Jesień 2020, nr 3

Zamów

Bł. Leonid Fiodorow – prawosławny katolik

W czasie swej niedawnej pielgrzymki na Ukrainę papież Jan Paweł II wyniósł we Lwowie na ołtarze 26 wiernych Cerkwi greckokatolickiej. Każdy z nich był zapewne postacią niezwykłą. Wśród tego grona jest jednak człowiek zupełnie wyjątkowy – Leonid Fiodorow.

Był Rosjaninem. Urodził się w 1879 roku w Petersburgu. Jego ojciec był kucharzem. Szczególną rolę w formacji duchowej przyszłego egzarchy odegrała matka, Ljubow Dmytriwna, z pochodzenia Greczynka. Była to osoba niezwykle wrażliwa i głęboko wierząca. To ona zaszczepiła w swym synu przywiązanie i szacunek do wszystkiego, co nosiło w sobie pierwiastek tradycji wschodniej.

Fiodorow już we wczesnej młodości rozpoznał w sobie powołanie do życia zakonnego. W 1901 roku wstąpił do prawosławnej Akademii Duchownej w Sankt-Petersburgu. W Rosji był to czas fermentu duchowego. Różnie się on i w różnych dziedzinach przejawiał. Chwiała się konstrukcja państwa, oparta na carskim samodzierżawiu, a wraz z nią cierpiała rozstrój rosyjska Cerkiew prawosławna. W jakimś stopniu do tego kryzysu przyczynił się niewątpliwie filozof Włodzimierz Sołowiow. Jego ekumeniczne koncepcje odbiły się szerokim echem zarówno w Kościele katolickim, jak i w kręgu duchowości bizantyńskiej.

W takich to okolicznościach w petersburskiej Akademii Duchownej próbował propagować ideę Kościoła katolickiego Polak Jan Ścisławski, proboszcz tamtejszego kościoła św. Katarzyny. To właśnie za jego sprawą młody alumn, Leonid Fiodorow, postanowił udać się do Rzymu w poszukiwaniu prawdy o jedności Kościoła Powszechnego. Stało się to jeszcze przed wydaniem w 1905 roku ukazu tolerancyjnego: według obowiązującego wówczas prawa odstępstwo od Cerkwi prawosławnej karane było konfiskatą majątku i zesłaniem.

Po drodze do Watykanu Fiodorow zatrzymał się na kilka dni we Lwowie. Krótki czas, jaki spędził w stolicy Galicji – a szczególnie spotkanie z Andrejem Szeptyckim, greckokatolickim metropolitą Lwowa – zaważył na całym jego życiu.

W 1902 roku Fiodorow złożył w Rzymie katolickie wyznanie wiary. Wstąpił do seminarium. Dzięki pomocy metropolity Szeptyckiego otrzymał od papieża stypendium, które pomogło mu utrzymać się na obczyźnie. Przez jakiś czas dobroczyńcą Fiodorowa był również ks. Ścisławski. Jednak gdy „sprowadzony” przez niego na łono Kościoła katolickiego Rosjanin zadeklarował, iż pozostanie przy swoim wschodnim obrządku, ks. Ścisławski powiadomił go, iż nie jest w stanie dalej wspierać go finansowo. Mimo trudności, Fiodorow energicznie propagował swoje poglądy na temat prawdziwej jedności w Kościele. Szybko przyciągnął do siebie niewielkie grono rosyjskich katolików.

Jakie były założenia pracy na rzecz jedności Kościoła w Rosji, które Fiodorow starał się realizować? Przede wszystkim uważał on, że jeżeli katolicyzm miał być w życiu Rosji czyś naturalnym, musi być zaszczepiony w oparciu o rodzimą, bizantyńsko-ruską tradycję. Innymi słowy, pracę na rzecz łączności prawosławnych Rosjan z Kościołem katolickim należało – według niego – rozpocząć, przyjmując fundamentalne założenie, że prawosławie może być katolickie.

