Jesień 2020, nr 3

Zamów

Krytyk Jekyll i pisarz Hyde

Nie chciałbym narazić się na zarzut narcyzmu, ale muszę na początek przedstawić specyficzną sytuację, w której przychodzi mi napisać niniejszy artykuł. Otóż w latach 1993-1999 zdarzało mi się, początkowo nawet dość często, publikować recenzje i większe teksty krytyczno-literackie, wśród tych ostatnich – książkę napisaną z Jarosławem Klejnockim pt. „Chwilowe zawieszenie broni. O twórczości tzw. pokolenia brulionu”. Od 2001 roku zaczęły się natomiast ukazywać drukiem moje powieści i opowiadania. W rezultacie zagadnięty o kwestię dzisiejszych i wczorajszych relacji, łączących autora i krytyka, doświadczam nieprzyjemnego rozdwojenia.

Jak każdy literat (a w każdym razie: jak większość literatów w dzisiejszej Polsce), krytyków literackich en gros nie lubię, mam ich za ludzi nieuważnych, aroganckich i nieodpowiedzialnych (istnieją nieliczne wyjątki). Jeśli staram się publicznie z tego nie zwierzać, to dlatego, że nie do końca ufam w tej materii swoim spontanicznym emocjom, a ponadto – ponieważ w razie otwartej polemiki nie widzę szansy, aby nie popaść w śmieszność. Cóż bardziej żałosnego niż autor narzekający, że nie został przez kogoś zrozumiany i doceniony!

Z drugiej jednak strony, pamiętam jeszcze dość dobrze swoje rozgoryczenie krytyka, kiedy spotykałem się z przejawami podobnej niechęci lub lekceważenia ze strony autorów, o których pisałem. Przekonany, że rewolta „brulionu” nie odbyłaby się, gdyby nie nasza, krytyków, wrzawa, nie potrafiłem pogodzić się z narzekaniem, że krytyka w Polsce umarła lub że funkcjonuje w charakterze „pleśni na pożywce”, jak to dobitnie określiła kiedyś Natasza Goerke. W rezultacie nie widzę innego sposobu na uczciwe napisanie tego artykułu, niż ułożenie go w kształt (dość manierycznego z pozoru) dwugłosu. Żyje bowiem we mnie zarówno krytyk, niemile zdziwiony niską oceną swojej pracy, jak literat, oddający się w zaciszu swego mieszkania zwierzęcej (chwilami) nienawiści. Jekyll i Hyde. Jak wiadomo z literatury, podobne rozdwojenie nie rokuje zbyt dobrze.

*

LITERAT: Jeśli uznać, że literatura jest swoistą formą rozmowy między pisarzem a czytelnikiem, to kim jest krytyk w tym procesie komunikacji? Nie jest autorem: pomimo pojawiających się (zresztą coraz rzadziej) prób projektowania nowych kierunków artystycznych, za jego sprawą nie powstanie ani jedna linijka tekstu. Ale też, tak naprawdę, nie jest czytelnikiem. Jak podczas występu iluzjonisty: krytyk nie nadaje się na magika, nie jest bowiem w stanie wyczarować królika z cylindra; ale nie nadaje się również na widza, ponieważ wie, na czym polega trick z królikiem. Jego wiedza, jego nadświadomość, skłonność do chłodnej analizy, dyskwalifikują go jako pożądanego odbiorcę. Może jest zbędny?

