Jesień 2020, nr 3

Zamów

Tęsknota przeciw tęsknocie?

Pan Krzysztof Jankowiak pisze o swojej „tęsknocie za liturgią naprawdę odnowioną” („Więź” 2003 nr 2). Odbieram jednak jego wypowiedź jako żal zawiedzionej nadziei. Cały czas chodzi mu przecież o to, że miało być inaczej, ale się nie udało, reformy nie zostały w pełni zrealizowane albo się je szkaradnie wypacza. Ludzie nie doceniają reformy liturgicznej tylko dlatego, że nie została ona w pełni zrealizowana. Jest więc źle – ale jednocześnie tak dobrze, że „westchnienia” za dawną liturgią mogą tylko napawać smutkiem.

Modlitwa zanurzona w wiekach

Trudno mi dzisiaj powiedzieć, czy w kościołach, do których uczęszczałem od dzieciństwa, zrealizowano w pełni wymagania przedstawione przez pana Jankowiaka – spodziewam się, że nie. Ale mogę powiedzieć, że czasami bardzo o to zabiegano. Od czasów szkoły średniej w latach osiemdziesiątych przeżyłem co najmniej jedną parafialną „pełniejszą reformę liturgiczną”: nowy proboszcz, profesor seminarium w wielkim mieście i autor dzieła o uczestniczeniu w Mszy, zaczął od odmawiania Komunii przyklękającym (gdyż chciał szybko wprowadzić procesję komunijną) oraz poświęcał sporo czasu odzwyczajaniu ludzi od klękania na „Baranku Boży” i. przy stacjach Drogi Krzyżowej. I udało mu się te „nawyki przedsoborowe” wykorzenić! Potem gdzie indziej – przez kilka lat, przez pewien czas właściwie codziennie – uczestniczyłem w liturgii sprawowanej na pewno dość blisko ideału mojego polemisty. Ołtarz posoborowy był blisko, miejsce przewodniczenia wyodrębnione, celebrans siedział przodem do nas (i tyłem do Najświętszego Sakramentu, choć wciąż jeszcze nie w jego miejscu), proboszcz był po swojemu bardzo staranny w liturgii. A jednak gdy tylko powstała taka możliwość, wolałem jeździć co niedziela do odległego o trzydzieści kilometrów kościółka, gdzie „Msza po staremu się odprawia”.

Odtąd, o ile coś mi w tym nie przeszkodzi, staram się uczestniczyć regularnie w starej Mszy – ośmielam się sądzić, że świadomie, czynnie i (wciąż nie dość) owocnie. Wakacje spędzamy rodzinnie w klasztorze, gdzie możemy być codziennie na Mszy tradycyjnej – do wyboru: cichej lub konwentualnej (zresztą sprawowanej zgodnie z normami konstytucji soborowej). Poza tym miałem okazję odwiedzać różne ośrodki liturgii tradycyjnej w Europie, uczestniczyć w poświęconych klasycznemu rytowi rzymskiemu sympozjach międzynarodowych. Przy ołtarzu widziałem wielu księży, starych i młodych, odprawiających mniej lub bardziej pobożnie i starannie. Liturgię tradycyjną znam zarówno z „wzorcowych” celebracji benedyktyńskich czy seminaryjnych, jak i z codziennych Mszy „prywatnych” albo tych polowych, na pielgrzymce. Uczestniczyłem w takich Mszach zarówno pośród kilkunastu tysięcy ludzi, jak i będąc jedynym na ziemi naocznym świadkiem celebrowania cichej Mszy przy bocznym ołtarzu.

