Jesień 2020, nr 3

Zamów

Ja to nie jestem ja

Bardzo łatwo jest pisać o cierpieniu,
ale pisać to jeszcze nic.
Aby je poznać, trzeba go skosztować.
św. Teresa z Lisieux

– Czekałam na ten telefon – odezwał się w słuchawce ściszony i chyba trochę drżący głos Julii.

Kontakt do Julii – oczywiście po uprzednich konsultacjach z nią samą, czy mój telefon w ogóle jest możliwy – dostałam w „Odwadze”, działającej w Lublinie grupie, „która służy osobom o orientacji homoseksualnej, szukającym pomocy i wsparcia w życiu zgodnym z nauczaniem Kościoła katolickiego”.

Julia jest jedną z dziesięciu kobiet, należących do grupy terapeutycznej. Przyjeżdżają średnio raz na miesiąc z całej Polski. Grażyna Tokaj – inspiratorka „Odwagi” – pokazała mi wiersze Julii, drukowane w ich wewnętrznym pisemku „Światło w ciemności”. Pierwszy rzucił mi się w oczy ten zapisany wersalikami:

OGŁOSZENIE!!!
ODDAM WSZYSTKO W ZAMIAN
ZA ODROBINĘ CIEPŁA – MIŁOŚCI
UWAGA!
POTRZEBNY NAPRAWDĘ BARDZO
ODWAŻNY CZŁOWIEK.

– Dobrze spotkajmy się – mówiła Julia, tylko. wie Pani, ja jestem prostym człowiekiem i trochę mnie to oszałamia. Chciałabym, żeby podczas tego spotkania mogła być z nami pani Urszula.

Uzgodniłyśmy, że spotkamy się we trzy. Urszula Łuchniak – psycholog z Psychologicznej Poradni Chrześcijańskiej – współpracuje z „Odwagą”. Kilka osób z problemem homoseksualnym trafiło tam właśnie dzięki niej. – Jednym z pierwszych moich pacjentów tutaj był homoseksualista – opowiada, kiedy czekamy w Poradni na Julię. – Trochę to dziwne, ale oni trafiają właśnie do mnie. Teraz to już zrozumiałe – jedni przekazują drugim, że można do mnie z tym przyjść. Na początku było jednak dziwne. Pracujemy tu we dwie. Do koleżanki przychodzili sporadycznie, do mnie bardzo często.

– Są zazwyczaj bardzo wrażliwi, tacy ludzie bez skóry – mówi Ula. Jest przygnębiona. Wróciła właśnie z pogrzebu Pawła. Kiedy kilka lat temu zostawił go przyjaciel, próbował popełnić samobójstwo. Uszkodził kręgosłup – od tego czasu jeździł na wózku. To była kolejna próba. Tym razem skuteczna. – Oni często nie radzą sobie ze sobą – opowiada Ula. – Julia też jest bardzo pokaleczona, taka jedna wielka niezagojona rana. I jest tym spotkaniem z tobą naprawdę przestraszona.

Spotkanie

Julia przyniosła trzy róże – jedną dla Uli, drugą dla mnie, a trzecią dla siebie. Była tym jakby trochę zawstydzona. Widziałam, że drżą jej ręce, głos, a nawet policzki. Zanim o cokolwiek zapytałam, sama zaczęła mówić o swoich wierszach, o pisaniu, o tym, że piszą się w niej, gdy się modli, że nie zna się na tych wszystkich przecinkach itd., więc ktoś jej pomaga potem je wstawiać, i że tym razem – przyniosła nowe wiersze – ten ktoś jakoś za bardzo zaingerował, że jednak nie może się z tym zgodzić i że z tego powodu nie mogła spać w nocy, a tak w ogóle to chciałaby zaprosić nas do „Pożegnania z

Afryką” na kawę. Czułam, że jak pójdziemy na tę kawę, to nasze spotkanie nie będzie tym, czym miało być. Czułam, że mnie samą opuszcza odwaga – zapytałam więc o „Odwagę”.

– Jest ważna, nawet bardzo, ale dla mnie pierwsze są spotkania z panią Ulą. Bardzo dużo Pani Uli zawdzięczam – mówi Julia. Podczas naszego spotkania powtarza to jeszcze nieraz.

– Bez Pani Uli nie trafiłabym też do „Odwagi”. Gdy jechałam tam pierwszy raz, bałam się. Bałam się również tego, że któraś z dziewczyn przyjdzie do mnie w nocy. Niedawno, kiedy po sesji żegnałam się z jedną z nich na dworcu w Lublinie, ona poprosiła: przytul mnie. Znowu poczułam lęk. Iza to zobaczyła, bo powiedziała: przytul mnie, ale w czysty sposób. W „Odwadze” uczymy się budować ze sobą normalne relacje, obdarzać się gestami, w których nie ma erotycznych podtekstów.

Lucyna Poduch, psycholog – przyjeżdża do Lublina z Elbląga, to właśnie ona prowadzi terapię kobiet – mówi: „praca polega przede wszystkim na spotykaniu własnych emocji. Chodzi o to, aby je podejmować, a nie tłumić. Każdy z nas najpierw jest człowiekiem, następnie mężczyzną i kobietą, a dopiero potem żoną, ojcem, księdzem etc. Ważne jest – dodaje – żeby uporządkować relacje z samym sobą, a to znaczy również – z własną płcią”.

Jestem. I jestem kobietą.

– Na ostatnie spotkanie w „Odwadze” – opowiada Julia – miałyśmy przywieźć ubranie, które najlepiej oddaje nasz obecny wewnętrzny stan oraz jakiś typowo kobiecy strój. Zabrałam swój mundur moro. Oryginalne amerykańskie moro! Kocham mundury, broń. Chociaż ciek

awe, że broń fascynuje mnie już ostatnio dużo mniej niż kiedyś. no i jeszcze kocham samochody („Jakie to okropne, nie mieć samochodu” – dodaje z żalem.) Kolega pożyczył mi do tego moro autentyczną wojskową czapkę. Specjalnie do niej odpowiednio wygoliłam sobie włosy. Zabrałam ten cały rynsztunek do Lublina i. nie założyłam. Zrozumiałam, że w tym moro to jednak nie będę ja. Owszem, czasem, ale bardzo rzadko, zakładałam je, na przykład na ognisko w lesie. Takie moro świetnie maskuje – jakby mnie nie było. Ale ja jestem. I jestem kobietą.

Wtedy w Lublinie założyłam w końcu spódnicę. Przyznam się – uśmiecha się Julia – że na nasze dzisiejsze spotkanie też chciałam przyjść w spódnicy. Byłam nawet wczoraj na bazarze, żeby sobie coś kupić, ale nie było takiej, która mi się podoba. Umówiłam się z panią sprzedawczynią na przyszły tydzień. Wchodzę czasem do sklepu. Oglądam spódnice, sukienki – coraz lepiej wiem, co mi się podoba, co w przyszłości chciałabym nosić.

– Kobiecy strój jest ważny, wymusza na przykład sposób poruszania się – mówi Lucyna. – W spódnicy siadasz inaczej niż w spodniach. Dziewczyny ze skłonnościami homoseksualnymi noszą zazwyczaj ubrania raczej maskujące ich kobiecość. Podkreślanie kobiecości poza wszystkim odczuwają często jako niebezpieczne. Wiele z nich ma straszne doświadczenia z mężczyznami, na przykład wykorzystanie seksualne w dzieciństwie czy gwałt. Bezpieczniej się zatem zamaskować.

