Jesień 2020, nr 3

Zamów

Majstrowanie przy człowieku rozmowa

Z prof. Andrzejem Paszewskim, genetykiem z Instytutu Biochemii i Biofizyki PAN, rozmawia Tomasz Wiścicki

– Skąd się w ogóle wzięła bioetyka?

– Zaczęło się to wszystko mniej więcej trzydzieści lat temu, kiedy Kongres Stanów Zjednoczonych powołał specjalną komisję do wypracowania zasad postępowania w przypadku medycznych i behawioralnych eksperymentów z ludźmi. Była to pierwsza w historii komisja powołana przez organ polityczny, która miała na celu wypracowanie zasad etycznych. Jej powstanie było nieprzypadkowe. Powołano ją dlatego, że wykryto pewien eksperyment, który został przeprowadzony z grupą sześciuset chorych na syfilis Murzynów ze stanu Alabama. Eksperyment polegał na tym, że ich po prostu nie leczono, a po śmierci zrobiono sekcję zwłok dla zbadania, jakie skutki wywołuje ta choroba. Gdy wyszło to na jaw, zrobił się wielki hałas i powołano komisję.

Jednak termin „bioetyka” przy tej okazji jeszcze się nie pojawił. Prawie w tym samym czasie na Uniwersytecie Georgetown grupa teologów, głównie protestanckich, i filozofów, zajęła się problemami etycznymi związanymi z biomedycyną w szerszym kontekście. To właśnie oni pierwsi nazwali się bioetykami. A potem już powstały następne podobne grupy, tworzono różne komitety i instytuty, pojawiły się bioetyczne periodyki.

– Etyka, jak wiadomo, odnosi się do różnych dziedzin ludzkiego życia. Tymczasem można odnieść wrażenie, jak gdyby bioetyka nie była po prostu jedną z etyk szczegółowych, lecz czymś jakościowo odmiennym. Czy więc jest to etyka odniesiona do eksperymentów bioetycznych, czy też rzeczywiście jest to coś innego? I czy w ogóle to „coś innego” jest potrzebne?

– Początkowo bioetykę można było uznać za pewną etykę szczegółową. Niektórzy dalej tak uważają, chociaż wielu poważnych autorów sądzi, że stała się ona rodzajem dyskursu, w którym biorą udział – prócz etyków – również ekonomiści, biologowie, lekarze, prawnicy, reprezentanci przemysłu, słowem – ludzie, którzy z różnych punktów widzenia patrzą na problemy związane z biomedycyną. Bioetyka przestała właściwie być działem etyki – stała się czymś znacznie szerszym. Oczywiście większość problemów, którymi zajmuje się dziś bioetyka, nie jest tak naprawdę problemami nowymi. Zwiększyła się tylko waga niektórych z nich w związku z nowymi możliwościami ingerencji w wyposażenie genetyczne organizmu, jakich dostarcza współczesna genetyka i embriologia. Jako genetyk zainteresowałem się toczoną w tej materii dyskusją.

Erwin Chargaff – światowej sławy biochemik, który otarł się o Nagrodę Nobla – wskazuje, że powstała nowa profesja: bioetyk. Uczony ten zauważa, że dawniej nikomu nie przychodziło do głowy tworzenie etyki poszczególnych dziedzin nauki. Etyka geologii czy chemii wydawała się równie absurdalna, jak etyka gry w szachy albo na skrzypcach.

Osobiście jestem przeciwny nadawaniu nadmiernego znaczenia etykom szczegółowym. Zaczynają one – tak jak bioetyka – pełnić rolę pars pro toto. Dyskurs bioetyczny, który przetacza się szczególnie przez kraje rozwinięte, sprawia wrażenie, jakby to były jedyne problemy w badaniach biomedycznych i praktyce lekarskiej. W konsekwencji lekarz, który będzie lekceważył pacjenta, ale który będzie przestrzegał procedur ustalonych przez jakiś komitet etyczny, będzie mógł uchodzić za kogoś postępującego etycznie. Można też odnieść wrażenie, że są to jedyne problemy etyczne, z którymi boryka się społeczeństwo. Tymczasem ten dyskurs, trwający już trzydzieści lat, jest podtrzymywany dużymi pieniędzmi, które za nim stoją, mimo że często jest zupełnie jałowy.

– Czy w bioetyce istnieje pewien kanon podstawowy, na który wszyscy w zasadzie się zgadzają?