W tym czasie uświadamiałem sobie stopniowo, jak wiele wolności dają nam sprecyzowane ramy tego rytu. Uczestnicząc w nim, mam poczucie wolnego dostępu do Tajemnicy, bez przymusu dochodzenia do niej na komendę padającą z głośnika. Czasem śledzę w mszaliku słowa modlitw odmawianych po cichu, czasem – patrząc na wymowne gesty celebransa – jestem z nim obecny w „jego i mojej ofierze”, czasami rozwijam sobie w modlitwie teksty własne Mszy: introity, graduały, offertoria. Innym razem wypowiadam modlitwę razem z innymi w śpiewie łacińskich części stałych (których melodia zmienia się zależnie od wymagań roku liturgicznego) i w polskich pieśniach. Mam też wiele drobnych gestów, którymi mówię więcej, niż zdołałbym powiedzieć słowami: gdy np. pochylam głowę przy imieniu Jezus, klękam na oba kolana, kiedy w Credo mowa, że „stał się człowiekiem”, przyklękam w trakcie Prologu Ewangelii św. Jana dla uczczenia Słowa, które „stało się ciałem”. To modlitewna „mowa ciała”, niewymyślna, za to zanurzona w wiekach. Tak modlili się moi przodkowie, ci ze „świętych obcowania”.

Przygotować siebie, nie liturgię

Dziwi mnie fakt, że pan Jankowiak najwyraźniej odbiera moją, po części zresztą spełnioną „tęsknotę za dawną liturgią” jako coś dotkliwego dla siebie, może oburzającego. Otóż, Drogi Bracie, nie wiem, skąd tyle żalu. Jak dotąd, to ja miałem podstawowe kłopoty z uczęszczaniem na Mszę, którą kocham, chrzczeniem swoich dzieci w obrzędzie, który rozumiem i miłuję (a w którym zapewne obaj byliśmy ochrzczeni) – a nie Ty. Nikt Ci nie odbiera Twoich wspólnotowych marzeń i celebracji. Pozwól innym żyć tą czcigodną liturgią, którą kochają – wraz z rzeszami świętych, którzy ją miłowali. Nie sądzę bowiem, aby to właśnie nasze przywiązanie do liturgii tradycyjnej było powodem, że umiłowana przez Ciebie liturgia wygląda w parafiach tak miałko i bezdusznie, a reforma wciąż nie jest dość zadowalająca. Nie zrzucaj winy na „nawyki przedsoborowe” w czasach, gdy kolejne roczniki księży nie mają zielonego pojęcia o starej liturgii i wchodzą w swe kapłańskie życie z utrwalonym przekonaniem, że w liturgii wszystko, co dobre, zaczęło się około roku 1969.

Pan Jankowiak ma do mnie pretensje, że mimo mojego wieku „posoborowego” dawną liturgię cenię wyżej od liturgii zreformowanej. Owszem, nie tylko wysoko cenię stary ryt, ale też go znam, nie tylko z teorii, także z niedzielnej Mszy. Mój polemista zaś i nie ceni dawnej liturgii – i jej nie zna.

Zadziwia mnie konsekwentna asymetria sądu: do pognębienia liturgii tradycyjnej wystarczy skromny akapit – za to, gdy przechodzi się do odmalowania liturgii zreformowanej, potrzeba kilku stron na żmudne odróżnianie praktyki i prawodawstwa reformy. Mszę tradycyjną można skreślić z powodu wspomnień o niedbałym proboszczu i złym organiście, za to w przypadku liturgii zreformowanej trzeba przecedzać komara i ubolewać, że doskonałej reformy wciąż jeszcze nie zrealizowano – tylko czasami, na chwilę, zstępuje ona na nasz ziemski padół z czystego nieba liturgicznych idei. Niestety, mnie taka wizja reformy przypomina opowieść o szklanych domach.

