Jesień 2020, nr 3

Zamów

Między didgeridoo a Tajemnicą

Moje refleksje kreślę na marginesie dyskusji, wywołanej artykułem Bartłomieja Dobroczyńskiego o kulturze masowej („Więź” 2002 nr 5). Mówiąc dokładniej, inspiracją był dla mnie tekst Tomasza Wiścickiego „Muzyka po(p)ważna?”, zamieszczony w numerze następnym jako polemika z tezami Dobroczyńskiego. Wiścicki przeciwstawia się tam współczesnej tendencji do unikania wartościowania w kulturze, a nawet do zacierania różnicy pomiędzy kulturą wysoką a niską – i z tymi jego intencjami generalnie się zgadzam, co więcej, solidaryzuję się tutaj z autorem. W zakończeniu swojej polemiki pisze on jednak: Dziś coraz częściej samo wspomnienie, że Mahler jest bardziej wartościowy od „The Rolling Stones” albo od gry Aborygenów na didgeridoo, uznawane jest za niedopuszczalny arystokratyzm i ekskluzywizm. A przecież można słuchać z satysfakcją Boba Dylana czy afrykańskich śpiewaków, zdając sobie zarazem sprawę z tego, że nie są to najwyższe wzloty ducha w historii ludzkości. Otóż wydaje mi się, że mój redakcyjny kolega incydentalnie i może niechcący wszedł na obszary, w których kryteria, jakie sam zakreśla, zatracają swój sens. Zostawmy w spokoju „Rolling Stonesów” i Boba Dylana – chodzi mi o śpiewaków afrykańskich oraz Aborygenów z owym didgeridoo (dla niewtajemniczonych: to australijski instrument dęty, nieco podobny do naszej beskidzkiej trombity).

Bronić ich zamierzam dość okrężną drogą. Zacznę cytatem z klasyka. Johan Huizinga w „Jesieni średniowiecza” mówi o momencie, w którym dokonał się rozdział pomiędzy sztuką a życiem. Stało się to, według niego, gdzieś pomiędzy odrodzeniem a epoką nowożytną. Różnica tkwi w punkcie, w którym sztuka i życie zaczynają się rozchodzić; tam gdzie zaprzestaje się rozkoszować sztuką pośród życia jako szlachetną cząstką jego radości i gdzie sztuka zostaje wyniesiona ponad życie jako przedmiot godny czci, do którego zwraca się w momentach podniosłych lub w chwilach wypoczynku. [.] Teraz przeciągnięto linię graniczną przez sam środek radości życiowych. Podzielono je na dwie części: na niższe i wyższe. Dla człowieka średniowiecznego wszystkie one były grzeszne; teraz uchodzą za dozwolone, ale różna jest ich godność, zależnie od wyższego czy niższego stopnia uduchowienia (tłum. Tadeusz Brzostowski).

Warto zatem na początek pamiętać, że podział na kulturę wysoką i niską wykrystalizował się dopiero jakieś czterysta lat temu. Nie jest więc kanonem uniwersalnym i respektowanym od prawieków; wywodzi się z konkretnej epoki i wiąże z konkretną filozofią. Co więcej, przykrojony do mieszczańskiej mentalności, rozwinął się w europejskim życiu codziennym, panując w nim aż do ostatnich niemal dziesięcioleci. Jego istotą było przekonanie, że kultura to coś wyrafinowanego i kruchego – coś, co należy konsumować delikatnie i wstrzemięźliwie, jak torcik z kryształowego półmiska. Sam zaś akt konsumpcji powinien być czynem niecodziennym i wyjątkowym. Wyznawcy tej definicji kultury przez całe pokolenia nawiedzali od święta (koniecznie w ciemnym garniturze i butach-trumniakach) „świątynie sztuki”: teatr lub operę.

Doskonale pamiętam epigonów takiej postawy, różnych „panów od tańca towarzyskiego”, uczesanych w przedziałek, zawsze pod muchą, którzy uczyli młodzież, że nie należy kląć i trzeba ustępować miejsca starszym w tramwajach. Cnoty te są skądinąd cenne i godne upowszechniania – problem w tym, że owi panowie do takiego wymiaru zawężali samo pojęcie „człowieka kulturalnego”. W ich mniemaniu oznaczało to kogoś jakby oszlifowanego z zewnątrz.

Tymczasem kultura nie rodzi się nigdzie indziej, niż w najgłębszym wnętrzu człowieka. I tylko stamtąd biorą się jej wytwory – dzieła artystów. Najlepsze nawet skrzypce pozostaną tylko przedmiotem (dzięki swemu opływowemu kształtowi nieco ładniejszym od krzesła), jeśli nie rozbudzi ich ręka grającego. To „coś”, co nas porusza, gdy słyszymy muzykę, ukryte jest nie w instrumencie, a w człowieku. Instrument jest tylko jakby przedłużeniem jego ręki, uwielokrotnieniem możliwości wyrażania stanu jego emocji, odczuć. A dopiero te odczucia mogą być wyższe lub niższe – i tak naprawdę jedynie od nich zależy, czy słuchając skrzypka będziemy mieli do czynienia z wyższą, czy z niższą formą kulturalnej ekspresji.