U kobiet – pisze psycholog Jolanta Próchniewicz w tekście „Wołanie o miłość. Istota i geneza zaburzeń homoseksualnych” – jako przyczyny homoseksualizmu, oprócz wadliwej struktury rodzinnej, wskazuje się: molestowanie i wykorzystywanie seksualne przez mężczyzn (szczególnie bliskich – ojca, braci) we wczesnym dzieciństwie; urazy z dzieciństwa, powstałe w sytuacji, kiedy ojciec źle traktował matkę, co doprowadziło do zaburzenia identyfikacji płciowej według schematu: nie chcę być kobietą, bo nie chcę być tak traktowana. [.] Dziewczynka, kształtując własną kobiecość, identyfikuje się ze swoją matką. Jeżeli więc matka przekazuje córce własne negatywne doświadczenia, odbierając swoją kobiecość jako źródło cierpień; jeżeli wrogo traktuje córkę, nie akceptując jej z powodu płci; jeżeli jednocześnie ojciec jest brutalny i agresywny, prześladuje matkę lub odwrotnie – jest uległy i podporządkowany matce – u dziewczyny powstaje lęk przed mężczyznami i niechęć do bycia kobietą.

Trzy kobiety i Pan

– Teraz wiem już niemało o homoseksualizmie i o tym, jak wiele jest tu do zrobienia – mówi Grażyna Tokaj – ale na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy wszystko się zaczynało, nie wiedziałam zbyt wiele. Wtedy pojawiły się po prostu osoby, które mają ten problem.

– Tak się jakoś stało, że te osoby trafiały właśnie tutaj – do naszego domu w Lublinie (ośrodka Ruchu „Światło-Życie”). Z czasem pojawiało się ich coraz więcej – przychodzili, dzwonili. Przede wszystkim ich słuchałam – opowiada Grażyna – to było ważne, żeby z szacunkiem ich wysłuchać. Rozmawialiśmy. Przychodzili sami, czasem parami, początkowo głównie mężczyźni. Nieszczęśliwi, zagubieni, z wielkimi dylematami. Mówili często: taki jestem, ale nie chcę być wykluczony z Kościoła. Odchodzili, a my modliłyśmy się za nich. To głównie ja – wspomina Grażyna – spotykałam się z tymi osobami, ale duchowo towarzyszyły mi w tym i bardzo pomagały Barbara Badura i Irena Chłopkowska. To oczywiste, że same bez Pana Jezusa niczego byśmy nie zrobiły.

Trzy kobiety – różne jak powietrze, ogień i woda. Czasem chyba nie jest im ze sobą łatwo.Widać jednak, jak znakomicie się dopełniają. Żywiołowa Grażyna, zasadnicza Irena, łagodna Barbara. Patrząc na nie, przypominam sobie książkę szwajcarskiej mistyczki Adrienne von Speyr „Trzy kobiety i Pan”. Wszystkie należą do tzw. diakonii stałej Ruchu „Światło-Życie”, wiodą świeckie życie konsekrowane. Irena pracuje w wydawnictwie, Barbara w sekretariacie na KUL, Grażyna zajmuje się przede wszystkim sprawami „Odwagi”. – Nie tylko to, co robią, ale sama ich obecność jest nieoceniona – mówi o. Kożuch, jezuita współpracujący z „Odwagą”. – Tworzą dom.

Wyjście

– Jeden z księży, bardzo zresztą mądry człowiek, lekarz-terapeuta, przestrzegał – żadnych grup! To jest ugór. Ale przecież każdy ugór można uprawiać – mówi Grażyna. – My z Irką wiemy to dobrze, obie jesteśmy ogrodnikami. Zanim powstały grupy, prowadzone przez Lucynę i o. Kożucha, przeszłyśmy długą drogę. Początkowo wspólne spotkania odbywały się trzy-cztery razy do roku. Chciałyśmy nie tylko towarzyszyć osobom borykającym się z homoseksualnymi skłonnościami, ale również konkretnie pomóc. Jednak nie bardzo wiedziałyśmy, jak. Trudno było znaleźć jakieś materiały dotyczące homoseksualizmu. Jeśli już były, stawiały zazwyczaj problem w ten sposób: z tym nie da się nic zrobić – z tym trzeba po prostu żyć. A osoby, które do nas przychodziły, często nie chciały z tym żyć!

Zosia – która jako jedna z pierwszych trafiła do grupy terapeutycznej kobiet, opowiada, że szukając pomocy u jednego ze sławnych psychologów chrześcijańskich usłyszała: „Jest pani lesbijką i nic się z tym nie da zrobić. Powinna się pani jedynie dużo modlić”. – Załamałam się – mówi Zosia.

– Szukałyśmy jakiejś pomocy – opowiada Irena. – Sama pobożność nie wystarczała. Czytałyśmy nieliczne w języku polskim książki dotyczące homoseksualizmu. To było coś, ale wciąż mało. Postanowiłyśmy zorganizować konferencję na temat homoseksualizmu. Opatrzyłyśmy ją hasłem: „Wyzwolenie w Chrystusie jako zasada działań pastoralnych wobec osób o orientacji homoseksualnej”. To poważne hasło było zgodne z tym, co próbowałyśmy w „Odwadze” robić. Podstawą dla naszych działań jest nauczanie Kościoła katolickiego na temat homoseksualizmu zawarte w Katechizmie oraz innych dokumentach Kościoła, zwłaszcza w liście Kongregacji Nauki Wiary o duszpasterstwie osób homoseksualnych.

– Pierwsza konferencja odbyła się w 1999 roku, rok później zorganizowałyśmy kolejną. Przyjechał Richard Cohen. To była rewolucja – opowiada Grażyna. – Oto my, którzy próbujemy pomagać osobom borykającym się z homoseksualizmem, oni sami, niekiedy ich rodziny – spotykamy człowieka, który przez wiele lat sam był aktywnym homoseksualistą i twierdzi, że został uleczony. – Każdy – mówił Cohen – może dokonać wyboru zmiany. Przejście z homoseksualizmu na heteroseksualizm jest możliwe, ponieważ nikt nie rodzi się homoseksualistą. Pragnienia homoseksualne są zawsze następstwem nierozwiązanych zaburzeń z dzieciństwa, które powodują w osobie dziecka zamieszanie dotyczące tożsamości płciowej. Tego, czego się nauczyliśmy, możemy się oduczyć. Dzieje się to wtedy, gdy zostaną uzdrowione rany z przeszłości i gdy niezaspokojone potrzeby z dzieciństwa zostaną zaspokojone w związkach zdrowej miłości. Wówczas osoba taka będzie mogła doświadczyć własnej męskości – jeśli jest mężczyzną; kobieta zaś będzie mogła doświadczyć własnej kobiecości. Wtedy też w sposób naturalny pojawią się pragnienia heteroseksualne.

Wyjście z aktywnego homoseksualizmu zajęło samemu Cohenowi wiele lat i – jak sam twierdzi – miało ścisły związek z jego nawróceniem na chrześcijaństwo. Oznaczało również lata mozolnej pracy terapeutycznej. Cohen – dawniej tancerz i piosenkarz – sam zdobył kwalifikacje jako terapeuta i opracował własny czteroetapowy program terapii, w którym spotykają się doświadczenia z zakresu psychologii i duchowości.

