Jesień 2020, nr 3

Zamów

Jeden świat, jeden mózg Nieprzejrzystość źródłem nihilizmu

Na literackim majowym pikniku zorganizowanym przez warszawskich literatów wysłuchałem – wśród paru innych dobrej marki tekstów – eseju Stefana Chwina o tym, czym powinna się zajmować literatura. Tekst był pięknie napisany, a wypowiedziany z profesorską powagą. Dykcja mogłaby zachwycić samego Gustawa Holoubka. Co jednak najważniejsze – to nie był żaden unik, ozdobnik. Była to w jakimś stopniu glosa do „Złotego pelikana”, ostatniej powieści Chwina – ale zarazem rzecz fundamentalna, wyraźna, ostra. Było tam pytanie o zamiary Boga względem nas, o to, czy sumienie mówi nam prawdę, czy uczciwe potraktowanie krytycznej funkcji literatury prowadzić musi do „czarnej ontologii”. Pisarz pytał też, czy literatura musi brnąć w „święte kłamstwo”, aby nie odbierać czytelnikom „siły do życia”. Teraz ten sam tekst znalazłem w „Rzeczy o książkach” (7-8 czerwca 2003). Słuchać mówionego ze swadą tekstu to podziwiać śmigającego przez bystrza i szumy pstrąga. Dostać ten tekst do czytania, to dostać pstrąga na patelni.

Wydrukowany esej „Literatura i oś zła” to nadal świetny tekst, potwierdza swą jakość w lekturze, ale jednocześnie odsłania pewne słabości teologiczne i logiczne. To jednak nie przeszkadza, abym całkowicie się zgodził z najważniejszą jego tezą: literatura musi się zmierzyć z nieprzejrzystością świata. Dalej z Chwinem nie idę, nie jestem w stanie towarzyszyć mu w łatwym przerzuceniu całej winy na Boga, nie powiem o Nim: wrzucił nas w nieprzejrzysty świat i wysyła do nas nieprzejrzyste komunikaty, których nie jesteśmy w stanie odczytać. I nie postawię zarzutu, że jest zupełnie nieprzewidywalny, a nawet w swojej wolności prawdziwie nieobliczalny. [.] choć jest autorem Dekalogu, sam w swoim postępowaniu nie czuje się zobowiązany do przestrzegania zasad Dekalogu.

Dyskutować z tekstem gdańskiego pisarza nie jest łatwo – esej skrzy się zmiennością stylu, ironia przeplata się z sarkazmem, a ewentualnych oponentów ustawia on od razu tak: są też wśród nas tacy wspaniali kochankowie bogów, którzy wiedzą dokładnie, co to jest prawdziwe dobro dla narodu, a także – bagatela – co to jest prawdziwe dobro dla ludzkości.Dyskutować tym trudniej, że nie można poważnie potraktować próby zmierzenia się w krótkim eseju z odwiecznymi pytaniami o sens niezawinionego cierpienia ofiar żywiołowych katastrof. Prawdę pisze Chwin, gdy dowodzi, że nie wiemy, jak Sędzia sprawiedliwy osądzi człowieka, który wydawał ludzi w ręce tajnej policji Saddama Husajna, by zdobyć pieniądze na ratowanie córki chorej na raka. Jak osądzi prezydenta pewnego mocarstwa, który powołując się na świętą Ewangelię, w swojej walce z Osią Zła nakazał bombardowanie Bagdadu, by wyzwolić biedny lud posiadający za dużo nafty? I jak osądzi papieża, który w imię tej samej Ewangelii stanowczo zakazał ewangelicznemu prezydentowi walczącemu z Osią Zła bombardować to miasto inteligentnymi bombami. Czy to nasze zagubienie to dowód na „nieobliczalność Boga” albo zawodność sumienia, jak daje do zrozumienia Stefan Chwin? Zło pozostaje złem, nawet gdy czynione w sytuacji rozpaczy, gdy dokonywane w imię miłości. Nie przenikniemy Bożych sądów. Powodem naszej niewiedzy nie jest jednak jakaś mroczna i demiurgiczna nieprzewidywalność Sędziego. Tylko Bóg zna serca. Tylko już zbawionym objawia się w pełni głębia Jego miłosierdzia. Kto chce zaglądać w rękawy Bogu, zawsze naraża się na pewną śmieszność.