Czy zatem po raz kolejny ludzie nie dorośli do projektów reformatorskich? Może jednak trzeba odważnie zapytać, czy powodem podkreślonego w polemice rozziewu między oczekiwaniami i praktyką nie jest po prostu utopijny charakter tych oczekiwań. Sądzę, że słusznie jeden z uczestników Dni Liturgicznych w Fontgombault w 2001 r., ks. François Clément, sformułował tezę, iż wymagania postawione przez reformę celebransowi są nie tyle nadprzyrodzone, co nadludzkie: ciągła troska o to, co należy powiedzieć, skomentować, wybrać, o dostosowanie tego do zgromadzenia, które ma się przed sobą – oto skąd się bierze koncentracja na tym, co drugorzędne („Christianitas” 2001 nr 9, s. 65). W optyce mojego polemisty za błędy i nijakość liturgii posoborowej odpowiada – oczywiście poza złymi nawykami przedsoborowymi – niedostateczne „przygotowanie” liturgii. Pan Jankowiak jest przekonany, że liturgię trzeba przygotowywać, podczas gdy ja sądzę, że przygotowywać należałoby raczej siebie samego i innych, a liturgię po prostu przyjąć od Kościoła. Oto jedna z zasadniczych, niestety dzielących nas różnic – która jest do pewnego stopnia także jedną z różnic akcentu między dwoma mszałami rzymskimi, starym i nowym. Taka była też różnica między dwoma nurtami dawnego ruchu liturgicznego: podczas gdy jego prekursorzy z benedyktyńskich klasztorów w Solesmes i Beuron chcieli przybliżyć lud do obrzędów, Dom Beauduin i liturgiści z paryskiego Centrum Duszpasterstwa Liturgicznego woleli zmieniać obrzędy dla ludu z ery industrializacji, „demokratyzować liturgię”. Jak wiadomo, mimo umiaru konstytucji soborowej, praktycznie zwyciężyła ta druga tendencja. Paradoks polega na tym, że wczorajsi inżynierowie wielkiej przebudowy mówią nam dziś: nie trzeba nic zmieniać w (zreformowanych) obrzędach, tylko je poprawnie celebrować i intensywnie objaśniać. Nie mogą się nadziwić, że liturgia, raz zmieniona od podstaw, zmienia się w nieskończoność. Niestety, ta liturgia nie ma innej kotwicy stabilności poza powtarzanymi nakazami władzy kościelnej, która najwidoczniej jest bezsilna względem żywiołów. A kotwicy bezpośredniego związku z wiekową tradycją raczej tu brak. Okręt dryfuje więc na falach.

Inżynieria zamiast organicznego rozwoju

Rozpatrzmy teraz kilka ważniejszych kwestii szczegółowych. Najpierw sprawa ciszy. W debacie „Czy potrzebna jest reforma reformy?” („Więź” 2002 nr 12), gdy ubolewałem z powodu braku ciszy w liturgii zreformowanej, nie chodziło mi o taką ciszę, w której akcja liturgiczna „zwalniałaby tempo”, aby niektórzy mogli ją wypełnić swymi pobożnymi myślami; raczej o ciszę przeznaczoną do napełnienia samym liturgicznym działaniem. Tak właśnie jest w przypadku długiej ciszy zachowywanej w rycie tradycyjnym w trakcie całego Kanonu eucharystycznego: celebrans odmawia w ciszy najważniejsze modlitwy Mszy, a wierni – zwłaszcza jeśli zadbano o ich elementarną formację liturgiczną w ramach katechezy – wiedzą dobrze, że to centralna część Mszy, w którą można się włączać na wiele sposobów. Nie dziwię się, że dziś cisza jest traktowana jako przerywnik, coś „pomiędzy” kolejnymi składnikami akcji liturgicznej – w liturgii zreformowanej taka rola ciszy ewidentnie jej „przypadła”; w liturgii tradycyjnej zaś jest ona tłem działania. To właśnie w ciszy spełniają się Tajemnice wiary. Może więc należy raczej uczyć ludzi udziału w tej ciszy, niż mnożyć dialogi, dodawać komentarze?

Po drugie: kierunek celebracji. Argument pana Jankowiaka, jakoby teraz gdzieniegdzie można było odczuć, że liturgia to „dzieło wspólne” – nie jest dla mnie w ogóle przekonujący. Kwestia odczuć to zresztą trudna sprawa. Gdy w latach pięćdziesiątych Paul Claudel zauważył, że proboszcz ustawił możliwie jak najbliżej wiernych zaimprowizowany ołtarz, na którym krucyfiks jest nieobecny, a cała operacja sakralna odbywa się [.] na oczach publiczności, uznał to za „kompletną niedorzeczność”, degradującą wiernych w nawie: Teraz msza nie jest już naszym dziełem. [.] Miast być kapłanami, jesteśmy już tylko świadkami, widzami („Dziennik 1904-1955”, Wniebowzięcie 1953). Takie było jego wrażenie, na pewno nieprzypadkowe. Minęły lata i w roku 1995 jeden z architektów reformy liturgicznej, sędziwy dziś ojciec Louis Bouyer, napisał ostro i może nawet zbyt surowo, że przez odwrócenie kapłana do wiernych liturgia stała się widowiskiem (por. posłowie do: K. Gamber, „Zwróćmy się ku Panu!”). Nie powtórzyłbym jego słów, ale w istocie odczuwam to samo. Chciałbym, by celebrans był moim przewodnikiem w drodze, idącym przede mną w tę samą stronę – ale po co ma być przewodniczącym z prezydium, patrzącym na mnie zza stołu?