– Nie. Ci, którzy zabierają głos na tematy bioetyczne, wychodzą z różnych postaw filozoficznych. Narodowe czy międzynarodowe komitety bioetyczne działają na zasadzie consensusu. Etyka natomiast zajmuje się przekonaniami, co do których nie może być consensusu, ponieważ ich prawdziwości nie można udowadniać. Można jedynie je uzasadniać, co czasem udaje się lepiej, czasem gorzej. Mogę kogoś przekonać do moich poglądów, ale nie możemy osiągnąć co do nich consensusu. Jeżeli uważam, że płodu nie można zabijać, a ktoś inny jest zdania, że do trzeciego miesiąca można, to nie dojdziemy przecież do wspólnego, kompromisowego przekonania, że zabijać można do szóstego tygodnia. Kompromisy pojawiają się w rozwiązaniach legislacyjnych, przyjmowanych na drodze głosowania, czasem będących wynikiem jakiegoś wspólnego minimum moralnego.

W debacie bioetycznej, szczególnie na szczeblu publicznym, unika się jakiejkolwiek metafizyki. Mówi się o godności osoby ludzkiej, jej autonomiczności czy wolności, natomiast unika się definiowania, kto jest osobą – a jest to bardzo istotne z punktu widzenia statusu embrionów ludzkich – ponieważ to od razu uniemożliwiłoby osiągnięcie consensusu. Dotyczy to m.in. konwencji Rady Europy o ochronie praw człowieka i godności istoty ludzkiej wobec zastosowań biologii i medycyny czy też powszechnej deklaracji o genomie ludzkim i prawach człowieka UNESCO.

Co wytrzyma społeczeństwo

Może się przypadkowo zdarzyć, że ludzie dobrani w komitecie etycznym będą mieli w jakiejś sprawie jednakowe przekonania. Na przykład klonowanie reprodukcyjne w tej chwili w większości krajów jest zakazane. Ludzie zasiadający w komitetach etycznych są mu przeciwni i w związku z tym osiągany jest consensus, natomiast już co do klonowania terapeutycznego poglądy się różnicują. Większość komitetów bioetycznych powoływana jest w zasadzie po to, aby badać, jakie rozwiązania dane społeczeństwo może wytrzymać i ewentualnie przygotowywać propozycje prawne dla parlamentu. W związku z tym uważam, że sama nazwa komitetów bioetycznych jest niewłaściwa, biorąc pod uwagę to, czego się po nich oczekuje. Komitet reprezentatywny dla danego społeczeństwa, odzwierciedlający obecne w nim poglądy, może jedynie zdefiniować pojęcia, przedstawić gamę możliwych propozycji, pokazać, jakie postawy światopoglądowe stoją za konkretnymi stanowiskami, i to właściwie wszystko.

– W jakim sensie komisje etyczne sprawdzają, co społeczeństwo może wytrzymać? Czy chodzi o to, że jeśli pojawiają się nowe możliwości naukowe i naukowcy – a przynajmniej ich część – najchętniej robiliby wszystko, co się zrobić da, komisje mówią: nie, tego robić nie należy? Albo: tego jeszcze robić nie należy?

– Można mówić o dwóch poziomach refleksji etycznej. Pierwszy z nich to ten, na którym mówimy: nie stosujemy wobec człowieka danej technologii, bo jeszcze jej nie opanowaliśmy, jeszcze jest zbyt niebezpieczna. Możemy zacząć ją stosować, gdy ryzyko obniża się do dopuszczalnego poziomu. Z nowymi technologiami opartymi na nowoczesnych metodach genetycznych jest tak, jak było na przykład z przeszczepianiem nerek, co kiedyś było zabiegiem ryzykownym, a teraz stało się rutynowe. Natomiast drugi poziom to ten, na którym mówimy, że nawet jeżeli opanowaliśmy daną technikę, nie stosujemy jej wobec człowieka, ponieważ uważamy, że to narusza jego godność, integralność i tak dalej. Na tym poziomie zgoda jest oczywiście znacznie mniejsza.

– Wynika z tego, że bioetyka jest szalenie zsubiektywizowana. Wszystko opiera się na przekonaniach, natomiast o uzasadnieniach, odwołujących się do jakiegoś porządku obiektywnego, mówić nie należy?