Jest w buncie Chwina jakaś młoda, szlachetna niedojrzałość, pragnienie uporządkowanego świata, a przede wszystkim czystego sumienia. Jest jakaś dziwna, szorstka nieśmiałość, która unika słowa „miłość”, gdy mówi o zamiarach Boga. A przecież sumienie jest zdrowe nie wtedy, gdy jest czyste, ale gdy boli, a bez słowa „miłość” nie sposób doczytać się w Ewangelii ludzkiego czy Bożego sensu. Stefan Chwin nie zachwycił mnie więc w tym eseju przenikliwością teologiczną, ale ja przecież wiem, jak bywa w tej materii przenikliwy, gdy nie wkłada na siebie przyciasnej zbroi racjonalizmu. Znam jego wspaniałe opowiadanie „Semen”, wielopłaszczyznową metaforyczną opowieść o aniele, który po bitwie z siłami Szatana błąka się po pobojowisku, poszukując zranionych. To jest tekst, przez który miłość prześwieca jak słońce przez dym.

Nie teologia jest więc istotna w eseju Chwina, a jego pisarska postawa i obywatelski lęk przed nihilizmem, również tym, który zagnieździć się może także w języku. A jeśli prawdziwą naturą języka jest jego nieprzejrzystość, rozchwianie semantyczne, podatność na manipulacje, brak czytelnej więzi z rzeczywistością i oszałamiająca wielowariantowość, pozwalająca na nieskończoną liczbę kombinacji znaków, czyli w gruncie rzeczy na wszystko?

Wątpię jednak, aby literacko płodne i filozoficznie spójne były wskazówki dla literatury, jakie Chwin wysnuwa z tego, że literatura staje wobec semantycznej i etycznej nieprzejrzystości świata. Ponieważ ludzie powszechnie mylą granicę dobra i zła z granicą korzystnego dla nich i niekorzystnego, pisarz osądzać ich nie może, Bóg jest jedynym, który wie co czyni, więc pisze Chwin: Ja bym najchętniej zastosował funkcję krytyczną literatury wobec Tajemniczego Autora tego wszystkiego. Wtedy pewnie rzeczywiście literatura dotknęłaby rzeczywistej Rzeczywistości.

Literatura nie może ukryć się w przestrzeni teologii – o tym Chwin dobrze wie. Boję się więc, że jego postawa może być usprawiedliwieniem dla nihilizmu właśnie – skoro język i rzeczywistość jednakowo są zaćmione i wieloznaczne, nie męczmy się pytaniami o wartości. Spodziewam się, że Chwin-pisarz za tym zaleceniem Chwina-eseisty nie pójdzie, a efektowny esej to raczej „notatka w marszu” niż ostateczne credo. Wyraźnie nakreślone pytania o nieprzejrzystość nie powinny być zapomniane. Dowodem na to, że związki nieprzejrzystości i nihilizmu to problem nieograniczający się do środowisk literackich, jest tom felietonów pisanych przez informatyków. Piotr Fuglewicz, jeden z animatorów fermentu intelektualnego w środowisku informatycznym, przysłał mi „Zapiski na balonie – świat w oczach informatyków” (Wyd. NAKOM, Poznań 2003). Zawarte w tomie teksty kilku publikujących w prasie komputerowej autorów łączy jedna cecha – są to refleksje ludzi, dla których sprawa logicznego uporządkowania świata, merytorycznej i semantycznej przejrzystości, jest podstawowa. Edwin Bendyk pisze we wstępie do zbioru: Informatyk [.] pisząc swoje logiczne teksty, nie odwzorowuje rzeczywistości bezpośrednio, lecz zajmuje się tłumaczeniem na język programów komputerowych innych tekstów, pisanych przez naukowców, ekonomistów, prawników i polityków. Jak się można spodziewać, im dalej odchodzi się od praw materii, im głębiej wchodzi się w sprawę ludzką, tym większe trudności i frustracje: Teksty prawne: ustawy, rozporządzenia, na podstawie których mają powstać programy obsługujące szeroko rozumiane życie publiczne, mają różną wartość logiczną, mieszczą się gdzieś w obszarze między ścisłością reprezentacji naukowej a gadulstwem tekstu literackiego. W naszej rzeczywistości najczęściej zbliżone są do literatury, i to w wersji postmodernistycznej. W rezultacie pojawia się problem fundamentalny: tekstu pozbawionego logiki na tekst logiczny przełożyć się nie da. Bardzo duża część twórczości felietonowej informatyków to sprawozdania z walki umysłów logicznych z nieprzejrzystością ludzkiego świata, z ujawniania absurdów, absurdów udających logikę i uporządkowanie, a pojawiających się w świecie administracji, polityki, podatków i ubezpieczeń. Osobny dział to atak na nieprzejrzystość na styku zasad wolności, demokracji, praw człowieka i mechanizmów rynku, rzeczywistości Microsoftu i innych ponadnarodowych kolosów rynku komputerów i programów. Przypomina się opisane przez Chwina pomieszanie „dobrego” z „korzystnym”. Bardzo często da się wyczytać między linijkami felietonów podstawowe pytanie: czy w swojej zasadzie świat jest logiczny, podatny na matematyczny opis, czy gdzieś w jego głębi tkwi stałe źródło zamętu. Tęsknota za jasnością obrazu, za przekładalnością bytu na program komputerowy przypomina tęsknotę gdańskiego pisarza z czystym sumieniem, jasnym cennikiem zła i dobra, kary i nagrody.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Z tekstów pisanych przez informatyków przebija pogodny pesymizm. Wszyscy oni zmierzyli cwaniactwo, pychę, naiwność i niekompetencję świata aparatem logicznych języków programowania. Nie mają złudzeń – wysiłek elity myślących poprawnie nie na wiele przydaje się światu ogłupiałemu pieniędzmi, władzą i nowymi możliwościami technologii. Wiedza jest tak samo bezsilna wobec nihilizmu poznawczego – zawinionej głupoty, jak i wobec nihilizmu moralnego – posługiwania się wiedzą dla okradania, oszukiwania i zniewalania społeczeństw. Piękne jest to, że gorzka świadomość nie owocuje nihilizmem u samych informatyków, raczej można im przypisać coś w rodzaju wiary w postęp. A może to kwestia wyboru tekstów w zbiorze – ku pokrzepieniu serc?

