Jesień 2020, nr 3

Zamów

Prawo przeciwko sprawiedliwości?

Gdy po 1989 roku niektórzy publicyści pisali, że najgroźniejszym kryzysem trapiącym nowo powstałą III Rzeczpospolitą jest kryzys moralny, wielu wydawało się to efektownym pustosłowiem. Tak wiele bardziej konkretnych zadań stało przed Polakami, rewolucja następowała też w życiu indywidualnym każdego obywatela: musieliśmy nauczyć się właściwie z dnia na dzień żyć w zupełnie zmienionych warunkach.

Wobec tych wszystkich zadań perspektywa borykania się z kryzysem moralnym brzmiała nader enigmatycznie. Na początku nie podchwycili jej politycy, nie trafiła do przemówień ani partyjnych programów.

Bardzo szybko okazało się, że tak ulotna — wydawałoby się — kwestia ma nader konkretne konsekwencje. Okazało się, że owszem, można stworzyć instytucje, które z zewnątrz przypominają te znane z krajów, na których się wzorowaliśmy. Problem w tym, że instytucje te niebezpiecznie często zaczęły przypominać atrapy, nie służąc podstawowym celom, do których zostały powołane.

Nie chodzi mi o lekceważenie strukturalnego aspektu przemian. Zmiana struktur była i jest bezdyskusyjną koniecznością i w tej dziedzinie wciąż bardzo wiele pozostaje do zrobienia. Można jednak odnieść wrażenie, że wielu uwierzyło, jakoby zmiany strukturalne miały wystarczyć. Okazało się, że to za mało.

Jedną z zasadniczych, dramatycznych konsekwencji tego stanu rzeczy jest dojmujące — jak wynika z wielu świadectw — poczucie, że żyjemy w rzeczywistości niesprawiedliwej. Oczekiwanie, a nieraz wręcz żądanie sprawiedliwości bywa przez wielu traktowane z wyższością i lekceważeniem. Ludzie narzekający, że spotyka ich niesprawiedliwość, dowiadują się, że nie rozumieją otaczającej ich rzeczywistości, nie są dość dojrzali ani zaradni, wreszcie — i to jest argument koronny — powoduje nimi zawiść.

Chciałbym tu pozostawić na boku społeczny wymiar sprawiedliwości — niezmiernie ważny i otwierający szerokie perspektywy do dyskusji. Skupię się na poczuciu niesprawiedliwości szczególnie dotkliwej, bo doznawanej w zetknięciu z systemem prawa, które powołane jest do tego, by właśnie czynić sprawiedliwość.

Uprzedzając z góry możliwe zarzuty, że skupiam się na ciemnej stronie rzeczywistości, spieszę poinformować, że zdaję sobie sprawę z istnienia uczciwych i kompetentnych adwokatów, sędziów, prokuratorów, policjantów. Wiem, że podejmują oni wiele starań, często uwieńczonych sukcesem, by obywatelom ich działanie naprawdę, a nie tylko z nazwy kojarzyło się ze sprawiedliwością. Negatywne zjawiska, którym przede wszystkim poświęcony jest niniejszy tekst, z pewnością nie wyczerpują obrazu. Są jednak na tyle istotne i rozpowszechnione, by ich dalece niekompletny zarys był wart refleksji.

PRAWNICY NIE LUBIĄ SPRAWIEDLIWOŚCI?

Uderzające jest, że samo słowo „sprawiedliwość” budzi podejrzliwość wśród wielu prawników. Odwoływanie się do sprawiedliwości kojarzy się bardziej z samosądem niż z sądem. Odbierane jest jako kwestionowanie prawa. Można nieraz usłyszeć, że sędziowie, prokuratorzy czy adwokaci mają stosować się do prawa — przywołanie w tym kontekście sprawiedliwości zdaje się stać w sprzeczności z rzetelnym wykonywaniem prawa.

