Lato 2021, nr 2

Zamów

Polska demokracja fasadowa

Pojawiające się od czasu do czasu doniesienia o złym funkcjonowaniu państwa, jego nieskuteczności, wreszcie o aferach – przez większą część klasy politycznej i komentatorów przyjmowane były ze względnym spokojem. Powtarzano, że rynek i demokrację budujemy dopiero od niedawna, że nie mamy bezpośrednich tradycji, do których moglibyśmy się odwołać, powoływano się na ponure, destrukcyjne dziedzictwo komunizmu. Te i podobne argumenty miały uzasadniać głoszoną wprost lub zakładaną milcząco tezę, że mimo słabości posuwamy się w dobrą stronę, a z czasem wpływ tych negatywnych czynników będzie maleć. W tym kontekście powoływano się na porzekadło o przepisie na angielski trawnik, do którego powstania – jak wiadomo – potrzeba nie tylko podlewania i uprawy, ale upływu trzystu lat.

Wydarzenia ostatnich miesięcy – na czele z aferą Rywina – sprawiły, że ten umiarkowany optymizm co do kierunku, w jakim zmierza Polska, stanął pod wielkim znakiem zapytania i ustąpił powszechnemu przekonaniu, że dzieje się źle. Polskie państwo jawi się jako skorumpowane nie tylko w sensie dosłownym, ale także – etymologicznym, to znaczy: jako zepsute. Owszem, stworzono zespół instytucji, które przypominają z zewnątrz demokratyczne państwo o gospodarce rynkowej. Stanowczo zbyt często okazuje się jednak, że instytucje te stanowią fasadę, kryjącą mechanizmy, o których milczą podręczniki prawa konstytucyjnego, a które w politologii traktowane są jako przejawy głębokiej patologii. Te patologiczne mechanizmy coraz bardziej stają się „normą” – zjawiskiem tak oczywistym, że przyjmowanym bez zdziwienia.

Wystarczy spojrzeć pod tym kątem na ciąg wydarzeń towarzyszących nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji, który wyłania się z tego, co wiemy z dotychczasowych dociekań nad wyjaśnieniem korupcyjnej propozycji Lwa Rywina. „Proces legislacyjny” przybrał formę kuriozalną: zainteresowani prowadzą negocjacje z przedstawicielami rządu, odbywa się gra nieczytelnych interesów, istotne przepisy pojawiają się, znikają i zmieniają formę, nie wiadomo jak i z czyjej inicjatywy, a władze państwowe nawet specjalnie nie kryją się z tym, że jednym z istotnych celów jest walka z konkretną firmą. Także ustawa o biopaliwach powstaje w atmosferze zupełnie bezwstydnych walk pomiędzy grupami interesu, w których najwyższe instytucje państwowe oraz opinia publiczna służą jedynie jako instrumenty. To tylko najbardziej oczywiste przykłady z ostatnich miesięcy.

Polska wersja porozumienia „ponad podziałami”

Nie zamierzam idealizować współczesnych demokracji, które są dla nas wzorem – nawet jeśli nie w sensie konkretnych rozwiązań instytucjonalnych, to przynajmniej ogólnej sprawności funkcjonowania. Tam także – w Europie Zachodniej czy Ameryce Północnej – nie brak afer, przykładów cynizmu czy prywaty. Rzecz jednak zarówno w skali tych zjawisk, jak i w reakcji na nie – w sprawach jednostkowych i w kwestiach bardziej ogólnych. U nas trafnemu nieraz rozpoznaniu sytuacji nie towarzyszą zwykle ani spektakularne upadki skompromitowanych polityków (kończy się w najlepszym wypadku na czasowej kwarantannie), ani rzeczywiste uzdrowienie tych sfer, w których pojawiły się nieprawidłowości czy wręcz skandale. Najczęściej kończy się na bezradnym rozłożeniu rąk.