KRYTYK: Pisząc recenzje z tomików Świetlickiego i Podsiadły, z powieści Tokarczuk i Filipiak, dzieliłem się po prostu swoim zachwytem. Z założenia unikałem pisania o tekstach nieudanych; po trosze dlatego, że nie byłem pewien słuszności swoich zarzutów, po trosze dlatego, że, jak twierdzi mój ulubiony filozof, „gdzie kochać nie można – tam należy mijać”, po trosze wreszcie, ponieważ istniał we mnie małoduszny lęk przed robieniem ludziom przykrości. Nie miałem się za krytyka literackiego; miałem się za czytelnika, który w wyniku zbiegu okoliczności zyskał trybunę, z której może opowiadać o swoich czytelniczych fascynacjach. Uważałem, że warto je rozpowszechniać; na początku lat dziewięćdziesiątych w polskim życiu literackim trwał estetyczny zastój, spetryfikowana hierarchia wartości, która pozwalała powtarzać jak mantrę kilka nazwisk, cenionych zresztą, Bóg jeden wie, za rzeczywiste osiągnięcia literackie, czy za przyzwoitą postawę w szeregach opozycji. Skutki dawały się już dostrzec: publiczność, znużona zacnością literatury drugoobiegowej i pozbawiona utworów opisujących świat mentalny, jaki wychynął po roku 1989 (dziś rozumiem, że również – słabo zorientowana w dorobku emigracji), coraz wyraźniej zwracała się do autorów obcych, starych mistrzów darząc niezobowiązującym szacunkiem, a debiutantów po prostu nie dostrzegając. W tym stanie rzeczy warto było opublikować kilkanaście czy kilkadziesiąt przesadnych (tak!) pochwał, zamienić się na parę lat w komiwojażera czy zgoła akwizytora młodej literatury, żeby współtworzyć klimat, w którym zostali rozpoznani jako ważni dla czytelników tacy autorzy, jak Tokarczuk, Stasiuk, Podsiadło czy Świetlicki. Nie twierdzę, że w końcu by się nie przebili – są fantastycznie utalentowani – ale było im łatwiej. Tak jest: dzięki nam, krytykom.

LITERAT: To nie jest odpowiedź na pytanie o potrzebę krytyki w zwyczajnych czasach; nie mówiąc o tym, że pisanie wyłącznie pozytywnych recenzji było jednak, co sam po części przyznajesz, tchórzostwem („małoduszny lęk przed robieniem ludziom przykrości”). Nie byłeś zresztą konsekwentny, bo np. w „Pegazie” z twoim udziałem zaatakowaliście Małgorzatę Saramonowicz i to głównie za reklamiarski tekst, który zamieściło wydawnictwo na okładce jej „Siostry” (żeby było śmieszniej: to samo wydawnictwo, w którym ja teraz publikuję). W dodatku pewnego ruchu nie daje się zahamować: rozbudzanie „apetytu na przemianę”, w którym wziąłeś udział, owocuje dziś histerycznymi pochwałami dla dziewiętnastolatki z Wejherowa, która naprawdę napisała zadziwiająco dobrą książkę, ale nie stanowi przecież przełomu1, zważywszy, co ćwierć wieku temu robił Komolka, Schubert, że o Białoszewskim nie wspomnę. Ale też dokładnie tak samo odpowiadano na twoje zachwyty Świetlickim. Również zwyczaj atakowania autora za teksty zamieszczone na okładce wszedł w nawyk: nie dalej jak miesiąc temu recenzent „Fa-Artu”, szukając dowodów na to, że moja proza zaraża wszystkich kiczem, potraktował zdanie z okładki jakby było integralną częścią mojej książki.

KRYTYK: Nie widzisz zatem sposobu, aby usprawiedliwić moją działalność sprzed kilku lat?

LITERAT: Tego nie powiedziałem. I nie jestem ja na tyle szalony, aby domagać się usunięcia z czasopism działów recenzji – choć podejrzewam, że najczęstszymi ich czytelnikami są jednak autorzy omawianych tam książek. Mam wrażenie, że w gwarze głosów, jakie wypełniły dziś przestrzeń życia literackiego, przydaliby się moderatorzy. Mądrzy i uważni. Lojalni wobec wszystkich uczestników rozmowy, jaką – powtarzam – jest literatura. Wspomagający tę stronę, która akurat jest słabsza: to pisarzy (np. przed nieuwagą), to czytelników (np. przed hucpą). Lubię myśleć, że w latach dziewięćdziesiątych to właśnie staraliście się robić. Doprowadzaliście autora do jego czytelników, a czytelnika do jego autorów. Nie wiem, czy nie ze szkodą dla pisarzy, którzy akurat nie mieli w akcie urodzenia roku 1960 i następnych, ale to już inna sprawa. Teraz, po paru latach, wyścig się skończył, więc ci inni pisarze też mogą zaistnieć – w wyłomie przez was dokonanym. A przy tym korektorka wieczna zaczęła działalność: już widać, że z wielkiej rewolucji brulionu zostało zaledwie parę nazwisk. Może sześć.

KRYTYK: Po każdej rewolucji literackiej zostaje zaledwie parę nazwisk. Po Nowej Fali: pięć. Po Skamandrze: dzisiaj już tylko trzy lub cztery, bo przecież Słonimski-poeta to nazwisko li tylko z muzeum literatury. Nawet po romantyzmie zostało niewiele więcej, a to nie była jakaś tam rewolucja, tylko bezprecedensowe trzęsienie ziemi.