W części można to zrozumieć. Osoby niezadowolone z wyroku sądu powołują się w pierwszym odruchu właśnie na to, że orzeczenie nie jest sprawiedliwe. Często rzeczywiście może to oznaczać „niesprawiedliwy, to znaczy nie po mojej myśli”. Sędzia, który wydał wyrok kwestionowany przez którąś ze stron procesu, słyszy to słowo właśnie w takim kontekście. Broniąc słuszności swego rozstrzygnięcia, przeciwstawia się tak właśnie, subiektywnie rozumianej sprawiedliwości.

Rzecz jednak w tym, że w ten sposób może zniknąć — i często, niestety, znika — z pola widzenia istotny cel istnienia sądownictwa: wymierzanie sprawiedliwości. Prawo nie jest jedynie systemem zapisanych w kodeksach i innych ustawach reguł — jest narzędziem zaprowadzania i przywracania naruszonej sprawiedliwości. Sędzia, wymierzając karę przestępcy albo rozsądzając majątkowy spór cywilnoprawny, nie czyni jedynie zadość formalnym wymaganiom prawa — podejmowane przez niego rozstrzygnięcie ma właśnie służyć sprawiedliwości.

To tylko pozorna oczywistość. W natłoku codziennych, rutynowych spraw bardzo łatwo zapomnieć o tym celu, tym bardziej że brzmi on dość abstrakcyjnie. Jest zarazem wielce wymagający. Wydawanie wyroków w imieniu Rzeczypospolitej — jeśli potraktować to na serio, a nie jedynie jako konwencjonalną formułę — nakłada ogromną odpowiedzialność: oto jeden lub kilku ludzi czyni sprawiedliwość w imieniu całej wspólnoty państwowej. Ta odpowiedzialność może sparaliżować, pojawia się więc naturalna pokusa ukrycia się za kodeksowymi artykułami. Wtedy pojęcie sprawiedliwości zaczyna być podejrzane: przypomina o odpowiedzialności, o której właśnie nie chce się pamiętać. Przypomina też o wszystkich tych sytuacjach, w których sędzia uległ pokusie i wydał wyrok być może zgodny z literą prawa, ale co najmniej wątpliwy co do jego sprawiedliwości. Bogdan Wróblewski przywołuje w swym tekście przykłady skrajne, jak choćby sędziego, który odmówił zwolnienia od kosztów sądowych kobiety żyjącej z pięćsetzłotowej renty, powołując się na to, że podczas długiego procesu mogła sobie odłożyć, albo też sędziów odrzucających bez rozpoznania skargę na przewlekłość postępowania, dlatego że jej autor posłużył się potocznym określeniem „opieszałość”.

Sędziowie, którzy wydali podobne wyroki, będą — jak można sądzić — mieli szczególną skłonność, by odpychać od siebie tę instancję, która — choć nieprzewidziana w żadnym kodeksie — będzie im przypominać, że zamiast krzywdę naprawiać, sami do niej jeszcze się przyczynili. Cóż wówczas łatwiejszego, niż wykorzystać to, że nie wszyscy powołujący się na sprawiedliwość umieją ją odróżnić od własnego interesu, że nie wszyscy rozumieją zasady rządzące systemem prawnym, że nieraz są zacietrzewieni.

Odpychanie od siebie świadomości służby sprawiedliwości nie jest zresztą jedynym chwytem obronnym. Innym jest np. tak często spotykane w wypowiedziach prawników stwierdzenie, że nikt, kto nie zna dokładnie akt sprawy, nie może krytykować wyroku. Oczywiście, oceniając sądowe rozstrzygnięcie, należy zachowywać pewną powściągliwość, brać poprawkę na niepełną znajomość sprawy. To prawda, że często osoby krytykujące od tej powściągliwości są jak najdalsze. Rzecz w tym, że literalne potraktowanie takiego warunku przypominałoby wymaganie ze strony krawca, by nikt, kto sam nie umie uszyć ubrania i nie wie, jakie to skomplikowane, nie śmiał krytykować sporządzonej przezeń odzieży. Tymczasem także „użytkownik” sprawiedliwości ma pełne prawo powiedzieć, że ta „źle na nim leży”.

