Jesień 2020, nr 3

Zamów

Muzyka bez odbioru

Czy muzyka ostatnich dziesięcioleci jest twórczością bez odbioru, dziełem bez publiczności? Przemawiałaby za tym zawartość większości sklepów płytowych, w których muzyka powstała do XX wieku przeważa znacznie nad współczesną. Przemawiałaby za tym ramówka programów radiowych nadających muzykę poważną, np. naszego Programu II Polskiego Radia, gdzie nową muzykę spycha się na czas po północy. Przemawiałby za tym program naszych filharmonii, gdzie z muzyki XX wieku gra się najwyżej Prokofiewa, Szostakowicza i Piazzolę. W grupie odbiorców muzyki poważnej ci, którzy słuchają twórczości ostatnich dekad, stanowią prawdopodobnie mniejszość. Oczywiście, znajdą się też dowody popularności nowej muzyki, choćby tłumy na koncertach Warszawskiej Jesien i i festiwali muzyki współczesnej w innych krajach. Nie jest to jednak popularność dorównująca popularności Bacha, Beethovena i Brahmsa.

Dlaczego tak się dzieje? Powodów jest wiele. Po pierwsze, trudno do muzyki współczesnej dotrzeć, bo nigdzie jej nie ma. W poprzednich epokach, gdy nie było fonografii, słuchano tylko muzyki współczesnej, tylko taką grano. Teraz dominacja muzyki ubiegłych wieków stanowi barierę dla twórczości nowej. Po wtóre, nie jest to często muzyka łatwa, a człowiek współczesny przekonany jest o tym, że wybierać ma drogę najłatwiejszą. Mając szeroki wybór, odrzuca to, co trudne. Człowiek współczesny lubi przyjemności. Tak go formuje kultura masowa. Pewna dyskusja w internecie pokazała nawet, że trudne i przyjemne to przeciwieństwa.

Trudne piękno

Z trudem mieści się w głowie, że można dla przyjemności czytać skomplikowaną powieść czy esej, słuchać nierytmicznej czy atonalnej muzyki. Najpierw więc należałoby zaspokoić potrzebę przyjemności za pomocą niewyszukanej lektury i prostej tapety dźwiękowej, potem zaś, jeśli wystarczy czasu, posłuchać sobie Lachenmanna. Tak wygląda dziś życie wielu kulturalnych, wykształconych ludzi: na co dzień obcowanie z popkomercją (stale włączony telewizor, popularne radio, kolorowe tygodniki), a od czasu do czasu koncert w filharmonii czy wieczór w teatrze, aby „łyknąć trochę kultury”. Muzyka współczesna sytuuje się na marginesie zainteresowań, bo do jej odbioru potrzeba wyobraźni i odwagi, wrażliwości i wysiłku.

Stefan Rieger, krytyk muzyczny, miłośnik Bacha i Glenna Gouda, opublikował w „Tygodniku Powszechnym” (2003 nr 1) szkic o muzyce XX wieku, w którym postawił tezę, że niewiele się z owego stulecia ostało, a muzyka tego czasu zdradziła wspólnotę. Bez dwudziestowiecznej muzyki da się żyć – powiada autor. Jej twórcom trzeba współczuć, bo postawieni zostali wobec konieczności parcia do przodu za wszelką cenę, przez co znaleźli się na kamienistej pustyni.

Powszechny wstręt, a przynajmniej obojętność publiczności świadczą o tym, że twórcy XX wieku zdradzili muzykę, która straciła centralne miejsce w cywilizacji. Kiedyś muzyka cementowała wspólnotę. Wzięte z prostego życia elementy stawały się cegiełkami dźwiękowych katedr Bacha. Twórczość muzyczna uwznioślała, objawiała najczystsze piękno i wieczyste prawdy. Łączyła pion z poziomem, melodię z harmonią. Dziś – pisze Rieger – muzyka uciekła od powszechnie rozumianej i wspólnie odczuwanej harmonii. Straciła kontakt z „pionem”, czyli transcendencją. Uległa rozproszeniu, odkrywając nowe światy. Brak w niej tego, co poraża wielkością, promieniującą na całą cywilizację.