LITERAT: Niezakończona dziejów jeszcze praca. Ale czy gotów byłbyś się zgodzić na uznanie idealnego krytyka za moderatora?

KRYTYK: Nie jestem przekonany; bo czy najsłynniejsi krytycy w dziejach polskiej literatury byli moderatorami? A nie kreatorami gustów? Irzykowski, Boy, Sandauer, Wyka, Kwiatkowski.

LITERAT: Dwa ostatnie nazwiska bym z tej listy wyłączył: bo Wyka i Kwiatkowski byli moderatorami w opisanym przeze mnie sensie. Tamci natomiast oczywiście nie. Ale wszyscy oni respektowali podstawową zasadę uczciwej krytyki, którą – mając zresztą na myśli krytykę sztuki – sformułował ponad sto lat temu Stanisław Witkiewicz ojciec. Pisał, że krytyk nie ma obowiązku być „obiektywny”, natomiast (streszczam jego poglądy dzisiejszym językiem) ma obowiązek być „transparentnie subiektywny”. To znaczy: powinien jawnie formułować swoje oczekiwania, swoją aksjologię, swoją teorię estetyczną. Wtedy wiadomo, że jeśli stwierdza: dzieło X jest niedobre, znaczy to: jeżeli, czytelniku mojej recenzji, zgadzasz się z moimi oczekiwaniami wobec sztuki, to wiedz, że dzieło X nie przyniesie ci satysfakcji. I (dopowiedzmy) wiadomo, że jeśli chwali nagle dzieło Y, które z punktu widzenia promowanej przez niego estetyki nie spełnia warunków choćby przyzwoitego warsztatu, to widocznie zadziałała osobista sympatia do twórcy albo tzw. inne względy. To właśnie wprowadza porządek. Nie powiesz mi, że umiemy wymienić wielu krytyków, którzy respektują dziś te zasady.

KRYTYK: Kilku jednak umiemy. Na przykład Henryk Bereza, którego gustów nie podzielam, jest w tym sensie imponująco konsekwentny i transparentny. Nigdy nie było również wątpliwości, z jakimi oczekiwaniami sięgał po książkę Jan Błoński. Jasny jest system wartości Przemysława Czaplińskiego, Kingi Dunin, Jerzego Jarzębskiego, Mariana Stali (abstrahuję cały czas od kwestii, czy jest to mój system wartości). Ale też znamienne, że wymieniam krytyków, którzy przynajmniej raz na jakiś czas mają okazję wypowiadać się na łamach tygodników lub miesięczników, gdzie jest miejsce, aby szerzej przedstawiać swoje poglądy na literaturę. A co ma zrobić ktoś, kto jest recenzentem w gazecie codziennej? Kto nie decyduje, o jakich książkach się wypowiada, a na przeczytanie książki i napisanie o niej ma niekiedy jedną noc?

LITERAT: Przecież nie mówię, że irytujący mnie stan krytyki w dzisiejszej Polsce stanowi wynik jakiejś zarazy moralnej, pustoszącej serca. Bardzo wiele da się wyjaśnić „czynnikami obiektywnymi”. Na przykład pośpiechem. Zresztą ty sam nie masz czystego sumienia: zdarzyło ci się, bodaj na łamach „Polityki”, zaatakować Wojciecha Wencla za wiersz, którego istotny sens dotarł do ciebie po wydrukowaniu recenzji.

KRYTYK: Raz.

LITERAT: No tak, ale jeśli każdy recenzent napisze raz coś nieprzemyślanego, to już mamy szum informacyjny i masę poranionych bez sensu pisarzy. A szum jest nieprawdopodobny: co pewien czas dostaję z wydawnictwa plik recenzji, których autorzy zajęli się moimi książkami. Po publikacji nowej powieści są te pliki (Bogu dzięki) dość grube.

KRYTYK: „Bogu dzięki”? Dobrze usłyszałem?