CZYM JEST NIEZAWISŁOŚĆ?

Skrajną wersją postulatu niekrytykowania wyroków sądowych jest powoływanie się na niezawisłość sądów, która miałaby rzekomo oznaczać zakaz oceniania słuszności wyroków. Takie rozumienie niezawisłości oparte jest na głębokim nieporozumieniu. Sądowa niezawisłość oznacza pewną zasadę ustrojową: niezależność sędziów od innych organów państwowych. Obywatele nie są natomiast związani jakimkolwiek generalnym zakazem oceniania wyroków sądowych. Owszem, nie mogą sędziów obrażać, nie powinni — jak była o tym mowa — wypowiadać ocen skrajnych i nieprzemyślanych, mają natomiast pełne prawo powiedzieć, że konkretny wyrok uważają za sprawiedliwy lub nie. I nie ma to żadnego związku z niezawisłością sędziowską.

Rzeczywiście, nacisk opinii publicznej, zwłaszcza zorganizowanej (np. reprezentowanej — bywa, że samozwańczo — przez media), może wywoływać bardzo nieprzyjemny dyskomfort u sędziego, który — kierując się prawem, ustaleniami faktycznymi oraz swoim sumieniem — wydaje wyrok sprzeczny z oczekiwaniami opinii. Odnoszę jednak wrażenie, że sędziowie mocno demonizują zagrożenia wynikające z nacisku opinii w kraju takim jak Polska, w którym sędziom nie grożą napady ani choćby publiczne demonstracje niezadowolonych z wyroków. Zdolność do obrony własnego zdania i przeciwstawienia się opinii jest dość elementarną umiejętnością, która nie tylko należy do zawodowego wyposażenia w wielu profesjach, ale wręcz bywa warunkiem podstawowej uczciwości i życia zgodnego z sumieniem. To prawda, że to nieraz kosztuje, ale — mówiąc brutalnie — jeśli ktoś tej umiejętności nie posiadł, powinien poszukać sobie innego zawodu. Nie bardzo sobie zresztą wyobrażam, by sędzia, który nie umie sobie z tym dawać rady, mógł w ogóle funkcjonować w tej profesji. Stąd sędziowskie deklaracje o tym, jak bohatersko przeciwstawiają się (zwykle w domyśle — krwiożerczej) opinii publicznej, wydają mi się w większości osobliwą autoheroizacją, podnoszącą do rangi czynów nadzwyczajnych elementarną zawodową uczciwość.

W tym kontekście usiłuję wytłumaczyć sobie najbardziej zdumiewającą wypowiedź, jaka znalazła się w tekście Pawła Siennickiego. Znany sędzia na pytanie o konflikt sumienia odpowiada, że stara się nie zaprzątać sobie głowy sumieniem. Mam wrażenie, że sędzia tak bardzo chce podkreślić swą niezależność od wszystkiego, co nie jest literą prawa, że aż nie dostrzega, iż sumienie po pierwsze jest instancją jak najbardziej wewnętrzną, po drugie zaś — uwolnienie się od jego wpływu prowadzi wprost do moralnej katastrofy. Mówi to zresztą ktoś, komu — o ile mi wiadomo — nikt nie zarzucał, że jest człowiekiem bez sumienia. Nie chodzi tu oczywiście o indywidualny lapsus, ale o fetysz niezależności, prowadzący do skrajności — ufam, że jedynie werbalnej.

