Jesień 2020, nr 3

Zamów

Niesfałszowany sens słów

Tadeusz Różewicz: „Szara strefa”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2002, s. 112 + 4 nlb.

Szara strefa. Regresja, wyrównanie temperatur, ciśnień, zamarcie życia. Nowy tom Tadeusza Różewicza o tym właśnie mówi swoim tytułem: moje wiersze są monochromatyczne, „szare”. Konturów mojej sztuki nie wypełniam kolorem, pozostają „czyste”. Często jednak jakby zachodzą szarością. Moje wiersze mówią o lęku, powstają z lęku przed szarzyzną, śmiercią.

Tytuł tomu kojarzy się też z „szarą strefą gospodarczą”. Różewicz jakby mówił: należę do szarej strefy, uważajcie na mnie, robię swoje cichcem i bez pozwolenia. To on – poeta przekorny, z cicha pęk, faszerujący swoje ostatnie tomiki aktualnościami, mrużący oko – tworzy personę dobrodusznego lub bezlitosnego satyryka. Nie dajmy się zwieść (albo raczej przeciwnie – dajmy się zwieść, jak dajemy się zwieść sugestywnemu aktorowi w teatrze), jest to bardzo świadomie wykreowana rola towarzyska, pewien sposób mówienia. Rola, która ma służyć i służy obecnemu w głębi utworu poecie.

„Szara strefa” to zatem regresja, pajęczyna. „Dom zamienia się w pajęczynę”, w labirynt, w którym się ginie. Pajęczyna, labirynt – są jakby równoległe do domu, który człowiek buduje w ciągu swojego życia, domu będącego dlań właściwym środowiskiem. Poeta nieraz w różny sposób o tym wspominał. Tu pajęczynę tkają, budują labirynt zjawiające się już przy urodzeniu człowieka cztery szare niewiasty / Brak Bieda Troska Wina. Wtedy szuka się ratunku, o który trudno. Wyjściem może być poezja, wydobywająca formę z labiryntu, z pajęczyny, choćby przez samo ich nazwanie. Poeta włącza też ów labirynt czy pajęczynę we własny artystyczny porządek, przywłaszcza je, używa jako form własnej ekspresji. Wtedy inaczej brzmi zacytowane w motcie pytanie Wittgensteina o przerażającą szarość: Czy jest to coś fizjologicznego, czy logicznego? O szarość, którą psychiatra Kępiński określił jako kolor depresji, zawsze monochromatycznej (ale to jeszcze dla melancholii kolor nie najgorszy, bywa bowiem i „całkowita ciemność”). A tak jest szarość, może tożsama z prazupą („Regression in die Ursuppe”), żywiołem śmierci, do którego powracamy poprzez fazę analną, a nie z zupą – posilnym pożywieniem. Ta „prazupa”, z której narodził się świat – to jeszcze jeden dowód na to, iż w poezji starego Różewicza absolutna, filozoficzna, religijna powaga stale łączy się z przekomarzaniem.

Przekomarzający się Różewicz bywa dobroduszny, ale też szybko staje się krytyczny i satyryczny, tą rolą przekomarzającego się osłonięty. To tradycja racjonalistyczna, oświecona. Z niej czerpie pisarz, który nie lubi poetów zmieniających ideową skórę, grafomanów, pań wznoszących z zapałem swoje „wieże Bubel”. Śmieje się z nich. Ale z tej linii wywodzi się także Różewicz troszczący się o ludzkość, przerażony eksplozją demograficzną i narastającym deficytem wody, światem będącym często na progu totalnej wojny. Owo racjonalne, satyryczne przekomarzanie, a także diagnozowanie stanu świata przez statystę – dokonuje się jednak u tego poety w stale obecnym cieniu, w „szarej strefie” wnętrza człowieka (szarości, pajęczyny, prazupy, chaosu), strefie, która w późnym wieku objawia się intensywniej, prawdziwiej i konsekwentniej. W ciągu 80 lat / zauważyłem że „wszystko” / zamienia się w dziwną zupę / – ale zupę śmierci nie życia / tonę w tej zupie śmierci / wołam po angielsku / help me help me / (bo po polsku nikt już nie rozumie) („Regression in die Ursuppe”). Ma ta „szara strefa” dwa wymiary: jest poza życiem jako strefa śmierci i jest częścią życia jako zamieranie, rozpad kształtów świata, nacierająca, całkowicie ziemska, apokalipsa – i własna starość.

