Jesień 2020, nr 3

Zamów

Życzenia Edmunda Stoibera

Życzenia – by tak rzec taktownie – Edmunda Stoibera, chadeckiego kandydata na kanclerza Niemiec, premiera Bawarii i przywódcy CSU w odniesieniu do Polski znane są z mediów i nie widzę potrzeby ich powtarzania, jak również przepowiadania polskich kontrargumentów. Wiadomo, że „siostrzana” CSU to prawe skrzydło niemieckiej chadecji, zaangażowane dość głęboko – w tym i Stoiber osobiście – we wspieranie interesów i racji „wypędzonych”. W tle tych życzeń wyraziście rysuje się też idea przesłania i lokalizacji Centrum przeciw Wypędzeniu autorstwa Eriki Steinbach, przewodniczącej Związku Wypędzonych. Polskiej opinii publicznej znane są najlepiej, by nie rzec – wyłącznie, te właśnie fakty, jakie wyłoniły się ostatnio na przedwyborczej scenie politycznej w RFN. A przecież stanowią one tylko fragment, raczej drobny, przedwyborczej retoryki; także tej w wykonaniu chadeckiego kandydata na kanclerza, skupiającego się głównie na problematyce gospodarczej i europejskiej też nie ignorującego.

Najpierw chciałbym trochę Stoibera pobronić. Miewał on bowiem ostatnimi czasy bardzo różne wypowiedzi. Na przykład w kwestii dopłat rolniczych i pomocy strukturalnej dla Polski. Był (jest?) za jej równym traktowaniem – w przeciwieństwie do urzędującego kanclerza Schrödera, który nawet zaproponowaną przez Komisję Unii Europejskiej dopłatę, na początek w wysokości 25 procent kwot przyznawanych rolnikom państw już członkowskich, zdaje się kwestionować. Inna sprawa, że Stoiber sam się poniekąd skontrował. Przedstawiając swoje poglądy na reformę struktur unijnych, w tym m.in. zasad wspólnej polityki rolnej, które by oszczędzały niemieckiego podatnika, zalecał krajom kandydującym, w tym Polsce, lepsze przygotowanie się do akcesji. Wynik równania dla nas: na razie lepiej trzymać Polskę za drzwiami, a potem się zobaczy. Bezcenny prezent dla panów Giertycha i Leppera, którzy chcieliby trzymać te drzwi zamknięte na zawsze. Z kolei skąpstwo kanclerza Schrödera w kwestii dopłat rolniczych da się zrównoważyć odrzuceniem przez czerwono-zieloną większość rządową w Bundestagu wniosku w sprawie budowy Centrum przeciw Wypędzeniu wedle pomysłu Eriki Steinbach. Przeszła rezolucja opracowana przez Markusa Meckela, zakładająca ogólnoeuropejską dyskusję nad utworzeniem takiego centrum – ale bez wskazania jego lokalizacji – które by badało i dokumentowało czystki etniczne w XX-wiecznej Europie, gdziekolwiek by się one zdarzyły. Oczywiście, poczesne miejsce musiałby w nim znaleźć powojenny los ludności niemieckiej zamieszkałej na wschód od Odry i Nysy Łużyckiej. W formule Meckela Polacy mieliby jednak coś więcej do powiedzenia – i to sporo. Żeby się zaś z wyników tego głosowania w Bundestagu za bardzo nie cieszyć, dodajmy, że ewentualne zwycięstwo wyborcze chadecji może cofnąć sprawę do punktu wyjścia, czyli do pomysłu Eriki Steinbach.

Chciałbym jeszcze przypomnieć wystąpienie Edmunda Stoibera na Walnym Zgromadzeniu ziomkostw wypędzonych w Berlinie 1 września ub. roku (nie kryjąc przy tym wątpliwości, czy akurat rocznica hitlerowskiej agresji na Polskę jest najlepszą okazją do zwoływania takich posiedzeń). W kontekście słusznych żądań, by rozszerzająca się na wschód Unia Europejska nie przechodziła do porządku nad ranami przeszłości, powiedział on wtedy m.in.: Nie idzie przy tym o sprawy materialne. Żaden człowiek w Polsce lub Czechach nie musi się o nic bać [.] Idzie jednak w sposób oczywisty o duchowo-moralny fundament europejskich wartości. Zgadzam się z tym w stu procentach i trzymam za słowo. Przypominam też sobie, że późną jesienią 1965 roku polscy biskupi katoliccy zwrócili się do swych niemieckich współbraci z przesłaniem: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Bo było co przebaczać i za co prosić o przebaczenie. Teraz za to wypłynęły „dekrety Bieruta”, przyczepione jakby pospiesznie do „dekretów Benesza”. Niechlubnej pamięci komunistyczny prezydent powojennej Polski musiałby być prawdziwym mocarzem, żeby z własnej suwerennej woli mógł „zadekretować” przyłączenie do Polski Śląska, Pomorza i większej części Prus Wschodnich. I wraz z tym „transfer” ludności niemieckiej na zachód wraz z przepadkiem ich mienia. Tak oczywiście nie było, o czym Stoiber dobrze wie. Wie równie dobrze, że te „dekrety” to wtórny produkt decyzji, podjętych przez rzeczywiście prawdziwych mocarzy. Dziś zarastają gdzieś one kurzem. Co zatem mamy zrobić? Ekshumować je z archiwów i ceremonialnie pogrzebać przy biciu dzwonów?