Na pozór teza ta brzmi dosyć heretycko. Jednak na przełomie XIX i XX wieku coraz więcej Rosjan – wiernych Cerkwi prawosławnej – dochodziło do podobnej konkluzji. Najczęściej była on zwieńczeniem długich i żmudnych studiów nad historią Kościoła, zwłaszcza zaś okresu Soborów Powszechnych (do VIII wieku). Tą drogą poszedł nie tylko sam Fiodorow, ale między innymi również Iwan Gagarin, Włodzimierz Sołowiow, Jelizawieta Wołkońskaja, Aleksy Zerczaninow, Włodzimierz i Anna Abrikosowowie.

Wszyscy wyżej wymienieni byli głęboko przekonani, że Rosjanin może stać się katolikiem, nie narażając się przy tym na utratę swej wschodniosłowiańskiej tożsamości. Wręcz przeciwnie, przykład chociażby Fiodorowa pokazuje, że jedność z Kościołem katolickim można osiągnąć właśnie przez zagłębienie się w bizantyńsko-ruską tradycję. Nosiła ona bowiem znamię Kościoła niepodzielonego, takiego, jakim on był w 988 roku, kiedy to Włodzimierz przyjmował chrzest za pośrednictwem Bizancjum. Dlatego też wierni wspólnoty, na czele której stanął Fiodorow, określali się jako prawosławni-katolicy.

W trudnych chwilach z pomocą Fiodorowowi spieszył Szeptycki. Greckokatolicki metropolita był stale obecny przy wszystkich najważniejszych momentach w życiu Fiodorowa, stając się dla niego duchowym przewodnikiem w pracy na rzecz jedności chrześcijaństwa. Wyniesiony na ołtarze przez Jana Pawła II Rosjanin w gruncie rzeczy przez całe późniejsze życie realizował ekumeniczne koncepcje Szeptyckiego. Mimo tak wielkiego wpływu, metropolita świadomie starał się pozostawać w cieniu. Szeptycki zdawał sobie bowiem sprawę z tego, iż jego osoba bywała źródłem konfliktów i nieporozumień w kontaktach z prawosławnymi. Dla władz carskich był on poddanym Austro-Węgier, państwa, z którym rosyjskie imperium pozostawało w konflikcie, a od 1914 roku prowadziło wojnę. Ze względu na uwikłanie w konflikt polsko-ukraiński w Galicji, greckokatolickiemu metropolicie trudno też było liczyć na przychylność ze strony polskich hierarchów Kościoła rzymskokatolickiego. Wreszcie kierowana przez niego Cerkiew, która powstała w wyniku unii brzeskiej, w powszechnym odbiorze w Rosji reprezentowała uniatyzm – metodę pracy na rzecz jedności Kościoła katolickiego, która wzbudzała i wzbudza na Wschodzie wielkie obawy i nieufność. Sam Szeptycki skądinąd wytrwale dążył do tego, by podległa mu Cerkiew przestała być kojarzona z Kościołem wschodnim, który w zamian za miano katolickiego pozbył się swej ortodoksyjnej, bizantyńsko-ruskiej tożsamości. Jednak wysiłki jednego człowieka nie mogły zmienić utrwalonych przez wieki opinii. Trudno się dziwić prawosławnym Rosjanom z początku XX wieku, że traktowali podejrzliwie greckokatolickiego metropolitę, gdy mówił o powrocie do jedności z Kościołem katolickim.

Dlatego też, choć Szeptycki mógł sam udzielić święceń kapłańskich Fiodorowowi, poradził mu, by udał się on w tym celu do Konstantynopola. Tam wyświęcił go w 1911 roku bułgarski biskup Michajło Mirow.

Warto zauważyć, że Fiodorow, mimo iż po przyjęciu katolicyzmu sporo czasu spędził na Zachodzie (w Rzymie, Freiburgu, Lwowie), dobrze orientował się w aktualnej sytuacji religijnej, duchowej i intelektualnej w ojczyźnie. Było to możliwe dzięki podróżom, które odbywał do Rosji incognito w latach 1910-1914. Coroczne odwiedziny carskiego imperium zalecił mu metropolita Szeptycki, który sam w podobny sposób podróżował po rosyjskim państwie.