– To byłoby wbrew poprawności politycznej. Wielu bioetyków przedstawia jedynie przegląd różnych teorii, natomiast w żadnym razie nie opowiada się za żadną z nich, bo jeżeli ktoś opowie się za jakimś stanowiskiem, to znaczy, że jest przeciwny innemu, a to już może być przejawem nietolerancji.

Nie brak wypowiedzi wyrażających postmodernistyczny zachwyt nad taką różnorodnością poglądów. Nie jestem przekonany o tym, że we wszystkich sprawach taka rozmaitość jest równie dobra. Jestem za jak największą różnorodnością poglądów na temat fasonów sukienek, natomiast gdy chodzi o życie ludzkie, trzeba być bardziej powściągliwym. Jeszcze nie tak dawno można było tę różnorodność poszerzyć o poglądy osób, które oficjalnie głosiły, że dla dobra ludzkości trzeba wyeliminować całą populację ludzi, którą określali jako rasę szkodliwą. Jest to oczywiście z mojej strony pewna demagogia, ale może trochę uzasadniona.

– Tylko pozornie jest to demagogia, dlatego że jeśli wykluczymy uzasadnienia odwołujące się do porządku obiektywnego, możemy tylko powiedzieć, że ten pogląd jest nie do przyjęcia, ponieważ zdecydowana większość ludzi za taki go uznaje. To natomiast, czego większość ludzi nie odrzuca, jest możliwe do przyjęcia.

– Przyjmowane w tej dziedzinie, jak i w innych, rozwiązania są odbiciem formacji kulturowej społeczeństw. Wspomniana konwencja Rady Europy na przykład nie została podpisana przez Wielką Brytanię i przez Niemcy, ale z przeciwnych względów: dla Brytyjczyków jest ona zbyt restrykcyjna, dla Niemców – zbyt liberalna. Niemcy, ze względu na swoją przeszłość, są chyba najbardziej ostrożni w Europie. Na przykład sztuczne zapłodnienie jest tam dopuszczalne tylko w celu implantacji, co oznacza, że absolutnie zabronione jest tworzenie embrionów dla celów eksperymentalnych czy terapeutycznych, chociaż niektórzy starają się obejść ten zakaz, na przykład poprzez import linii komórkowych wyprowadzonych z embrionów. Ale to już jest rodzaj hipokryzji.

Natomiast Wielka Brytania to jedyny kraj w Europie, w którym jest dopuszczalne tworzenie embrionów ludzkich i robienie z nimi właściwie wszystkiego, co się chce, do 14 dnia po zapłodnieniu. Związane jest to z faktem, że w tym czasie embrion staje się na tyle rozwinięty, że można z niego izolować komórki macierzyste, na przykład dla celów terapeutycznych. Sądzę, że ten okres będzie można łatwo przedłużyć, jeśli z jakichś względów praktycznych okaże się to potrzebne, skoro w Wielkiej Brytanii aborcja jest dozwolona do kilkunastu tygodni życia płodu.

We wspomnianej konwencji Rady Europy znalazł się artykuł 18, który mówi: Jeśli prawo zezwala na przeprowadzanie badań na embrionach in vitro, należy zapewnić odpowiednią ochronę tym embrionom. W praktyce oznacza to, że z tym embrionem właściwie nic nie można zrobić, bo to jest kilkadziesiąt komórek i jakakolwiek ingerencja narusza jego bezpieczeństwo. Ten artykuł znalazł się w rozdziale „Badania naukowe”, mówiącym o eksperymentach na ludziach. W tym ujęciu embrion jest traktowany jak pacjent – aż dziwne, że taki artykuł znalazł się w tej konwencji uchwalonej przez grono ludzi w dużej części nastawionych bardzo liberalnie.

Duża grupa badaczy, zwłaszcza w krajach anglosaskich, żąda znacznej swobody np. w badaniach na embrionach ludzkich, oczywiście motywując to tym, że zdobyta wiedza może przynieść dobroczynne skutki dla poprawy możliwości leczniczych, co skądinąd jest prawdą. W krajach, w których zakazane jest tworzenie embrionów dla celów eksperymentalnych lub terapeutycznych, są silne naciski, aby zezwolić na wykorzystywanie w tym celu embrionów nadliczbowych, tworzonych przy zapłodnieniu in vitro, zamiast je po prostu niszczyć. Najprawdopodobniej też, gdy nowe biotechnologie zostaną ulepszone i staną się bezpieczniejsze, ich stosowanie wobec człowieka będzie wywoływać mniejsze opory. Wiąże się to z dość powszechnym dziś nastawieniem utylitarnym, które – jak zauważył Kazimierz Kloskowski – stwarza konieczność traktowania wartości w sposób dynamiczny; ma się wrażenie, jakoby wartości powinny podlegać zmianom. Inaczej mówiąc, dynamika technologiczna domaga się ustawicznego weryfikowania wartości.