W tym sensie ocena stopnia „wysokości” dzieła zupełnie nie zależy od tego, czy wykonuje się je na wspaniałych barokowych organach, czy tylko na kawałku wysuszonej na słońcu deski. Czarny niewolnik z plantacji w Alabamie wziął kiedyś do ręki zepsute i niedostrojone skrzypce – i wydobył z nich najpiękniejszy, najbardziej prawdziwy wyraz ludzkiej nostalgii. Nie ma też znaczenia, czy gra się w amfiteatrze pod żyrandolami, na pustyni, czy nawet – przepraszam – w restauracji do kotleta. Takimi dziełami „do kotleta” jest na przykład pokaźna część dorobku Haendla, choć w jego wypadku z pewnością chodziło o kotlet królewski. Dzieło ocenia się przez wykonanie: można sknocić wielką klasykę, i wtedy nawet słuchając Dziewiątej Symfonii Beethovena, nie zaznamy żadnych wysokich wzruszeń; można też, przy odrobinie geniuszu, wykonać w sposób artystyczny dziecięcą rymowankę. A oceniając poziom wykonania, powinniśmy przede wszystkim brać pod uwagę ten subtelny, idący de profundis ton, który autentycznie wyraża sobą wykonawca. I właśnie to przesłanie, a nie konwencja, wyrafinowanie formy lub jakość instrumentarium, decyduje o stopniu „wysokości” czy też „niskości” kultury.

Trudno jest o tym pisać, gdyż mówimy o rzeczach niewyrażalnych. To zapewne trochę tak, jak opowiadać o przeżyciach mistycznych komuś, kto sam ich nie doznawał. W tej sytuacji konkretnie i wyraziście mogą zabrzmieć – wbrew intencjom piszącego – tylko te momenty, które kładą nacisk na „zewnętrzność” i pozorny subiektywizm przeżycia estetycznego. Tymczasem mówimy o wręcz przeciwstawnym kierunku. Nie chodzi tutaj wcale o to, że wartość dzieła jakoby zależy od reakcji odbiorcy. Przeciwnie, słuchacz albo widz, poprzez swoje prawdziwe wewnętrzne wzruszenie, weryfikuje akt komunikacji z tą przedziwną, mieniącą się nieskończonymi odcieniami światła, a jednak niezmienną prawdą, która przepływa przez artystę. Jeśli ten ostatni potrafi – za pomocą głosu, instrumentu, dłuta, pędzla czy pióra (dziś już raczej komputerowej klawiatury) – wydobyć z siebie to, co prawdziwe, z pewnością poruszy wyrobionego estetycznie odbiorcę. Rzeczywistym kryterium wysokiej kultury jest więc jej autentyczność, która poprzez artystę „zaraża” otoczenie. Doskonale wyraża to bohater „Pieśni Osjana” Jamesa Macphersona, gdy słuchając celtyckiej harfy, wyznaje: „podniosła się moja dusza”.

To, co piszę, nie powinno być brane za absolutyzację autentyczności. Przecież odbiorcy kiczu też są na swój sposób autentyczni, bardziej nawet autentyczni od snobów wysokiej kultury, gdyż chłoną treści, które naprawdę są smacznym pokarmem dla najpłytszych pięter ich świadomości. Jednak na jej głębszym poziomie ludzie ci żyją w jakimś zafałszowaniu. To pewnie nie ich wina: nie odebrali odpowiedniej edukacji, nie otrzymali poloru dobrego wychowania, które pomaga w wyrobieniu smaku, a co najważniejsze – zabrakło im kogoś, kto by ich mógł wiarygodnie poprowadzić ku temu, co piękne i prawdziwe. Ale przecież i oni, jak wszyscy ludzie, mają wpisane w swoje człowieczeństwo poczucie prawdy i harmonii. Tyle że jest ono zagłuszone i jakby przysypane. Jeżeli więc mówię o autentyczności, myślę o tym, co w człowieku najgłębsze. Nie mam bynajmniej na myśli jakiegoś sfrustrowanego wyjca, który wymyśla ze sceny siedzącym na widowni filistrom, wywalając na wierzch własne bebechy – bo to takie autentyczne. Prawdziwa sztuka nie potrzebuje podobnych wzmacniaczy. I nie takie „wnętrza” ma nam przedstawiać, chociaż niewątpliwie wypływa z wnętrza człowieka.

Bo ostatecznie to nie człowiek jest jej źródłem. Tuwim napisał, że poezja to skok barbarzyńcy, który poczuł Boga. A bez tej Bożej iskry nie wzniesiemy się w górę o własnych tylko siłach. I nic tu nie da najbardziej nawet „mozolna praca poszczególnych artystów”, o której wspomina Wiścicki. Talentu nie można sobie po prostu wypracować – chociaż bez ciężkiej, naprawdę mozolnej pracy artysty nie sposób znaleźć do niego drogi.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Doszliśmy w końcu do owych śpiewaków afrykańskich, których tak postponuje mój redakcyjny kolega. Jeśli uprawiają tani folk, to zgoda – nie ma co windować ich do poziomu artystów wysokiej klasy. Ale jeśli na przykład wykonują oni dobrą, prawdziwą muzykę etniczną, przepojoną w dodatku elementami sakralnymi? Dlaczego nie mogą wtedy dostarczyć nam wzruszeń nie mniej prawdziwych i nie mniej głębokich niż utwory Bacha lub Mozarta?

Mówiąc o sztuce, nie zapominajmy o człowieku, niezbędnym pośredniku pomiędzy instrumentem a Tajemnicą. Bez tego ogniwa zarówno didgeridoo, jak i Stradivarius będą tylko kawałkami suchego drewna.

______________________________
W „Więziowej” dyskusji o kulturze masowej i kulturze wysokiej poprzednio zabrali głos: Bartłomiej Dobroczyński (2002 nr 5), Tomasz Wiścicki (2002 nr 6), Grzegorz Filip (2002 nr 7) i ks. Andrzej Draguła (2002 nr 10).

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.