Charakterystyczne są przy tym okoliczności, w jakich pojawiają się takie konflikty. Najczęściej chodzi o to, że sąd wydaje wyrok — zdaniem opinii — zbyt łagodny, uniewinniając kogoś, kto powszechnie uchodzi za sprawcę przestępstwa lub też wyznaczając mu karę łagodniejszą, niż większość gotowa byłaby uznać za sprawiedliwą. Ten kierunek rozbieżności — „łagodny” sąd kontra „surowa” opinia publiczna — po części jest naturalny. Sąd musi przy wyrokowaniu kierować się mocnymi dowodami, nie może skazywać na podstawie nawet głębokiego wewnętrznego przekonania, jeśli nie stoją za nim przekonujące dowody. Zwykli ludzie mają naturalną skłonność do takich ocen. Domniemanie niewinności, nakaz interpretowania niedających się usunąć wątpliwości na korzyść oskarżonego itp. gwarancje procesowe są fundamentem współczesnego prawa, nie mogą jednak obowiązywać w potocznym rozumowaniu. Złodziej złapany — dosłownie — z ręką w cudzej kieszeni w świetle prawa jest niewinny aż do uprawomocnienia się wyroku. Gdybyśmy jednak aż do tego momentu konsekwentnie twierdzili, że jest on niewinny i niczego nie chciał ukraść — doszlibyśmy do jawnego absurdu. Dlatego to napięcie jest do pewnego stopnia nieusuwalne.

POSTKOMUNISTYCZNE DZIEDZICTWO POZYTYWIZMU

Mam jednak wrażenie, że w naszych warunkach te napięcia mają jeszcze drugie dno. Na podstawie licznych wypowiedzi prawników, zwłaszcza sędziów, można odnieść wrażenie, że ta grupa zawodowa jest rzeczywiście skłonna traktować sprawców przestępstw z dużo większą łagodnością i zrozumieniem, niż czyni to większość innych ludzi. Nie chodzi tylko o gwarancje procesowe. Jako absolwent prawa pozwolę sobie sformułować pewną hipotezę w tej materii, opatrzoną sporym znakiem zapytania, nie roszcząc sobie przy tym pretensji do żadnych ostatecznych wyjaśnień.

Otóż za czasów komunistycznych w prawie obowiązywał prymitywnie rozumiany pozytywizm prawniczy. Studentów uczono Marksowskiej definicji, że prawo to wola klasy panującej podniesiona do rangi ustawy. Choć miało tu chodzić o klasę robotniczą, każdy, kto choćby powierzchownie poznał praktykę wymiaru sprawiedliwości, wiedział świetnie, że pod „klasę panującą” należy podstawić kastę właścicieli PRL — aparat wysokiego szczebla. To on decydował o polityce karnej, on określał, jakie przestępstwa będą ścigane szczególnie surowo, np. w ramach kampanii „chuligani wysiadka”. To on wydawał osławione „wytyczne wymiaru sprawiedliwości i praktyki sądowej”, które przekładały na język prawa polityczne dyspozycje wobec niezawisłych rzekomo sędziów. On wreszcie miał w swoim ręku wszelkie narzędzia, by swe pomysły wyegzekwować, i czynił to bezlitośnie.

Nic dziwnego, że prawnicy szukali odtrutki na ten tępy pozytywizm ŕ la minister Jerzy Bafia — postać symboliczna dla lat Gierka i początków Jaruzelskiego. Znaleźli go w rozmaitych teoriach odciążających sprawcę, który w oficjalnej wersji był tylko pionkiem w tej polityczno-socjotechnicznej grze. Pamiętam, jak wielkie wrażenie robił na studentach i pracownikach Wydziału Prawa UW negatywny bohater wypowiedzi dr. Kochanowskiego, norweski kryminolog odrzucający pojęcie przestępstwa, Nils Christie. On — w odróżnieniu od urzędowych kryminologów PRL — naprawdę myślał, samodzielnie tworzył swoje ekscentryczne nieraz teorie. Poza tym był normalnym człowiekiem, a nie reżimowym funkcjonariuszem, przekazującym tylko oficjalne stanowisko władzy na danym etapie.

Nikt wtedy nie zastanawiał się nad tym, jakie praktyczne konsekwencje przyniosą te teorie, bo też i nikt chyba nie sądził, że w ogóle staniemy przed problemem samodzielnego modelowania polityki kryminalnej niepodległego, demokratycznego państwa prawa. Mam wrażenie, że różne wersje prawniczego liberalizmu dla większości prawników stały się właśnie taką odtrutką na urzędowy pozytywizm, prowadzący do całkowicie instrumentalnego stosunku do człowieka uwikłanego w wymiar sprawiedliwości — na równi sprawcy i ofiary, którą też nikt się specjalnie nie przejmował. Ten liberalizm tym chętniej przyjęli praktycy prawa, gdy już — po 1989 roku — zniknęły odgórne naciski, a sądy stały się naprawdę niezawisłe.