Poza tym sądzę, że przedstawianie nam „otaczania ołtarza przez wspólnotę” jako utęsknionego urzeczywistnienia intencji II Soboru Watykańskiego, to liturgical fiction. Gdzie, poza własnym przeświadczeniem o słuszności tego rozwiązania (wyrosłym może także z przeświadczenia duszpasterza X lub teologa Y), pan Jankowiak, rzecznik prasowy Ruchu Światło-Życie, znalazł powód, by tak odczytywać życzenie ostatniego soboru powszechnego? Cytowany fragment z konstytucji liturgicznej o uczestnictwie wiernych (n. 48) przecież o tym nie mówi.

Pan Jankowiak uważa, że zwielokrotnienie modlitw eucharystycznych – co dokonało się w drugiej fazie reformy posoborowej, a nie miało żadnej podstawy w dokumencie Soboru – jest ilustracją tego, iż „nie jesteśmy gorszymi chrześcijanami” od pokoleń pierwszych wieków Kościoła. Wygląda jednak na to, że czujemy się nie gorsi czy tak samo dobrzy, ale po prostu lepsi: po wiekach używania na Zachodzie jedynego Kanonu dodano doń najpierw trzy nowe Modlitwy Eucharystyczne, w tym dwie będące bezspornie kompozycjami zupełnie nowymi, autorskimi projektami liturgisty; potem doszły jeszcze kolejne utwory, w tym niejasna doktrynalnie tzw. V Modlitwa Eucharystyczna. Zapytajmy, dlaczego na długo zanim św. Pius V w XVI wieku kodyfikował Mszał Rzymski, nie było na Zachodzie innej modlitwy eucharystycznej, choć było tam bardzo wiele rytów i jeszcze więcej zwyczajów lokalnych, właściwie niekontrolowanych prawem liturgicznym? Dlaczego tamci ludzie, chrześcijanie nie gorsi od nas, tak skądinąd dbali o swoje lokalne zwyczaje i nabożeństwa, wszędzie respektowali ten jeden jedyny Kanon? Ja też uważam, że nie powinniśmy być gorszymi chrześcijanami od tamtych ludzi, których było stać na pokorę i umiejętność dziedziczenia.

Oczywiście chrześcijanie kolejnych epok „dodawali” zawsze coś do skarbca liturgii. Ale – podkreślałem to mocno w debacie – czym innym jest sedymentacja liturgii, czyli organiczny, jednorodny jej rozwój, a czym innym inżynieryjne przetwarzanie całości, tworzenie zupełnie nowych obrzędów, nawet za pomocą czcigodnego budulca biblijnego. Kanon rzymski traktowano tak poważnie, że na etapie reformy trydenckiej, po blisko tysiącu lat jego dojrzewania – mając pewność bezbłędności jego formuł – odstąpiono od jego rozwijania. Pierwszą po kilku wiekach zmianą było wprowadzenie przez bł. Jana XXIII w 1962 r. imienia świętego Józefa – nic nie stoi na przeszkodzie, by właśnie coś takiego uznać za uprawnione „dodawanie”, niezmieniające rdzenia i całego organizmu liturgii. Być może w tych samych ramach mieściłoby się nawet, dokonane w trakcie reformy posoborowej, niezwykle kontrowersyjne przeredagowanie samej formuły towarzyszącej konsekracji – o ile chodzi tylko o dodanie w konsekracji chleba słów quod pro vobis tradetur („które za was będzie wydane”), a nie o dość nonszalanckie usunięcie starożytnych słów mysterium fidei („tajemnica wiary”) z samego środka formuły konsekracji wina! Ale praktyczne zastąpienie całego Kanonu przez różne wielowariantowe kompozycje współczesne, to już coś innego. To jest właśnie nowa liturgia, a nie liturgia rzymska odnowiona.

