Jesień 2020, nr 3

Zamów

Dyskryminowani nie mają głosu

Czy kulturę masową można uszlachetnić? – pyta Bartłomiej Dobroczyński (w majowej „Więzi”) i odpowiada, że raczej nie. To prawda, wszelkie próby wprowadzenia do niej elementów artyzmu, komplikacji i głębi, próby rezygnacji ze schematyzmu myślenia, powodują, że staje się trudniejsza w odbiorze i przestaje być masowa, a więc przestaje być w ogóle.

Kulturę pop zdefiniował autor jako twórczość nastawioną na masową akceptację, popularność i sprzedaż. Kultura masowa to przy tym kultura medialna. Twórcy telewizyjni interpretują postulat popularności jednoznacznie: im głupiej, tym lepiej. „Ludzie tego nie zrozumieją” – odpowiada redaktor telewizyjny na wszelkie propozycje podwyższenia poziomu programu. I rzeczywiście, po tylu latach karmienia telewidza coraz głupszą papką każdy niemal odbiorca zareaguje na jakąś inną, odbiegającą od schematu propozycję przełączeniem kanału. Szkoda tylko, że nie próbuje się dłuższego oddziaływania poważniejszych treści. Może z czasem odbiorca przyzwyczaiłby się i nawet coś zrozumiał? Ale na takie eksperymenty telewizja się nie poważy.

Bartłomiej Dobroczyński zajął się w swym szkicu muzyką, preparując muzykę pop z całości, jaką jest popkultura. Moim zdaniem, nie da się oddzielić i rozpatrywać osobno muzyki popularnej poza kontekstem epoki kultury medialnej, w której schyłkowej – prawdopodobnie – fazie żyjemy. Kultura masowa jest synkretyczna, ale i homogeniczna, jest całością złożoną z nierozerwalnie połączonych elementów. O ile na gruncie kultury tradycyjnej można się zajmować osobno muzyką, literaturą, sztuką, teatrem, bo każda z tych dziedzin ma własne środki wyrazu, własne kanały przekazu i własnego odbiorcę, o tyle muzyka pop jako samodzielny byt już dzisiaj nie istnieje. W świecie kultury tradycyjnej poszczególne jej sfery funkcjonują rozłącznie. Teatromani często nie interesują się sztuką, melomani kupujący płyty Savalla, Anderszewskiego czy Herreweghe potrafią nie czytać książek. Wielu zainteresowanych literaturą i dobrze się w niej poruszających nie słyszało nigdy muzyki Messiaena czy Brittena. Rozłączność ta wynika z wyboru, jakiego dokonują odbiorcy. Konsument kultury masowej ma wybór ograniczony. Mimo wszelkich różnic między grungem, ambientem czy speed metalem, otrzymuje bowiem produkt homogenizowany. Kultura masowa ma charakter totalny, obejmuje w posiadanie wszystkie sfery życia i aktywności ludzkiej. Dlatego np. trudno dostać zabawki, które nie byłyby związane z chwilowymi modami na pokemony, batmany czy pottery.

W epoce kultury medialnej nie istnieje więc czysta muzyka pop. Jest przemysł pop, który w totalny sposób obejmuje wszystkie sfery zainteresowań odbiorców i manipuluje nimi, narzucając własną produkcję. Nie daje tego, czego chcą, lecz wmawia im, że lepiej wie, co jest dla nich dobre. Sprzedaje muzykę, obrazy, gadżety, zabawki, gry komputerowe, zabobony, emocje, wzorce, modne ideologie i postawy polityczne – wszystko wymieszane. Oczywiście, komercjalizacja ma także miejsce w sferze muzyki poważnej, daleko tu jednak do zjawisk znanych z muzyki pop.

Odbiorca kultury masowej kształtowany jest w sferze jej oddziaływania od najmłodszych lat. Nie da się dzisiaj wychowywać dziecka bez kontaktu z masowym produktem medialnym. Nawet jeśli nie ma w domu telewizora lub jego oglądanie jest bardzo ograniczone, a w rodzinie słucha się wyłącznie programu II Polskiego Radia i dobrej muzyki z płyt, dzieci nasłuchają się najgorszego kiczu w przedszkolu i w szkole. Kicz ten przedłożą nad Mozarta, który tak im się podobał, gdy słuchały go w domu, nad Milesa Davisa z „Amandli” czy Jana Garbarka z „Belonging” (nie z „Officium” czy „Mnemosyne”), przy którym tańczyły w swoim pokoju. Wybiorą pop, bo obserwują zachwyconych rówieśników i utożsamiają się z ich reakcjami. Zapraszani do przedszkola muzycy z miejscowej filharmonii, by się dzieciom przypodobać, zagrają „Majteczki w kropeczki”, a obracający się wyłącznie w kręgu kultury pop nauczyciele (takich jest wielu, może większość) też nie zaproponują czegoś na wyższym poziomie, bo nie są do tego przygotowani. Może wystarczyłoby właściwie kształcić nauczycieli i stworzyć odpowiednie programy szkolne, ale od lat okazuje się to niewykonalne. Dziecko dorasta więc głównie w sferze oddziaływania popkultury, nawet gdy rodzice robią wiele, by te wpływy ograniczyć i przedstawić alternatywę w postaci sztuki wyższych lotów.

