Jesień 2020, nr 3

Zamów

Wyprawa do Frankfurtu A.D. 2001

Autokar próbował mknąć wprost do Zgorzelca, ja tymczasem po każdym kolejnym szarpnięciu i podskoku wzdychałem (a raczej przeklinałem): dlaczego to nie ten bliższy Frankfurt, nad Odrą! Miałem już za sobą chyba z osiem godzin jazdy, a przed sobą — następne osiem.

Zabawne, że droga, którą pokonywaliśmy, mieni się na mapach samochodowych autostradą. Znam równiejsze drogi polne. Przez 50 lat Polski Ludowej (a następnie Trzeciej Rzeczypospolitej) nie zdołano zrealizować stosunkowo prostej i względnie taniej inwestycji: wyrównać betonowych płyt, pamiętających jeszcze czasy „Wielkich Niemiec”. Jak gdyby nie wierzono w trwałą przynależność tych ziem do Polski. Kiedyś poznałem nieco rejon Lwówka Śląskiego, wspomnienia ożywały teraz pod wpływem pogrążających się już w mrokach przydrożnych gospodarstw. Coś łączy krajobraz tego południowo-zachodniego koniuszka Polski oraz Mazur: ceglano-kamienne domy i stodoły, z załamującą się na przegniłych krokwiach sczerniałą dachówką, wieżyczki i wieże (neolub quasi-gotyckie), przygarbione i straszące pustymi ostrołukami, zniszczone drogi z bazaltowej kostki lub płyt betonowych, już dzisiaj nieprzejezdne. Jakby chciano zapomnieć o tamtej cywilizacji i nie potrafiono wznieść własnej. Spotykałem różnych ludzi i tam na Mazurach, i tu, na przedgórzu zachodnich Sudetów: sprawiali wrażenie gości hotelowych, którzy nie muszą płacić za gościnę. Nie odczuwają zresztą takiej potrzeby…

Zapadła już noc, zasłoniłem okno firankami. Niewiele jednak zyskałem. Kierowcy uruchomili właśnie dwa zawieszone pod sufitem odbiorniki TV; postanowili zaaplikować nam środek nasenny w postaci jakiegoś głupawego filmu. Wstrząsy, podskoki, trzaski mieszały się z rykami mordowanych i mordujących, dobiegających nawet nie z odbiorników, a z głośników tuż nad głowami podróżnych. Trzęsąc się, wydobyłem z torby podróżnej błogosławiony wynalazek — stopery. Trochę ulgi. Na przejściu granicznym w Zgorzelcu obeszło się bez zbędnych emocji, podobnie jak w 1996 roku, kiedy ostatni raz jechałem na Zachód, ale jakże inaczej niż jeszcze w roku 1988. Miałem wówczas lat …naście, zabrałem ze sobą różową walizeczkę z podobizną Kaczora Donalda. Wzbudziła zaciekawienie najpierw enerdowskiego celnika, który z błyskiem podniecenia w szklanych oczach zaczął przeglądać mój pamiętnik, dotykać flamastry, wertować książkę, potem zaś moim bagażem zainteresował się jakiś skudłaczony wilczur, przyprowadzony przez kilku stalowoszarych strażników. Zaszczuty pies, twarze manekinów, stojących na wystawach peerelowskich pseudosalonów mody… Tyle lat już minęło, a uraz pozostał.

Ktoś mi ostatnio wmawiał, że obecnie jest tak samo jak „za komuny” albo i gorzej: emeryci głodują, nauczyciele biedują, bezrobocie wzrasta. Nie, istnieje zasadnicza różnica: teraz państwo nie odbiera człowiekowi godności. Cieszmy się choćby z tego „drobiazgu”. Poza tym: jakże łatwo przekracza się dziś granice.

Po chwili znów drzemałem. Znieruchomiały wreszcie ekrany TV, kogoś jeszcze w ostatniej chwili dorżnięto. Z głośników nad głową przestały lać się strugi bełkotu (apel do producentów stoperów: potrzebne są szczelniejsze!).

