Jesień 2020, nr 3

Zamów

Z nadzieją na pojednanie

Dotychczas mało któremu z Polaków mówiła cokolwiek data 11 lipca. Dzisiaj powiększa ona listę rocznic narodowych tragedii. Jest to dzień, w którym 60 lat temu na Wołyniu dokonano najwięcej masowych mordów w wielkiej akcji, skierowanej przeciw tamtejszej polskiej ludności cywilnej. Akcję tę, w której według dzisiejszych ocen polskich historyków zginęło co najmniej 50 tysięcy osób, przeprowadzono z rozkazu wołyńskiego dowództwa Ukraińskiej Armii Powstańczej (UPA).

Przez cały okres powojenny wydarzenia lata 1943 roku na Wołyniu były słabo obecne w polskiej potocznej świadomości. W czasach PRL nie można było mówić o tym pełnym głosem. Komunistyczna propaganda, aczkolwiek podtrzymywała negatywny stereotyp UPA z powodu jej niepodległościowego i zdecydowanie antysowieckiego profilu ideowego, nie eksponowała Wołynia jako symbolu polskiej martyrologii na Wschodzie, gdyż w ogóle przypominanie o polskiej obecności za Bugiem było dla komunistów czymś niepożądanym. Pamięć o wołyńskich ofiarach nie utrwaliła się też w „nocnych rodaków rozmowach”, z których dorastające w PRL pokolenia czerpały wiedzę o poległych w Katyniu czy w Powstaniu Warszawskim. Tamta rzeź dokonana została jakby na uboczu, z dala od dużych miast, a jej ofiarami padli w zdecydowanej większości polscy kresowi chłopi, którzy nie mieli krewnych w Warszawie czy Krakowie. Wołyńska tragedia, o której ani nie mówiono, ani nie pisano, roztopiła się w trudnej do zweryfikowania legendzie. W tej formie przetrwała ona w polskiej świadomości pierwszą dekadę III Rzeczypospolitej.

Można tu mówić o paradoksie. Z jednej strony, pamięć o wołyńskiej rzezi – w formie konkretnych, wywoływanych z autopsji wspomnień – przechowana została praktycznie tylko w nielicznych środowiskach wołyńskich kombatantów i weteranów. Z drugiej strony, oddziaływała ona pośrednio na podtrzymywanie szeroko rozpowszechnionego w Polsce stereotypu „ukraińskiego rezuna”. Można powiedzieć, że groza wołyńskich wydarzeń odcisnęła się wyraźnym piętnem na polskiej podświadomości, choć wiedza o tych wydarzeniach była dotychczas wśród Polaków bardzo nikła.

Ostatnio zaczyna się to zmieniać. Instytut Pamięci Narodowej gromadzi materiały śledcze, dotyczące antypolskiej akcji na Wołyniu. Jej zbliżająca się 60. rocznica stała się też obiektem uwagi władz. 13 lutego prezydent Kwaśniewski, podczas wizyty na Ukrainie, rozmawiał z Leonidem Kuczmą o potrzebie upamiętnienia ofiar tamtych wydarzeń. „Zbrodnie przeciwko ludzkości nie mogą zostać usprawiedliwione” – powiedział wtedy prezydent Ukrainy. Polscy wysłannicy negocjują z przedstawicielami ukraińskich władz formułę deklaracji pojednania, w której wspomnienie Wołynia odgrywać ma zasadniczą rolę. Mówi się o lipcowych uroczystościach na Ukrainie, których kulminacją miałby być hołd, złożony pomordowanym przez prezydenta Kuczmę na ziemi wołyńskiej. Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa przekazała już Ukraińcom plany uporządkowania niektórych miejsc pochówku ofiar rzezi – dotychczas pozostających w kompletnym opuszczeniu. W Warszawie ma stanąć pomnik, upamiętniający tragiczne wydarzenia. Temat, przemilczany przez dziesięciolecia, trafił wreszcie na czołówki polskich mediów.