Pop-uniwersytety

Czy istnieje przepaść między kulturą wysoką i niską? Do niedawna odbiorców obu sfer dzieliło wykształcenie. Ono czyniło zdolnym do odbioru twórczości elitarnej. Dziś zdobycie wykształcenia nie oznacza wyjścia z kręgu kultury masowej, awansu na wyższy poziom odbioru sztuki. Tylko nieliczni realizują jeszcze ten dawny wzorzec. Dzieje się tak dlatego, że w zasięgu oddziaływania kultury medialnej znalazł się także uniwersytet, który – podobnie jak szkoła, Kościół, handel, język – dostosowuje się do masowych standardów. Postawy studentów i uczonych kreują media, wprowadza się modne przedmioty, kierunki studiów i badań. Masowość, komercjalizacja i egalitaryzacja poddają uniwersytet dyktatowi rynku. Kultura masowa jest kulturą niedojrzałości. Opanowany przez nią uniwersytet nie może więc stymulować rozwoju młodego człowieka. Ale to temat na osobny szkic. Wracając do pytania o przepaść, powiedzmy jeszcze tylko, że przedział między kulturą tradycyjną i masową utrzymywany jest między innymi na skutek okopania się garstki straceńców przerażonych zalewem kiczu.

Czy kultura masowa może jeszcze próbować naśladować kulturę elitarną? Myślę, że nie czuje już ona takiej potrzeby. Czyniła to, gdy była postrzegana jako niższa, gdy musiała dorównywać. Wtedy chciała się podciągnąć, gdyż to kultura wysoka dawała awans społeczny. Teleturniej był kopią egzaminu uniwersyteckiego, trzeba się w nim było czymś wykazać. W epoce „Big Brothera” uczestnik programu telewizyjnego nie musi się już niczym wykazywać, wystarczy tylko być przed kamerą. Dziś, gdy triumfuje prostacka przeciętność i lansowane są przekonania, że nie ma wyższego i niższego, że wszystko jest równe – nie istnieje potrzeba, by popkultura naśladowała kulturę wysoką. To ona jest teraz górą, bo lepiej się sprzedaje, co stało się podstawowym kryterium. Więzi między obiema sferami zostały przerwane, bo kicz zatriumfował i przesłonił to co wartościowe, wyparł sztukę, zajął jej miejsce, ale też dlatego, że kultura medialna okazała się atrakcyjniejsza.

Inna rzecz, że nieliczne, niszowe media towarzyszące sztuce wysokiej potrafią być wyjątkowo nudne i nieciekawe, nie najlepiej przemyślane i mało dopracowane. Rozczarowuje „Ruch Muzyczny”, finansowany z budżetu państwa dwutygodnik poświęcony muzyce poważnej. Alternatywą okazuje się tylko „Muzyka 21”, miesięcznik, w którym (podobnie jak w „Jazz Forum”) dominuje perspektywa promocyjna: pisze się przede wszystkim o zjawiskach związanych z promocją nowego nagrania, a nie o muzyce w ogóle. Nie kompozytor czy utwór są tu ważne, lecz wykonawca, płyta i jej promocja. Swoją drogą, warto zwrócić uwagę na to rozróżnienie, by zawsze się orientować, czy mowa o sztuce, czy o handlu. W przypadku kultury masowej rozróżnienie to już nie istnieje. Twórczość i handel twórczością stanowią jeden nierozerwalny proces.

Czy można uszlachetnić kulturę pop? Myślę, że nie ma sensu zadawać takiego pytania. Na naszych oczach zachodzi bowiem zjawisko odwrotne – zanika szlachetność kultury. Trywializuje się i spłaszcza kanał przekazu twórczości elitarnej. Nie ma jej już w telewizji ani w gazetach. Nawet moje ulubione radio – Program II PR – dotychczas elitarne, zaczyna mieszać w swych audycjach literaturę piękną z literaturą spod znaku kolorowych obcasów. Niedługo może obok Bacha zaczną puszczać Preisnera? Różnie też bywa z poważnymi miesięcznikami, które dotychczas odwoływały się raczej do intelektu niż do emocji. Kultura masowa upupia nas, a przed pupą nie ma ucieczki. Wejście w kulturę masową utrudnia lub uniemożliwia wydostanie się z jej objęć dlatego, że materiałem, który przetwarza kultura masowa jest ona sama. Teleturnieje dotyczą seriali, w programach publicystycznych komentuje się to, co pokazano w TV, telewizyjne kabarety parodiują telewizyjne gwiazdy i programy. Kultura medialna żywi się sama sobą. Odbiorca bezkrytyczny, niezdystansowany zostaje przez ten świat pochłonięty bez reszty. Rzeczywistością telewizyjną żyje bardzo wielu ludzi, nie zawsze zdając sobie z tego sprawę. Może jest tak, że jeśli się wejdzie w ten świat, nie ma szans na poznanie innego, nie przeczuwa się jego istnienia?