Prawny liberalizm okazał się dobry dla wszystkich: i dla tych, którzy nie godzili się z polityczną, totalitarną instrumentalizacją prawa, chcieli się od niej uwolnić i wolność przywitali ze szczerą satysfakcją, i dla tych, którzy dawnemu systemowi służyli wiernie, choć nieraz pewnie z obrzydzeniem, a teraz jak najszybciej chcieli zatrzeć fatalne wrażenie i sprawić, by wszyscy jak najszybciej zapomnieli o ich serwilizmie. W tych warunkach nie było wiele miejsca na prawniczy rygoryzm, tym razem wynikający z zupełnie innych założeń niż uchwały KC PZPR. Nadużycia były zbyt świeżo w pamięci.

Taki jest moim zdaniem główny powód, dla którego sędziowie tak często orzekają blisko dolnej granicy zagrożenia karą, wymierzając np. za gwałty zbiorowe kary w zawieszeniu, a prawnicy tak chętnie i z taką satysfakcją przeciwstawiają się surowości opinii publicznej, demonizując zagrożenie z jej strony. Od upadku komunizmu minęło zaledwie piętnaście lat i ton w środowiskach prawniczych wciąż nadają ci, którzy zaczynali kariery w tamtej rzeczywistości i musieli się wobec niej określić. To oni w feudalnych strukturach korporacyjnych wychowują młodych, wpływ tych czynników może więc trwać jeszcze bardzo długo.

MIĘDZY LIBERALIZMEM A RYGORYZMEM

Z powyższego wywodu nie wynika bynajmniej, by prawny liberalizm był sam w sobie czymś złym. Niepokojąca jest jego jednostronność — równie niedobry byłby niepodzielnie panujący rygoryzm, tyle że to zagrożenie jest czysto abstrakcyjne. Łagodniejszemu karaniu przestępców sprzyjają także czynniki praktyczne, o których mówią dyskutanci w niniejszej „Więzi”. W dodatku, łagodności i zrozumieniu wobec przestępców, a nie ofiar sprzyja ogólne nastawienie kulturowe panujące w elitach, a to z nich przecież wywodzą się prawnicy.

W przeciwnym kierunku działa jedynie osławiona „punitywność” polskiego społeczeństwa, czyli wynikająca z badań skłonność do surowego karania. Należałoby raczej powiedzieć „działałaby”, bo w nowożytnym systemie prawnym ogólne nastroje społeczne nie przekładają się na politykę karną. Mogą raczej wpływać w sposób odwrotny, gdyż prawnicy z tym większym zapałem będą bronić prawnego liberalizmu, chcąc przeciwstawić się krwiożerczej opinii publicznej i zademonstrować swą niezależność, której de facto nic realnie nie zagraża. Dominującej tendencji mogą się przeciwstawić — prócz nielicznych prawników — jedynie politycy, narażając się przy tym na zarzut populizmu i schlebiania nastrojom.

W wypowiedziach adwokatów cytowanych przez Pawła Siennickiego uderza odpychanie od siebie świadomości konfliktu czy choćby napięcia, nieuchronnego w tym zawodzie. Adwokaci w ogóle nie widzą problemu w tym, że ewidentny przestępca dzięki zręcznej obronie uniknie odpowiedzialności. Mówią nawet wręcz w takich przypadkach o sukcesie wymiaru sprawiedliwości, skoro człowiek, przeciwko któremu nie udało się zgromadzić wystarczających dowodów, nie zostaje skazany.