W relacji z jednej z takich wypraw Fiodorow scharakteryzował orientacje i poglądy związanych z Cerkwią prawosławną rosyjskich elit (głównie duchowieństwa), jak się niebawem miało okazać – w przededniu I wojny światowej i rewolucji. W opisie tego środowiska podzielił je na cztery grupy. Do pierwszej zaliczali się wojujący nacjonaliści. Według zwolenników tej orientacji prawosławie miało być nierozerwalnie zrośnięte z rosyjską tożsamością. Sam zaś naród rosyjski miał być czymś jedynym i wyjątkowym. zawdzięczając swą oryginalność takim np. zjawiskom w życiu publicznym, jak samodzierżawie. Drugą grupę, w opinii Fiodorowa, mieli stanowić przede wszystkim młodzi duchowni – „gorące głowy”. Byli oni przejęci ideałami wolności, równości i braterstwa, oraz propagowali nowe prądy w chrześcijaństwie. Często także, jak pisał rosyjski ksiądz, hołdowali oni poglądom masońskim, pacyfistycznym, racjonalistycznym czy wręcz anarchistycznym. Fiodorow twierdził jednak, że środowisko to nie było zbyt aktywne, gdyż nie cieszyło się szerszym poparciem.

Jako trzecia grupa wymienieni zostali „konformiści”, całkowicie ulegli władzy świeckiej. Jednak najliczniejsi, zdaniem Fiodorowa, byli „niezaangażowani” – czyli ci, którzy sumiennie wypełniali swe obowiązki duszpasterskie, nie wplątując w nie akcentów ideologicznych czy politycznych. Autor analizy uważał, że ludzie ci trzymali się wszystkich prawd wiary, na których można zbudować porozumienie między katolikami i prawosławnymi. Niestety, według jego relacji, grupę tę cechowała duża inercja i silnie zakorzeniona niechęć do „mieszania się” w jakiekolwiek przedsięwzięcia, tym bardziej, gdy wiązały się one z tak wielkim wyzwaniem, jak odbudowa więzi rosyjskiej Cerkwi prawosławnej z Kościołem katolickim.

Mimo to, jak się wydaje, w owej „milczącej większości” pokładali swe nadzieje wielcy rzecznicy pojednania prawosławia i katolicyzmu – Sołowiow i Szeptycki. Na jej przedstawicieli liczył również Fiodorow, który w 1914 roku postanowił wrócić do Rosji. Wówczas już od kilku lat istniała w Petersburgu mała wspólnota Rosjan takich jak on – katolików wschodniego obrządku. Działania Fiodorowa na rzecz jedności katolicyzmu i prawosławia nie zyskały – czego należało się spodziewać – przychylności władz carskich. Dlatego też wkrótce znalazł się on na zesłaniu na Syberii, w Tobolsku.

Po obaleniu caratu Rząd Tymczasowy przywrócił mu wolność. Fiodorow udał się do Petersburga. Wkrótce przybył tu też inny, świeżo uwolniony carski więzień – Szeptycki. Wspólnota rosyjskich katolików wschodniego obrządku wyszła z podziemia. Na podstawie specjalnych pełnomocnictw, otrzymanych od papieża, metropolita chciał od razu mianować Fiodorowa ich biskupem, który podlegałby bezpośrednio Stolicy Apostolskiej. Ten jednak nie czuł się jeszcze na siłach przyjąć na swe barki tak dużej odpowiedzialności. Dlatego też poprosił Szeptyckiego, by tymczasowo mianował go tylko egzarchą. W ten sposób metropolita, do czasu zatwierdzenia tej nominacji przez papieża, pozostawał nadal bezpośrednim zwierzchnikiem Fiodorowa i Rosjan – katolików wschodniego obrządku. Mimo iż Szeptycki zaraz po powrocie z Rosji podjął starania o formalną papieską aprobatę dla swych działań, udało się mu ją uzyskać dopiero w 1921 roku.