Jeśli apokaliptyczne zagrożenia zbrojeniami, eksplozją demograficzną, deficytem wody mają wymiar ziemski, w pełni doczesny, i dają się opisać, ocenić, a także można im zapobiegać – w kategoriach politycznych, ekonomicznych, racjonalnie humanitarnych – to z własną starością już tak nie jest. Ona także jest apokaliptyczna, dotyczy świata, wszechświata, lecz mojego świata, mojego wszechświata. Jego kres jest nieuchronny i zarazem pozostaje tajemnicą.

Różewicz odwoływał się do podstawowych, niesfałszowanych sensów słów. Żywił też przeświadczenie, że wzniosłe, sakralne języki poezji przeżyły się, nie można ich kontynuować, są przeszkodą, nie pomocą. Poeci stracili niewinność i już nie mogą udawać, że mówią o sobie, jakimi są, używając dawnej wzniosłości. Tak to mniej więcej wygląda (mniej więcej – gdyż poezja jest zawsze wieloznaczna i nie poddaje się dyskursywnemu przekładowi). Różewicz teraz coraz chętniej wzniosłe ściąga na ziemię, w dyskurs potoczny. Stare wzniosłe słowa opatruje cudzysłowami kolokwialności (która w tej poezji zawsze jest, w jakimś stopniu, przytoczeniem, stylizacją, ale także gwarantem realności).

Poezja jest dla Różewicza wartością szczególną i wysoką. Nieosiągalną czy dziś szczególnie trudną do osiągnięcia. Docierać ma do rzeczywistości prawdziwej – poza tym, co pragmatyczne, w pewnym sensie poza dobrem i złem. Umarła tedy (tak jak u Nietzschego „Bóg umarł”). Pisał więc kiedyś dość często Tadeusz Różewicz o śmierci poezji, którą przeżyli poeci. I dlatego właśnie poeci niewidzący paradoksalności (tragizmu albo groteskowości) swej sytuacji – są godni pogardy. Poeta może sobie gawędzić, żartować, pokpiwać, przekomarzać się, pisywać dobrodusznie – ale obok najgłębszego lub po coś. Różewicz właśnie tak czyni – „obok” lub „po coś”.

Ursuppe to taka maź, w której jest wszystko, to chaos wyliczeń. Znamy go z dawnych wierszy: z „Non stop show”, ze „Spadania”. Nie było tam kierunków, można było spadać w górę lub w dół, w lewo albo w prawo. Obojętnie. Takiego chaosu dostarcza zewnętrzny bezładny świat pomylonej cywilizacji, ale może on też wynikać z osłabienia umysłowego, gdy wiele spraw się myli. Czasem zaś podobny chaos jest agresywnym efektem radosnej głupoty, jak w wypadku wspomnianej już damy, piszącej autobiografię, budującej swoją (ale dla nas przecież) „wieżę Bubel”: patronował jej kundera / i myśli Harego potera / fruwające krowy Szagala / odwiedziła dalej lamę / polizała ulissesa / odkryła korzenie dziadka / została samotną matką / lecz pisała dalej szparko / [.] pisze szparko pisze szparko / i wszystko wrzuca do worka / klonowanie geny priony / obowiązki matki żony / i „stażystki” pantalony / wielki wybuch / małe wzdęcie / w internecie porno zdjęcie / pięcioraczki carskie cięcie.