– To, co proponuje Cohen, jest logiczne – mówi Lucyna. Często powołują się na jego doświadczenia o. Kożuch i Urszula. – To było naprawdę straszne – wspomina Ula – kiedy po raz pierwszy przyszedł do naszej poradni mężczyzna z problemem homoseksualnym, siedział przede mną i płakał, a ja czułam się tak rozpaczliwie bezradna.

Nic, a jednak wszystko

– Obie konferencje – opowiada Irena – zorganizowałyśmy właściwie bez pieniędzy. Miała nas wspomóc finansowo pewna holenderska fundacja. Było to już właściwie pewne, okazało się jednak, że nasze założenia i zasady nie zgadzały się z ich spojrzeniem na homoseksualizm – w rezultacie nie dostałyśmy tych pieniędzy. Grażyna nawet grała w totolotka, ale Pan Bóg – zdaje się – nie lubi hazardu. Pieniądze wreszcie się znalazły, chociaż zauważyłyśmy, że jakoś zawsze omijają nas te duże pieniądze – a kilka razy były już naprawdę blisko. Nie mając nic, mamy jednak wszystko. Ktoś niedawno podarował nam kserokopiarkę, ktoś inny telewizor i wideo. Mama Grażyny, która sprzedała ziemię pod Warszawą, kupiła „Odwadze” samochód. – Nie przypuszczałam – opowiada Grażyna – że ziemia jest taka droga. Starczyło na nowiutkiego peugeota! Po raz pierwszy mamy zupełnie nowy i tak dobry samochód, można było nawet wybrać kolor (oczywiście ulubiony, czyli zielony – dodaje Grażyna).

– W kryzysowych sytuacjach po prostu pożyczamy. Zawsze znajdują się ludzie, którzy są gotowi nam pomóc – opowiada Barbara. – Ostatnio trzeba było zapłacić kilka dużych rachunków za energię, ogrzewanie etc. Brakowało trzy tys. zł. Pomoc zaoferowała moja koleżanka z pracy. W wieloraki sposób pomaga nam również nasz arcybiskup. W tym, co robimy, towarzyszy nam jego życzliwość i błogosławieństwo.

Uczestnicy grup – mówi Grażyna – płacą za swój pobyt w domu „Odwagi”. Oczywiście brak pieniędzy nigdy nie jest przeszkodą w przyjeździe do nas. Mamy tzw. Bank Opatrzności Bożej – zasilają go głównie sami uczestnicy – z którego dopłacamy tym, którym brakuje. Lucyna i o. Kożuch pracują bez zapłaty.

– Kiedyś w jednym z czasopism katolickich opublikowano o nas materiał – opowiada Grażyna – w którym podano informację, że w Lublinie odbywa się właśnie spotkanie „Odwagi”. Na chłopaków padł strach. O Boże! – biadali – w domu mogą się dowiedzieć; wiedzą przecież, że jestem w Lublinie.

– Rodzina i przyjaciele – mówi Zosia – wiedzą, że raz na jakiś czas jeżdżę do Lublina. Nie wiedzą jednak, po co. Przyjaciele nawet się trochę obrażają. – Ty to wszystko od nas wyciągniesz, a dlaczego my nie możemy wiedzieć, co z tym Lublinem?

Zosia, bardzo spontaniczna, łatwo nawiązująca kontakty, nie ma problemów z okazywaniem uczuć i gestów, od zawsze miała wielu przyjaciół – byli pośród nich i dziewczyny, i chłopcy. Nikt z nich jednak nie wiedział i nie wie o jej homoseksualnych skłonnościach. Nie wiedzą również rodzice. – Chociaż. czasem – zastanawia się Zosia – wydaje mi się, że tata chyba coś wie. Z rodzicami nigdy nie mieliśmy (Zosia ma brata bliźniaka) bardzo bliskiego kontaktu. Troszczą się o nas, kochają, dużo im opowiadam, co dzieje się w moim życiu, ale dotyczy to spraw raczej zewnętrznych. Tata ma negatywny stosunek do homoseksualistów i kiedy czasem mówi się o nich np. w telewizji, że żądają dla siebie różnych praw, to się denerwuje i mówi, że takich powinno się zabijać. Wychodzę wtedy z pokoju albo zmieniam temat.

„Odwaga” znaczy. odwaga

Pierwsze spotkanie dziewczyn z „Odwagi” odbyło się rok temu, 26 maja 2001 roku. – To był Dzień Matki – Lucyna uśmiecha się, dodając: „w kobiecym homoseksualizmie jedną z kluczowych spraw jest przepracowanie relacji z matką”.

Na początku były ich trzy, teraz jest dziesięć. Grupę mężczyzn, powstałą jeszcze przed grupą kobiet, prowadzi jezuita o. Mieczysław Kożuch, doświadczony psycholog i kierownik duchowy. Spotkania kobiet i mężczyzn odbywają się w różnych terminach.- Ostatnio jednak zbiegły się w czasie i coś się wydarzyło – opowiada poruszona i trochę rozbawiona Grażyna. – Najpierw byli nieufni wobec siebie. Po posiłku dziewczyny ironizowały: no pokażcie, co potraficie – chodziło o sprzątanie ze stołów. Potem jednak spotkali się. Grali na bębnach, gadali do późnej nocy, aż musiałyśmy „wyrzucać” ich z domu, bo nie dało się funkcjonować. Następnego dnia podczas wspólnego spotkania wstała jedna z dziewczyn i zapytała, czy takie spotkania mogłyby stać się regułą. – Jaka ulga, opowiada Grażyna, że to nie ja muszę odpowiadać, czyli wiedzieć, czy tak może być i czy to jest dobre. No bo skąd ja mam to wiedzieć? Po tym pytaniu nastąpiło długie milczenie, które przerwał wreszcie o. Kożuch: „weźmiemy to pod uwagę” – powiedział.

– To dla nas wielkie dobrodziejstwo – mówi Grażyna – że wreszcie mamy w „Odwadze” profesjonalistów: o. Mieczysława i Lucynę, a za chwilę pojawi się jeszcze jedna osoba, która poprowadzi drugą grupę chłopaków. Ta prowadzona przez o. Kożucha jest grupą wsparcia. Od września rusza grupa terapeutyczna mężczyzn. Chłopakom strasznie trudno rozstać się z o. Mieczysławem. Jest dla nich kimś bardzo, bardzo ważnym – ojcem i autorytetem. Rozumieją jednak, że jeśli chcą pójść dalej, muszą wyjść spod tych ojcowskich skrzydeł. Boją się tej regularnej terapii – nikt nie ukrywa przed nimi, że to będzie „poligon”.

– We wrześniu – opowiada Grażyna – ruszy także grupa wsparcia kobiet. Poprowadzi ją Ola Kulczyńska, ze stałej diakonii naszego ruchu. Chodzi o to, żeby dziewczyny – podobnie jak chłopcy – również miały możliwość doświadczenia spotkania z kimś, kto nie tyle będzie się zajmował profesjonalną terapią, ile towarzyszył im w taki sposób, jak o. Kożuch chłopakom. Ola ma duże doświadczenie w pracy z ludźmi bardzo poranionymi przez życie. Przez prawie siedemnaście lat współprowadziła „Betlejem – Dom Chleba” w Nieboczowach koło Raciborza, zamieszkiwany przez alkoholików, bezdomnych, ofiary przemocy w rodzinie, psychicznie chorych i samotne matki. Ola jest silna i zarazem subtelna. Emanuje z niej dojrzała i świadoma siebie kobiecość.