Dyskryminacja wrażliwych

Wobec niemożliwości uszlachetnienia kultury masowej, wobec jej totalności i omnipotencji rodzi się inny problem – dyskryminacji. Bartłomiej Dobroczyński pisze o 5% społeczeństwa – słuchaczach II Programu PR, odbiorcach kultury elitarnej. Ten margines, złożony jednak, jak sądzę, w sporej części z ludzi wrażliwych, myślących i wartościowych, których potrzeb nie powinno się ignorować, spisano niemal na straty. Poza owym programem radiowym, którego doniosłości nie sposób przecenić, nie mają właściwie w mediach kanału, który byłby dla nich przeznaczony. Są zwyczajnie dyskryminowani. W sklepach, nawet dużych, wybór nagrań muzyki poważnej i jazzu pozostawia wiele do życzenia, dominują wielkie wytwórnie, nastawione na masową produkcję. Księgarnie internetowe traktują płytę i książkę jak pietruszkę: sposób opisu nagrań muzyki poważnej dostosowany do standardów muzyki popularnej wskazuje nie tylko na ignorancję twórców tych sklepów, ale też na lekceważenie pewnej kategorii klientów. W TV programy dla odbiorców powyżej dwunastego roku życia zaczynają się po północy, wypożyczalnie wideo nie sprowadzają wartościowych filmów, w radiu nie ma już jazzu, nawet filharmonie wprowadzają popowy repertuar. Świat kultury medialnej ignoruje potrzeby odszczepieńców.

Dyskryminowani nie mają przy tym głosu. Gdzie bowiem mieliby się poskarżyć, by zostali usłyszani? W masowych mediach? Dzisiejsza demokracja przejawia niebywałą wrażliwość na głos różnorakich mniejszości z wyjątkiem tej mniejszości, która odmawia udziału w kulturze medialnej. Nie ma tolerancji dla wymagających!

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Od pewnego czasu na polskim rynku intelektualnym przyjęła się i kwitnie idea przystosowania. Dla bardzo wielu wizją nowoczesności, projektem przyszłości stała się nieuchronna i nieodwracalna konieczność dopasowania się do przejętych skądś wzorców, struktur, zasłyszanych idei, zaobserwowanych gdzieś zjawisk, postaw, obyczajów. Wyłącznie w takich kategoriach rozumie się często problematykę przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, w taki sposób przedstawia się przyszłość szkoły, Kościoła, uniwersytetu, polskiego prawa. Owo dostosowanie jest przy tym rozumiane jako konieczność dziejowa. Kto się nie podporządkuje, ten zginął. Czy przyjdzie nam przystosować się do masowych wzorów, czy też dożyjemy czasów, gdy pojawią się w kulturze zjawiska, które zastąpią dzisiejszą cywilizację medialną? Tego niestety nie wiemy, ale trzeba mieć nadzieję.

Postscriptum

Tomasz Wiścicki, polemizujący z Bartłomiejem Dobroczyńskim w kolejnym numerze „Więzi” (artykuł „Muzyka po(p)ważna?”), muzykę pop widzi także w oderwaniu od kontekstu, jakim jest kultura medialna. Zauważa wprawdzie ideologizację muzyki pop, która za pomocą swego przekazu handluje rozmaitymi postępowymi zabobonami, jednak Michaela Jacksona, którego rzemiosło docenia, pragnie oddzielić od jego „paskudnego wizerunku”. Otóż nie – kultura medialna jest całością, którą przeciętny odbiorca chłonie właśnie w całości. Owszem, można – sam to czasem robię – oddzielać muzykę Lennona czy Dylana od ideowego przesłania ich tekstów, które jest często dla mnie nie do przyjęcia, albo muzykę Jacksona i aranżacje Quincy Jonesa od „paskudnego wizerunku”, ale trzeba sobie uzmysłowić, że na część przekazu zamykamy wtedy oczy (uszy?). Bierzmy z kultury pop to, co wartościowe i piękne – zdaje się postulować Tomasz Wiścicki – odrzucajmy zaś plastikowy kicz i komercję. Zgoda, wielu z nas tak czyni. Miejmy jednak świadomość, że obcujemy w ten sposób jedynie z marginesem popkultury, z tymi tylko zjawiskami, które mają wartość artystyczną.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.