Jesień 2020, nr 3

Zamów

Wrośnięty w pogranicze

Zacznę może od tego, że kiedy na moim wózku inwalidzkim odjeżdżam od biurka w stronę okna, widzę przez fiszbiny żaluzji plac św. Jana z dwustuletnią kapliczką swego patrona, a w prześwicie między budynkiem Muzeum Historycznego (dawny zajazd) i północną pierzeją sanockiego rynku, gdzie kiedyś na zapleczu mieściła się synagoga – szarzejącą bryłę cerkwi katedralnej, za którą na horyzoncie zalesione pasmo Słonych Gór.

Atoli wystarczy, że wjadę do drugiego pokoju, aby na wyciągnięcie ręki, przez południowe okno, mieć ceglane mury absydy kościoła franciszkanów, zakonu sprowadzonego do naszego miasta za regencji księcia Władysława Opolczyka. Fakt nie bez znaczenia, że właśnie w tej świątyni, pod posadzką kruchty, w pobliżu sutego, barokowego epitafium spoczywają szczątki przodków mojej matki.

Tkwiący we mnie głęboko animistyczny kult przodków, schrystianizowany poprzez Credo w Świętych obcowanie, jak i to, że mogę o sobie powiedzieć, iż jestem, akceptując tę sytuację lub przeciw niej zbuntowany, do szpiku kości homo religiosus i homo ritualis – powodują, że odpowiadając na ankietę „Więzi”, powtórzę jedynie to, co od prawie trzydziestu pięciu lat mówi, niekoniecznie wprost, narrator-bohater moich wierszy.

Bez owych źródeł i znaków, potwierdzających duchowość chrześcijańską i jej lokalne zakorzenienie – w zachodniej i wschodniej tradycji – czułbym się jak w próżni, pozbawiony stałych punktów orientacyjnych, lewitujący w nieokreślonej przestrzeni czytelnik tekstu, modą postmodernistów, odsyłany do kolejnego tekstu, który etc.

A owe źródła i znaki, których materialna obecność jest mi niezbędna – będące gwarantem ciągłości i intuicją Całości? Urodzony i wrośnięty w pogranicze, mam ich wiele, nieprzemienionych jeszcze, na szczęście, w wyłącznie archiwalne eksponaty. Zapisy, często jednozdaniowe, bliskie sentencji czy inskrypcji, średniowieczne polichromie haczowskiego kościoła, intrygujące późnogotyckie Zwiastowanie z czerwonoskrzydłym Gabrielem z Zagórza czy przemodlone drewno cerkwi i ikon, jak choćby w Czerteżu i Międzybrodziu.

Dla mnie, od dzieciństwa oswojonego z nimi, nie przestają być one miejscami szczególnie intensywnego skupienia, sprzyjającego owym czynnościom duchowym, które są trudne do nazwania, bo odbywają się poza słowami.

Czymś czego bliżej nazwać nie potrafię
dotykam czegoś czego także nie potrafię nazwać

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Wiosną tego roku pod cerkiewkę międzybrodzką przywiózł swoich podopiecznych mój przyjaciel, kierownik ośrodka dla osób upośledzonych. Kiedy oglądam powstałe wtedy rysunki, dostępne mi teraz, po kilku miesiącach, już w formie pocztówek, widzę jak „moje tam”, przeżywane najczęściej na osobności, zostało osobliwie wzbogacone wrażliwością autorów tych prac.

Nasze sanockie stowarzyszenie Korporacja Literacka, którego jestem współzałożycielem, razem z Muzeum Budownictwa Ludowego (skansen) organizuje międzynarodowe plenery pisania ikon – inicjatywa nie tylko artystyczna i naukowa o zasięgu euroregionalnym – to także medytacje i odnawianie wspomnianych wyżej wielowarstwowych źródeł tożsamości: namysł, kontemplacja, modlitwa, kiedy towarzyszący im teologiczny wykład i ikonograficzne interpretacje historii świętej wspomaga służebna wobec nich, choć niekoniecznie poddana dawnym rygorom, sztuka.

Jest to dla mnie, rzymskiego katolika, zanurzonego w dookolnym baroku, który nieustannie zasila moje pisanie, szczególnie ważna alternatywna lekcja szukania innego spojrzenia na podstawowy wymiar rzeczywistości – Transcendencję, i mogę mieć tylko nadzieję, że przywołane tu wybiórczo fakty i zdarzenia są etapami w drodze do pełnej akceptacji chrystocentrycznej antropologii, takiej jaką sformułował jeden z moich mistrzów – profesor Stefan Swieżawski.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.