Spróbujmy dojść sedna rzeczy. Dlaczego Edmund Stoiber i jego formacja polityczna znowu wyciągają mocno już zużytą kartę „wypędzonych” w politycznej grze? Ponieważ liczą, że może im to przysporzyć niewielkie kilka procent głosów, być może jednak decydujących o wyborczym zwycięstwie. I pewno mają rację. Ale oznacza to zarazem, że w niemieckim elektoracie pozostaje nadal segment, do którego z dobrym skutkiem można tę kartę adresować. Dlaczego?

Podzielę się własnym doświadczeniem. W dialogu polsko-niemieckim uczestniczyłem już w latach PRL. A po 1989 roku byłem przez kilkanaście miesięcy szefem polskiego przedstawicielstwa dyplomatycznego w Berlinie – najpierw jeszcze w części enerdowskiej, potem w zjednoczonym. Dało mi to w sumie okazję do rozmów z setkami, ba, tysiącami Niemców, poczynając od odwiedzających Polskę turystów, a na ministrach kończąc. Otóż w tych rozmowach, toczonych w przyjaznym duchu, dość często okazywało się, że mój rozmówca ma ciotkę z Ostpreussen, szwagra z Breslau bądź przyjaciela od serca z Landsbergu. A gdy w toku takich rozmów rosło zaufanie, to napomykali też, że ci ich krewniacy czy znajomi mieli z Polakami ciężkie przejścia.

Jestem z przedwojennego rocznika i okupację hitlerowską przeżyłem jako dorastający chłopiec. Dodawałem więc w tych rozmowach, że pierwszymi „wypędzonymi”, jakich w życiu widziałem jesienią 1940 roku, były polskie rodziny wysiedlone z Poznańskiego do Generalnej Guberni. I że czas, jaki mieli dla zabrania ze sobą odrobiny mienia, liczony był w minutach. Nie wiem, czy wie o tym Erika Steinbach, bo chyba nie było jej jeszcze na świecie. Może czytała. Przede wszystkim jednak rosła we mnie wiedza o tym, jak dalece współcześni Niemcy nasyceni są obecnością swoich wysiedleńców z ich dawnego Wschodu, z upływem lat oczywiście malejącą, ale i wiedza o czymś więcej: jak dalece przeniknięci są oni obejmującym szerszą populację syndromem wypędzenia, który niełatwo – jeśli to w ogóle możliwe – wyprzeć ze świadomości.

Koszmary śnią się po nocach, pozostają też w zbiorowej pamięci. My, Polacy, łatwo możemy sobie wyobrazić patologiczne okrucieństwo Łambinowic, barbarzyństwo Nieszawy czy idącą w parze z nędzą grozę ograbianych po drodze transportów z Niemcami wywożonymi za Odrę. Bo dopiero co ćwiczone to było na naszej skórze, podczas gdy brutalne formy i metody tej wojny proklamował głośno od 1 września 1939 roku („Nie miejcie litości.”) sam Führer III Rzeszy, realizowali zaś posłuszni jego rozkazom wykonawcy. Czy więc aż tak strasznie niezrozumiałe jest, że sprężona pod wysokim ciśnieniem okupacyjnego terroru nienawiść i żądza odwetu runęły potem lawiną na Niemców, raz po raz przerywając tamy zwykłej ludzkiej przyzwoitości? Przestrzegałbym też rodaków, by nie chowali się za bardzo za plecami czerwonoarmistów, wskazując na ich gwałty i rabunki popełniane na cywilnej ludności niemieckiej. Owszem, i tak było, ale oni zrobiwszy swoje szli dalej „dobijać faszystowskiego zwierza w jego legowisku”, za nimi zaś pojawialiśmy się my, by dokończyć dzieła.

Chciałbym być sprawiedliwy. Przeglądając relacje „wypędzonych” z ulgą wychwytywałem przypadki wskazujące na to, że u niektórych Polaków, a także niektórych sowieckich „bojców”, budziła się litość i w miarę możliwości starali się oni tym nieszczęśnikom jakoś pomóc. Wcześniej budziła się ona i u niektórych Niemców, czego przykładem jest choćby „lista Schindlera”. W każdym przypadku nie zmienia to jednak obrazu całości, nawet gdy minęła pierwsza furia i „transfer ludności”, pod nadzorem aliantów, odbywał się we względnie lepszych, choć bardzo dalekich od cywilizowanej normalności warunkach. Niemniej, pragnąc być sprawiedliwym, sądzę, że za wysiedlenie Niemców z zachodnich i północnych obszarów dzisiejszej Polski należą się im słowa współczucia i zarazem potępienia stosowanych w jego toku brutalnych praktyk, tak by czynić zadość kanonowi „duchowo-moralnego fundamentu europejskich wartości”. Dodam też, że od 1965 roku coraz rzadziej im tych słów skąpimy, a jeśli zdarza się jeszcze czasem, iż więzną nam one w gardle, to powołać się tu mogę na inne moje doświadczenie.