Zapadłem w sen, czułem się, jak gdybym znalazł się w kołysce, poruszanej czyjąś troskliwą ręką… Ach, te niemieckie drogi — płynie się po nich, a nie jedzie. Mają tylko jedną wadę: usypiają. Pewien jestem, że niejeden poeta, rozmiłowany w nowoczesności, choćby Przyboś, znalazłby tu inspirację do napisania pochwalnego hymnu… Wjechałem do innego świata, albo raczej: wyjechałem z innego świata. Mimowolnie zaczynałem już poszukiwać podobieństw i odmienności. Półgórzysty krajobraz falował. Autokar wznosił się i opadał, raz po raz odsłaniał się znajomy, ale wciąż jakoś dziwnie wzruszający widok. Doliny, obniżenia terenu wypełniały osiedla i miasteczka: pulsująca czerwień dachówek, przetykana rozwijającą się już zielenią, biel ścian. Wypolerowane jezdnie i chodniki, szpalery drzew salutujące jak na musztrze, trawniki niczym dywany rozkładane na święta, kontury — zdawać by się mogło — podkreślone grubą i twardą kredką… Jakby bawiło się tu klockami grzeczne i układne dziecko, które na co dzień dba w szkole o szlaczki, kaligrafię, kolorowe podkreślenia. Niemieckie miasteczka przypominają „Legoland”, wzniesiony przez prymusa. Mogą budzić zazdrość, nawet zawiść. Mieszkają tu ludzie, którym zależy na ładzie i pięknie, a także na prywatności. Dla wielu Niemców wciąż ważne jest jeszcze poczucie, że mają swój własny mikroświat, który pozostawią kiedyś następnym pokoleniom. Zadziwia długie trwanie niemieckiej cywilizacji drobnomieszczańskiej. Ta estetyczna staranność to zarazem manifestacja rozumnej wolności. Indywidualna troska o przestrzeń życia wynika z głębokiego poczucia uczestnictwa we wspólnocie. Panuje tu jakby zasada: staram się, aby żyło się nam wygodnie, ładnie i bezpiecznie, tak abyś i ty pamiętał o mnie. Estetyka życia codziennego to w Niemczech (także w Austrii) pewna podstawa; o ekspresję własnej indywidualności każdy troszczy się sam, starając się jednak nie naruszać fundamentów. Ciekawe, że „Buddenbrookowie” Manna wciąż jeszcze okazują się niezłym przewodnikiem po Niemczech i to nie dlatego, że zawierają przepowiednię materialistycznego maratonu i klęski. Będąc w Niemczech (zwłaszcza północnych; Mann dalece zresztą przesadził w ośmieszaniu monachijczyków), wciąż możemy znaleźć się na spotkaniu u Tetenii Weichbrodt. Cóż, zmiany wydają się jednak ciekawsze od długiego trwania. Dlatego tak bardzo zależało mi, żeby zobaczyć niemieckie miasto „nowego typu” — Frankfurt nad Menem.

Frankfurt wyłania się w brzasku dnia niczym plastikowa zabawka. Mijane w dolinach miasteczka sprawiały wrażenie zbudowanych z klocków, ale jednak — powiedzmy — z zestawu „Lego-basic”. Frankfurt to pomnik triumfującej technologii. Tutaj reżyserzy przestrzeni z pewnością zabawiali się bardziej zaawansowanym zestawem „Lego-technic”. Zaskoczyło mnie podobieństwo frankfurckich centralnych ulic. Dwa pasy jezdni, jakby rozwinięte wstążki, najczęściej sąsiadujące ze srebrzystym torowiskiem, okolone, niczym ornamentem, szarymi kamieniami. Następnie chodnik, oczywiście z precyzyjnie zharmonizowanej tzw. kostki Bauma. I wreszcie tafla szklano-plastikowej fasady, służąca za zwierciadło, bardziej zresztą chmurom niż ludziom. Ta nowoczesna architektura przypomina dżunglę, w której liczą się tylko dwie zasady: szybciej i wyżej. Resztki secesji — starsze „poszycie” miasta — również pokryła plastikowa narośl (choć już starówka, słynny Römer, to jednak cacko w dawnym stylu). Przybysz z Polski (zwłaszcza z dużego miasta) szybko odnajdzie tu jednak znajome drogowskazy. Już przy wjeździe do Frankfurtu powitały mnie szyldy McDonalda, a potem Marriotta. Spacerując po Frankfurcie, często zdarzało mi się tracić orientację: Marks and Spencer, Adidas, Holiday Inn… Miałem wrażenie, jak gdybym kręcił się wokół Dworca Centralnego w Warszawie. Tylko skala tu inna…