Wówczas jednak w Rosji już od trzech lat szalał bolszewicki terror. Koncepcje ekumeniczne musiały przegrać w zderzeniu z walką o fizyczne przetrwanie. Fiodorow w swych przesyłanych do Lwowa relacjach przedstawił wręcz apokaliptyczną wizję ówczesnej rosyjskiej rzeczywistości: Pracę misji wstrzymują straszne warunki, w jakich żyjemy, pełna anarchia, ordynarna samowola „władz”, głód, grabież nagła i jawna oraz zupełny brak jakiejkolwiek ręki karzącej za przestępstwa – tworzą ślepy zaułek, z którego nie ma wyjścia. Nikt z nas nie wie, czy będzie jeszcze dziś żyć, czy nie? [.] Każdej minuty, każdy może być aresztowany, zamknięty do więzienia i ograbiony. Skargi nie ma gdzie wnosić, bo burżuje są poza prawem. Teraz podnosi się fala anarchistyczna, która, być może, zmiecie bolszewików i wtedy będzie nam jeszcze gorzej. [.] Nad miastem [chodzi o Petersburg] wisi widmo śmierci głodowej, ludzie padają jak muchy, a do tego wszystkiego jeszcze masowy czerwony terror.

W zdobyciu środków materialnych pomagał rosyjskim katolikom wschodniego obrządku polski Kościół – przede wszystkim arcybiskup Jan Cieplak. Bolszewicy nie pozwolili im jednak długo działać. W 1923 roku aresztowano Fiodorowa razem z polskim duszpasterzem. Rosjanin nieco wcześniej pisał do metropolity Szeptyckiego: Gdy dojdzie do rozstrzeliwań, ofiarą będę także ja, czego, wyznaję, bardzo bym pragnął. Jestem przekonany, że gdy poleje się nasza krew – być może w wielkich ilościach – będzie to najlepsze, co nas może spotkać, [.] w przeciwnym wypadku – nie będziemy żyć, lecz wegetować wśród naszego ponurego, beznadziejnego, sowieckiego sposobu życia.

Niedługo potem rozpoczął się pokazowy proces, w czasie którego Fiodorow został oskarżony o „szerzenie religijnych przesądów wśród mas”. Egzarcha nie okazał cienia skruchy. Odpowiadając na zarzuty oskarżycieli, odważnie bronił idei jedności Kościoła katolickiego i Cerkwi prawosławnej. Całe widowisko starał się wykorzystać w celu manifestacji istnienia wspólnoty Rosjan-katolików, którzy jednocześnie uważają się za prawosławnych! Później pisał z więzienia: Wśród łacińskich sutann i ogolonych twarzy wyróżniała się moja broda, wywołująca powszechną konsternację: cóż to takiego, to znaczy, że bywają TACY katolicy! Stugębna fama poprzez gazety popłynęła do najbardziej oddalonych zakątków Rosji, niosąc odgłosy procesu i równocześnie prawdy o rosyjskim Kościele katolickim obrządku wschodniego i jego przełożonym.

Bolszewicki sąd skazał Fiodorowa na 10 lat więzienia. Zwolniono go wcześniej – w 1926 roku. Egzarcha nie zaprzestał swej działalności apostolskiej. Po wygłoszeniu w Mohylewie dość ostrego kazania na temat sowieckiej rzeczywistości został ponownie aresztowany. Sąd skazał go na trzy lata pobytu na Sołowkach. Gdy Fiodorow odbył kolejny wyrok, zesłano go do okręgu archangielskiego. Ostatnim miejscem zesłania była Wiatka. Tu przygarnęła go jedna z rodzin. Przebyte represje, zwłaszcza zaś pobyt w sołowieckim łagrze, zniszczyły zdrowie egzarchy. Zmarł w 1935 roku.