Po publikacji tego eseju wywiązała się polemika. Krytyk muzyczny Andrzej Chłopecki, specjalista od muzyki współczesnej, wykazywał Riegerowi uproszczenia i niekompetencję. Kompozytor Krzysztof Meyer pisał, że każda epoka krytykowała swoją muzykę współczesną, mając trudności z jej odbiorem. Wskazywał też na wątłość naszej kultury muzycznej i konieczność edukacji. Student muzykologii Daniel Cichy pokazywał, na czym polega piękno nowej muzyki i związane z nią wyzwanie intelektualne. Zamykając tę polemikę, Stefan Rieger sprowadził ją do reakcji wewnątrzśrodowiskowej, pisząc, że w obronie nowej muzyki stanęli Kompozytor, Krytyk i Student, a więc – jak można to zrozumieć – osoby zainteresowane wspieraniem interesu środowiska. Skoro publiczność nie zabrała głosu – zdaje się mówić Rieger – świadczy to o jej obojętności lub niechęci.

Obraz ten chciałbym nieco przemalować, występując właśnie jako zwykły słuchacz, człowiek spoza środowiska. Chciałbym zaburzyć tę pozorną symetrię, według której po jednej stronie jest środowisko kompozytorów muzyki współczesnej, ich uczniów i przyklaskujących krytyków, po drugiej – niechętna publiczność. Wystarczy zajrzeć na forum dyskusyjne Programu II Polskiego Radia, by zobaczyć, jak ożywiona, głęboka i kompetentna dyskusja wywiązała się po publikacji artykułów Riegera, Chłopeckiego i Meyera. Była to może najciekawsza dyskusja tego forum. Okazało się, że istnieje spore grono słuchaczy nowej muzyki, w tym np. dwudziestolatkowie, którzy kupują płyty z muzyką współczesną, wyłapują z ramówki Dwójki poświęcone tej muzyce audycje, znają wielu kompozytorów, jednych cenią, innych mniej lub wcale, rozróżniają style i tendencje. Twórczość współczesna jest dla nich czymś ważnym. Teza, że muzyka zdradziła wspólnotę, nie wytrzymuje więc konfrontacji z rzeczywistością.

Boję się, że esej Riegera to strzała, która trafia nie tam, gdzie trzeba. Nie muzyka jest winna, nie dwudziestowieczni kompozytorzy. Zmienił się po prostu paradygmat kultury. Zanik metafizyki, masowość wyobrażeń, uwiąd poczucia wspólnoty, upowszechnienie ideału „nowości” i postaw ignorancji, podporządkowanie dyskursu społecznego funkcji handlowej (mówią do nas po to, by nam coś sprzedać), rozszerzenie kręgu adresatów – spowodowały spłycenie, zwulgaryzowanie i unieważnienie przekazu kulturowego. Ważne stało się to, co modne. Nie tylko muzyka utraciła rząd nad poczuciem estetycznym i etycznym dzisiejszego człowieka, nad jego zdolnościami poznawczymi. To samo stało się z literaturą, sztuką, może też z religią. Władzę wzięła telewizja, której podporządkowały się bez reszty masy, a w znacznie większym, niż nam się wydaje, stopniu – także ludzie wykształceni. Sytuacja muzyki poważnej w epoce medialnej, w krainie zabawek, w której żyjemy, jest więc odmienna, trudniejsza niż za czasów Bacha.

Można żałować „centralnego miejsca w cywilizacji”, które utraciła muzyka za sprawą zaszłych w XX wieku przemian jej języka. Centralnym nurtem kultury w cywilizacji atlantyckiej stał się tymczasem nurt kultury medialnej, który dyktuje mody, upowszechnia postawy, kreuje bohaterów, oddziałuje na masy. Reszta stanowi margines. Nurt ten potrafi wciągnąć w swoją orbitę muzykę Bacha czy Mozarta, sprzedając ją jako dźwiękową tapetę, potrafi wykreować na twórców muzyki artystycznej Zbigniewa Preisnera czy Gavina Bryarsa. Kagel lub Grisey nie nadają się jednak do tej roli. Nie ma dziś wielkości promieniujących na całą cywilizację, za którymi tęskni Rieger. Przywilej takiego promieniowania ma w cywilizacji zabawek to, co w udany sposób imituje wielkość. Naprawdę wielkie sytuuje się na głębokim marginesie. By tam dotrzeć w poszukiwaniu wrażeń estetycznych, trzeba starań i wysiłku.