UPA – kość niezgody

Temat ten, wyjątkowo bolesny – choć w inny sposób – także dla Ukraińców, do tej pory rzadko pojawiał się na łamach centralnej ukraińskiej prasy lub w opracowaniach historycznych, wydawanych poza Zachodnią Ukrainą. Co więcej, restrykcjom, przemilczeniom i zafałszowaniom podlegał tam właściwie dotychczas cały obszar ukraińskiej historii, związany z działalnością UPA. Trzeba bowiem wiedzieć, że w tej materii potoczna świadomość Ukraińców ze środkowej i wschodniej części kraju w dużej mierze kształtowana jest przez stereotypy, odziedziczone po latach komunizmu. Według nich UPA, zbrojne ramię frakcji Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, dowodzonej przez Stepana Banderę, była formacją faszystowską, a pozytywnym wzorcem ukraińskiego bojownika w walce z hitlerowskim okupantem są czerwoni partyzanci. Obraz UPA jako jedynej formacji zbrojnej, która w latach wojny podjęła szeroko zakrojoną walkę o ukraińską niepodległość i która wykrwawiła się w dziesięcioletnich zmaganiach z kolejnym, sowieckim już okupantem – obraz zgodny skądinąd w tym punkcie z prawdą historyczną – kultywują, z grubsza biorąc, jedynie mieszkańcy zachodniej części Ukrainy. Obszar ten w latach czterdziestych i pięćdziesiątych był zresztą domeną działalności UPA, która nigdy nie zdobyła większej popularności na ziemiach, rozciągających się na wschód od przedwojennej granicy polsko-sowieckiej.

Wyidealizowany wizerunek tej formacji, właściwy Ukraińcom ze Lwowa, zderza się więc z czarną legendą UPA, utrzymującą się nadal w stołecznym Kijowie. A ta ostatnia ciągle nadaje dominujący ton życiu politycznemu i społecznemu. Zachodnioukraińskie elity intelektualne, pielęgnujące wizję ojczystej historii idącą na przekór postsowieckim schematom, czują się dziś na wolnej Ukrainie trochę tak, jak u nas czuły się środowiska inteligencji o akowskim rodowodzie po roku 1956: bohaterów nikt już nie zamyka w więzieniach, ale ich armia oficjalnie nadal jest tematem tabu.

Jednak niezależnie od negatywnego nastawienia do symboliki UPA, dominującego w życiu polityczno-społecznym środkowej i wschodniej Ukrainy, prawda o zbrodniach, popełnionych przez tę formację, jest niechętnie przyjmowana przez ogół Ukraińców. Ci ze wschodu przez kilka pokoleń karmieni byli zupełnie inną wizją historii. Ci z zachodu aż do końca lat osiemdziesiątych przechowywali swoją historię w ukryciu, a po uzyskaniu niepodległości przez Ukrainę koncentrują się na trudnym wbudowywaniu etosu UPA w ogólnoukraińską świadomość, nie myśląc jeszcze o jego rewidowaniu.

Od niedawna historia UPA zaczyna być wszakże obecna w centralnych ukraińskich mediach. Na jesieni ubiegłego roku w I programie telewizji wyemitowano film, poświęcony tej formacji, w którym głos w dużej mierze oddano niezależnym historykom oraz samym, żyjącym jeszcze, uczestnikom walk. Temat antypolskiej akcji był tam jednym z wątków, utrzymanym w tonie bezpiecznego schematu: w walce wzajemnej ucierpiały, mniej więcej po równo, obie strony – Polacy i Ukraińcy, UPA zaś, jak stwierdził żyjący jeszcze ostatni przywódca tej formacji, Wasyl Kuk, wręcz wstrzymywała ukraińską ludność Wołynia przed aktami zemsty na Polakach za okres opresyjnych rządów polskich przed 1939 rokiem. W podobnym tonie utrzymany był komentarz trzeciego odcinka popularnego serialu Ihora Czyżowa „Wojna bez zwycięzców” (emitowanego obecnie przez rosyjskojęzyczny kanał „Inter”, a traktującego o historii UPA), gdzie mówi się o konflikcie Ukraińskiej Armii Powstańczej z Polakami. W tej wykładni eksponowana jest wersja wzajemnych, polsko-ukraińskich mordów na Wołyniu, ze strony ukraińskiej sprowokowanych krzywdami, jakich doznała miejscowa ludność ze strony sanacyjnych władz i osadników. Mordy na Polakach przypisywane są tu spontanicznej reakcji nieskoordynowanych grup chłopskich mścicieli („siekiernicy”).