– Bardzo czekam na te spotkania – mówi Alicja, która do „Odwagi” trafiła mniej więcej w tym samym czasie, co Zosia – chociaż początkowo możliwość uczestniczenia w grupie była dla mnie zupełnie nie do przyjęcia. Niesamowicie ważne było to, że jest „Odwaga”, jednak rok temu znaczyło to dla mnie, że jest Grażyna. Jaka ulga, że wreszcie mogę z kimś otwarcie i bez lęku porozmawiać o swoich skłonnościach homoseksualnych. Wiadomość, że mamy to wałkować w grupie, była dla mnie przerażająca. – Każdy ma swoją historię – Julia przywołuje „Desideratę” – każdy potrzebuje być wysłuchany i zrozumiany – doświadczamy tego w „Odwadze”.

Dlaczego „Odwaga”? – Dlatego – odpowiada Grażyna – że tylko odważny człowiek może chcieć coś ze sobą zrobić. Oczywiście czujemy więź z „Courage” i tym, co robią Amerykanie. Czerpiemy od nich inspiracje, wypracowując jednak swoją własną drogę.

Każdy ma swoją historię

JULIA.

Często mylono mnie z moim starszym o kilka lat bratem. On sam lubił się mną popisywać. Potrafiłam sprać jego kumpli, jak coś było nie tak. Kiedy byłam już nastolatką, poradziłam sobie również z agresją ojca – gdy kiedyś pijany podniósł na mnie rękę, mocno ją chwyciłam i powiedziałam stanowczo, patrząc mu w oczy, że nigdy więcej już tego nie zrobi. Nie zrobił. Czasem nawet potrafiliśmy ze sobą pogadać. Na przykład wtedy, kiedy wrócił z więzienia do domu i nie zastał w nim matki. Opowiadał o wielkim żalu do niej, o jej zdradach.

Mam siostrę bliźniaczkę, ale o jej istnieniu dowiedziałam się dopiero w pewnym momencie. Bliźniaki trochę pokrzyżowały rodzicom plany, chcieli mieć parkę. Chłopiec już był, a tu rodzą się, zamiast jednej, dwie dziewczynki. Kiedy miałam kilka miesięcy, oddali mnie dziadkom. Pamiętam, że jak miałam cztery lata, odwiedziła mnie jakaś pani. Powiedziano mi, że to moja mama. Przywitałam ją słowami – bardzo dobrze to pamiętam – dzień dobry, pani mamo. Kiedy miałam siedem lat, rodzice z rodzeństwem zamieszkali obok dziadków – mieszkaliśmy przez ścianę. Byłam zazdrosna, kiedy mojej siostrze coś kupowali, a mnie nie.

Znalazłam ostatnio swoje zdjęcie z dzieciństwa. Od jakiegoś czasu lubię na nie patrzeć. Mam je w komputerze. Patrzę na to dziecko i nie mogę zrozumieć, jak można było kogoś takiego nie chcieć? Zaczynam wracać do dzieciństwa. Chodzę boso. Nie umiem tego nazwać, ale wreszcie podoba mi się być dzieckiem. To coś nowego.

W przeciwieństwie do kobiet, które zazwyczaj szczebioczą na widok dzieci, ja czuję wobec nich dystans i raczej oschłość. Jednak – co dziwne – dzieci mnie lubią. Przybiegają do mnie, czasem nawet się przytulają. Już się przed tym nie bronię, nie uciekam. Może kiedyś sama również będę umiała je przytulić? Może dzieci wiedzą więcej?

Kłócą się we mnie pewne rzeczy – ja to nie jestem ja. Zawsze chciałam wyjść z homoseksualizmu. Ale życie nieustannie atakuje, a ja ciągle muszę się bronić. Tyle głodów. Teraz, od czasu spotkań z panią Ulą i w „Odwadze”, coś się zmienia, jednak dotychczas byłam jednym wielkim głodem kochania kobiety. Tonęłam. Często zapijałam swój ból. Czasem było tak strasznie, że chciałam skończyć ze sobą. Bóg jednak walczył o mnie, bardziej niż ja sama. Inna rzecz, że nigdy nie potrafiłam powiedzieć Bogu „nie”.

Babci, oprócz tego, że mnie wychowała, zawdzięczam wiarę. To ona nauczyła mnie Boga. Bez Niego dawno bym zginęła. Kiedyś, kiedy znowu zapijałam, bo nie mogłam sobie poradzić ze sobą, poszłam do kogoś bliskiego z mojej wspólnoty i poprosiłam: weź moją duszę, nie chcę jej stracić. Dobrze – powiedziała Teresa – wezmę i włożę ją do brewiarza. Niedawno żartowała, że coś trzeba w sprawie tej duszy postanowić, że ona nie może ciągle tak tkwić w tym brewiarzu. Zawsze fascynował mnie Karmel, a teraz Joanna z naszej wspólnoty zdecydowała się wstąpić do Karmelu. Może zgodzi się zabrać tam moją duszę?

Nie ma wyjścia bez Boga. Potrzeba było jednak wielu godzin, tygodni i miesięcy wewnętrznej walki, żeby to zrozumieć. On jednak cierpliwie czekał – dopóki w końcu Julka nie zrozumie. Trwałam przy Nim, jednak gdzieś był we mnie żal, że nie czuję Jego obecności. Teraz coś się zmienia – zaczynam czuć.

Moje rodzeństwo? Z bratem się pokłóciliśmy, jednak czasem tam wpadam. Jestem chrzestną matką jednego z jego dzieci. Z siostrą po kilku minutach nie mamy o czym rozmawiać, ale co jakiś czas ją odwiedzam. Ojciec już nie żyje, dziadkowie również. Niedawno dowiedziałam się, że matka się mnie boi. Nie mam potrzeby, żeby się z nią spotykać. Spotkamy się na pogrzebie – moim albo jej.

W jednym ze swoich wierszy Julia napisała:

MAMO
Patrz co zrobiłaś.
Bóg dał mi życie.
Ty je zabiłaś.
Zadałaś śmierć gorszą
od niej samej.
Spójrz ile w moim
sercu jest zranień.
Nie dałaś mi szansy
kompletnie na nic.
Nie dając swego ciepła
posunęłaś się do
najpodlejszych granic.
Wszystko co piękne, dzięki tobie
mnie ominęło.
I wiem, że jestem stracona i
nie odnajdę ciepła utraconego.

ZOSIA

Ma dwadzieścia pięć lat, delikatne rysy twarzy, wijące się blond włosy, drobną postać. – To było chyba w piątej klasie – opowiada – znalazłam w domu książkę o miłości kobiet, przeczytałam ją. Pojawiła się wielka potrzeba czułości i samogwałt. Rodzice troszczyli się o nas, ale byli zapracowani i zmęczeni, poza tym późno nas urodzili.