Nierozpoznana wielkość

Muzyka współczesna, nie licząc komercyjnych jej nurtów i pogranicza z popkulturą, jest akurat tą sferą twórczości, która opiera się umasowieniu, wulgaryzacji, ukiczowieniu. Stanęła z boku, nie chcąc wyrażać masowych gustów. Odmówiła udziału w pogoni za modą. Bach wyrażał emocje i tendencje ludzi swego czasu. Dzisiejszy Bach musiałby wyrazić emocje odbiorców telenowel, talk showów i big brotherów. To jest dzisiaj grunt, z którego drzewo muzyki może czerpać soki. Co więc robić? Zdradzać wspólnotę kiczu, czy też wyrażać jej emocje?

Muzyka współczesna rzeczywiście porzuciła to, co poziome, ale nie straciła wektora wertykalnego. Wystarczy przykład Messiaena. W muzyce XX wieku jest wielkość nierozpoznana, trzeba ją dopiero odkrywać.

Zastanawiający jest brak muzyki nowej w ofercie programowej filharmonii i radia. Czy miałoby to świadczyć przeciw muzyce? Przeciwnie, inwazja kultury masowej wywołała spadek poziomu tych instytucji, ludzi, którzy je tworzą i odbiorców. Trudno się więc powoływać na dyktat większości. Dominacja sztuki dawnej nad nową w przekazie masowym może zastanawiać, nie powinna być jednak wskazówką do działania. Przez Kaplicę Sykstyńską przepuszcza się miliony ludzi. Czy dzięki temu wzrasta masowe rozumienie sztuki renesansowej? Jaki jest odbiór watykańskich fresków Botticellego i Michała Anioła? Czy nie jest to w swej masie odbiór naiwny, podobny do wzruszeń wywoływanych przez seriale?

Przez galerie sztuki współczesnej nie przewalają się już takie tłumy, jak przez muzea ze sztuką dawną. Czy dzisiejszy masowy odbiorca, niemający pojęcia o glebie, z której ta dawna sztuka wyrosła, rozumie ją lepiej niż najnowszą? Mówiąc o sztuce, nie używajmy argumentu liczby. Na pytanie, jak wielu nie akceptuje muzyki współczesnej, można by odpowiedzieć pytaniem: jak wielu akceptuje kicz, głupotę i wulgarność telewizyjnej rozrywki?

Znamy osoby, które nie pójdą do filharmonii, jeśli w programie pojawi się nazwisko Weberna czy Schönberga, choć obaj dorastali jeszcze w wieku XIX. Życie koncertowe prowincjonalnych filharmonii ignoruje istnienie muzyki XX wieku. Organizatorzy tego życia chętnie zaaranżują za to np. koncert, na którym orkiestra symfoniczna zagra tematy Beatlesów. Panuje przekonanie, że bez muzyki XX wieku „da się żyć”. Powstaje więc drugi obieg. W internecie odzywają się wielbiciele Mortona Feldmana czy Lepo Sumery, wymieniając opinie na temat ich kompozycji, doradzają sobie nawzajem, jak kupić płyty, których nigdzie nie ma. Istnienie tych „podziemnych” kanałów dowodzi, że muzyka współczesna jest żywo odbierana i przeżywana, staje się dla owych słuchaczy środowiskiem życia. Na szczęście, brak nowej muzyki w salach koncertowych rekompensuje w pewnej mierze fonografia, także i polska. To dzięki niej i dzięki nocnym audycjom zainteresowani dowiadują się, co się dzieje gdzieś w świecie na festiwalach muzyki współczesnej. Jej poznawanie ma więc w sobie coś z konspiracji.

Sztuka zawsze odwoływała się nie tylko do wielkich wspólnot, ale i do małych, tych, na przykład, które próbują żyć na marginesie głównych nurtów, przeciwstawiać się im czy je negować. Jest muzyka, która łączy wspólnotę (to w Polsce może Chopin, szkoda, że również nie Szymanowski czy Lutosławski), i jest taka, która mówi do mnie, do ciebie, nawet wbrew wspólnocie, albo do kilku-kilkunastu osób, między którymi dzięki temu rodzi się nowa wspólnota.

Wiek XX nie był wiekiem muzyki, był wiekiem interpretacji. Zaczęto kreować sylwetki interpretatorów: Savalla, Herreweghe, muzyków, których pasją życiową jest poszukiwanie, odkrywanie nieznanych kompozytorów minionych wieków, odgrzebywanie starych partytur, ich różnych wersji. Polityka wytwórni płytowych, optyka krytyków i muzycznych prezenterów radiowych, kanałów radiowych z muzyką poważną i czasopism muzycznych nastawione są na admirowanie interpretacji, roztrząsanie zalet i wad poszczególnych wykonań, porównywanie różnych wersji utworów itp. Nieliczne, ściągające uwagę szerszych kręgów społecznych wydarzenia muzyczne, jak konkurs chopinowski, w powszechnym odbiorze sprowadzono do wyścigu interpretacji. Czasem wydaje się, że poszukując wciąż nowych zabawek, zagubiono samą muzykę.