Mimo tych mankamentów, dzięki podobnym programom jakakolwiek wiedza o tym, co działo się w 1943 roku na Wołyniu, dociera po raz pierwszy do milionów ukraińskich odbiorców. Ludzie ci mają okazję do własnej refleksji, a trzeba przyznać, że niektóre sceny mówią same za siebie bez jakiegokolwiek komentarza. Na filmie, emitowanym przez I program TV, widzimy zjazd weteranów UPA, na którym jeden z sędziwych mówców zwraca się do sali: „Ukraińska Armia Powstańcza prowadziła zawziętą, bezwzględną walkę z armią hitlerowsko-niemiecką, węgierską, rosyjsko-komunistyczną i z wrogiem wewnętrznym, którym był wówczas naród polski”. Inny kombatant UPA, pytany o moralną ocenę masowej eksterminacji Polaków, odpowiada: „Z dzisiejszego punktu widzenia likwidacja żywego człowieka jest rzeczą nieusprawiedliwioną. Ale w Starym Testamencie nie ma przecież słowa miosierdzie.”

Co się stało na Wołyniu?

Od połowy lutego, czyli od spotkania Kwaśniewskiego i Kuczmy, w prasie ukraińskiej trwa ożywiona dyskusja wokół wołyńskiej tragedii. W ciągu ostatniego miesiąca opublikowano tam na ten temat chyba więcej, niż przez cały wcześniejszy okres powojenny.

Otwarty list, jaki „z okazji 60. rocznicy ukraińsko-polskiego konfliktu na Wołyniu” wystosowała grupa przedstawicieli – nierzadko wybitnych – ukraińskiej nauki i kultury (opublikowany w drugiej połowie lutego na stronie internetowej lwowskiego czasopisma „Ji”), jest pierwszym tego rodzaju wydarzeniem w stosunkach polsko-ukraińskich. Zawiera on prośbę o wybaczenie za to, że ukraińską broń „skierowano także przeciw niewinnym i spokojnym polskim rodzinom”. Autorzy listu przyznają, że „usunięcie siłą polskiej ludności z Wołynia było tragicznym błędem”. Są to słowa ważkie dla Polaków, za które z naszej strony należy się uznanie dla ich autorów.

Jednak słabością tego dokumentu jest uleganie pokusie, dobrze znanej uczestnikom niedawnej polskiej dyskusji wokół Jedwabnego. Ludzie, którzy uznają winę, popełnioną przez swoich rodaków, potępiając zbrodnię, dokonaną na sąsiadach-obcoplemieńcach, jednocześnie oskarżają ofiary i sugerują związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy masakrą a wydarzeniami ją poprzedzającymi. Doprowadziły one jakoby do zemsty ze strony tych, których prześladowali rodacy ofiar w innych uwarunkowaniach politycznych. To wszystko sprowadza się do relatywizowania winy i siłą rzeczy do jej częściowego usprawiedliwiania.

Tymczasem moralny problem wołyńskiej tragedii – podobnie jak moralny problem tragedii w Jedwabnem – jest obszarem, na którym stosowanie podobnych ocen zaciemnia prawdę i nie prowadzi do oczyszczenia. Wymordowani na Wołyniu Polacy nie byli żołnierzami AK czy jakiejkolwiek innej podziemnej formacji zbrojnej. Samoobrona polskich wsi, na ogół zresztą słaba, była naturalną reakcją na napady, a pierwszy oddział AK wyszedł w pole dopiero w pół roku po przejściu fali pogromowej. Nie jest też prawdą, że ofiarami rzezi padli głównie przedwojenni osadnicy wojskowi: tych przeważnie już wcześniej, za „pierwszego Sowieta”, wywieziono na wschód. Obiektem eksterminacji była w olbrzymiej większości bezbronna ludność chłopska, cywilni mieszkańcy odległych od miast, odizolowanych wsi, którzy nie mogli liczyć na niczyją pomoc. Był więc taki czas, że samo bycie Polakiem na rozległych obszarach Wołynia – poza zasięgiem polskiej samoobrony i rzadko przekraczającej rogatki miast okupacyjnej władzy niemieckiej – oznaczało automatyczny wyrok śmierci. Oceny tej nie zmienia fakt, że w tym samym czasie polskie oddziały policyjne w służbie niemieckiej dopuszczały się zbrodni na mieszkańcach wsi ukraińskich. Za zbrodnie te nie odpowiadały przecież polskie rodziny w setkach wsi Wołynia.