Pomieszanie poziomów, pełne lekceważenie tego, co poważne, spłaszczenie wszystkiego, „homogenizacja” – ale też zarazem nagromadzenie aluzji do tego, co akurat aktualne, co pochodzi z pierwszych, trzecich i ostatnich stron gazet, ilustrowanych tygodników, pojawia się za naciśnięciem guziczka pilota na coraz to innym kanale telewizji.

Rymowanka ta stwarza pozory kiczu (zwłaszcza w cichej lekturze), jest przy tym teatralna, bo odpowiednio zinterpretowana może stanowić materiał dla aktorskiego monologu. W ten tekst została wpisana persona Różewicza-wykonawcy, jego głos, jego interpretacja, Różewicza-aktora. (Na tę istotną cechę poezji autora „Zawsze fragment” nader trafnie zwracał niegdyś uwagę Edward Balcerzan.)

Pani z wiersza „Budowanie wieży Bubel” nie rozumie Nic („Nic” pisane jest tu dużą literą), nie rozumie ani Bytu, ani Nicości. Myli porządki. Z wielkich prób wskazania ładu, zasad moralnych – czyni błazeństwo. Opisz swoją twarz! – mówił Różewicz w poprzednim swoim tomie do młodego poety. Temu winna służyć autobiografia. Ale autorka „wieży Bubel” nigdy swej nie opisze twarzy. Jej radosny chaos nie ma nic wspólnego z „szarą strefą”, z Ursuppe. Różewicz nie chce radosnej, „postmodernistycznej” paplaniny, a ta się mnoży. Nie wierzy też w sztuczki lingwistyczne, w pozorne pokrewieństwa słów; to tylko próżne skojarzenia dźwięków, paronomazje, najwyżej żarty: Einstein Picasso / Alka-pone / Alka-seltzer i alka-ida.

Współczesna cywilizacja każe nam zanurzać się w chaos przypadkowości, w barwność i wielokształtność niby-kultury, niby-obyczaju, w ich niby-bezinteresowność. A w rzeczywistości są one organizowane przez reklamę i interesy ekonomiczne. Jeśli są wartości, to tradycyjne, w przyzwoitym, moralnym życiu. Tu tylko możliwa jest błogosławiona naiwność.

Poezja jest więc dlań od zawsze czymś bardzo poważnym, czynnością szczególną. To nie taka tam sobie rozrywka, układanie słów, ambaje. Mickiewicz oburzył się, gdy mu mówiono, że sąsiad pan Onufry te? pisze takie różne kawałki, łatwo i udatnie (w wierszu „Ten to też”), nie tylko dlatego, że znał własny rzeczywisty trud poety i rzeczywistą wartość tego trudu. Także dlatego, iż poznał sam, że poezja dotyka czegoś, co jest niewyrażalne, że jest wstępowaniem. Że jest – w tym wypadku, w ostatnio wydanej książce wierszy Tadeusza Różewicza – ciągłym wychodzeniem ze szarej strefy i pozostawaniem w niej zarazem.

Zastanawiające, jak wiele mówi się w tym tomie o Bogu, choć nie jest to w tej poezji z wielu względów łatwe. Jest w „Szarej strefie” wiersz o Janie XXIII. Autor „Pacem in terris” stoi we Wrocławiu na nie najpiękniejszym pomniku, dłuta sędziwej wtedy rzeźbiarki Nitschowej, jest wielki, granitowy, na uboczu, postawiony swego czasu przez PAX, kłopotliwy, nieczczony. Taksówkarze, dodajmy, nazywają go „pingwinem” – i zaprawdę trudno by było temu pomnikowi błogosławionego papieża doczepić aureolę. Niski Różewicz dał się sfotografować pod tym wysokim, pękatym pomnikiem i właśnie ta fotografia, jako jedyna, została umieszczona w książce. Poeta stoi do nas plecami i jakby składał dłonie. ręką z brzucha wystającą / jak z granitowej beczki / błogosławisz mi / Tadeuszowi Judzie z Radomska / o którym mówią że / jest „ateistą” // ale mój Dobry Papieżu / jaki tam ze mnie ateista // ciągle mnie pytają / co pan myśli o Bogu / a ja im odpowiadam / nieważne jest co ja myślę o Bogu / ale co Bóg myśli o mnie („Jest taki pomnik”). Co ja mogę myśleć o Bogu? O tym, który stworzył nieskończoność i nicość (pisze o tym w polemicznym „Appendiksie”), ledwie przez nas przeczuwalne, który jest ponad nimi, który stworzył wszystko?