A jednak trapiło mnie pytanie: czy w epoce „ponowoczesnej” Europejczycy mogą się czymś wzajemnie zaskoczyć? Czy zjednoczona Europa powinna tętnić konkurencją narodowych kultur? Czy może po szaleństwach XX wieku lepiej mieszkać, żyć i odczuwać podobnie? Pamiętajmy, że architektoniczne zjednoczenie Europy zawsze okazywało się prostsze niż solidarność myśli. Wędrowny kupiec modlący się w XIII wieku w romańskiej kolegiacie w Tumie pod Łęczycą nie zgubiłby się przecież w przestrzeni tych samych symboli i zbliżonych motywów w Stiftskirche Fischbeck pod Hanowerem. Szesnastowieczny pielgrzym, który wyruszyłby po mszy w Il Gesu w Rzymie, z uśmiechem zapewne powitałby kościół św. Piotra i Pawła w Krakowie… A przecież przez stulecia Europa pozostawała także cywilizacją granic: celnych, państwowych, wyznaniowych (cóż za paradoks!), obyczajowych, granic biegnących wzdłuż rzek, przez miasta, niekiedy nawet przez domy. Dzisiaj architektoniczne ujednolicenie środkowej i zachodniej Europy znów wyprzedza negocjacje na szczycie. Cena? Integracji sprzyja ekspansja przestrzeni kultury masowej. Dziś Polakom i Niemcom łatwiej jest odnaleźć się po przekroczeniu granicy. Ale czy rzeczywiście mogą być ciekawi siebie?

Przestrzeń centrum Frankfurtu ma cechy jakby wirtualnej rzeczywistości. Nieprzerwanie trwa festiwal pulsujących, kuszących wystaw sklepowych. Wszedłem do kilku piętrowych sklepów, szybko przenosząc się w świat znany mi z „Powrotu z gwiazd” Lema. Nad głową sztuczne niebo, pod nogami szklana podłoga, sklepiki, bary, lodziarnie, toalety, solaria, bankomaty. I ta sama tęsknota (jak u Lema), by zejść po piargach, na południe… Być może moje zaskoczenie brało się tylko stąd, że zbyt rzadko odwiedzam wielkie sklepy w Warszawie. Innym „wynalazkiem” zaadaptowanym w Polsce są „multikina”: plastikowe, piętrowe hangary z kilkoma lub kilkunastoma salami, wsysające, trawiące i wypluwające przez większą część doby tłumy, głównie młodych ludzi. Rozmawiałem z pewną studentką, która w jednym z takich multikin bywała. Znów słyszałem tę samą litanię: bary, toalety, bankomaty, solaria, można w ogóle nie wychodzić, stać się cząstką ekranu, dzięki zaawansowanej stereofonii słyszeć szepty i jęki filmowych bohaterów za uchem, pod fotelem, za plecami… Odwiedziłem kilka niemieckich rodzin. Wścibskim wzrokiem szperałem po kątach, licząc telewizory. Dwa lub trzy, w zależności od liczby domowników. Podłączone do odtwarzaczy wideo, uzbrojone w anteny spiczaste na dachu i talerzowate za oknem. W początkach ery telewizyjnej przed odbiornikiem zasiadały jak urzeczone całe rodziny. Przez dziejową chwilkę telewizja sprzyjała rodzinnej integracji. Dziś coraz częściej każdy w swoim pokoju wpatruje się w swój ekran, szuka czegoś dla siebie w internecie albo „czatuje” ze znajomymi (i nieznajomymi!). Nie liczyłem już nawet „wież”, służących do odtwarzania elektronicznych (zazwyczaj) dźwięków. Rockowa muzyka wciąż skądś dobiegała. Mimowolnie nabierałem poczucia, że wirtualna rzeczywistość to jednak w jakimś stopniu świat ludzi samotnych.