– Czy poglądy etyczne dotyczące traktowania człowieka zmieniają się w czasie?

– W podejściu do eugeniki można dostrzec wyraźną ewolucję. W latach trzydziestych np. dokonano sterylizacji kilkudziesięciu tysięcy osób upośledzonych w Stanach Zjednoczonych, potem również w innych krajach. Było to poparte naukowymi teoriami i badaniami, które zmierzały do polepszania albo przynajmniej niepogarszania puli genowej populacji. Po wojnie te dyskusje oczywiście ucichły, ale już w latach sześćdziesiątych ożyły i nawet wybitni uczeni, w tym nobliści, wypowiadali się bardzo zdecydowanie za praktykami eugenicznymi, uznając tak rozumianą „dbałość” o populację wręcz za obowiązek nauki. Były też oczywiście głosy przeciwne. Profesor Jean-François Mattei, jeden z głównych architektów francuskiego prawodawstwa bioetycznego, podkreślił, że społeczeństwo jest odpowiedzialne za niedopuszczenie do tego, aby brutalna eugenika z przeszłości została zastąpiona łagodną eugeniką medyczną i eliminowaniem tych, którzy nie spełniają norm genetycznych.

Teraz eugenika przesuwa się na okres prenatalny. Biologia molekularna umożliwia przeprowadzanie diagnostyki prenatalnej na szeroką skalę, oczywiście nie wyłącznie w celach eugenicznych. Ponieważ w wielu społeczeństwach płód przez kilka pierwszych tygodni życia, z punktu widzenia prawnego, nie jest uważany za osobę, dokonywanie wtedy aborcji nie jest traktowane jako procedura eugeniczna.

– Jakie są tego skutki?

– Na przykład w Wielkiej Brytanii matki w wieku powyżej 35 roku życia objęte są rutynowymi badaniami prenatalnymi pod kątem syndromu Downa, czyli mongolizmu u swych mających się narodzić dzieci. W efekcie, w tym kraju prawie nie rodzą się już dzieci z tym syndromem. Mimo że bardzo się podkreśla, że diagnostyka nie ma sugerować żadnych decyzji diagnozowanym, jednak w większości przypadków wykrycia mongolizmu dochodzi do aborcji.

– Mówił pan profesor, że niechętnie definiuje się pojęcie osoby. Jednak ta osoba wciąż się w dyskusji bioetycznej pojawia, wszyscy się tym pojęciem posługują.

– Pojęcie osoby jest silnie zakorzenione w kulturze europejskiej i prawdopodobnie większość Europejczyków nie chciałaby z tego pojęcia zrezygnować. Chociaż unika się definiowania osoby w konwencjach, o których mówiłem, to jednak ma to miejsce w wielu wypowiedziach poszczególnych osób. Ci, którzy uznają, że osoba istnieje od początku, czyli od powstania zygoty, posługują się tym pojęciem w sposób zero-jedynkowy: dla nich człowiek w każdym stadium swojego rozwoju po prostu osobą jest. Ci zaś, którzy uważają, że człowiek nie jest osobą od początku swego istnienia, przedstawiają różne propozycje określenia momentu, od którego zaczyna się osoba – na przykład powstanie struny grzbietowej albo pojawienie się zdolności do odczuwania bólu. Te propozycje często wzajemnie się dezawuują. Słyszałem wypowiedź pewnego filozofa, którego zdaniem człowiek rozpoczyna się wtedy, gdy zaczyna odczuwać bodźce z zewnątrz. Przez to stadium przechodzi też na przykład każdy pies. Zoolog zdziwiłby się nieco, gdyby mu zaproponować, że pies staje się psem, kiedy zaczyna odczuwać bodźce zewnętrzne, na przykład ból. Tworzone są też nowe pojęcia, jak na przykład „opóźniona personalizacja” albo preembrion.

– Czyli jeżeli nie uznajemy, że osobą jest się począwszy od stadium zygoty, to pozostaje arbitralność?

