoczna słabość, ból, coraz większy wysiłek wkładany w każdy krok, potem w gest, na końcu — w możliwość wypowiedzenia choćby jednego słowa.

„Zgorszenie krzyża” dokonywało się na naszych oczach. Odwracaliśmy głowy, nie mogąc patrzeć na „męża boleści”. Ale on chciał być z nami do końca, znosząc upokorzenie własną niemocą. Jeśli coś go złościło w tych ostatnich dniach, to jedynie to, że nie może już nic z siebie dać, nie może wymówić słowa, choć tak bardzo chce i tak długo ćwiczył przed ukazaniem się w oknie. Nie męczyło go to, że wciąż czegoś od niego chcą, że przychodzą, piszą, czekają, że media całego świata komentują bez przerwy jego stan zdrowia, że nie ma cienia prywatności, że nie może odpocząć, wyłączyć się, zaszyć w samotności. Nie chciał tego, chciał być. Być z tymi i dla tych, którzy zostali mu powierzeni — być w szczęściu i w nieszczęściu, w zdrowiu i w chorobie, w złej i dobrej doli, wreszcie — w śmierci samej… Być do końca, czy może być bez końca?…

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

[…] I na to bądź gotów,
że masz w sobie ten obraz udźwignąć, że się cały zamieniasz w tę treść,
której sprzyja cisza i samotność,
samotność możliwa w człowieku,
możliwa dlatego, bo od niej nie odrywa nikogo śmierć.
(„Myśl jest przestrzenią dziwną”, IV: „Dla towarzyszów drogi”; 1952)

Anna Karoń-Ostrowska

Anna Karoń-Ostrowska — doktor filozofii, redaktor „Więzi”. Autorka pracy „Dramat spotkania człowieka z Bogiem i z drugim w myśli Karola Wojtyły-Jana Pawła II” oraz książkowego wywiadu z ks. Józefem Tischnerem „Spotkanie”.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.