Przyglądałem się uważnie przechodniom na ulicach. Od Niemców Polacy różnią się chyba coraz mniej. Podczas poprzednich wypraw do Niemiec (głównie do Hanoweru) przyłapywałem się na tym, że mimowolnie zaczynam odgadywać pochodzenie mijających mnie ludzi. Zabrzmi to jak przechwałka, ale jeśli chodzi o moich rodaków, zazwyczaj trafiałem w dziesiątkę. Polacy: pantofle z frędzelkami lud tandetne buty sportowe, wypchane spodnie w obowiązkowe paski, koszule rozpięte do trzeciego guzika, najczęściej obfite wąsy półkolem otaczające górną wargę, ziemista cera, pożółkłe od dymu tytoniowego zęby. Polki: buty na krótkiej i ostrej szpilce, spodnie z lichego dżinsu albo spódnice odsłaniające niezbyt skutecznie depilowane nogi, bluzki, których zapaszek zdradzał tworzywo sztuczne, szare twarze, włosy upięte w koński (przetłuszczony) ogon, wzrok zdradzający pazerność, ale i oszołomienie dostatkiem. Nie kpię, wyglądałem podobnie. Jeszcze w 1990 roku zostałem kilkakrotnie, po bacznych oględzinach od stóp do głów, uprzejmie nakłoniony do opuszczenia eleganckich sklepów. Dziesięć lat transformacji sprzyjało jednak konwergencji. Upodobniła się przestrzeń, ale i ludzie ją zamieszkujący. Nie podjąłbym się już zgadywania, kto skąd pochodzi. Im młodsi Polacy, tym mniej różnią się od swoich rówieśników z Zachodu: śmiałością spojrzenia, barwą cery, ubraniem.

Wygląd zewnętrzny samych Niemców wydał mi się jednak zastanawiający. Zwróćmy uwagę: przez stulecia strój odzwierciedlał miejsce zajmowane w hierarchii społecznej, zawód, status majątkowy, a także wiek. Ubiór stanowił alfabet życia społecznego. Nim doszło do rozmowy, można było, po wstępnych oględzinach, odgadnąć, kim okaże się rozmówca. Obecnie, zwłaszcza na Zachodzie, ten alfabetyczny porządek jakby się rozpada. Stroje świadczą o zatarciu podziału na grupy wiekowe. To jednak przede wszystkim starsze pokolenie upodabnia się do młodego. Jakże wiele zmieniło się w ciągu ostatnich stu lat. Jeszcze na początku XX wieku chłopięcości przypisana była marynarska bluza, krótkie spodenki i krótkie włosy, dziewczęcości — sukieneczki i warkocze z kokardami, młodzieńczości zaś — szkolny mundurek lub fartuch (a etykietę porządkowały dodatkowo zakazy noszenia ozdób, butów na obcasie, makijażu). Zabawne, że matura oznaczała wejście w świat dorosłych, a inicjację symbolizowało dodatkowo przywdzianie „dorosłego” stroju: garnituru, kostiumu, wieczorowych kreacji.

Ten rozdział społecznej historii mody został już zamknięty. Młodzieńczy ubiór ma być praktyczny, wygodny, „na luzie”, zdobny w młodzieżowe gadżety. Podobnie jak młodzież wyglądają ludzie starsi. Wątpię jednak, czy można byłoby tu zastosować podział Margaret Mead, która analizując relacje międzypokoleniowe, wyróżniła m.in. typ prefiguratywny (starsze pokolenia uczą się od młodszych). Istotniejszy wydaje się wszechogarniający kult młodości i witalności (paradoksalny w starzejącym się społeczeństwie niemieckim, które w ciągu półwiecza może skurczyć się o kilkanaście milionów ludzi) oraz pragnienie bycia „na luzie” (super, ekstra, cool to najmodniejsze słowa przełomu XX i XXI wieku). Strój przestał też odzwierciedlać hierarchię społeczną. Wyraźnie dominuje grupa, którą można by nazwać umownie klasą średnią: ludzi samodzielnych, mających samochody, mieszkania wyposażone oczywiście w monitory, ekrany, głośniki itd… Gdy trzeba (np. w firmach i urzędach), ludzie ci przyoblekają się w idealnie skrojone garnitury czy kostiumy, by w czasie wolnym przywdziać ubrania „na luzie”: dżinsy, trykoty, adidasy.