Mój polemista odrzuca uwagę, że w obecnych tekstach liturgicznych usunięto wymowne fragmenty ukazujące dramatyzm walki między łaską i grzechem – przeciw temu cytuje kilka fragmentów z tej modlitwy eucharystycznej, której się praktycznie nie odmawia, bo jest „do wyboru”. A ja chciałem po prostu zwrócić uwagę, że z modlitw kolekty, które zawsze się odmawia obowiązkowo w niedziele i święta, zostały metodycznie usunięte wspomnienia o grzechu, walce duchowej, słabości naszej natury, pomocy Bożej przeciw szatanowi.

W polemice pana Jankowiaka zawarty jest też żal, że nie napiętnowaliśmy w debacie różnych nadużyć, łamania przepisów kościelnych itp. Otóż takie było założenie debaty, że mówimy o rzymskiej normie (starej i nowej), a nie o praktyce parafialnej, która zawsze bywa – i bywała – tu czy tam kulawa.

Droga ratunku tylko w głąb

Minęło trzydzieści lat od promulgowania Mszału Pawła VI. Dzisiaj także wielu entuzjastów reformy liturgicznej dostrzega jej bezdroża – czasami tylko te związane z ułomnością ludzką w celebrowaniu nowej liturgii, a czasami także te związane z ułomnością ludzką w jej wytworzeniu w ciągu kilku lat bardzo pospiesznej pracy. Ale gorzkim uwagom o braku liturgii „naprawdę odnowionej” wciąż towarzyszą pomruki niechęci względem tradycji liturgicznej. Żal mi, gdy patrzę, w jaką pułapkę wpadli teraz ludzie, którzy wartość nowej liturgii mierzyli przede wszystkim pognębianiem starej – teraz każdą wieść o renesansie przywiązania do Mszału św. Piusa V odbierają jako atak na „dzieło Soboru”. Sztuczna dialektyka i logika zerwania nie pozwalają im dzisiaj spojrzeć prawdzie w oczy, zrewidować swych emocjonalnych blokad. Dlatego zapewne wolą przezwyciężać kryzys liturgiczny, aplikując większe dawki tego samego leku, który sprowadził zapaść. Tak rozumiem powszechne wymaganie większej kreatywności, znajdujące się na zapleczu bardziej umiarkowanego postulatu „lepszego przygotowywania” liturgii. Autorom postulatu chodzi o wyrwanie celebracji z objęć rutyny, tak bardzo kontrastującej z zaplanowaną „autentycznością” nowej liturgii, która ma „odpowiedzieć” na aktualne zapotrzebowanie wspólnoty. Niestety, domaganie się, by parafialni planiści liturgiczni lepiej planowali, wykorzystywali rozmaite dostępne warianty i możliwości, przeradza się najczęściej w manię zmiany, dostosowywania świętej liturgii do wyobrażeń o tym, co „nam jest potrzebne dzisiaj”. Trzeba mieć pojęcie liturgii oderwane od pojęcia ciągłości, aby podporządkowywać liturgię geniuszowi celebransa lub „zespołu”. Prawdę mówiąc, z dwojga złego wolę już wtedy rutynę, w której konieczny podatek na rzecz wymaganej spontaniczności spłaca celebrans („Za chwilę usłyszymy Słowo Boże”), a reszta jest po prostu z mszału, według standardu minimum, „zestaw nr 2”. Zwyczaj, który nakazuje przypominać choćby jednym przekręceniem formuły z mszału, jacy to jesteśmy ludzcy i bezpośredni, oczywiście też mrozi. Ale przynajmniej jest przewidywalny, daje choć trochę tej pozornej monotonii, w której uwaga przestaje się zajmować pytaniem: „ciekawe, co będzie dalej?”, nie nasłuchuje jakichś nowych słów i nie czeka nowych gestów – a może po prostu przysiąść u stóp Pana, powtarzając Mu poważne słowa miłości, znane od dzieciństwa.