Ono też poczęło się z rozmów z Niemcami. Niejednokrotnie bowiem odnosiłem wrażenie, że historia stosunków polsko-niemieckich zaczynała się dla nich jakby od 1945 roku. Ustawiało to z góry, komu należy przypisać rolę kata, a komu ofiary. Resztę dopełniły różne lektury, a całkiem ostatnio sączące się z Niemiec sygnały, jaka to problematyka jest w naukowym i kulturalnym życiu Republiki Federalnej w modzie. Jest nią m.in. problematyka byłego niemieckiego Wschodu, położonych tam cywilizacyjnych zasług, raju utraconego, legendy i tragicznego końca. Nawet wytrwały tropiciel niemieckich kompleksów, Günter Grass, zdecydował się na literackie wyobrażenie dantejskiego piekła, jakiego, ściśle biorąc, nie przeżyło tysiące niemieckich uciekinierów na storpedowanym przez sowiecki okręt podwodny „Wilhelmie Gustlofie”. Nie kwestionuję niczego z napisanych wyżej dwóch zdań. Nikt też nie może odmówić Niemcom prawa do zajmowania się własną historią. Ba, zawartość tych dwóch zdań może być dla mnie użyteczna jako szablon, w który dadzą się wpisać i polskie cywilizacyjne zasługi na Kresach wschodnich sięgających przed wiekami hen, aż za Dniepr, i raj utracony, i legenda, i tragiczny koniec. Miejsce na dantejskie piekło też nie pozostałoby puste. W czym więc rzecz?

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Otóż rzecz w tym, że nie tylko moi niemieccy rozmówcy, ale i poważniejsza niemiecka historiografia i literatura lubią postrzegać dialektykę stosunków polsko-niemieckich z punktu, by tak rzec, defensywnego. Dziś tym punktem bywa rok 1945. Przed ostatnią wojną – lata 1919-1921 i „krwawiąca granica”. U schyłku średniowiecza – rok 1466 i „niesprawiedliwy pokój toruński”, po którym wielki mistrz Zakonu Niemieckiego (czyli Krzyżaków) musiał wyprowadzić się z Malborka. Gdy się to wszystko zestawi, łatwo można dojść do wniosku, że pseudonaukowym szalbierstwem jest wymysł o jakimś niemieckim Drang nach Osten, bo tak naprawdę to był tylko polski Drang nach Westen. A to kształtuje odpowiednio poglądy i atmosferę życia publicznego.

Z kolei zaś, gdy się to wszystko raz jeszcze zestawi z eksplozją zainteresowań utraconym dziedzictwem niemieckiego Wschodu oraz z żądaniami Edmunda Stoibera, żeby odwołać „dekrety Bieruta” i od zaraz przyznać „wypędzonym” prawo pierwokupu ziemi wbrew ustalonym z Unią Europejską okresem przejściowym – zaczynamy być nieco nerwowi i podejrzliwi. I niech nikt w Niemczech nie mówi, że to chorobliwa histeria. Wyleczyć się z niej możemy tylko sami, choć Niemcy mogą nam w tym pomóc. Albowiem tak jak oni cierpią na syndrom wypędzenia, tak my cierpimy na syndrom zagrożenia; że oni znowu coś przeciw nam kombinują, budując kunsztownie stosowne dla reguł gry politycznej w XXI wieku przyczółki. Na przykład w postaci Centrum przeciw Wypędzeniu wedle pomysłu Eriki Steinbach, które wykaże czarno na białym, że główną ofiarą II wojny światowej był. naród niemiecki.

Jeśli jednak Edmund Stoiber dotrzyma słowa (vide: cytat z jego wypowiedzi w Berlinie) czy ktokolwiek inny, kto będzie rządził w Niemczech, przekona nas, że istotnie nie ma się czego bać, no to. herzlich willkommen. Wygląda jednak na to, że na taką pełną harmonię przyjdzie jeszcze poczekać, nawet pod wspólnym europejskim dachem. Mimo to, gdybym się tak wzbogacił jak Niemcy po przegranej wojnie, to chętnie bym sobie kupił działkę ziemi pod letniskowy domek gdzieś w Schwarzwaldzie czy górach Taunus, bo urzekły mnie tamtejsze krajobrazy. Ale tylko na wakacje.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.