LITERAT: No oczywiście, że Bogu dzięki, bo przecież, nawet narzekając wniebogłosy na krytykę, muszę przyznać, że milczenie o książce oznaczałoby jej śmierć. Na rynku jest tyle nowych tytułów. Myślę, że właśnie dlatego autorzy nie zwarli jeszcze szeregów, żeby się zemścić. To znaczy, nie opublikowali nigdzie antologii tego, co ich spotkało: tych wszystkich cytatów urwanych w połowie, żeby się zgadzały z tezą recenzji; tych zdanek przepisanych z materiałów promocyjnych (albo od kolegi-krytyka), które rzekomo wymyślił autor omówienia; tych pospolitych kłamstw na temat fabuły, którymi sztukuje się brak argumentów; tych śliskich sugestii, że się pisze dla pieniędzy, choć krytyk wie równie dobrze jak autor, że literatura nie jest dziś zajęciem dochodowym (poza paroma, znanymi powszechnie przypadkami). Mówię tu o zupełnie konkretnych publikacjach na własny temat, o konkretnych ludziach, którzy z niezrozumiałych dla mnie powodów nie wstydzą się mnie – choć kto jak kto, ale przynajmniej ja na pewno przeczytam uważnie, co o mnie napisali. Aż mnie ręka świerzbi, żeby podać nazwiska. Więc mówię o sobie; ale zapewniam cię, że każdy ma podobną kolekcję. Chyba że wszystko wyrzuca do kosza, z grubym przekleństwem na ustach. Odczuwa się niesprawiedliwość nawet nie złej recenzji, ale recenzji nierzetelnej, pobieżnej – bo, u licha, napisanie książki naprawdę zajmuje od paru miesięcy do paru lat, więc mogę chyba od recenzenta spodziewać się przynajmniej parunastu godzin uwagi? Wysiłku zrozumienia? To nie jest wymaganie zbyt wielkie?

KRYTYK: Nie jest. Ale ty też bądź uczciwy i nie wmawiaj mi, że rzetelnie udokumentowana zła recenzja nie wzbudzi w tobie furii albo rozżalenia. Kto wie, może właśnie wpadki, pomyłki, przekręcone cytaty stwarzają ci warunki, żebyś taką nieprzychylną recenzję w ogóle przeżył. Dzięki nim możesz zawsze machnąć ręką: „E, idiota”. I ochronić swoje dobre samopoczucie.

LITERAT: Tego samopoczucia to ja bym nie przeceniał. Istnieje wystarczająco dużo udokumentowanych przypadków depresji wśród literatów, żeby nie zakładać, że są to wyłącznie nabzdyczone dumą bufony.

KRYTYK: Nie każesz mi, mam nadzieję, być na dodatek jeszcze pielęgniarzem dorosłych ludzi, którzy sami – publikując książkę – wystawili się na ocenę?

LITERAT: Nie; chodzi tylko o – sam nie wiem, jak to nazwać – poczucie taktu? Delikatność? Oddzielanie grzechu od grzesznika? Ale wracam do przerwanego wątku: otóż oczywiście, że zła, a nawet nie dość dobra recenzja boli. Parę minut, parę godzin, parę dni – to zależy od cech osobniczych. Ale jest to zarazem jedna z niewielu informacji zwrotnych, jakie w swojej pracy otrzymuję. I nie jest prawdą, że z założenia nie wyciągam wniosków z tego, co napisano o moich książkach. Tyle że jeśli we wspomnianym pliku znajduje się więcej recenzji, ich wnioski zazwyczaj znoszą się nawzajem – i w rezultacie trudno brać je na serio. Zwłaszcza że informacji o przyjmowanych przez krytyków założeniach estetycznych, jako się rzekło, brak. I na ogół trudno uwierzyć, że jakieś istniały, poza widzimisię. Plus (byłbym zapomniał!) powszechny dziś w Polsce snobizm na odmawianie wartości książkom, które odnoszą sukces komercyjny.

KRYTYK: Kłopot polega na tym, że relacja krytyk-literat jest z natury rzeczy konfliktowa. Nawet jeśli krytyk unika argumentów ad personam, jego dezaprobata dla książki zawsze rykoszetem uderza w miłość własną autora. W rezultacie nie wierzę ci, kiedy uzasadniasz swoje rozdrażnienie zarzutami o nierzetelności krytyków. Nikt, kto dostaje recenzję pochwalną – a to przecież też się zdarza – nie będzie się zastanawiał, czy jest rzetelna. Co najwyżej zdziwi się, dlaczego nie pochwalono go bardziej. Jeszcze bardziej. I jeszcze. Nie ma takiej pochwały, w którą autor nie uwierzy. Jesteście wszyscy śmieszni w tej waszej nienasyconej potrzebie głaskania was po głowach, zwłaszcza że ukrywacie tę potrzebę. Krytyk może liczyć z waszej strony tylko na agresję albo pogardę. Agresję, jeśli was gani. Pogardę, jeśli chwali. Bo to musi być jasne, że sławę zawdzięczacie wyłącznie sobie, a nie jakimś recenzentom. Kiedy w jednym z wywiadów zapytano Świetlickiego, co myśli o tezie, że to ja na łamach „Gazety Wyborczej” go wylansowałem (teza zresztą nonsensowna), powiedział o mnie, że jestem niebezpiecznym fanatykiem. W pierwszej chwili przykro się zdziwiłem. Teraz już się nie dziwię. Trudno, nie chwaliłem jego wierszy po to, żeby był dla mnie miły. A są znakomite.