Problem jednak w tym, że wymiar sprawiedliwości ponosi klęskę nie tylko wtedy, gdy ktoś niewinny zostaje skazany. Klęską szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwości jest także bezkarność sprawcy przestępstwa. Jest ona także obrazą sprawiedliwości. Trudno oczywiście traktować to jako porażkę konkretnych sędziów: jeśli dowody zgromadzone przeciw oskarżonemu są zbyt wątłe, uczciwy sędzia nie ma innego wyboru niż uniewinnienie. Jednak każda taka sytuacja oznacza, że popełnione przecież przestępstwo nie zostanie ukarane. Tym gorzej, jeśli stanie się to w wyniku „zręczności” adwokatów.

Nowożytny proces karny opiera się na zasadach kontradyktoryjności, tj. sporu stron. Model ten zastąpił wcześniejszy proces inkwizycyjny, w którym inkwizytor miał jednoosobowo dociekać prawdy. Jak wiadomo, cierpiały na tym przede wszystkim prawa podejrzanego o dokonanie przestępstwa. Dlatego nowożytny model, stworzony w opozycji do tamtego, kładzie nacisk właśnie na prawa oskarżonego.

Obecny model procesu jest niewątpliwym osiągnięciem ludzkości i nic lepszego w tej dziedzinie nie wymyślono. Obrońca ma bronić oskarżonego i nie jest jego rzeczą brać pod uwagę nawet znane mu okoliczności obciążające — przeciwnie niż oskarżyciel, który nie może oskarżać jednostronnie, pomijając fakty działające na korzyść sprawcy. Ta nierównowaga jest uzasadniona — jej odrzucenie prowadziłoby do sytuacji znanych z procesów w Związku Sowieckim w czasach prokuratora Andrieja Wyszyńskiego, gdy obrońca przyłączał się do oskarżenia, piętnując ohydę czynów swego klienta i przyznając, że ktoś taki zasługuje na surowe ukaranie…

W konkretnych sprawach prowadzi to jednak do sytuacji, w których skuteczność obrońcy przyczynia się do uniewinnienia człowieka winnego, czyli — sukces zawodowy adwokata jest zarazem jedną z przyczyn klęski wymiaru sprawiedliwości. To napięcie jest nieusuwalne i dla uczciwego mecenasa może być źródłem dużego dyskomfortu, nic więc dziwnego, że adwokaci starają się ten problem zneutralizować. Jak wynika z wypowiedzi rozmówców Pawła Siennickiego, wykazują w tym wiele inwencji — świadczą o tym też zresztą inne publiczne wypowiedzi przedstawicieli palestry. Kłopot w tym, że zbyt łatwe i skuteczne rozładowanie tego napięcia — wynikającego z samej istoty współczesnego modelu procesu karnego — to krok w stronę chyba największego zagrożenia moralnego, czyhającego na adwokatów: cynizmu. „Ja mam dobrze wykonywać moją pracę i służyć temu, kto mi zapłaci, reszta mnie nie obchodzi” — to dewiza wielu adwokatów nie tylko w amerykańskich filmach „sądowych”. Oczywiście, samo niedostrzeganie tego problemu to stanowczo zbyt mało, by zarzucać komukolwiek cynizm. Łatwe i skuteczne jego usunięcie z wewnętrznej wokandy — własnego sumienia — to jednak krok w niebezpieczną stronę.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

*

Dla dopełnienia obrazu należałoby wymienić jeszcze wiele czynników sprzyjających temu, że prawo tak rzadko służy u nas czynieniu sprawiedliwości, a wręcz przeciwnie — wzmacnia u obywateli poczucie jej braku. Należałoby napisać o niskim nieraz poziomie prawa, jego niestabilności, instrumentalnemu do niego stosunkowi i innych przewinieniach polityków. O nie zawsze wysokim poziomie zawodowym prawników. O nadużyciach korporacyjnej solidarności, i o wielu jeszcze innych sprawach — dobrze znanych i opisanych, choć wciąż dalekich od rozwiązania. Chciałem jednak zarysować kilka mniej oczywistych przyczyn tego, że prawo niebezpiecznie daleko odchodzi nieraz od funkcji sługi sprawiedliwego ładu.

Tomasz Wiścicki

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.