Już w szkole podstawowej Pan Bóg był dla mnie bardzo ważny. Należałam do „Dzieci Maryi”, niemal codziennie uczestniczyłam we Mszy świętej. Jasne, że ten rozdźwięk bolał. Tęsknota za bliskością była jednak tak silna. Po skończeniu ósmej klasy pojechałam na rekolekcje oazowe. To był coś przełomowego w moim życiu – przyniosło bardzo rzeczywiste doświadczenie miłości Boga. Z rekolekcji wróciłam umocniona, zaczęło się nowe. Byłam jedną z osób, które zainicjowały w naszej parafii wspólnotę, zniknął problem z samogwałtem. Nastał dobry, radosny czas.

W nowej szkole nauczycielka historii, Irmina, traktowała mnie z wyraźną sympatią. Pod koniec pierwszego roku w liceum jej syn przystępował do Pierwszej Komunii, a ja pomagałam siostrom pracującym z dziećmi. Często wtedy spotykałam Irminę. Rozmawiałyśmy, jej zainteresowanie mną bardzo mnie cieszyło. Irmina zaprosiła mnie kiedyś do domu. Była troskliwa, czuła. Za którymś razem stało się to. Potem byłyśmy ze sobą jeszcze nieraz. Podczas wakacji wyjechałyśmy razem na kilka dni. Czułam się po tym wszystkim okropnie. Chciałam przerwać ten związek, ale nie potrafiłam. Poza tym bałam się. Irmina była moją nauczycielką – przede mną matura. Byłam rozbita, przestałam przychodzić na spotkania wspólnoty. Nie mogłam poradzić sobie ze sobą, pojawiały się myśli samobójcze.

Kiedyś spotkałam przypadkiem dwoje znajomych ze wspólnoty. Wszyscy się spieszyliśmy, oni jednak zdążyli powiedzieć, że mam pozdrowienia od księdza Henryka. To chyba pomyłka – tłumaczyłam znajomym – on mnie nie zna. Ale on prosił, żeby pozdrowić właśnie ciebie – upierali się. Ja sama znałam go z widzenia, był osobą popularną, robił wiele bardzo dobrych rzeczy.

To spotkanie zdarzyło się w czasie, kiedy próbowałam zmobilizować się, żeby pójść do spowiedzi. Wiedziałam jednak, że jeśli chcę wyznać prawdę o sobie, to nie może być pierwszy z brzegu ksiądz. Szukałam, ale niezbyt intensywnie. Nie miałam siły. Wtedy też spotkałam moją animatorkę ze wspólnoty – Basię. Widziała, że jest mi źle, chciała pomóc. Opowiedziałam jej, że próbuję pójść do spowiedzi, ale jakoś nie mogę się odważyć, poza tym szukam odpowiedniego kapłana. Basia zaproponowała, że może spróbować umówić mnie z. księdzem Henrykiem. Sama mnie potem do niego zawiozła.

Bałam się. Lęk jednak szybko zastąpiło zaskoczenie. – Ja wszystko o tobie wiem, Zosiu – powiedział ksiądz Henryk. – Naprawdę? – zapytałam z niedowierzaniem i chyba trochę ironicznie. Rzeczywiście wiedział bardzo dużo. Ogromnie mi pomógł. Miałam wrażenie, że sam Bóg upomniał się o mnie.

Jakiś czas po mojej spowiedzi o tym, co jest między mną a Irminą, dowiedział się jej mąż. Pisałyśmy razem dziennik, który ona przechowywała w domu. Przypadkiem znalazł go jej mąż i przeczytał. Zobaczył się ze mną, płakał, przepraszał. Spotkania z Irminą skończyły się. Unikałam z nią bliższych kontaktów również w szkole. Ona zaczęła traktować mnie z wyraźną niechęcią, co budziło zdziwienie moich szkolnych kolegów – dotychczas byłam przecież jej ulubienicą. Jednak w miarę spokojnie dotrwałam w szkole do matury, a potem wyjechałam na studia do innego miasta.

Po rozstaniu z Irminą powrócił problem samogwałtu. To było strasznie trudne, zwłaszcza że zamierzałam wstąpić do zakonu. Od ósmej klasy związana byłam z siostrami w moim mieście. Później zaprzyjaźniłam się z siostrą Jadwigą z innego zgromadzenia. Często tam jeździłam na weekendy. Kiedy pod koniec swoich studiów zdecydowałam, że chcę wstąpić do tej wspólnoty, dla sióstr było to oczywiste. Traktowały mnie niemalże jak swoją. Miałam w ich domu od dawna własny pokój. 2 lutego – w dzień życia konsekrowanego – wstąpiłam do zakonu. Okres kandydacki odbywałam eksternistycznie, kończąc studia. Wciąż jednak nękał mnie niepokój – drążyło mnie pytanie, czy jestem tu rzeczywiście dla Boga, czy dla siebie?

Zaprzyjaźniony jezuita widział, że dzieje się ze mną coś niedobrego. Pomógł mi skontaktować się z o. Kożuchem. Opowiedziałam mu o sobie, a on dał mi telefon do „Odwagi” i poradził również, żeby o wszystkim powiedzieć matce przełożonej. „Niestety, Zosiu, tu nie ma miejsca dla takich jak ty” – powiedziała. Było mi ciężko, może nawet miałam żal, próbowałam jednak rozumieć.

Po skończeniu studiów wróciłam do domu. Zaczęłam pracować. Przez jakiś czas chodziłam z chłopakiem. Jurek był starszy o dziesięć lat. Jego małżeństwo rozpadało się. Bardzo zżyli się z nim moi rodzice, zwłaszcza tata. Między nami jednak po pewnym czasie coś się popsuło i rozstaliśmy się. Tata nadal ma o to do mnie żal. Jurek jeszcze czasami odwiedza rodziców.

W pracy poznałam Marzenę. Nie układało się jej z mężem. Okazało się też, że on miał jakieś potworne długi, które jako współmałżonkę obciążały również ją. Marzena wpadła w depresję, zaczęła pić. Próbowałyśmy z koleżankami jakoś jej pomóc – gdzieś wyciągałyśmy, coś wspólnie robiłyśmy. Coraz częściej spotykałyśmy się również tylko we dwie. W międzyczasie odbył się rozwód.

Kiedyś moje homoseksualne skłonności budziły we mnie lęk, że z tego powodu pójdę do piekła. Dlaczego taka jestem? To pytanie ciągle wraca. Mam poczucie, że robię coś, czego nie chcę. Jak w Liście do Rzymian. bo nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę – to właśnie czynię. Tkwię w tym, ale nie chcę tego.

Nie wyobrażam sobie, żeby nie było „Odwagi”. Tutaj czuję się akceptowana, wiem, że nikt mnie nie oskarży, wreszcie mogę opowiedzieć, co się ze mną dzieje. Początkowo wkurzało mnie, że podczas terapii coś tam rysujemy, wycinamy i na podstawie tego snujemy jakieś historie na swój własny temat. Znałam to trochę. Miałam na swoich studiach zajęcia z psychologii i te rzeczy nie przekonywały mnie, może dlatego, że nie mam zdolności manualnych, i denerwowało mnie, że z bohomazów, które narysuję, wywodzić się będzie jakąś prawdę o mnie. Myślałam, że będziemy konkretnie rozmawiać o naszym homoseksualnym problemie. Potem okazało się, że z tych „głupot” wynika dużo ważnych rzeczy, że właśnie one bardzo wiele mówią o naszym homoseksualizmie.