– Oczywiście. Biologia po prostu nie dysponuje kryteriami, według których można by określić, na jakim etapie rozwoju istota ludzka staje się osobą. Począwszy od stadium zygoty aż do późnej starości ta istota pozostaje w tej samej relacji ze środowiskiem, czyli pobiera z niego środki pokarmowe, tlen i wodę, a wydala produkty przemiany materii – to jest zupełnie niezmienne. W czasie rozwoju do organizmu nie dochodzi z zewnątrz nic, co zmieniałoby go jakościowo. W komputerze można na przykład zainstalować nowy dysk i dokonać w ten sposób zmiany jakościowej – w rozwoju człowieka jest pełna ciągłość. Dlatego nie ma biologicznych podstaw do „usprawiedliwiania” takich pojęć, jak właśnie „opóźniona personalizacja” czy preembrion.

Szympans jest osobą?

– Ale te propozycje ciągle się pojawiają. To zdumiewające, że choć właśnie biologia powinna przemawiać za ciągłością istnienia, mimo to ciągle pojawiają się ludzie, którzy bądź sami biologami są i powołują się na swoją kompetencję naukową dla uzasadnienia, że osobą nie jest się od początku, bądź też biologami nie są, ale też utrzymują, że jest to „naukowo uzasadnione”.

– Niektórzy biologowie wypowiadają się w kwestii tego, od kiedy człowiek w swym rozwoju staje się osobą. Są to jednak tylko ich przekonania. Ponieważ mamy dziś skłonność do uznawania za znaczące danych dostarczanych przez nauki „twarde”, w tym biologię, wielu ludzi przyjmuje oświadczenia – czasem zupełnie nieodpowiedzialne – ludzi reprezentujących te nauki nie jako wyraz ich przekonań, tylko wiedzy naukowej. To jest oczywiście bardzo mylące. Na naukowcach spoczywa wielka odpowiedzialność, by nie wypowiadali swoich przekonań w sposób sugerujący, że wynikają one z ich wiedzy naukowej. Wydaje mi się, że o momencie, w którym status osoby przyznawany jest rozwijającej się istocie ludzkiej, decyduje bardziej empatia niż rzetelne rozumowanie. Dlatego wielu zwolenników „opóźnionej personalizacji” protestuje przeciwko skrajnym – także ich zdaniem – poglądom czołowego bioetyka Petera Singera, który wiąże status osoby z pojawieniem się tak zwanych atrybutów racjonalności, przy czym status ten jest stopniowalny. Według jego koncepcji, pełną osobą jest dopiero kilkuletnie dziecko. Dla Singera trzyletni szympans jest w większym stopniu osobą niż ludzki noworodek. Trzeba przyznać, że jest on w pewnym sensie konsekwentny w swych poglądach.

– Osobie przypisuje się godność, mówi się o godności osoby. Ale tę godność wywodzi się z różnych źródeł.

– Wywodzi się ona wyraźnie z chrześcijaństwa, gdzie pojęcie osoby jest silnie osadzone w teologii Trójcy Świętej. Jeśli wywodzę godność osoby ludzkiej, jej autonomiczność, z przesłanek chrześcijańskich, to mówię, że człowiek jest osobą, ponieważ jest stworzony na obraz i podobieństwo Boże. Uzasadniam stosowanie terminu osoby, wychodząc z orędzia Ewangelii, które przyjmuję. Oczywiście, dla ludzi niewierzących taka argumentacja jest pusta.

Wielu jednak opiera status osoby ludzkiej na przesłankach świeckich, na przykład wywodząc go z tradycji kantowskiej, która mówi, że człowieka nie można nigdy traktować wyłącznie jako środka, ale zawsze jako cel. Na pewno nie jest tak – co próbuje się czasem imputować – że za statusem osobowym człowieka i jego godnością od samego początku opowiada się tylko strona chrześcijańska, a szczególnie katolicka.

Spotkałem się z opinią, że chrześcijańscy teologowie, przynajmniej w Stanach Zjednoczonych, sami wyeliminowali się z dyskusji. Zaczęli odchodzić od argumentacji teologicznej ku ogólnoludzkiej, właśnie dlatego, żeby była do przyjęcia dla wszystkich. Jednak okazuje się, że w dyskursie czysto świeckim ludzie niereligijni mają lepsze argumenty i teraz, jeżeli teolodzy są powoływani do komitetów etycznych, ich głos merytorycznie się w ogóle nie liczy – są traktowani jedynie jako reprezentanci dosyć dużej populacji wyborców, z którą trzeba się liczyć. Autor artykułu, k tóry to opisuje, apeluje, żeby jednak używać tych argumentów teologicznych i nie przejmować się tym, że nie do wszystkich one trafią. Chyba rację mają ci, co twierdzą, że niemożliwa jest etyka „neutralna”, nieuwarunkowana światopoglądowo.