Rzeź Polaków nie była też odpowiedzią na polskie rządy na Wołyniu przed 1939 rokiem. Taka spontaniczna zemsta miała miejsce w formie żywiołowych, nieskoordynowanych wystąpień ukraińskich już podczas klęski wrześniowej: jej obiektem byli ziemianie, osadnicy, pracownicy administracji oraz wycofujący się na Rumunię żołnierze. Masowa akcja antypolska nie miała być także – co sugerują niektórzy historycy i publicyści ukraińscy – kontruderzeniem po selektywnej antyukraińskiej akcji eksterminacyjnej na Chełmszczyźnie, jaką nieco wcześniej przeprowadziło tam polskie podziemie. W świetle dotychczasowych ustaleń historyków cel akcji na Wołyniu wydaje się przejrzysty: dowództwu tamtejszej UPA chodziło o „oczyszczenie zaplecza” zbliżającego się frontu sowieckiego z wszelkich elementów, które w oczach banderowców uchodziły za prokomunistyczne. W świetle tej strategii ludność polska rzeczywiście potraktowana została jako „wróg wewnętrzny”, którego z wojskowego punktu widzenia należy bezwzględnie usunąć z przedpola walki. Była to decyzja podjęta na zimno i ze zbrodniczym wyrachowaniem.

Banderowcy mordowali więc Polaków pod hasłem walki z komunizmem. Gorzką ironią jest fakt, że pod tym samym hasłem palili ukraińskie wsie polscy granatowi policjanci.

Dla większości Ukraińców ze Lwowa nieprzekraczalną dotychczas barierą porozumienia z Polakami pozostaje fakt, że dowodzona przez tychże samych banderowców UPA wykazała się heroiczną walką o wolność Ukrainy i jako taka jest częścią ich patriotycznej tożsamości. Ludzie, którzy dla lwowskich Ukraińców są bohaterami, nazywani są przez Polaków zbrodniarzami i – często jeszcze – bandytami. To samo mówią dzisiejszym lwowianom ich rodacy ze wschodu Ukrainy. Rodzi to opór przed jakąkolwiek próbą rewizji legendy UPA.

Z uznania banderowców za sprawców masakry na Wołyniu, a także mordów Polaków w Galicji w latach 1944-1945, nie wypływa jednak konieczność uznania całej UPA za formację zbrodniczą. Przede wszystkim Ukraińska Armia Powstańcza, choć w pewnym momencie niejako zmonopolizowana przez banderowską frakcję OUN, nie była rzeczywistością tożsamą z jej polityczną „czapą”. W ostatnich latach wojny, a także w pierwszych latach okupacji sowieckiej, formacja ta stała się faktycznie zbrojną emanacją całego ukraińskiego nurtu niepodległościowego w kraju. Partyzanci, którzy pod jej sztandarami walczyli z komunistycznym najeźdźcą i ginęli na Huculszczyźnie, Podolu czy. w Bieszczadach, najczęściej nie mieli nic wspólnego ze zbrodniami, dokonywanymi wcześniej i gdzie indziej przez innych żołnierzy tej samej podziemnej armii. Dotyczy to nie tylko szeregowych żołnierzy, ale także wielu upowskich dowódców. Wśród tych ostatnich byli też tacy, którzy potrafili przeciwstawić się zbrodniczym planom, inni czynnie pomagali zagrożonym Polakom.

Historia powinna osądzić każdego z tych ludzi indywidualnie. Nie ulega jednak wątpliwości, że części przywódców UPA nie da się wybronić od winy. Dotyczy to przede wszystkim głównodowodzącego na Wołyniu „Kłyma Sawura”, czyli Dmytra Kliaczkiwskiego, któremu dzisiaj na ziemi wołyńskiej stawia się pomniki. Nie może to nie budzić protestów Polaków, nie powinno też nie mieć dwuznacznej wymowy w odbiorze każdego uczciwie myślącego Ukraińca. Dwuznaczność polega na tym, że „Kłym Sawur” wyróżnił się potem odważną walką z sowieckim najeźdźcą. Czy można być jednocześnie bohaterem i zbrodniarzem? Na to pytanie powinni odpowiedzieć sami Ukraińcy.

Jeśli uznamy, że nawet UPA, jako taka, nie była w całości formacją zbrodniczą, tym bardziej nie powinniśmy obciążać winą za zbrodnie na Wołyniu całej tamtejszej ludności ukraińskiej. To prawda, że w rzezi polskich wiosek często uczestniczył rodzaj pospolitego ruszenia mężczyzn z okolicznych ukraińskich miejscowości. Nie można jednak z tego faktu wysnuwać wniosku, że ukraińska ludność cywilna Wołynia gremialnie popierała akcję antypolską. Jewhen Swerstiuk, przewodniczący ukraińskiego PEN Clubu, w swoim „Liście do Polaków i Ukraińców”, zamieszczonym na internetowej stronie dyskusyjnej magazynu „Ji”, wspomina, że wcieleni do UPA młodzi mężczyźni z jego rodzinnej wioski uczestniczyli w eksterminacji sąsiedniej polskiej wsi Zagaje: Żaden z żołnierzy UPA nie przyznał się swoim rodzicom, że brał udział w akcji w Zagajach. Zwyczajni gospodarze nie akceptowali tych morderstw.