Oczywiście, nie sądzę, byśmy byli skazani na wybór między rutyną „spontaniczności” i utopią planowania. Jednak droga ratunkowa w obecnym kryzysie prowadzi tylko w głąb, gdyż same chwiejne instytucje dzisiejszej liturgii, praktycznie zbyt zależne od ludzkich gustów, niewiele tu pomagają. Dobrze, że kard. Ratzinger powiedział niedawno głośno, iż reforma liturgiczna Pawła VI, dokonana po Soborze, była jednym z możliwych zastosowań „Sacrosanctum Concilium”, ale nie jedynym. Soborowy tekst o liturgii nie sprowadza się do tej reformy. A jeśli ktoś wypowiada jakąś krytykę względem tej reformy, nie krytykuje przez to z konieczności Soboru (cyt. „Christianitas” 2001 nr 9, s. 5). Słowa te wyznaczają perspektywę dalszego szlaku. Nowy ruch liturgiczny musi przejść z obecnej fazy obaw i spostrzeżeń, że dzieje się coś złego, do świadomego wyboru naprawy, i to nawet tam, gdzie będzie ona równoznaczna z powrotem do zacieranej ścieżki.

Do zrobienia jest i będzie bardzo dużo – potrzebne są dziesiątki lat nawrócenia ku „duchowi liturgii”, pracy edukacyjnej i reform struktur. Ale sądzę, że już dziś powszechne prawo liturgiczne – mimo swoich ułomności – daje szereg możliwości, aby poprawiać to, co się da poprawić. Większość z tych możliwości, zapominanych lub lekceważonych, przekreślanych via facti, polega na swoistym samoograniczeniu celebransa, umiarze i wyrzeczeniu; inne zakładają jednocześnie jego roztropność i męstwo. Myślę, że od zaraz jest możliwe ograniczenie – choćby tylko we własnych celebracjach – zgubnego nawyku „twórczości” i lekceważenia liturgicznego ordo. Przecież księża mogliby nie mnożyć swoich, zwykle dość banalnych, wstawek w postaci przywitań, zapowiedzi, komentarzy – niech kapłan mówi swym żywym słowem, oby mądrym i gorącym, w homilii (lub w jakimś komentarzu przed liturgią), a gdzie indziej da po prostu mówić liturgii, używając jej niezmienionych formuł. Następna sprawa: czy nie jest możliwe, aby powstał wśród księży prąd praktycznego stosowania (a nie tylko deklarowanego umiłowania) Kanonu Rzymskiego? Znam księży, którzy używają tej czcigodnej modlitwy. Od nawyku takiego celebrowania prywatnego należałoby przejść do upowszechnienia tej praktyki we Mszach „z ludem”, zwłaszcza niedzielnych. Wymaga to co prawda pokojowego sforsowania pewnych uprzedzeń, lecz chyba przede wszystkim przełamania lenistwa i ducha łatwizny. Dalej: ważne byłoby powstrzymanie się od zbanalizowanej, ucodziennionej koncelebry, traktowanej jako standard. Intencją Soboru było wyraźnie dopuszczenie jej w określonych wypadkach, gdy rzeczywiście daje ona obraz zjednoczenia różnych stopni święceń w akcie liturgicznym (zwłaszcza gdy koncelebrze przewodniczy biskup). Dziś każdy kapłan teoretycznie zachowuje prawo do celebracji indywidualnej – czy nie można z tego prawa korzystać, mimo niezrozumienia, wzruszania ramion, a nawet dzwonienia kluczami przez zdenerwowanego „fanaberią” zakrystianina?

I jeszcze jedno: sądzę, że ponowne odkrycie i umiłowanie celebracji orientowanej – w której celebrans i lud kierują się razem w jedną stronę, ku Panu, który przychodzi – ma kluczowe znaczenie dla powodzenia nowego ruchu liturgicznego. Jeśli naprawdę gdzieś nie ma możliwości, aby kapłan przy ołtarzu stanął po stronie ludu, a twarzą versus Dominum, należałoby korzystać z ułatwiającej, skromniejszej propozycji kard. Ratzingera: niech na ołtarzu, na jego środku – właśnie między celebransem i ludem – stanie krucyfiks, który, zamiast naszych twarzy i mikrofonu, skoncentruje naszą uwagę, potrzebną w dynamice modlitwy.