Owszem, czasem zdarza się, że politycy poczują się w obowiązku coś zrobić. Przykładem może być próba uregulowania finansowania partii politycznych. Przyjęto normującą te kwestie ustawę, która niewątpliwie utrudnia dopuszczanie się nieuczciwości. Wciąż jednak nie brak bardzo niepokojących sygnałów, świadczących o tym, że prawo stanowi fasadę, za którą nadużycia kwitną. Pobieżna, podjęta przez dziennikarzy „Polityki” próba wyrywkowej analizy – dostępnych, a jakże, w internecie – deklaracji majątkowych posłów ukazuje, że pełno w niej fikcji i zwykłych kłamstw, np. w wycenie deklarowanego majątku. Dziennikarze zauważyli z przekąsem, że nigdzie nie ma tak tanich mieszkań, jak w poselskich deklaracjach. Nie słychać też o tym, by ktokolwiek weryfikował zgodność posiadanego majątku z dochodami. A przecież bez tego cała jawność zamienia się w fikcję.

Nie brak też pogłosek, skądinąd niemożliwych do zweryfikowania, że za tą zachowującą pozory legalności fasadą kryje się przepływ już w pełni nielegalnych pieniędzy finansujących politykę. Wtajemniczeni wskazują na źródła tych funduszy, np. korupcję przy dużych prywatyzacjach czy obrocie miejskimi nieruchomościami. Pogłosek tych nikt nawet nie dementuje – ot, ktoś tam sobie coś mówi, nie ma się czym przejmować. Chciałoby się, żeby to były niecne plotki. Niepokojącym uprawdopodobnieniem tych krążących wieści jest jednak jawna już korupcyjna praktyka przechodzenia wysokich urzędników państwowych decydujących o prywatyzacji, do firm, które sprywatyzowali. Wszyscy to widzą, nikt niczego nie sprawdza ani nawet nie komentuje.

Istnieje aż nadto powodów, by uznać, że klasa polityczna, a przynajmniej jej znacząca część stworzyła znakomicie funkcjonujące „porozumienie ponad podziałami”. Tam, gdzie pojawia się wspólny, grupowy interes, kończą się spektakularne spory i kłótnie, a zaczyna – chora współpraca. Opiera się ona zarówno na świadomości tegoż właśnie interesu grupowego, niemającego nic wspólnego z interesem publicznym, jak i na systemie „haków”, czyli mówiąc wprost – wzajemnym szantażowaniu się ujawnieniem kompromitujących faktów. Krótko mówiąc, polska wersja „porozumienia ponad podziałami” charakteryzuje się specyficznym rozumieniem dobra wspólnego – jest ono po prostu utożsamiane z osobistym interesem.

Złe instytucje, słabość obyczaju

Słabość i patologie polskiego państwa mają dwa aspekty: instytucjonalny i etyczno-obyczajowy. Ten pierwszy to zła konstrukcja wielu instytucji państwowych, niesprzyjająca wykonywaniu ich zasadniczych celów. Przykład z ostatnich dni: powszechnie krytykowane kasy chorych właśnie zastąpił Narodowy Fundusz Zdrowia, który będzie robił zupełnie to samo, tylko wedle wszelkiego prawdopodobieństwa gorzej, ponieważ tak ogromną, scentralizowaną instytucją nie sposób sprawnie zarządzać.

Warto w tym miejscu uświadomić sobie, że tzw. absurdy w funkcjonowaniu rozmaitych instytucji mają często, a może nawet zwykle, logiczne uzasadnienie – tyle że odwołujące się nie do deklarowanego celu działania całej instytucji, ale partykularnych, patologicznych interesów konkretnych ludzi i środowisk. Jeśli więc słyszymy, że czegoś „nie da się” zmienić, oznacza to zwykle: komuś, kto ma na to wpływ, zmieniać się tego nie opłaca.