Mówiąc o tym, co stało się na Wołyniu, używa się często – szczególnie na Ukrainie – określeń typu „wzajemne mordowanie”. Nie oddają one istoty sprawy, choć rzeczywiście, na poziomie suchych faktów nie można zaprzeczyć temu, że na Wołyniu również Polacy mordowali Ukraińców. Jednak nie może być mowy o równowadze w momencie, gdy wołyńscy Polacy znaleźli się w sytuacji broniącej się mniejszości. W analogicznej sytuacji znaleźli się Ukraińcy, którzy pozostali po polskiej stronie jałtańskiej granicy. Chociaż zdarzało się, że tamtejsza UPA atakowała i paliła polskie wsie, nie zmienia to generalnej oceny wydarzeń w południowo-wschodniej Polsce w latach 1945-1947: to Ukraińcy byli tam obiektem eksterminacji ze strony szeroko rozumianej polskiej większości.

Trudna droga ku przebaczeniu

Ukraiński list otwarty utrzymany jest w schemacie formuły „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Tej formuły, użytej przez polskich biskupów w liście, skierowanym w 1965 roku do episkopatu Niemiec, użył po raz pierwszy w odniesieniu do moralnej oceny stosunków polsko-ukraińskich, w 1983 roku, wieloletni redaktor „Więzi”, Bohdan Skaradziński. Dziś, po dwudziestu latach od ukazania się jego książki „Białorusini, Litwini, Ukraińcy. Nasi wrogowie – czy bracia?” (wydanej w podziemnej oficynie pod pseudonimem „Kazimierz Podlaski”), słowa te nadal pozostają postulatem, przed którego wypełnieniem obie strony czeka jeszcze najeżona trudnościami, długa droga. O najnowszą polsko-ukraińską historię potykają się nasze próby porozumienia, czego przykładem może być zarówno spór o cmentarz Orląt Lwowskich, jak i kontrowersja wokół oceny zbrodni wołyńskiej.

Duże ryzyko niosą tutaj próby politycznego uregulowania niezwykle głębokiej i złożonej sprawy pojednania obu narodów. Nie należy zapominać, że prawdziwego pojednania nie da się przecież zadekretować, mimo nawet najlepszych intencji, jakimi mogliby się kierować przywódcy polityczni Polski i Ukrainy. Wszelkie próby odgórnego przyspieszania tego procesu skazane są na reakcję w postaci protestów ze strony różnych odłamów ukraińskiego społeczeństwa, kontestujących sytuację, w której – w ich odczuciu – naciska się Ukraińców, by przeprosili Polaków. Miało to miejsce po porozumieniu Kwaśniewski-Kuczma w sprawie cmentarza Orląt, podobnie dzieje się i teraz, po lutowym spotkaniu obydwu prezydentów, gdzie mówiono o rozwiązaniu kwestii Wołynia.

Jednak kryzysy i spięcia owocują również oddolnymi, autentycznymi, choć czasem niełatwymi próbami poszerzania pola ukraińsko-polskiego dialogu. Spór wokół cmentarza Orląt zaowocował bezprecedensowym spotkaniem intelektualistów obu narodów 1 listopada ubiegłego roku we Lwowie. Zbliżająca się okrągła rocznica wołyńskiej tragedii dała impuls ludziom nauki i kultury na Ukrainie do wystosowania listu, który chociaż nie może w pełni satysfakcjonować jego polskich adresatów, jest komunikatem ważnym, na tyle ważnym, że jego znaczenia nie mogą Polacy przemilczać. Daje też nadzieję na dalszą rozmowę. Dialog, rozpoczęty w tak istotnej sprawie, nie może zostać przerwany.

Jacek Borkowicz

Jacek Borkowicz – ur. 1957, redaktor „Więzi”, sygnatariusz listów polskich intelektualistów: z 1997 r., potępiającego akcję „Wisła”, oraz z 2002 r., w sprawie konieczności porozumienia polsko-ukraińskiego; inicjator dyskusji „Z Ukraińcami po Jedwabnem”, „Więź” 2002 nr 4.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

1 Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów.

2 Z wystąpienia w Radzie Najwyższej Ukrainy 21 maja 1997 r.

3 Tak w oryginale, przedwojenna nazwa Iwano-Frankowska.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.