Jesień 2020, nr 3

Zamów

Chrześcijanin Karol Wojtyła

Czas oddala nas nieuchronnie od tamtych długich jak wieczność dni, kiedy spontanicznie poczuliśmy w sobie potrzebę bycia razem: w kościołach, na placach, w domach. I kiedy — za sprawą mediów — dane nam było obserwować i przeżywać z bliska świadectwo człowieka i chrześcijanina Karola Wojtyły, który był jednocześnie Janem Pawłem II, dawane w obliczu własnej sytuacji granicznej. Szczególnie przejmujące było w tym ostatnim świadectwie Papieża niejako „zredukowanie” teologicznych prawd zawartych w całym jego nauczaniu do kilku spraw najbardziej elementarnych, najtrudniejszych i obchodzących każdego. To sposób przyjmowania osobistego cierpienia, to wierna pamięć o innych w momentach własnych zmagań i prób, to postawa w obliczu żegnania się ze światem.

Kiedy słuchałem docierających z Rzymu wiadomości o takim właśnie odchodzeniu Papieża, które przywodziło na pamięć słowa bliskiego mu Cypriana Norwida o śmierci jako dopełnianiu się „całości żywota dojrzałego”, kiedy czytałem ostatnie zapisy jego testamentu, w których najbardziej wzruszająca była dla mnie zwyczajnie ludzka wdzięczność wobec osób i środowisk z odległych przecież czasów wadowickiej i krakowskiej młodości — powracało wspomnienie niektórych spotkań z Janem Pawłem II. Tych mianowicie, w których przywoływanie ludzi, którzy akurat odeszli, wywołało w Papieżu potrzebę podkreślania właśnie ich cierpień oraz stosunku do bliźnich w okresie przeżywanej przez nich udręki. Tak było po śmierci księdza Józefa Tischnera i tak było później, po śmierci Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, kiedy Ojciec Święty, mówiąc o zmarłym pisarzu, podkreślał nie wielkość pozostawionego dzieła, ale jego bolesne doświadczenia w sowieckich łagrach i zapisany w „Innym świecie” pełen szacunku i ciepła stosunek do współtowarzyszy niedoli i zwykłych Rosjan.

Myślę, że w przytoczonych reakcjach Papieża na śmierć tak różnych przecież pod względem wewnętrznych biografii osób zawierało się jakieś szczególne i trwale zapisane w ludzkiej tożsamości Karola Wojtyły przeświadczenie. Przeświadczenie nie tylko o tym samym, nieuchronnym losie i przeznaczeniu wszystkich, bo to przecież oczywiste, ale o istnieniu głębszej duchowej wspólnoty i spotkaniu pomiędzy etyką religijną i etyką świecką. O tym, że solidarność z innymi, heroizm w obliczu cierpienia i godne przyjmowanie śmierci ostatecznie liczą się najbardziej i dlatego muszą być oceniane za pomocą tej samej ludzkiej miary. Pamiętam, jak dużym zaskoczeniem i przeżyciem dla moich niezwiązanych z Kościołem przyjaciół były słowa Jana Pawła II, który w 1982 roku podczas kanonizacji ojca Maksymiliana Kolbego przypomniał postać innego, laickiego świętego — Janusza Korczaka.

Z tego żywego wciąż przeświadczenia o tym, co w każdym człowieku najważniejsze i domagające się naszego szacunku, wynikały powszechnie znane konsekwencje w nauczaniu Papieża, w głoszonej przezeń antropologii, w dialogu z ludźmi różnych kultur i duchowych tradycji. Dla mnie jednak za każdym razem najbardziej zaskakujące były przejawy wciąż takiej samej postawy Jana Pawła II, będącego wszak strażnikiem doktryny i nauczycielem moralności, w sytuacjach powszednich i zwyczajnych. Wtedy na przykład, kiedy rozmowa dotyczyła konkretnych ludzi, ich kontrowersyjnych wyborów i osobistych problemów na drodze do godnego życia. Czasami w rozmówcach zwyciężała pokusa, aby przyjąć pozycję moralizatorów i sędziów, tymczasem Papież starał się dostrzegać ślady dobra. Albo milczał. Zdumiewające było sąsiadowanie w jednym i tym samym człowieku „nowego Mojżesza” wpływającego na bieg wydarzeń w świecie i „towarzysza w drodze” bardzo wielu ludzi, w którym ani uczestnictwo w globalnej historii, ani dotkliwa choroba i kalectwo nie stępiły spontanicznych odruchów serca, naturalnej dobroci i zdolności do przekraczania własnych ograniczeń.

Przed nami dni powszednie życia — już bez Jana Pawła II. Wielu z nas, jego rodaków, prawdopodobnie po raz pierwszy zdało sobie teraz w pełni sprawę z ogromu długu, zaciągniętego wobec niego przez Kościół, naród, państwo — i jednocześnie ze skali niewykorzystanych szans. Pod ciśnieniem niezwykłości chwili rodzą się projekty dzieł, akcji i misji, które należałoby podjąć. Mówi się o nowych pomnikach upamiętniających Papieża, o świątyniach wotywnych, o ustanowieniu jeszcze jednego narodowego święta…
Przypominają mi się przygotowania sprzed czterech lat do obchodów 180. rocznicy urodzin Cypriana Norwida. Elementem tych obchodów miało być sprowadzenie na Wawel prochów poety. Reakcja Papieża, do którego — na życzenie inicjatorów ponownego pochówku Norwida — zwróciłem się o opinię w tej sprawie, była sceptyczna. Zauważył, że przecież niemożliwe jest zidentyfikowanie spoczywających w zbiorowej mogile w Montmorency szczątków artysty, który ponadto tak zdecydowanie nie cierpiał naszej narodowej słabości do celebrowania grobów i trumien. Należałoby raczej zatroszczyć się o szersze poznanie etycznego przesłania jego dzieł. Zastanawiające było dla mnie to, że Ojciec Święty nie przywołał ani norwidowskiej teologii dziejów, ani głębokiej eklezjologii czy poglądów na powołanie sztuki, do których przecież sam nieraz nawiązywał w publicznych wystąpieniach. Rozmowa skoncentrowała się za to wokół refleksji poety na temat obrazu Polaków jako społeczeństwa i wokół relacji pomiędzy patriotyzmem a potrzebą społecznych więzi, opartych na poszanowaniu „osoby — człowieka”. Ostatecznie Papież pobłogosławił później urnę z ziemią z mogiły w Montmorency i odprawił mszę w intencji poety.