– Większość ludzi zgodzi się z tym, że człowiekiem nie można się posługiwać, wciąż jednak szuka się różnych sposobów, żeby się tym człowiekiem posłużyć.

– Posłużyć lub wyeliminować. Nastawienie utylitarne jest dziś dość powszechne. Jeżeli na przykład duża część społeczeństwa uważa, że dokonanie aborcji nie jest zabiciem człowieka, to utylitarne traktowanie embrionów będzie oczywiście przychodziło znacznie łatwiej. Terapia ludzi znajdujących się w tragicznej sytuacji za pomocą komórek pobranych od embrionów wielu wydaje się rozwiązaniem możliwym do przyjęcia.

Z diagnostyką prenatalną wiążą się dramaty, z których trzeba zdawać sobie sprawę. Nie chodzi tylko o to, że upośledzone dziecko będzie obciążeniem dla rodziców. Są choroby genetyczne powodujące wielkie cierpienia dziecka. Na przykład w przypadku dystrofii Duchenne’a wiadomo, że zupełnie zdrowy początkowo chłopiec będzie się stopniowo stawał bezwładny z powodu zaniku mięśni, by w wieku kilkunastu lat umrzeć z uduszenia i nic na to nie można poradzić. Jeżeli rodzice już mają jedno takie dziecko i matka ponownie zajdzie w ciążę, sytuacja jest dla nich naprawdę dramatyczna.

Wydaje mi się, że w kwestiach moralnych trzeba mieć trwałą hierarchię wartości, a kiedy się spotka człowieka w trudnej sytuacji, należy się nad nim pochylić, ale nie zmieniać zasad. Każdy przypadek ma swój własny wymiar moralny. W dyskusjach na tematy moralne zwolennicy zmiany zasad przedstawiają często na poparcie swych dążeń drastyczne przypadki. Na przykład w sprawie aborcji przedstawia się przykład matki zgwałconej przez pijaka, w dodatku płód jest uszkodzony i pyta się: jak ty masz serce potępiać tę kobietę za to, że dokonała aborcji? Nie, nie będę jej potępiał, ale nie chcę być zmuszany, żeby ze względu na tragiczne sytuacje zmieniać pogląd na to, kim jest człowiek i przestać uważać, że aborcja jest jego zabiciem. W końcu niepotępienie zrozpaczonej matki, która ukradła chleb dla głodnego dziecka, nie pociąga za sobą uznania, że kradzież jest dopuszczalna.

Podobnie jest z eutanazją. Wspomniany już Peter Singer, który jest jej entuzjastą i propagatorem, zebrał w książce przypadki z całego świata, w których oskarżeni o dokonanie eutanazji zostali uniewinnieni przez sądy. Jeżeli on to uczciwie opisał, myślę, że może słusznie zostali uniewinnieni – sądy znalazły okoliczności łagodzące. Nie znaczy to jednak, że należy eutanazję dopuścić prawnie. Danie lekarzowi prawa oceny wartości czyjegoś życia i w dodatku uśmiercania stanowiłoby zasadniczą zmianę kulturową. Przekonująco uzasadniał to już przed laty Roman Zimand, który – co warto podkreślić – był agnostykiem.

– Czy istnieje jakaś godna alternatywa dla diagnostyki prenatalnej, prowadzącej do zabicia „nieodpowiedniego” dziecka?

– Można zastanawiać się nad swego rodzaju diagnostyką „przedpoczęciową”. Na przykład u Żydów aszkenazyjskich dosyć powszechny jest zmutowany gen powodujący chorobę Tay-Sachsa – poważne schorzenie neurologiczne. Rabin Nowego Jorku nakazał potencjalnym rodzicom robić badania wykrywające tę mutację i odmawia ślubu, gdy wykryto ją u obojga. Wydaje mi się, że takie działania mogą mieć sens. Gdy przed parą staje 25-procentowe ryzyko urodzenia ciężko chorego dziecka, uważam, że powinna się głęboko zastanowić nad jego podjęciem i może, rezygnując z własnego dziecka, zdecydować się na przykład na adopcję. To jest realny wybór i myślę, że taka decyzja może być godna szacunku.