– To było dobre, że ostatnio mogłyśmy spotkać się w „Odwadze” z chłopakami, dowiedzieć się, jak to jest z tym problemem u nich. Teraz, również z nimi, tak jak dotąd z dziewczynami, wspieramy się. Ktoś przysyła mi SMS: „mam strasznego doła” – a wiadomo, że to grozi jakąś wpadką. Ktoś pisze: „zakochałem się, ale nie chcę w to wchodzić”. W takich sytuacjach gadamy ze sobą zazwyczaj przez telefon, bo rozsiani jesteśmy po całej Polsce, piszemy maile, posyłamy sobie SMS-y, a przede wszystkim modlimy się za siebie.

Chciałabym, żebyśmy od czasu do czasu mieli takie wspólne spotkania, ale nie za często, bo to zaburza naszą terapię. Te niecałe dwa dni w „Odwadze” – przyjeżdżamy w piątek wieczorem, a wyjeżdżamy w niedzielę po obiedzie – są bardzo intensywne. Sobota – dziewięć godzin terapii, a potem jeszcze praca domowa, która powinna być gotowa na niedzielę, żeby można było posuwać się dalej. Wtedy, kiedy spotkałyśmy się z chłopakami, gadaliśmy do późnej nocy, wszyscy byliśmy na drugi dzień wykończeni i praca nie bardzo nam szła.

Raz na miesiąc to strasznie mało, ale ten miesiąc w domu to także terapia. Piszemy pamiętniki, mamy zalecenie uprawiania jakiegoś sportu. Ja jeżdżę na rowerze i chodzę na basen.

Z Lublina wyjeżdżamy również z postanowieniami. Ktoś zobowiązuje się, że nie będzie pił, ktoś inny, że nie będzie ćpał, wszyscy – że spróbujemy zachowywać wstrzemięźliwość. Nikt tego nie kontroluje, jednak świadomość, że podjęte zostały w obecności innych i są dla nich ważne, dodaje sił. W chwilach, kiedy zmagam się ze słabością, kiedy nie mogę wytrwać, łatwiej też poprosić o pomoc. Nie trzeba tłumaczyć wszystkiego „od początku świata”. Wystarczy zadzwonić, wysłać SMS, napisać maila: Nie daję rady!

Marzena jest ode mnie starsza o trzynaście lat, ma dwójkę dzieci. Mówi, że nigdy nikogo tak nie kochała jak mnie, nawet męża. Nie rozumie, dlaczego to ma być złe, skoro ludzie się kochają, skoro chcą dla siebie jak najlepiej. A ja wiem, że w tej relacji musi być Pan Jezus, inaczej nie będzie dobrze. Próbowałam namówić Marzenę, żeby pojechała ze mną do Lublina. Nie chciała. Przed Wielkanocą zdołałam przekonać ją, żeby poszła do spowiedzi. Ostatni raz była, kiedy brała ślub. Nie było łatwo ani znaleźć odpowiedniego księdza, ani jej się zdecydować. W końcu udało się. Ostatnio powiedziała, że jest już chyba gotowa pojechać ze mną do „Odwagi”.

ALICJA.

Od dzieciństwa lubiłam towarzystwo chłopaków, wspólne zabawy, łażenie po drzewach, wypady na ryby. Wakacje u babci na wsi spędzałam z paczką, składającą się głównie z chłopaków. W pewnym momencie, jeszcze w szkole podstawowej, zaczęło do mnie docierać, że podobają mi się dziewczyny. Szukałam ich towarzystwa, byłam szczęśliwa, kiedy z jedną, która szczególnie mi się podobała, udało mi się zaprzyjaźnić. Ta przyjaźń trwa zresztą do dziś. Marta jest bardzo wrażliwą osobą, relacja z nią wiele mnie nauczyła. Nigdy nie powiedziałam jej o swoich skłonnościach. Być może za jakiś czas.

W tamtym czasie – szkoły podstawowej i średniej – brano mnie często za chłopaka. Czasem nawet podrywały mnie dziewczyny, lubiłam z nimi tańczyć na dyskotekach. Czułam, że coś jest nie tak. Różne ciotki narzekały: a ty Ala znowu w tych portach, założyłabyś jakąś spódnicę. Patrzyłam w lustro i myślałam – fakt, nie wyglądam jak dziewczyna. Zapuściłam włosy, zaplatałam warkocz. Wtedy też poznałam Jacka. Bardzo dużo mu zawdzięczam. Chodziliśmy ze sobą dwa lata. Czułam się przez niego akceptowana i chyba wręcz kochana. Było mi z nim naprawdę dobrze. Jednak coraz częściej pojawiało się we mnie wielkie pragnienie wstąpienia do zakonu. Moja więź z Bogiem, bliska od dzieciństwa, stawała się coraz mocniejsza. Od jakiegoś czasu wyjeżdżałam zresztą na rekolekcje, biegałam na modlitwy do sióstr w swoim mieście. Właściwie nie wiem, dlaczego nie mówiłam Jackowi o tych swoich pragnieniach, wręcz je przed nim ukrywałam. Czasem nawet okłamywałam go, jak wtedy, gdy podczas wakacji pojechałam potajemnie na rekolekcje. Jacek nie był wrogi wobec Kościoła. Przeciwnie, zdarzało się nieraz, że to właśnie on wyciągał mnie na niedzielną Mszę świętą.

W końcu podjęłam decyzję, że wstępuję do zakonu, powiedziałam o tym Jackowi. Czuł się – słusznie – okłamany. Nie chciał się z tym pogodzić. Przyjeżdżał, płakał, prosił. Byłam wtedy dla niego naprawdę okrutna. Tyle bólu. Chciałabym powiedzieć mu kiedyś, jak bardzo żałuję, że tak go wtedy potraktowałam. Chciałabym też podziękować mu za to wszystko, co mi podarował.

Pierwszy rok we wspólnocie mijał spokojnie. Czułam się szczęśliwa i na swoim miejscu. Aż do momentu, kiedy do postulatu przyszła Jola. Rozpętała się we mnie burza – zakochałam się. Nie od razu poszłyśmy do łóżka. Wcześniej dużo ze sobą rozmawiałyśmy. Ten pierwszy raz był przyjemnością, ale też przyniósł ból. Po wszystkim Jola siedziała na łóżku i płakała. Ja nie płakałam, ale patrzenie na jej łzy bolało.

Takie noce powtarzały się. Nikt w zakonie oczywiście o tym nie wiedział. Czułam się strasznie – nie mogłam pracować, nie mogłam się modlić. Byłam kompletnie rozbita. Po pewnym czasie pojawiły się między mną a Jolą straszne napięcia, często kłóciłyśmy się. Nie byłyśmy jednak w stanie przerwać naszego związku. Świadomość, że to jest złe, niewiele pomagała. Czułam, jakby wszystko we mnie obumierało, miałam wszystkiego dosyć, na nic nie miałam sił. Mistrzyni nowicjatu nie rozumiała mnie. Próbowałam powiedzieć, jak mi strasznie, omijałam jednak zasadniczy problem. Byłam tak rozbita i napięta, że co chwila wybuchałam podczas tych rozmów nerwowym śmiechem. Nie dziwię się, że był źle odbierany. Wreszcie poszłam do matki przełożonej – powiedziałam, że coś się ze mną dzieje niedobrego, że nie daję sobie rady. Matka zaproponowała „urlop”. Rozumiałam, że to dobre rozwiązanie, choć wszystko we mnie płakało. Nie chciałam opuszczać wspólnoty. Chciałam przerwać związek z Jolą i wszystko naprawić, zdawałam sobie jednak sprawę, że nie potrafię. Nie miałam siły. Miałam jedynie poczucie, że wszystko tracę.

