Lato 2021, nr 2

Zamów

Gdzie szukać gwarancji

Interesującą historię miały starania o zabezpieczenie Polski przed ingerencją ze strony Unii Europejskiej w kwestiach moralnych będących przedmiotem kulturowo-cywilizacyjnego sporu, takich jak aborcja, eutanazja, prawny status związków homoseksualnych.

Dyskusja na temat możliwego wpływu UE na kształt prawa dotyczącego wspomnianych kwestii trwa odkąd tylko realna stała się perspektywa naszego członkostwa w strukturach europejskich. Najprostsza była od początku sytuacja tych, którzy uważają Unię za dzieło szatana. Oni po prostu wszelkimi dostępnymi sposobami starali się przedstawiać prawdziwe i wyimaginowane zagrożenia związane z członkostwem w UE. Zagrożenie dla moralności było tu i jest nadal jednym z głównych argumentów.

Obyczajowo liberalni euroentuzjaści byli już w większym kłopocie. Z jednej strony na poparcie konieczności obyczajowej „modernizacji” Polski chętnie posługiwali się argumentem, że takie właśnie są „europejskie standardy” – dość przypomnieć pamiętne zdanie, którym Marek Borowski skwitował uchwalenie przez Sejm zezwolenia na aborcję z tzw. względów społecznych: „Wróciliśmy do Europy”. Z drugiej strony te same kręgi odpierały obawy zwolenników tradycyjnej moralności argumentem, że kwestie moralne w ogóle nie są przedmiotem prawa unijnego i pozostają zastrzeżone do kompetencji państw członkowskich.

Największe problemy mieli jednak ci, którzy z jednej strony dostrzegali rozliczne korzyści związane z naszą przynależnością do UE, z drugiej zaś nie uważali powszechnego w Europie obyczajowego permisywizmu za wyraz postępu, ale przeciwnie – za odejście od elementarnych podstaw moralnych człowieczeństwa. W tej grupie wachlarz postaw był szeroki – od fatalistycznego przekonania, że zwycięstwo permisywizmu jest nieuchronne, więc nie ma sensu mu się przeciwstawiać, aż po odrzucenie Unii właśnie ze względu na zagrożenia moralne, mimo dostrzegania w niej plusów cywilizacyjnych.

Wszystko to stanowiło tło dla toczących się u nas ze zmiennym nasileniem dyskusji, których owocem były kolejne nieudane próby wprowadzenia aborcji z tzw. względów społecznych. Przez dłuższy czas nikt jednak poważnie nie myślał o tym, aby w negocjacjach poruszyć kwestię gwarancji prawnych w sprawach moralnych. Nie nalegała na to ani polityczna, konserwatywna obyczajowo prawica, ani też Episkopat. Z apelem w tej sprawie jako pierwsza – w marcu 2002 r. – wystąpiła Polska Federacja Ruchów Obrony Życia i zaczęła poszukiwać poparcia parlamentarzystów. Apel PFROŻ poparło Forum Świętego Wojciecha.

Zareagowali również posłowie Prawa i Sprawiedliwości. Najpierw zaproponowali przyjęcie protokołu do traktatu akcesyjnego – na wzór Irlandii. Inicjatywa ta nie została podjęta przez rządzącą koalicję. Posłowie PiS zgłosili zatem projekt sejmowej deklaracji o suwerenności Polski w dziedzinie moralności i kultury. SLD potraktował tę ideę jak typowy pomysł opozycji, to znaczy odrzucił, uzasadniając, że żadna deklaracja nie jest potrzebna, bo Unia w sprawy moralności nie ingeruje. Postkomuniści nie potraktowali tego projektu jako szansy zyskania w referendum głosów zwolenników tradycyjnej moralności. Przeciw była także – o dziwo – większość LPR, uważając najwyraźniej, że deklaracja może uśmierzyć obawy części niezdecydowanych, utrudniając tym samym realizację celu tej partii: niedopuszczenia do wejścia Polski w skład UE. Okazało się to dla działaczy antyunijnych ważniejsze niż zapewnienie nam lepszych warunków członkostwa, gdyby jednak do niego doszło.

Po odrzuceniu przez Sejm w listopadzie 2002 r. pierwszego projektu deklaracji posłowie PiS wystąpili z kolejnym projektem. W międzyczasie dobiegały końca negocjacje akcesyjne, w których rząd w ogóle nie poruszył kwestii gwarancji dla trwałości polskich rozwiązań prawnych dotyczących spraw moralnych. Rządzący powtarzali, że nie jest to konieczne i wystarczy ustna deklaracja szefa rządu. Dopiero gdy do gry włączyli się biskupi, okazało się, że można zrobić więcej.

Można się zastanawiać, dlaczego biskupi tak późno zaapelowali o gwarancje nienaruszania przez Unię polskiego prawa w kwestiach moralnych. Wydaje się, że Episkopat nie docenił wagi sprawy. Trudno powiedzieć, dlaczego tak się stało – być może biskupi, niebędący ekspertami w sprawach negocjacji, uwierzyli, że gwarancje nie mają znaczenia, być może zaważyła niechęć do „mieszania się do polityki”. Zabrakło też najwyraźniej współpracy z kompetentnymi świeckimi.

Ostatecznie rząd przyjął jednostronną deklarację stwierdzającą, że postanowienia traktatów unijnych nie przeszkadzają RP w regulowaniu spraw o znaczeniu moralnym oraz odnoszących się do ochrony życia ludzkiego. Jest to jedna z siedmiu deklaracji polskiego rządu, towarzyszących traktatowi akcesyjnemu. Pozostałe dotyczą szczegółowych kwestii gospodarczych. Inne kraje dołączyły dalszych 31 podobnych dokumentów. Rada Ambasadorów UE w odpowiedzi na wszystkie te deklaracje stwierdziła ze swej strony, że nie mogą być one interpretowane w sposób sprzeczny z obowiązkami państw członkowskich, wynikającymi z traktatów. Nie jest jasny sens prawny zarówno polskiej deklaracji, jak i unijnej „kontrdeklaracji”. Sukces jest więc nader umiarkowany, znacznie mniejszy niż Irlandii czy Malty, które wynegocjowały stosowne protokoły do traktatów akcesyjnych.