LITERAT: Hamowałem się, żeby nie zarzucono mi załatwiania prywatnych porachunków, a teraz ty to robisz. I w dodatku odstawiasz wielkodusznego, a napisałeś do niego list z obelgami.

KRYTYK: A czy naprawdę sądzisz, że frustracja jest tylko twoim udziałem? Nie wierzysz w dobrą wolę współczesnych krytyków; ale i krytyk nie ma podstaw, żeby ci wierzyć. Twoje emocje związane z twórczością są zbyt intensywne, żeby brać na poważnie, co myślisz na nasz temat. I nigdy nie było inaczej, nawet jeśli weźmie się pod uwagę największych. Żeromski szydzi okrutnie z recenzentów w sławnym przypisie zamieszczonym w „Przedwiośniu”; Prus rozprawia się z nimi w „Słówku o krytyce pozytywnej” (obracając zresztą ich „transparentny subiektywizm”, jawnie głoszoną koncepcję literatury, przeciwko nim!); Mickiewicz zemścił się na krytykach, przedstawiając ich jako durniów i konformistów w „Salonie warszawskim”. Aleksander Fredro tak się na nich zdenerwował, że aż na wiele lat złamał pióro. O jednym z najaktywniejszych recenzentów teatralnych młodopolskiego Krakowa opowiadano sobie dowcipy na estradzie „Zielonego balonika”. Więc może być, że publikujący w gazetach codziennych czy tygodnikach sprzeniewierzają się niekiedy regułom swojej profesji. Ale wiarygodnie mogą to ocenić czytelnicy lub inni krytycy; nie pisarz.

LITERAT: Zgoda, więc już tylko jedno pytanie na koniec: przestałeś być krytykiem, jesteś czytelnikiem. Kiedy jako czytelnik sięgasz po recenzję, to czy najczęściej dominującym wrażeniem jest radość, którą krytyk dzieli się z tobą, z powodu przeczytanej, udanej książki? Albo przynajmniej nadzieja, że choć książka ma wiele wad, może następna będzie lepsza? Krótko mówiąc: czułość dla przedmiotu jego oceny? Czy raczej: obojętność? Lub: zniecierpliwienie, chęć udowodnienia, że pisarz jest niezdolny, niemądry, a najlepiej – jedno i drugie?

KRYTYK: Opowiem ci pewną historię. Kilka miesięcy temu spotkałem znajomego z telewizji, który realizował tam przez jakiś czas program o książkach. Wyszedłem właśnie z kina; film ogromnie mnie wzruszył. Zacząłem o nim mówić – i mój znajomy nagle wybuchnął śmiechem. „Wiesz – stwierdził, wycierając łzy, które aż mu pociekły po policzkach – zawsze mnie bawiła twoja egzaltacja”. I teraz pytanie: który z nas jest lepiej przystosowany do życia w środowisku redaktorów, krytyków, komentatorów życia literackiego? I po ilu takich rozmowach rozumny człowiek zaczyna oszczędnie opisywać swoje pozytywne emocje? Czy ty żyjesz od wczoraj, nie wiesz, że jeśli sypnę złośliwościami pod dowolnym adresem, będę uchodził za człowieka błyskotliwego? A jeśli pochwałami – spotkają mnie drwiny lub insynuacje, że załatwiam w ten sposób jakieś pokątne interesy? Krytycy literaccy są i tak łagodni. Sprawdź, co wypisują recenzenci teatralni. Jak popisują się tym, co uważają za swoje poczucie humoru. Jeśli ci to nie odpowiada, po prostu przestań publikować. Nie ma obowiązku. Widocznie jednak uznajesz, że przykrości, jakie cię spotykają, są równoważone przez satysfakcję (płynącą na przykład stąd, że napisałeś mniej więcej to, co chciałeś napisać, albo stąd, że jakiemuś czytelnikowi chciało się wysłać do ciebie list z informacją, że polecił twoją książkę znajomym). Więc spróbuj zachować dystans do „życia literackiego”, zamknij starannie drzwi (ale „śmiało otwórz każdemu” – jak 130 lat temu pouczał Aleksander Świętochowski) i pisz. Każdy ma jakiś rodzaj ascezy, przed którą nie ucieknie.