Na dziewięć miesięcy wróciłam do domu. Pamiętam tamten pierwszy wieczór po powrocie. Michaś, mój młodszy brat, bardzo się cieszył, że znowu jestem. Czytałam mu bajkę i czułam się tak przeraźliwie pusta i nieszczęśliwa. Każdy kolejny dzień był koszmarem, na nic nie miałam sił, nie znajdowałam wystarczającego powodu, żeby rano wstawać z łóżka. Jednak każdego dnia wstawało słońce – ja wreszcie też musiałam. Bardzo pomogła mi wtedy Marta i prosty sposób – codzienny kierat: od rana sprzątanie mieszkania, gotowanie, pranie. Musiałam nieustannie coś robić, żeby tylko nie myśleć. Potem zaczęłam pracować w szpitalu. Powoli zaczynałam stawać na nogi – pomogła mi w tym bardzo systematyczna modlitwa i codzienna Eucharystia.

Oczywiście wszyscy dziwili się, że wróciłam, poza Martą, która chociaż nie znała zasadniczego powodu moich kłopotów, wiele rozumiała. To prawdziwy przyjaciel.

Od czasu do czasu kontaktowałam się z siostrami z mojego zakonu i z Jolą. Ona została we wspólnocie. Pisywałyśmy do siebie listy – próbowałyśmy zbudować nową relację. Wprawdzie tamto nieodwołalnie się skończyło – wiedziałyśmy o tym obie – jednak ja z całą siłą uświadomiłam sobie swój problem. Dotarło do mnie – że to jest we mnie strasznie silne. Żarty się skończyły. Zaczęłam szukać pomocy, czułam, że sama nie dam sobie z tym rady. Wizyta u psychologa okazała się jednak kompletną klęską. Tak wiele mnie kosztowała, że nie miałam siły na kolejną próbę. Znowu chciałam wierzyć, że może z czasem samo przejdzie.

Tymczasem narastało we mnie ogromne pragnienie powrotu do zakonu. Mój spowiednik odradzał, byłam jednak niecierpliwa. Rozumiałam, że ten powrót musi być ostateczny – że oznacza radykalny wybór zasad życia, które określa zakon. Chciałam tak żyć, nie chciałam kombinować, potrzebowałam wszystko w sobie poscalać.

Bałam się, ale też cieszyłam na ten nowy początek. Byłam szczęśliwa, że wracam. Niedługo po moim powrocie Jola wyjechała w nowe miejsce. Jeszcze przez jakiś czas dość często do siebie pisywałyśmy, jednak w pewnym momencie pojawiła się obcość. Bolało, że ona się zamyka. Niedawno próbowałam porozmawiać z nią o problemie homoseksualnym, zirytowała się. Twierdzi, że tamto jest zamkniętą przeszłością, do której nie chce wracać.

Od tamtego czasu minęły dwa lata, w których pojawiały się we mnie uczucia do kolejnych kobiet. Cierpiałam, że to znowu mnie dopada. I znowu przyszło rozbicie, poczucie, że marnuję największe pragnienie swego życia – szansę życia we wspólnocie zakonnej. Poszłam do mistrzyni nowicjatu, tłumaczyłam, że nie mogę sobie ze sobą poradzić. Napomknęłam też o moich skłonnościach do kobiet. Mistrzyni powiedziała, żebym odeszła. Pamiętam, że po tej rozmowie wyszłam do ogrodu – wiał silny wiatr i padał deszcz. Stałam tam długo i głośno płakałam. A potem znowu wróciłam do domu. Mistrzyni obiecała pomoc. Za jakiś czas zadzwoniła i podała kontakt do jakiejś pani psycholog. Pierwsze spotkanie było takie sobie. Postanowiłam jednak nie rezygnować. Do kolejnego nie doszło, mimo że właściwie byłyśmy umówione. Pani psycholog wyjechała, nie zostawiając żadnej wiadomości dla mnie. Znowu klapa.

Zamieszkałam przy pewnej wspólnocie ewangelizacyjnej. Nadal tam mieszkam (to już drugi rok), pomagam im w pracy. Sama pracuję również poza wspólnotą – opiekuję się dzieckiem. To nie jest zła praca, trochę jednak mnie już nuży. Może to śmieszne, ale chciałabym być kierowcą.

We wspólnocie nikt o moim problemie nie wiedział. Znowu ktoś mi się spodobał. Nie dawałam sobie sama z tym wszystkim rady. Wreszcie – było to w Boże Narodzenie 2000 roku, po pasterce – nie wytrzymałam i poszłam do siostry Kingi, odpowiedzialnej za wspólnotę. Rozmawiałyśmy do szóstej rano. Była pierwsza osobą, której wprost o wszystkim opowiedziałam. Odczułam niewypowiedzianą ulgę, że jest ktoś, komu mogę zaufać, wyjawić moją najtajniejszą tajemnicę. Siostra Kinga zaczęła szukać dla mnie pomocy. Trafiła do pani psycholog z Poznania, poprzez którą dostałyśmy kontakt do o. Kożucha, a potem do Grażyny Tokaj. Po pierwszym spotkaniu z Grażyną w Lublinie wróciłam uskrzydlona. Umówiłyśmy się na kolejne, a potem rozpoczęła się regularna terapia.

„Odwaga” to ludzie, z którymi czuję się bezpieczna. To, że są, dodaje sił. „Odwaga” to również praca, dzięki której jestem coraz bardziej świadoma siebie. Pani Lucyna podejmuje to, co w nas takie zagmatwane. Pomaga nam rozplątywać te pogmatwania. To rozplątywanie jest dobre, ale też bardzo boli. Najbardziej jednak boli sam problem – to, co on ze mną robi. Bo przecież nie opuściły mnie pragnienia i nie zawsze umiem im nie ulec.

Tam, gdzie teraz mieszkam, jest kobieta, która bardzo mi się podoba (to siostra zakonna). Każdego dnia Anna jest tak blisko i tak mocno mnie pociąga. Co ja mam z tym zrobić? Są momenty, że chcę biec do Anny i wyznać jej swoje uczucia. Jednak, kiedy patrzę na jej obrączkę i przypominam sobie, komu jest zaślubiona, kiedy widzę ją rozmodloną w kaplicy – przychodzi opamiętanie. Nie chciałabym skrzywdzić jej tym, co mam w sobie. Nie chciałabym czegoś w niej zburzyć.

Czym jest miłość? Miłość to. tęsknota za miłością. A kochać prawdziwie, to znaczy nie tylko zmysłami, emocjami, ale uszanować drugiego, nawet za cenę złamania siebie. Miłość to również umieć stracić i trochę umrzeć. Nie zawsze jednak potrafię być tak silna. Jakiś czas temu – kiedy już byłam w „Odwadze” – w relacji z pewną kobietą znowu przekroczyłam granice. Chciałam jej dotykać, być blisko. tak bardzo chciałam.