Mam jednak poczucie, że młodzi ludzie (15–30 lat), nawet narzucając swoje mody, wciąż starają się jakoś odróżnić. Dwie tendencje młodzieżowej mody, pozornie sprzeczne, można uchwycić już po kilku dniach frankfurckich wędrówek. Pierwsza z nich to demonstracja ciała. Pozwalało na nią kwietniowe ciepełko. Młode kobiety, na różne sposoby, starały się wyeksponować nogi, pośladki, brzuchy, piersi, ramiona. Nierzadko spotykany zestaw to koszulka-stanik unosząca i powiększająca piersi, odsłonięty pępek, na ramiona lekko zarzucona rozpięta bluzka, zalotnie jakby osuwająca się, spodnie lub krótkie spodenki (chyba rzadziej już spódniczki-mini) obciągnięte na biodrach. To, co jeszcze przed półwieczem uchodziłoby (w najlepszym razie) za bieliznę, dziś stanowi strój „wyjściowy”. Młodzi mężczyźni także nie stronią od eksponowania męskich kształtów. Wydaje się zresztą, że tendencja do pokazywania ciała ma charakter ogólnoeuropejski: wystarczy przejść się latem po Warszawie czy Lwowie. Temu zjawisku towarzyszy jednak inna tendencja, którą można dostrzec we Frankfurcie: dążenie do odrealnienia ciała. Zauważyłem, że w chłodniejsze dni spora część młodych Niemców zakłada ubrania w nieokreślonych, szaro-zielonkawo-granatowych kolorach, o nieokreślonym kroju, przypominającym zarazem dresy, ubrania robocze, dżinsy: workowate spodnie ze sznurkiem przy nogawkach, spódnice przypominające brezentowe płachty owinięte wokół bioder, bluzy zacierające sylwetkę. Ubrani w nie Niemcy sprawiali wrażenie, jakby w tym plastikowo-wirtualnym świecie próbowali zamazać własną tożsamość. Dokonywali (na sobie samych) eksperymentów w stylu Christo (opakowującego brezentem znane architektoniczne symbole, np. Reichstag), wzywając jakby: odkryj mnie i sprawdź, kim jestem naprawdę. Nawet ci, którzy starali się demonstrować swoje ciało, ukazywali je jednak często właśnie jakby odrealnione: mocny makijaż służący za maskę, opalacz, obowiązkowy zapach perfum i dezodorantów, tatuaż, niezliczone kolczyki, farbowane włosy. Wielu z nich — chłopców i dziewcząt (upodobnienie obu płci to kolejna wyrazista cecha) — sprawiało wrażenie, jakby właśnie ruszało na Love Parade czy techno party, aby złożyć pokłon cywilizacji technologicznej. Nie byłby to nawet pusty gest.

Przybysza z Polski niemal wszystko, z czym się spotyka we Frankfurcie, może porażać techniczną perfekcją. Choćby frankfurckie lotnisko, jeszcze jedna z urzeczywistnionych przepowiedni Lema. Niemniej wielu Niemców sprawia wrażenie zdziecinniałych, ba, nawet zmanierowanych przez opiekuńcze państwo, które zapobiegliwie ułatwia życie. Czy istnieje taki poziom dobrobytu, po którego osiągnięciu człowiek przestaje być twórczy?