Jest też Bóg w tym tomie przypominany poprzez jego dawne objawienia mistycznym pisarzom, Jakubowi Böhme („to nie jest mój mistrz” – zastrzega się Różewicz). Rzetelnemu rzemieślnikowi, Szewcowi z Görlitz, objawił się On jako odblask boskiego światła / na cynowym dzbanie / a może kuflu do piwa. W „Appendiksie”, zbrojny w dialektykę, „przekomarzając się”, prowadzi autor „Szarej strefy” teologiczną dysputę z ostatnimi wierszami Staffa, spiera się z nim o miejsce Boga w porządku ludzkich doznań i w porządku ponadkosmicznym.

Inny wiersz z tego tomu, zatytułowany „Dlaczego piszę?”, zawiera najprostsze jak tylko można, całkiem zgrzebne, pozbawione stylizacji i pozbawione ironii (autoironii) wyznanie.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

czasem „życie” zasłania
To
co jest większe od życia
Czasem góry zasłaniają
To
co jest za górami
trzeba więc przesunąć góry
ale ja nie mam potrzebnych
środków technicznych
ani siły
ani wiary
która przenosi góry
więc nie zobaczysz tego
nigdy
wiem o tym
i dlatego
piszę

W gruncie rzeczy Różewicz mówi o tym od początku i stale. „Ty” w tym wierszu – to czytelnik jego poezji, któremu dawno wyznał, iż ma „małą kamienną wyobraźnię”. A teraz powiada mu: nie zobaczysz, nie pokażę, nie potrafię, nie znam kolorów, pozostaję między bielą a czernią – w szarej strefie. Ale gdy dokonamy koniecznej redukcji, odejmiemy tej „szarej strefie” wymiar psychologiczny melancholii i aluzyjność do „szarej strefy” gospodarczej – pozostanie pustka otwarcia, głębia czekania. Pusta karta, białe światło, milczenie. Nie przypadkiem tylekroć w ostatnich latach wspomina Różewicz Norwida, tyle z nim obcuje – z jego rytmami, kształtami, milczeniem, ze szlakami jego wiary również. Nie zobaczysz – powiada swemu czytelnikowi – bo to jest niemożliwe. Pozostawiam puste miejsce, musisz się tym zadowolić. Moja poezja pozostaje w życiu. Wyraźnie oddzielam życie od „życia” – więc życie z natury wzniosłe i tragiczne od jego trywialności i jego parodii. Kpię ze współczesności, weredyczny dziadziuś – taką też czasami przyjmuję rolę, korzystając z okazji wieku. (Gdy nie usłyszymy w pewnych wierszach g-osu Różewicza, może nas razić jego dowcip, typ satyry – to prawda.) Oczyszczam teren z wciąż na nowo narastającego śmiecia. Przy okazji czynię to, co też powinien czynić poeta – przerabiam realia współczesności na poezję, wprowadzam je więc do świata symbolicznego, nad którym po latach wysiłku względnie panuję. Przypuszczam myśl, że jest coś poza „życiem”, poza górami. I że można „To” znaleźć w poezji. Dlatego przebywając w mojej (ale i – nie okłamuj się – twojej) szarej strefie, przede wszystkim dlatego piszę.

Jacek Łukasiewicz

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.