– Ale to też jest ryzykowne, bo i w tym przypadku zaczynamy patrzeć na to potencjalne dziecko tak, jakbyśmy je chcieli zaprogramować. Jeżeli stwierdzamy, że ono będzie nie takie, jak byśmy chcieli, to uznajemy, że nie powinno go być.

– Jest w tym pewna racja, ale jeżeli na przykład istnieje zagrożenie, że poczęty zostanie chłopiec, który będzie cierpieć na wspomnianą już dystrofię Duchenne’a i będzie na oczach rodziców ginął w ciągu kilkunastu lat i w końcu umrze z uduszenia – czy rodzice mają prawo wtedy podjąć takie ryzyko? To nie jest „projektowanie dziecka”. Chodzi o nieprzyczynianie się do czyichś cierpień, które można przewidzieć. Niektórzy twierdzą, że samo istnienie jest ważniejsze od cierpienia, ale to nie zainteresowany dokonuje tego wyboru. Z drugiej strony, w filmie o hospicjum dla dzieci w Warszawie był fragment o takim właśnie chłopcu, już kilkunastoletnim, niezwykle dojrzałym i mądrym, tak że jego życie wydawało mi się bardziej wartościowe niż niejednego zdrowego człowieka.

Kontrola jakości człowieka

– Jakie są konsekwencje kulturowe pojawiających się możliwości, które przynosi rozwój genetyki?

– Myślę, że wiele nowych technologii, o których mówimy, prawdopodobnie nigdy nie będzie stosowanych wobec ludzi. Już teraz widać, że terapię genową można stosować tylko w niektórych przypadkach i w znacznie ograniczonym stopniu. Genetyczne „ulepszanie” człowieka to w tej chwili zupełna mrzonka, oparta na naiwnym poglądzie, że jednym genem można poprawić np. umysł człowieka. Francis Fukuyama, który „zakończył” już historię, mówi teraz o powstawaniu nowego człowieka. Niezależnie jednak od realnych możliwości nauki, toczona debata nad ich wykorzystywaniem wpływa na zmianę formacji kulturowej społeczeństwa.

Dużym niebezpieczeństwem jest to, że – wobec ogólnego nastawienia pozytywistyczno-oświeceniowego – o człowieku zaczyna się myśleć jako o pewnym układzie, w którym poszczególne elementy można wymieniać czy naprawiać, posługując się kryteriami jakości. Człowiek zaczyna być traktowany jak produkt dobrej firmy. Przede wszystkim nie wypuści ona braku: jak coś jest z tobą nie tak, to ci się nie dadzą urodzić. Potem, kiedy to się jeszcze opłaca, przez pewien czas dostarcza się części zamiennych, a jak już przestanie się opłacać, człowieka likwiduje się w sposób nieuciążliwy dla społeczeństwa poprzez eutanazję. Sądzę, że takie myślenie o człowieku zaczyna być dosyć powszechne. Następuje powrót do mechanistycznego myślenia o człowieku wraz z wprowadzeniem kryterium jakości. Wydaje się, że toczona właśnie debata bioetyczna bardzo ten proces stymuluje.

Nowe techniki genetyczne dają możliwość bardziej precyzyjnego czynienia tego, co robił hodowca roślin albo zwierząt, który metodą prób i błędów, dobierając w kolejnych pokoleniach osobniki o cechach mu odpowiadających, doprowadzał do powstania rasy. Jeżeli ludzi zapytać wprost, czy człowieka można hodować, powiedzą zapewne, że nie można, natomiast często nie zdają sobie sprawy z tego, że roztaczane przed nami perspektywy „poprawiania człowieka” to jest właśnie optyka hodowlana. Alain Kahn, wybitny francuski genetyk, który niedawno był w Polsce, wypowiadając się na temat klonowania człowieka, stwierdził, że nie narodził się jeszcze żaden człowiek, który został zaprojektowany, a rodzice kochają swoje dzieci takimi, jakimi są, a nie takimi, jakie sobie wyobrażali. Odwołując się do Kanta, wskazywał, że autonomia człowieka, która jest jednym z atrybutów osoby, oznacza, że człowiek nie powinien być w żaden sposób determinowany przez osoby trzecie, także genetycznie. Oczywiście geny determinują człowieka tylko w pewnym stopniu, ale jednak – determinują. Wszelkie tak zwane projektowanie dzieci to już jest determinacja, to są zabiegi hodowlane. Jednak o genetycznym ulepszaniu człowieka, zwłaszcza jego sprawności umysłowych, wciąż się mówi. Głosy takie padały niedawno z ust prominentnych badaczy w czasie obchodów pięćdziesięciolecia odkrycia DNA. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że jeśli w grę miałaby wchodzić modyfikacja o charakterze profilaktycznym, na przykład dająca odporność na jakąś chorobę – co teraz uzyskuje się za pomocą szczepionek – to może nie budziłaby ona oporów etycznych.