Gdzie Ty jesteś? – wołałam potem do Boga. Przecież widzisz, że się staram, walczę! Dlaczego mnie nie ochroniłeś?! W takich sytuacjach zawsze jednak w końcu przychodzi refleksja – że przecież to ja sama siebie w to wpakowałam. Mogłam powiedzieć: stop. Po tej wpadce siostra Kinga postawiła mnie na nogi. W chwilach, kiedy dzieje się źle, idę do niej i proszę o „elektrowstrząsy”. Niczego z tych spraw przed nią nie ukrywam – wywalam kawę na ławę. Wałkujemy to potem razem, nierzadko bardzo ostro.

Czasem mam jednak dosyć tej nieustannej walki, szarpaniny. To boli. Boję się cierpienia, a ten ból osacza i paraliżuje. Czasem rodzi się bunt – dlaczego ja muszę się tak męczyć, ciągle tylko zmagać się, walczyć. W telewizji mówią, że tacy jak ja po prostu żyją w homoseksualnych związkach i są w takim życiu szczęśliwi. Sama jednak jakoś nie potrafię uwierzyć w to szczęście.

Tak bardzo chciałabym odnaleźć spokój, tymczasem wciąż nęka mnie lęk i ten nieustający głód, czasem tak ogromny, że nie do zniesienia. Takie wielkie, przeogromne pragnienie, żeby ktoś mnie przytulił, tak po prostu, bez żadnych podtekstów i żebym nie musiała o to zabiegać, prosić. Chciałabym, żeby czasem przytuliła mnie siostra Kinga.

Ten głód budzi agresję, bardzo wiele agresji – złość, że nie mogę go zaspokoić, że nie mogę nawet prosić, bo to może zostać opacznie zrozumiane. Mogę jedynie jęczeć. Ten głód miłości wypala. Słabnę. Jak w tym wszystkim szukać Boga? Jak Mu wierzyć, jak być z Nim? Jak to wszystko pogodzić? Jak odnaleźć się w Nim z tym wszystkim, co stanowi mnie? Zdarza się, że z Nim walczę. Jednak ostatecznie trwam, choć niekiedy muszę się do tego przymuszać. Wierzę, że to trwanie „pod przymusem” ma również wartość. Pomimo że czasem popadam w bezsens – wierzę.

Czasem modlę się, tańcząc. Zapisałam się ostatnio na kurs tańca. Wydaje mi się, że moje „brudne” ciało poprzez taniec jakoś się uświęca.

Do mojego domu raczej mnie nie ciągnie. Jeżdżę tam z powodu młodszego brata – Michaś ma dziesięć lat. Bardzo na mnie czeka, jestem dla niego kimś ważnym. On dla mnie też. Właściwie tylko jemu potrafię powiedzieć: „Pamiętaj, że cię kocham”. Zabieram go czasem do siebie, lubimy razem spędzać czas.

Ojciec pił. Wracał i robił awantury. Zawsze czekałam z lękiem na jego powrót. To ja się nim zajmowałam. Wolałam, żeby tak było. Mówiłam mamie: siedź w pokoju i oglądaj telewizję, ja się wszystkim zajmę. Kładłam go spać, a potem w napięciu czekałam, żeby zasnął.

Starszy brat jest alkoholikiem. Teraz od sześciu lat nie pije. Kiedy jeszcze pił, to był koszmar. Był agresywny. Kiedyś siekierą wyrąbał drzwi i wszystko porozbijał w drobny mak. Zamknęła go policja. Również wobec samego siebie był agresywny – mówił, że będzie pił, aż się zapije. Pijany siadał do samochodu i jeździł jak szalony. Czasem zabierał mnie ze sobą. Strasznie się wtedy bałam. Wierzyłam jednak, że jak będę blisko, nic mu się nie stanie.

Podziwiam go, że już nie pije. Nie mamy ze sobą dobrej relacji, często mnie denerwuje. Staram się jednak powiedzieć mu od czasu do czasu, jak bardzo się cieszę, że udaje mu się wytrwać.

Mamy często nie było. Wyjeżdżała za granicę pracować. Byłam wtedy jeszcze w szkole podstawowej i cały dom był na mojej głowie. Rozumiałam, że te wyjazdy są konieczne – z pieniędzmi było wtedy w domu krucho. Czasami mamy nie było przez trzy miesiące. Ojciec i brat pili razem. Brat straszył, że pójdzie się powiesić. Strasznie się bałam, tuliłam fartuch mamy; bardzo chciałam, żeby wróciła.

Od pewnego momentu przejęłam w domu jej obowiązki. Nawet gdy mama była w domu, to ja sprzątałam, gotowałam. Czasem mnie to denerwowało, ale tak po prostu było. Jeszcze do niedawna moje pobyty w domu upływały pod znakiem wielkiego sprzątania, bo mama nie bardzo sobie radzi z utrzymaniem porządku. Od jakiegoś czasu dałam sobie jednak z tym spokój. Uznałam, że to nie moja sprawa. Oczywiście pomagam, ale nie szaleję już tak z tymi porządkami.

Nie mam z mamą bliskiej relacji. Teraz próbuję ją budować. Uczę się z nią rozmawiać, słuchać jej, chociaż często robię to z przymusu. Mama wciąż czyta harlequiny. Są ich w domu potworne ilości. Kiedy pytam, dlaczego to robi, mówi: bo tam jest o miłości. Chyba brakuje jej miłości. Ojciec raczej nie okazuje uczuć. Dla niego najważniejszy jest seks. Jego zresztą często teraz nie ma – pracuje daleko od domu. Stał się nerwowy. Michał boi się go.

Nie wyobrażam sobie, żeby mama mogła dowiedzieć się o tym wszystkim, co tutaj opowiedziałam.

To już prawie całe moje życie. Chociaż jeszcze. Myślałam, że o tym nie trzeba mówić, jednak powiem – jako dziewczynka byłam wykorzystywana seksualnie.

Samotność

– Homoseksualizm to jest żebranie o miłość – powiedziała zmęczona Alicja, kiedy kończyłyśmy naszą rozmowę. Była prawie czwarta rano. Żywiołowa i spontaniczna Zosia, która uwielbia być w ruchu, spotykać się z ludźmi, organizować z licznym gronem przyjaciół wspólne wypady, mówi o dojmującej samotności. Nieco starsza od nich obu Julia napisała o tym w jednym ze swoich wierszy:

Pamiętaj
Nie rozbudzaj nadziei – jeśli
nie jesteś w stanie sprostać drugiemu.
Nie obiecuj, jeśli nie jesteś w stanie
uczynić nic.
Nie dotykaj, jeśli nie jesteś w stanie
przygarnąć całego człowieka.
Nie mów, że jesteś, wówczas gdy
rzeczywistość ukazuje, że cię nie ma.
Pamiętaj, dobrze się zastanów, jeśli
zamierzasz pomóc drugiemu człowiekowi

Katarzyna Jabłońska

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

____________________________________________________
Katarzyna Jabłońska – absolwentka Wydziału Filologii Polskiej UW, krytyk filmowy. Z „Więzią” współpracuje od 1992 r., od 1997 r. sekretarz redakcji. Publikuje również w „Tygodniku Powszechnym” i „Kwartalniku filmowym”. Mieszka w Otwocku.

Grupa „Odwaga”
ul. Gwardii Ludowej 8
20-806 Lublin
tel./fax: 0 prefiks 81 740 13 28
e-mail: odwaga@lublin.oaza.org.pl
strona internetowa: www.oaza.de/odwaga

Imiona bohaterek reportażu zostały zmienione.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.