Tyle muzyki, że życia nie starczy

Druga połowa XX wieku upłynęła pod hasłem przełamywania kanonu wykonawczego najróżniejszych dzieł. Stąd m.in. kariery wielu nowych interpretatorów, choćby muzyki Bacha czy Chopina. Wiek XX, stulecie z jednej strony tak bardzo uciekające od historii, akcentujące swą odrębność, nowoczesność, w sferze muzyki zajęło się grzebaniem w przeszłości, odwracając od tego, co aktualnie powstaje. Nowa muzyka nie doczekała się jeszcze takiej wielości interpretacji, wiele utworów nie miało prawykonań, a jeśli były wykonane, to brakuje nagrań, nie ma więc o czym dyskutować. Może ucieczka od nowej muzyki wynika z przewagi dyskusji nad słuchaniem? Może zagadaliśmy muzykę? Może jest tak, że to, o czym się nie mówi, nie istnieje?

Koncentracja na sztuce wykonawczej, odczytywanie starych partytur, granie na instrumentach dawnych skierowały uwagę w przeszłość. Dzięki temu Couperin czy Josquin Desprez stali się nam współcześni, jednakże naprawdę współcześni kompozytorzy uciekli z pola widzenia. I nie jest to kwestia stopnia trudności odbioru, komplikacji muzyki. Przecież odbiór madrygałów Monteverdiego nie jest prostszy niż zrozumienie Ligetiego czy Nono. Dlaczego jedno wyklucza drugie? Czy nie można, odkrywając przeszłość, odkrywać zarazem współczesność? Co sprawia, że wielu wielbicieli muzyki poważnej wyraża się pogardliwie o nowej muzyce? Na dodatek utrzymują, że to muzyka zdradziła, nie oni sami.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Muzykę XX wieku sprowadza się często do awangardy. A przecież wiek XX to nie wyłącznie awangarda. Pożywi się tu i tradycjonalista, wykształcony na muzyce romantycznej (mnie też na niej wychowano, może dlatego kocham dziś np. Rachmaninowa) i zwolennik klasycznego porządku. Są utwory nieprawdopodobnej piękności, w zupełnie klasycznym znaczeniu, np. koncert skrzypcowy Berga, i utwory porażające jakąś nieprawdopodobną siłą, jak „Offertorium” Gubajduliny. Obok twórców hermetycznych jak Kurtag, są kompozytorzy tworzący w ramach estetyk łatwiej przyswajalnych. Jest Tavener i Glass, jest Ives i Pärt, Vasks i Rautavaara, jest tyle muzyki, że życia nie starczy, nawet gdyby się przestało słuchać kantat Bacha, kwartetów Haydna i oratoriów Haendla, do czego wcale nie namawiam.

Nie widzę sensu w takich teoriach, że po Bachu nic już nie jest możliwe, podobnie jak nie uznaję konceptów, że po Homerze nic się już nie stało w literaturze. Głoszą je, być może w dobrej wierze, zakochani w przeszłości pietyści, zamykając jednak oczy na to, co dzieje się dookoła.

O słuchaniu tylko Bacha czy tylko Chopina pisał sugestywnie Piotr Wierzbicki w książce „Życie z muzyką”. Są takie okresy, kiedy akceptuje się tylko jedno, ale przygoda z muzyką polega na tym, że takie okresy przemijają. Wyrasta się z ortodoksji, dzięki czemu można potem jednego wieczora słuchać Dworzaka i Rachmaninowa, innego – Xenakisa i Berio. Dorobek muzyczny to ogromne bogactwo. Dziecinadą jest wyrywanie zeń jednych okresów i odrzucanie innych. Mądrzej byłoby zapytać, co zrobić, aby muzyka XX wieku trafiła do odbiorcy, pojawiła się w filharmoniach, w szkole, na uniwersytecie. Ona jest już historią, podobnie jak muzyka wieków wcześniejszych. Tak jak literatura i sztuka XX wieku, powinna się znaleźć w programach szkolnych i akademickich.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.