Sporo podobnych myśli napędził mi wywiad z Wiktorem Osiatyńskim „Politycy pod kontrolę” (rozmawiają Krzysztof Burnetko i Jarosław Makowski; „Tygodnik Powszechny” 20 kwietnia 2003). Mówił swoim rozmówcom Wiktor Osiatyński: A przecież państwa nie można sprowadzić [.] do polityki [.]. Państwo to przede wszystkim prawo i wolni obywatele. Państwo, w którym nie ma jasnych granic między tym, co polityczne, a tym, co ustrojowe i instytucjonalne, jest niechlubnym dziedzictwem komunizmu. [.] Do polityki na każdym szczeblu pcha się dużo hołoty, czasem psychopaci, czasem złodzieje, wystarczy spojrzeć wokoło. Lecz znowu: nie trzeba rozpaczać, bo tak jest w każdej demokracji. [.]: Dlatego w polityce wierzyć trzeba nie tyle w ludzi, co w mechanizmy kontrolujące ich poczynania. Po lekturze informatyków niezbyt udaje mi się wiara w prawo i mechanizmy kontrolne. Prawo tworzą ludzie – i dalekie jest ono od logicznych norm. Mechanizmy kontrolujące też są dziełem ludzi. Wolni obywatele to piękna idea, ale wolność nie musi owocować dobrem. Moim zdaniem – rozpaczliwie jest, gdy psychopaci i złodzieje na górze zmieszają się z poczciwymi miernotami i skrzętnymi oportunistami. Klęską jest, gdy niektórych spośród nich media proponują jako autorytety, a brak innych autorytetów, lokalnych czy powszechnych, którym się ufa.

Kontrolerzy są ludźmi. Jeśli brak cnót obywatelskich twórcom mechanizmów kontrolnych, jeśli tych cnót brak wykonującym kontrolę, polityka musi być chora. Chora polityka to pomnażanie nieprzejrzystości świata i języka o nowe strefy mroku i mgły, strefy chroniące afery. Czy literatura ma się zajmować polityką i aferami? Jeśli potrafi robić to po literacku, to pewnie tak. Trzeba jednak znać swoje miejsce. Tak jak informatycy nie powołają jednak „policji logicznej”, tak i literatów nie namawiam do „policji obyczajowej”. Chwin ma rację, posyłając literatów ku „strefom nieprzejrzystości”. Tyle że tam trzeba iść ze światłem nadziei. Dla państwa jedyną i najważniejszą nadzieją jest wychowanie ludzi w cnotach – odwagi i wierności, zwięzłości i umiaru mowy, uprzejmości, życzliwości, punktualności, poczucia humoru, wrażliwości na krzywdę, wyobraźni. Dla literatury nadzieją jest zadawanie takich pytań, które z wolnych obywateli tworzą dobrych ludzi. I wszystko to trzeba robić w sytuacji zagrożenia nihilizmem.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.