Czy jednak jest się w ogóle czym przejmować? Przecież w obecnym prawie unijnym nie ma ani słowa na temat aborcji, eutanazji czy związków homoseksualistów. Jest tam wręcz wyraźne zastrzeżenie, że podobne kwestie regulowane są przez prawo państw członkowskich Unii.

Trzeba jednak pamiętać, że zakres działania instytucji Unii Europejskiej dalece przekracza wspólny rynek i obejmuje coraz więcej dziedzin życia. Już teraz można w prawie unijnym znaleźć sformułowania – nazwijmy to – ryzykowne moralnie. W Karcie Praw Podstawowych zapisany jest np. zakaz dyskryminacji ze względu na orientację seksualną. Sformułowanie to sugeruje, że homoseksualizm nie jest odstępstwem od normy, ale równoprawną formą ludzkiej seksualności. Zakaz ten można zinterpretować w taki sposób, że wyklucza on jakiekolwiek ograniczenia w zatrudnianiu homoseksualistów, np. jako nauczycieli w szkole. Były już zresztą takie przypadki. Nietrudno też wyobrazić sobie, że za sprzeczne z takim zakazem można uznać uznanie małżeństwa za związek jedynie kobiety i mężczyzny.

Unia Europejska coraz śmielej wkracza w kwestie dotyczące praw człowieka. Tymczasem we współczesnym rozumieniu praw człowieka mieszczą się wszystkie wspomniane sprawy – aborcja, eutanazja, związki homoseksualistów. Obecny klimat kulturowy zdecydowanie nie sprzyja tradycyjnej (czyli: chrześcijańskiej) moralności. Dość powiedzieć, że wśród obecnych członków Unii jedynie Irlandia nie dopuszcza aborcji na życzenie kobiety. Jeśli więc UE uzyska jakiekolwiek kompetencje w wymienionych kwestiach, nietrudno się domyślić, jaki będzie duch takiego prawa. Widać to zresztą wyraźnie w rezolucjach Parlamentu Europejskiego, domagających się powszechnie dostępnej aborcji czy też prawa dla homoseksualistów do zawierania małżeństw. Rezolucje te nie mają wprawdzie mocy wiążącej, jednak stanowią środek nacisku zarówno na państwa członkowskie, jak i na opinię publiczną. Umożliwiają zwolennikom obyczajowego permisywizmu powoływanie się na rzekome standardy europejskie. W ten sposób niepostrzeżenie to, co dominujące, uzyskuje sankcję oczywistości. Któż odważy się przeciwstawić „standardom europejskim”, nawet jeżeli członkostwo w Unii nie rodzi w tej dziedzinie jakichkolwiek prawnych zobowiązań?

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Jeśli chcemy zachować w zjednoczonej Europie prawo do upartego trwania w naszym „zacofaniu” – ochronie życia dzieci poczętych, niedopuszczalności eutanazji, definiowaniu małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny – powinniśmy zabiegać o wszelkie możliwe środki, które nam taką obronę ułatwią. Nawet jeżeli deklaracja, protokół itp. nie mają szczególnej mocy sprawczej, to były potrzebne, gdyż są wyraźną deklaracją intencji, do której można się odwoływać w wewnątrzunijnych przetargach. O tym, że takie symboliczne choćby działania są potrzebne, najlepiej świadczą działania zwolenników permisywizmu, którzy nie zaniedbują żadnej okazji, aby forsować kolejne uchwały Parlamentu Europejskiego – bez wiążącego znaczenia, ale wpływające co najmniej na klimat kulturowy. Trudno liczyć na to, że Polska odmieni ten klimat, jednak może chociażby zagwarantować sobie status porównywalny z Irlandią – tolerowanego (choćby z niechęcią) wyjątku od dominujących tendencji.

Przede wszystkim zaś należy pamiętać, że o ile zagrożenia ze strony Unii są na razie jedynie hipotetyczne, to w obecnym parlamencie, wybranym w demokratycznych wyborach, a więc odzwierciedlającym poglądy większości społeczeństwa, istnieje większość gotowa w każdej chwili uchwalić aborcję na życzenie. Jeśli do tego nie doszło, to z powodu niechęci rządzącej koalicji do zrażania do siebie katolickiej części opinii publicznej w przededniu referendum, które rozstrzygnie o naszej przynależności do Unii. Co będzie potem, można jedynie spekulować.

Nie należy też zapominać, że na straży wartości podstawowych stoi u nas Trybunał Konstytucyjny. Konstytucja RP przewiduje ochronę prawa człowieka do życia, a małżeństwo określa jako związek kobiety i mężczyzny. Trybunał już raz – w roku 1997 – uznał aborcję z tzw. względów społecznych za sprzeczną z konstytucyjną zasadą ochrony życia. Czy więc polski Trybunał Konstytucyjny nie powinien pójść w ślady Trybunału niemieckiego i zastrzec – jak sugerował prezes TK, prof. Marek Safjan (patrz: „Więź” 2002 nr 8-9) – że konstytucyjnie gwarantowane prawa podstawowe nie mogą być naruszane przez przepisy prawa unijnego? Takie rozwiązanie stanowiłoby rzeczywistą gwarancję suwerenności Polski w najważniejszych kwestiach moralnych.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.