Tutaj czas przypomina falę, która z narastającym impetem zbliża się do brzegu i rozbija. Dzień skończony. Pod powiekami żarzy się jeszcze żużel przeżycia — słabnące powoli kolory ekranów, monitorów, wystaw, pędzących samochodów, reklam. Atrakcji jest tak wiele, że aż nie warto śnić. Mit o braku czasu i tempie życia szczególnie rozpowszechnił się w ostatnich latach. Znajoma studentka przekonywała mnie, że młodzi Niemcy nie łączą się w stałe związki i nie posiadają dzieci, nie mają bowiem czasu. Przy tym obawiają się zobowiązań. Temu drugiemu argumentowi gotów byłbym dać wiarę, ale pierwszy wzbudził moje wątpliwości. Kiwałem potakująco głową, gdy słyszałem, że dziś trzeba długo pracować, wcześnie zacząć szukać pracy — jeśli chce się dobrze zarobić. Da liegt der Hund begraben — jak mawiają Niemcy (porzekadło to przeniknęło zresztą w całości do języka polskiego). Udane życie rodzinne przestało być celem Niemców. Wczytujmy się uważnie w wyniki badań socjologicznych nad polską młodzieżą — czy aby już nie zaczyna następować przesunięcie w deklarowanych celach życiowych… Nie przeoczmy też niepozornego przysłówka. Nie chodzi o to, aby zarabiać, lecz dobrze zarabiać. Postawa młodych Niemców może zaskakiwać jednak pewną sztucznością: łaknienie sukcesu maskują życiem „na luzie”. Taktownie nie spytałem mojej rozmówczyni, ile czasu jej znajomi spędzają w multikinach, przed ekranami, wśród dudniących rytmów.

Tak się złożyło, że dysputę o czasie wolnym Niemców toczyłem na… starym frankfurckim cmentarzu. Zadziwia mnie zawsze protestancka monumentalna prostota, np. marmurowa arkada wsparta na kolumnach, skrywająca jakąś figurę (często rodem z mitologii rzymskiej), a przed nią mała, ziemna mogiła, zarośnięta bluszczem lub bukszpanem. Próżno tu szukać posępnych sarkofagów znanych z Powązek czy Łyczakowa. Grób Theodora Adorno (który z trudem odnalazłem) to zwykła płyta przyklejona, obok wielu innych, do ceglanego muru. W nowszych częściach cmentarza dominują starannie wypielęgnowane mogiły ziemne, zwieńczone małą płytą nagrobną (przypominającą trochę żydowską macewę) — o rozmiarach grobów małych dzieci, spotykanych na polskich cmentarzach. Zdziwiło mnie, że na każdej mogile wśród roślin ukryta była karteczka z symbolem albo napisem w rodzaju: następna opłata przed (tu data), realizacja zamówienia ok. (data). Otóż z dyrekcją cmentarza współpracuje kilka (kilkanaście?) firm ogrodniczych. Rodziny zmarłych podpisują umowę z jedną z nich, wybierając zakres usług, jakich sobie życzą: pielęgnacja kwiatów, podlewanie. Ogród botaniczny wygląda jednak mniej groźnie niż cmentarz. Czy brakuje czasu na odwiedzanie zmarłych? Czy może w świecie, w którym tak bardzo liczy się witalność i którego szkoda porzucić, próbuje się dyskretnie ukryć śmierć? A może to po prostu przyzwyczajenie, że ktoś przecież może wyręczyć?

Im dłużej przebywałem we Frankfurcie, tym więcej piętrzyło się przede mną pytań. Odpowiedzi łatwiej zastąpić obserwacjami. Przybysza z Polski z pewnością zaskoczyłaby ceremonia pogrzebowa w mieście niemieckiego Zachodu. Pastor, owszem, przewodzi uroczystości, ale bardziej jako urzędnik niż kapłan. Nie odprawia nabożeństwa, chyba że życzą sobie tego krewni osoby zmarłej (co — jak słyszałem — często się nie zdarza). Wygłasza coś w rodzaju modlitewnego pocieszenia. Bliscy osoby zmarłej żegnają ją, składając wokół trumny kwiaty. Ceremonia dobiega końca, a jej uczestnicy się rozchodzą. Trumnę ze zwłokami zabiera najczęściej wyspecjalizowana firma do krematorium. Urnę z prochami jej pracownicy w towarzystwie zarządców cmentarza wkładają po kilku dniach do grobu — raczej już bez udziału rodziny zmarłego. Nie, chyba nie potrafię jasno odpowiedzieć na pytania, które sam przed chwilą postawiłem. Może proroctwa Manna wciąż jeszcze są aktualne…