– Poza tym w to wszystko zaangażowane są olbrzymie pieniądze i nadzieje na takież zyski.

– Oczywiście, wymiar komercyjny jest tu bardzo ważny. Część badaczy, korzystając z pieniędzy firm, stara się lansować poglądy i procedury, które tym firmom mogą przynosić korzyści. Z drugiej strony, przedstawiciele tych firm twierdzą, że one muszą wkładać w badania dużo pieniędzy i jakiś zysk powinny z tego mieć.

Nowoczesne metody genetyczne zaczynają być szeroko wykorzystywane w diagnostyce, ponieważ sekwencjonowanie, czyli ustalanie kolejności nukleotydów w genach stało się dość proste, można więc stosunkowo łatwo wykryć chorobowo zmieniony gen u pacjenta. W związku z tym zaczynają być sprzedawane specjalne zestawy diagnostyczne, którymi można wykryć określone mutacje. Część lekarzy sprzyja lansowaniu tych testów, które są czasem stosowane nieodpowiedzialnie. Istnieje przecież wiele mutacji, które powodują tylko predyspozycje do choroby i wcale nie wiadomo, czy ta choroba rzeczywiście się u danej osoby rozwinie – nieraz zależy to od sposobu życia. Wiele chorób uzależnionych jest od zmian w wielu genach. Ludzie, w których rodzinie ktoś na taką chorobę zapadł, poddają się nieraz takim testom bez odpowiedniej konsultacji. Bardzo często też przeprowadzający testy nie mają do tego odpowiednich kwalifikacji i wyposażenia i podają błędne wyniki.

– Czy zaporę dla rozmaitych nadużyć może stanowić prawo?

– Trudno przewidzieć, jak będzie ewoluowało prawodawstwo dotyczące tych kwestii. Są głosy domagające się ścisłych regulacji prawnych odnośnie do przeprowadzania testów genetycznych i uprawnień do tego. W sprawie klonowania reprodukcyjnego istnieją zakazy, natomiast często zostawiana jest furtka dla klonowania terapeutycznego. Na płaszczyźnie międzynarodowej przedstawiciele różnych państw nie mogą uzgodnić wspólnego stanowiska, dlatego rozstrzygnięcia będą zapewne pozostawione do decyzji poszczególnych państw. Myślę, że i prawodawstwo, i zwyczaje będą ewoluowały w kierunku pozostawiania decyzji indywidualnym osobom, to znaczy, że prawo – na przykład dotyczące klonowania terapeutycznego – będzie dosyć liberalne. A więc to formacja etyczna poszczególnych osób, ich motywacje, będą w znacznej mierze decydować o tym, którym procedurom się poddadzą, a którym nie.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

– Czy nie oznacza to abdykacji społeczności z bardzo istotnego uprawnienia? Państwo z definicji przecież pewne rzeczy narzuca w podstawowych kwestiach moralnych. Jeśli ktoś uważa, że ma prawo zabijać innych, bo takie ma filozoficzne przekonania, i zacznie to swoje „prawo” realizować, to pójdzie do więzienia.

– Pamiętajmy jednak, że w państwach demokratycznych, gdzie o tych sprawach decyduje większość, rozstrzygnięcia zapadają zgodnie z formacją kulturową społeczeństwa, które stanowi prawo, ale którego członkowie rzadko są skłoni do głębokiej refleksji etycznej, a jeszcze mniej do dokonywania niewygodnych wyborów. Ich przekonania moralne nie zawsze są logicznie spójne. Ludzie bombardowani różnymi informacjami mają coraz mniej czasu na własne przemyślenia, dlatego są bardzo podatni na przyjmowanie poglądów lansowanych przez media.

Rozmawiał Tomasz Wiścicki

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.