Przykładem może być funkcjonowanie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, której deklarowanym celem jest czuwanie nad ładem medialnym w dziedzinie elektronicznych środków masowego przekazu. Z tego punktu widzenia skrajne upartyjnienie Rady jest w oczywisty sposób dysfunkcjonalne. Rzecz jednak w tym, że istotnym celem funkcjonowania tej instytucji jest zapewnienie politykom wpływu na media i temu celowi jak najbardziej służy obsadzanie KRRiTV w większości partyjnymi funkcjonariuszami – cóż z tego, że formalnie nienależącymi do partii. Nie ma się więc co dziwić, że zrozumiałe i potencjalnie owocne spory ideowe zastąpione zostały przez partyjne zakulisowe przetargi. Trudno też mieć nadzieję na zmiany, skoro ci, którzy czerpią korzyść z tej sytuacji – politycy – są jedynymi, którzy mogliby to zmienić. Nie mają więc najmniejszego zamiaru tego zrobić. Krążąca lista kandydatur na zwalniające się miejsca w Radzie oznacza jednoznaczną, zupełnie bezwstydną, bez zachowania pozorów, kontynuację dotychczasowej praktyki. I to w czasie, kiedy – wydawałoby się – powszechne jest przekonanie, że sytuacja stała się tak skandaliczna, że trzeba przynajmniej udawać, że chce się ją zmienić.

Oprócz słabości instytucji jest jeszcze aspekt drugi: etyczno-obyczajowy. Nie da się bowiem wytłumaczyć patologii w państwie jedynie złymi instytucjami w sensie ścisłym. Same instytucje nie są zresztą w stanie zapewnić sprawnego funkcjonowania państwa. Napisano tomy o tym, jak wielkie znaczenie dla funkcjonowania społeczeństwa i jego politycznej organizacji – państwa – ma obyczaj, powszechne przekonanie, co robić można, a czego czynić się nie godzi. Otóż u nas jest z tym fatalnie.

Wciąż powszechna jest np. praktyka, że politycy czy urzędnicy, na których ciążą poważne oskarżenia, nie widzą powodu do opuszczania urzędu. Powołują się przy tym często na. zasadę domniemania niewinności, udając uporczywie, że nie wiedzą, iż zasada ta dotyczy procesu karnego, a nie – obsadzania państwowych funkcji. Tu rządzi zasada przeciwna (należąca właśnie do obyczaju politycznego), mówiąca, że aby móc pełnić urząd, trzeba być poza podejrzeniami. Co jakiś czas wydaje się, że kolejny skandal spowoduje wreszcie przełom i podejrzewany urzędnik sam odejdzie albo wymuszą to na nim koledzy. Od czasu do czasu nawet tak się dzieje, ale pojawia się kolejna afera i znów ktoś nie widzi powodu, by rozstawać się z urzędem z tak błahego powodu jak podejrzenie o nieuczciwość.

Innym przykładem słabości państwa, którą usunąć może tylko poprawa obyczaju, jest źle pojęta solidarność korporacyjna, prowadząca do obrony np. nieuczciwych sędziów czy złych lekarzy przez ich kolegów. Przejawem tej patologii jest też ograniczanie dostępu do zawodów prawniczych pod pozorem dbałości o wysoki poziom profesjonalny. Owszem, ten argument jest niebagatelny, jednak wyraźnie służy on np. adwokatom do ograniczania konkurencji i zapewnienia wysokich dochodów ze szkodą dla potencjalnych klientów, którzy mają utrudniony dostęp do pomocy prawnej. Tym patologiom tylko w ograniczonym zakresie można zapobiec, zmieniając prawo. Korporacyjna autonomia np. sędziów służy dobru wspólnemu, sprzyjając ich niezawisłości, natomiast nic prócz obyczaju nie jest w stanie zapobiec nadużywaniu tej autonomii dla obrony partykularnych interesów.

Nie jest aż tak źle?

Trudno być optymistą, jeśli chodzi o perspektywy przezwyciężenia tej słabości instytucji i obyczaju. Nie widać znaków wskazujących na poprawę stanu rzeczy. Przeciwnie: wydaje się, że patologie są utrwalone i mają skłonność do umacniania się i reprodukowania. Nawet jeżeli źródła wielu z nich tkwią w komunistycznej przeszłości, nie widać, żeby oddalanie się czasów PRL przyczyniało się do ich zaniku. Nie spełniła się nadzieja na to, że odejście od komunizmu spowoduje zniknięcie z czasem wywodzących się zeń patologii. Owszem, funkcjonariusze partii wywodzących się z PRL szybko nauczyli się zewnętrznych zasad funkcjonowania rynku i demokracji. Większość z nich nie przejęła się natomiast demokratycznym ani rynkowym obyczajem – w demokratycznych instytucjach dalej nie brak ducha „wicie – rozumicie”, a na rynku często wciąż bardziej liczą się dojścia i układy niż przedsiębiorczość. Do rangi symbolu urasta fakt, że największe fortuny w Polsce wyrastają wciąż na styku, a właściwie – w pomieszaniu prywatnego i państwowego, a ich posiadacze zawdzięczają sukcesy nie genialnym pomysłom biznesowym, lecz umiejętności wykorzystania dostępu do odpowiednich gabinetów.