To wspomnienie towarzyszy mi teraz, kiedy toniemy w morzu deklaracji, wyrażających wolę podjęcia „całego” dziedzictwa Jana Pawła II, dochowania wierności „wszystkiemu”, co głosił. A głosił, jak wiadomo, Ewangelię i zasady Dekalogu, a więc to, co było i zawsze pozostanie treścią nauczania Kościoła i papieży. Dlatego myślę, że przydałby się teraz autentyczny wysiłek odczytania na nowo (a może po raz pierwszy) tego, co w dialogu Papieża z rodakami stanowiło odpowiedź na tradycyjne niedostatki polskiego chrześcijaństwa, na niebezpieczną trwałość negatywnych stereotypów z historii polskich zachowań zbiorowych, na nasze narodowe kompleksy i lęki. Przecież każda spośród siedmiu papieskich pielgrzymek do Polski stanowiła bardzo konkretne zaproszenie do „narodowych rekolekcji” i przyjrzenia się sobie w lustrze prawdy o nas samych: jako Kościele, narodzie i społeczeństwie. Wszystkie one były niepowtarzalne. Niepowtarzalne, ponieważ prawdopodobnie nikt już nie będzie mówił do nas o naszych tradycyjnych słabościach i zarazem wielkości z taką samą bezinteresowną szczerością i troską, z równie żarliwą wiarą w możliwość naprawy, z podobnie precyzyjnym dostrzeganiem tego, co pośród obowiązków kościelnych, narodowych i społecznych jest rzeczywiście najważniejsze, najbardziej pilne i warte wielkich poświęceń (ileż razy — pamiętam — Papież wskazywał na częsty u nas brak „hierarchii rzeczy” jako zjawisko niepokojące w modelu naszej kultury).

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Miejsce zupełnie wyjątkowe w tym dialogu Papieża z Polakami zajmuje ostatnia pielgrzymka z roku 2002. Była ona najkrótsza, a jej przesłanie najbardziej lapidarne. Nie było odrębnych przemówień do biskupów, przedstawicieli władz, świata kultury, wybranych kategorii słuchaczy. O miłosiernym Bogu, nowej wyobraźni miłosierdzia w stosunkach pomiędzy ludźmi i o życiu ze świadomością spraw ostatecznych Papież mówił do każdego i do wszystkich, przypominając, że Chrystusowe wezwanie do miłości wzajemnej wyznacza nam wszystkim tę samą miarę. Wielu z nas nie miało wówczas wątpliwości, że wybór takiego właśnie przesłania jest wynikiem realistycznej i całościowej oceny kondycji polskiego chrześcijaństwa, postaw społeczno-obywatelskich i poziomu życia publicznego. Dzisiaj słowa tego zwięzłego przesłania brzmią jak testament, w którym przekazuje się tylko to, co najważniejsze i najbardziej bliskim potrzebne. O tym, że i dla samego Karola Wojtyły była to naprawdę i do końca istota chrześcijańskiego świadectwa, mogliśmy się naocznie przekonać w dniach jego żegnania się ze światem. A dzięki przejmującej identyczności obu świadectw — przemawiającego do nas w Łagiewnikach papieża Jana Pawła II i umierającego na oczach świata chrześcijanina Karola Wojtyły — myślimy o nim już teraz jako o świętym.

Osobiście mam szczególny powód, by tak właśnie myśleć o Janie Pawle II, a teraz, kiedy nie ma go już wśród nas, powiedzieć publicznie o roli, jaką — głęboko w to wierzę — odegrała jego modlitwa w moim powrocie do życia. W grudniu 2002 roku przeszedłem ciężki zawał serca. Dla lekarzy, których rokowania były niepomyślne, nagła poprawa była czymś nieoczekiwanym i trudnym do wytłumaczenia. Papież, któremu później dziękowałem za pamięć w modlitwie, tak odpowiedział: „Bardzo dziękuję za duchową łączność, przejawiającą się w dziękczynnych modlitwach za uratowane życie Pana i za łaski, jakich udzielił Bóg w swym Miłosierdziu Kościołowi i światu w tym ostatnim ćwierćwieczu, prowadząc nas »Przez Krzyż do nieba«”.

Stefan Frankiewicz
Stefan Frankiewicz — ur. 1940, doktor nauk humanistycznych, historyk literatury, wydawca dzieł Jerzego Lieberta. Od 1970 r. w redakcji „Więzi”. W latach 1979–1989 redaktor polskiej edycji „L’Osservatore Romano” w Watykanie. Po powrocie do kraju redaktor naczelny „Więzi” (1989–1995), następnie Ambasador RP przy Stolicy Apostolskiej (1995–2001). Mieszka w Warszawie.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.