*

Co jest słabością tego dwugłosu? Nieobecność. czytelników. Relacja między krytykami a literatami, zawsze i z definicji zaogniona, jest bowiem – wbrew pozorom – całkowicie drugorzędna. Krytyka literacka, podobnie jak twórczość, ma sens, o ile stanowi służbę wobec publiczności (co nie musi, a nawet nie powinno oznaczać schlebiania jej najtańszym gustom). W teorii krytykom zdarzało się głosić, że wobec ogrodu literatury pełnią funkcję ogrodników: tam gdzieś coś przytną, ówdzie podsypią, wyrwą chwast – i piękne teksty pięknie się plenią. Ale w praktyce np. działalność Wyki wobec poezji Baczyńskiego albo komentarz Marii Komornickiej do dwóch pierwszych tomów „Chłopów” Reymonta (ogłoszony w „Chimerze”) były raczej jak wprowadzanie czytelnika do wnętrza wartej poznania, a skomplikowanej budowy.

Jeśli przez chwilę trzymać się tej architektonicznej metafory, to dziś sytuacja wygląda tak, że autorzy mają (jak zwykle) poczucie, że projektują pałace, publiczność przechadza się po nich jak po dworcach, a krytycy zawzięcie twierdzą, że są to najwyżej szopy i stodoły; a jeśli zachwycą się czymś, to labiryntem na odludziu, albo dziełem wielokrotnie już pochwalonym, najchętniej zagranicznym (przypadek „Wojny polsko-ruskiej.” okazuje się w tym kontekście sympatycznym wyjątkiem). W gruncie rzeczy wszyscy mają bardziej lub mniej jasne przeczucie, że kiedyś było lepiej – publiczność mądrzejsza, krytycy uważniejsi, pisarze bardziej uzdolnieni. Jako entuzjasta „Wesela” Wyspiańskiego, gdzie dość dobrze pokazano, jak rodzą się i jakie mają skutki takie kompleksy wobec przeszłości (łzy mnie pieką, łzy mnie pieką, czymże bym ja tam być miał), tę nostalgię za Gombrowiczem, Kwiatkowskim i ludźmi, którzy rozkupili w tydzień cały nakład „Ulissesa” Joyce’a, mam za uczucie nie do końca uzasadnione, a z pewnością pustoszące warunki, w których mogłaby powstać zniewalająco piękna literatura. Choć jest prawdą, że i ja nie jestem w stanie wskazać następców Gombrowicza. Ani Kwiatkowskiego.

Póki jednak istnieje publiczność, która chce czytać nasze książki i nasze recenzje, póki spotykamy czytelników, którzy deklarują, że ważne było dla nich przeczytanie napisanej przez nas książki lub recenzji – desperowanie na temat chorób współczesnego życia literackiego jest być może, paradoksalnie, ich głównym przejawem.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Jerzy Sosnowski

______________________________________________________
Jerzy Sosnowski – ur. 1962, dziennikarz i literat, laureat Nagrody Kościelskich (2001). Autor książek: „Apokryf Agłai”, „Wielościan”, „Linia nocna” (wszystkie opublikowane w WAB). W przygotowaniu: „Prąd zatokowy” (ukaże się jesienią br.). Pracuje w radiowej „Trójce”. Mieszka w Warszawie.

1 Poniekąd powtarzam w ten sposób tezę Jarosława Klejnockiego, wyłożoną w „Tygodniku Powszechnym”. Jednocześnie jednak zwracam uwagę, że żaden z nas nie jest w tej ocenie wiarygodny: sto lat po narodzinach psychoanalizy nie jesteśmy w stanie odpowiedzialnie zapewnić, że nie przemawia przez nas nieświadoma zawiść. Właśnie dlatego, ceniąc Klejnockiego jako poetę, dziwię się, że ryzykuje podobne zarzuty, łącząc publikowanie wierszy i esejów z działalnością krytyka. Co prawda – nie on jeden.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.