Nowi ludzie, z postsolidarnościowych elit, zamiast nadać wolnej Polsce nowego ducha, okazali się w dużej części pojętnymi uczniami postkomunistycznych kolegów. Oczywiście, nie brak chlubnych wyjątków – niedostrzeganie tego prowadziłoby nie tylko do zafałszowania rzeczywistości, ale także do mimowolnego zmniejszenia odpowiedzialności tych, którzy się nie sprawdzili: gdybyśmy oskarżali wszystkich, to jakbyśmy usprawiedliwiali tych, którzy naprawdę zawiedli. Trudno jednak uznać, by ci „pozytywni bohaterowie” (czy choćby tylko „pozytywniejsi”) nadawali ton III Rzeczypospolitej. Przeciwnie: dominuje hybryda demokratyczno-rynkowych zasad, postkomunistycznego obyczaju i rozmaitych „importów” z krajów dojrzałej demokracji, obejmujących często akurat nie to, co warto zapożyczyć.

Nawet jednak coraz bardziej powszechna świadomość słabości naszego państwa nie prowadzi do wskazania środków zaradczych. Przeciwnie – dominuje bezradność. Przybiera ona różne formy. Jedną z nich, ostatnio niezbyt modną, ale wciąż obecną, jest gorączkowe zapewnianie, że „nie jest tak źle”. Owszem, można znaleźć niemało krajów, w których jest o wiele gorzej, i to nie tylko w Trzecim Świecie, ale nawet w Europie – dość wspomnieć Białoruś czy Ukrainę. Rzecz jednak w tym, że po pierwsze – pociecha, że gdzieś indziej jest jeszcze gorzej, jest zbyt łatwa, po drugie – punkt startu mieliśmy nieporównywalnie lepszy jako nie tylko „najweselszy”, ale też relatywnie „liberalny” barak w komunistycznym obozie, po trzecie wreszcie – nasze aspiracje powinny wyznaczać kraje nie tyle nawet bogatsze, co lepiej urządzone.

Bezradność w poszukiwaniu remedium

Innym przejawem bezradności jest gorączkowe poszukiwanie zmiany instytucjonalnej, od której można byłoby zacząć upragnioną przemianę. Taką funkcję pełni, moim zdaniem, propozycja wprowadzenia większościowej ordynacji w wyborach parlamentarnych. Nie miejsce tu na analizę jej wszystkich możliwych skutków. Można przypuścić, że przyniosłaby ona niemało dobrego. Trudno jednak wykazać jej praktyczny wpływ na to, co szczególnie nam doskwiera: rozpanoszoną korupcję. Przykład Francji – kraju ordynacji większościowej – działa raczej odstręczająco. Nie mogę więc oprzeć się wrażeniu, że nadzieje wiązane z wprowadzeniem nowego prawa wyborczego stanowią raczej wyraz desperacji niż chłodnej analizy.

Kolejna forma bezradności to nadzieja na IV Rzeczpospolitą. Cóż, można posłużyć się tym hasłem, pod warunkiem wszakże, że będzie się za nim kryła koncepcja realnych zmian ustrojowych. Na razie trudno ją dostrzec, jeśli nie liczyć. większościowej ordynacji wyborczej. IV Rzeczpospolita zatem to bardzo efektowny plakat, nie bardzo jednak wiadomo, jaki towar miałby on reklamować.