Reforma reformy jest możliwa

Już te cztery kroki dałyby bardzo dużo. A przecież, także w ramach obecnego prawa powszechnego, można jeszcze więcej: używać łaciny w niektórych częściach Mszy, zabiegać o choćby podstawowy repertuar chorału gregoriańskiego (Kyrie, Gloria, Credo, Sanctus, Agnus Dei, Ite missa est); przejąć z tradycji liturgicznej pewne wymowne gesty kapłańskiej pobożności (nikt przecież nie zabroni celebransowi trzymać po konsekracji złączonych palców, którymi dotykał przed chwilą Ciała Pańskiego. podobnie nikt nie zabroni mu odmawiać przed Mszą w kościele Psalmu 42 Introibo ad altare Dei); ściszać głos w trakcie Kanonu (może wystarczyłoby nieużywanie wtedy mikrofonu?). Nie są to propozycje czysto teoretyczne – każdy z tych potencjalnych zabiegów ma solidną podstawę w tradycji i prawie Kościoła. Co więcej, właściwie wszystkie te praktyki stosowane są już przez niektórych księży diecezjalnych, np. wśród młodszego duchowieństwa francuskiego (jak wiadomo, nastawionego coraz bardziej tradycyjnie.) czy amerykańskiego. Wierzę, że tacy księża są i w Polsce, i że nie zniechęci ich ostracyzm, konformizm czy inercja. Z pewnością niektóre zasadnicze posunięcia – zarówno w sferze aktów prawodawstwa, jak i zmiany klimatu – zawsze będą należały do Rzymu. Ogromnie ważna, w pewnym sensie decydująca, jest postawa biskupów w diecezjach. W każdym razie w epoce kultu „prekursorów” umiarkowane i zdecydowane prekursorstwo w odzyskiwaniu zagubionych bogactw tradycji liturgicznej nie powinno nikogo gorszyć. W końcu kudy takim „prekursorom” do śmiałości apostołów tańca liturgicznego czy pantomimy po Ewangelii? Trzeba tylko trochę cywilnego i kapłańskiego męstwa w wykonywaniu prawa powszechnego, nieograniczonego do „celebry w małych grupach” czy odprawiania sine populo.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Wracając jeszcze na sam koniec do naszego wadzenia się o liturgię z panem Jankowiakiem: fakt, że my, dwaj świeccy, toczymy właśnie publiczny i zapalczywy spór o „dzieło Boże”, jest z pewnością jakimś owocem Vaticanum II. Owocem, w którym widzę coś bardzo dobrego. Szkoda tylko, że nasze tęsknoty krzyżujemy, jak szpady, nie w środku pięknego ogrodu odnowy, lecz w ruinach kryzysu. Osobiście wyrażałem już nieraz nadzieję, że oba ryty rzymskie, będące dziś w swych wersjach wzorcowych jedynie odmiennymi wyrazami tej samej wiary, nie rozejdą się zbyt daleko, a raczej będą stopniowo odnajdywały swoją jedność – dzięki celebrowaniu starego rytu zgodnie z autentycznymi normami Vaticanum II i dzięki „reformie reformy”, która przywróci rytowi zreformowanemu jego nadwątloną więź z tradycją rzymską i dyrektywami konstytucji liturgicznej. Obawiam się, że chociaż dzielimy z panem Jankowiakiem tę samą wiarę, nie będziemy się mogli odnaleźć na jednej, tak samo umiłowanej liturgii. Ale warto już dziś myśleć o tym, by tą odnowioną jednością liturgiczną mogły się cieszyć następne pokolenia.

Paweł Milcarek

Paweł Milcarek – ur. 1966, filozof i publicysta, adiunkt na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Redaktor naczelny kwartalnika „Christianitas”. Żonaty, troje dzieci. Mieszka w Brwinowie koło Warszawy.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.