W jednym z nekrologów, które ukazały się na Zachodzie po jego śmierci, napisano, iż ofiara Fiodorowa stanie się jednym z kamieni u fundamentów Kościoła katolickiego w Rosji, który nigdy nie zapomni imienia jednego ze swych chlubnych wyznawców. Tymczasem w Polsce jest to postać prawie zupełnie nieznana – i nawet trudno się temu dziwić. Kościół ma całą rzeszę wiernych – duchownych i świeckich – którzy stali się męczennikami za wiarę i jedność chrześcijaństwa w Rosji. Wielu z nich nadal pozostaje bezimiennymi, a wiele „białych plam” w historii Kościoła katolickiego na Wschodzie nadal czeka na wyjaśnienie.

Nie znaczy to jednak, że w polskich rozważaniach na ten temat postać rosyjskiego egzarchy jest całkowicie pomijana. Czasem jednak przy tej okazji można się spotkać z zaskakującymi tezami. Na przykład zarzucano mu, że „nie lubił Polaków, czy też raczej polskich księży”.

Rzeczywiście, w opiniach wyrażanych przez Fiodorowa na temat Polaków i ich działalności na Wschodzie można spotkać dużo krytycznych uwag. Można też w nich wyczuć niekiedy nutę sarkazmu. Jednocześnie jednak w jednym ze swych listów do metropolity Szeptyckiego na temat sytuacji w Rosji w 1914 roku pisał on, iż wśród działającego w Rosji polskiego duchowieństwa jest wielu ludzi dobrej woli, o czystych intencjach, którzy pracują w duchu prawdziwie apostolskim. Nie omieszkał przy tym zaznaczyć, że wśród jego przedstawicieli jest również silny nurt „szowinistyczny” i „indyferentny”. Fiodorow utrzymywał też dobre relacje z biskupem Edwardem Roppem, zwierzchnikiem łacińskiego Kościoła katolickiego w Rosji. Warto ten fakt odnotować, gdyż Ropp odnośnie do metod pracy na rzecz tego Kościoła lansował koncepcje, które dla rosyjskiego egzarchy były raczej nie do przyjęcia (chodzi o tak zwany birytualizm kapłanów katolickich, działających na Wschodzie). Ogólnie można więc powiedzieć, że Fiodorow postrzegał Polaków tak, jak postrzegali ich inni jego rosyjscy rodacy.

Niekiedy można też zetknąć się z opinią, że Fiodorow, podobnie jak Szeptycki, wiązał szczególne nadzieje z wybuchem rewolucji w Rosji i powstałym w jej wyniku chaosem. Nie ma jednak najmniejszej wątpliwości, że ani rosyjski egzarcha, ani jego duchowy przewodnik nigdy nie traktowali bolszewizmu jako środka do realizacji swych ekumenicznych planów. Z relacji, które Fiodorow przysyłał do Lwowa, jednoznacznie wynika, iż nie miał on żadnych złudzeń co do tego, jakim śmiertelnym zagrożeniem dla Kościoła w ogóle – tak prawosławnego, jak i katolickiego – jest komunizm. Dlatego też warto byłoby może na nowo przeczytać i zinterpretować list, jaki Fiodorow wystosował w 1919 roku do Lenina, a w którym rzekomo usiłował „pozyskać wodza bolszewickiej rewolucji dla idei nawrócenia prawosławnych na katolicyzm”.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Należy wyraźnie podkreślić, iż egzarcha w sposób szczególny dbał o to, by przyjęta przez niego formuła katolicyzmu we wschodnim obrządku pod żadnym pozorem nie przekształciła się w kolejny przejaw uniatyzmu. Już wówczas, na początku XX wieku, dostrzegano więc wszystkie negatywne skutki podejmowanej w tym duchu działalności na Wschodzie, a mało kto zdawał sobie z nich sprawę tak dobrze, jak Fiodorow i jego ideowy przewodnik, Andrej Szeptycki.

Michał Wawrzonek

____________________________________
Michał Wawrzonek – ur. 1972, absolwent filologii ukraińskiej i politologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, doktorant katedry studiów europejskich UJ, publikował w „Krakowskich Zeszytach Ukrainoznawczych”, „Znaku” i „Tygodniku Powszechnym”. Mieszka w Chrzanowie.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.