Bezradność niektórych sięga tak daleko, że aż dostrzegają nadzieję na zmiany w osobie prezydenta Kwaśniewskiego, czyli człowieka, który współtworzył to, co w III Rzeczypospolitej budzi szczególny sprzeciw. To on budował polityczną potęgę postkomunistów, to on „wybierał przyszłość”, to on jednych uczył, a drugich utwierdzał w przekonaniu, że czymś takim jak prawda nie ma się co specjalnie przejmować, to on współtworzył niejasną symbiozę polityki i biznesu. Owszem, dostrzegam także zasługi obecnego prezydenta (zwłaszcza w polityce zagranicznej), jednak rola „sanatora” słabości państwa, zwłaszcza związanej z brakiem politycznego obyczaju, zdecydowanie nie jest napisana dla Aleksandra Kwaśniewskiego.

Szczególną formę bezradności dostrzegam też w nadziejach wiązanych z „rządem fachowców”. Odnoszę wrażenie, że za tym hasłem kryje się coś więcej niż tylko chęć znalezienia wyjścia z patowej sytuacji, jaką tworzy niemożliwość stworzenia stabilnej i konstruktywnej (albo wręcz – jakiejkolwiek.) większości w parlamencie. Owi mityczni „fachowcy” wydają mi się uosobieniem marzenia o. prawdziwych politykach: takich, którzy pamiętają, że polityka to „roztropna troska o dobro wspólne”, a nie doraźna gra o władzę. To właśnie symbolizuje pragnienie znalezienia ludzi, których ręce i umysły nie byłyby spętane partykularnymi interesami, którzy zrobiliby to, czego potrzeba Polsce, a nie im, ich kolegom, tym, którzy będą na nich głosować, i tym, którzy dadzą im pieniądze. Nie darmo w tym kontekście pojawia się wspomnienie o Władysławie Grabskim – człowieku, który uzdrowił polską walutę, nie bacząc na partykularne interesy. Ale skąd dziś wziąć nowego Grabskiego?

Kłopot z kryzysem moralnym

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Od początku III Rzeczypospolitej pojawia się teza, że najważniejszy spośród licznych kryzysów, jakie nękają nas po wyjściu z komunizmu i w jego (przede wszystkim) wyniku, jest kryzys moralny. Teza ta brzmi cokolwiek abstrakcyjnie, zwłaszcza jeśli zestawimy ją z ogromem zaniedbań i cywilizacyjnym zapóźnieniem, jakie „zawdzięczamy” czterdziestu pięciu latom nieustannego postępu i budowy „przodującego ustroju”. Przezwyciężenie skutków tej katastrofy wymaga niewiarygodnej pracy, przy której pokonanie jakiegoś „kryzysu moralnego” wydawać się może zabawą dla pięknoduchów.

Po trzynastu już prawie latach od upadku komunizmu i odzyskaniu niepodległości okazuje się jednak, że ten kryzys moralny przejawia się w sposób boleśnie konkretny. To właśnie jego bezpośrednim wyrazem i skutkiem jest słabość obyczaju – demokratyczny obyczaj nie pojawi się bowiem sam z siebie, nie „wyprodukują” go najlepsze nawet instytucje, musi on być owocem systemu wartości akceptowanego przez większość obywateli. Słabość struktur państwa i niezdolność do ich naprawy również uważam za przejaw kryzysu moralnego. Jego wyrazem są także poważne wątpliwości, czy – mimo niewątpliwych sukcesów – rzeczywiście zmierzamy w dobrym kierunku, czy demokratyczne i rynkowe instytucje nie pozostaną fasadą, za którą kryć się będą rządy skorumpowanej i korumpującej oligarchii.

Kłopot z kryzysem moralnym polega na tym, że nie da się go szybko i łatwo przezwyciężyć. Nie wiadomo wręcz, od czego zacząć. To znaczy wiadomo: trzeba podjąć ogromną, zakrojoną na lata pracę wychowawczą. Czy jednak starczy nam „wychowawców”, którzy sami nie byliby skażeni tym, z czym mają walczyć? I co robić, zanim się „wychowamy”? I wreszcie – czy ta teza nie jest jeszcze jedną twarzą bezradności?

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.