W poszukiwaniu „długiego trwania” (jednak uległem pokusie) pojechałem do niezbyt odległego od Frankfurtu Heidelbergu. Powietrze miejskie czyni wolnym. Wędrowałem wzdłuż i wszerz starówki, zachłannie wpatrując się w fasady kamienic, bawiąc się w wyobraźni dachówkowymi, piaskowymi i ceglanymi klockami. Heidelberg to jedno z tych licznych niemieckich miasteczek, które wydają się oazami wolności rozumianej jako wzajemne poszanowanie, a których mieszkańcy zdają się nie odstępować od zasad ABC dobrego wychowania. Jestem pewien, że tutaj spotkania jak u Frau Weichbrodt wciąż odbywają się na co dzień. Już w XIX wieku pojęcia takie jak filisterstwo, burżuazja, kultura mieszczańska, nabrały zabarwienia negatywnego. Filozofowie, ideolodzy, guru wzywali do buntu. Czyż jednak ta mieszczańska normalność — jak w Heidelbergu — nie kusi i nie urzeka?

Heidelberski zamek przypomina kopalnię historii sztuki. W nieskończoność można tu śledzić nawarstwianie się kolejnych stylów architektonicznych: od gotyku, przez renesans, manieryzm, po barok i rokoko. Harmonia władzy i sztuki? Przemierzając kolejne podwórza i zakamarki, zeskakując na zarośnięte ruiny, zatracałem poczucie rzeczywistości. Objawiła mi się germańsko-rycerska przeszłość, olśniewająca i zniewalająca. Potęga, której nie sposób pokonać, która mogła się tylko sama unicestwić… Długo stałem pochylony nad balustradą, wpatrując się w okrągłą wieżę — Krautturm — o niezwykle grubych murach, a jednak przepołowioną eksplozją zdradzieckiej miny. Oderwany fragment osunął się bezwładnie w wyschniętą już dziś, głęboką niczym polodowcowy parów fosę. Poszarpane mury zabliźnił bluszcz. Tutaj właśnie powinno odbyć się przedstawienie II aktu „Walkirii” Wagnera. Przywidział mi się Wotan, bezradnie spoglądający to na Brunhildę, to na majaczącą gdzieś w oddali Walhallę. Przez wszechmoc swą / cierpi dziś bóg! / Wciąż siebie widzieć zbrzydło mi już / we wszystkich dokoła dziełach! / Za czymś, co nie ze mnie będzie, daremnie rozglądam się: / z mych rąk tylko słudzy wychodzą, / wolny ma stworzyć się sam! A potem: Kłamliwy blask / zetlał do cna — / niech nędza bogów / wyjdzie na jaw! / Com sam zbudował, / niech runie w proch! / Mam dość swych dzieł, / jednego tylko chcę: / Niech koniec / nadejdzie! (przekład Małgorzaty Łukasiewicz). Był czas, kiedy słuchano tych słów i jakby ich nie rozumiano. Może właśnie dlatego Niemcy wciąż na nowo odczytują wagnerowską tetralogię, oczywiście także dzięki kolejnym inscenizatorom (Chereau, Kupfer) i olśniewającym kreacjom dyrygenckim, np. Daniela Barenboima i Jamesa Levine’a. Dziś odkrywają w „Pierścieniu Nibelunga” to, co ich przodkowie próbowali przeoczyć. Może John Tomlinson — doskonały odtwórca roli Wotana w Bayreuth — pokusiłby się o taką plenerową inscenizację…?

Niemcy sprawiają momentami wrażenie kraju poddawanego ćwiczeniom na przemian z zapominania i selektywnego przypominania. Freudowska kozetka oraz klęcznik to chyba podstawowe elementy wyposażenia gabinetów rządzących czy redaktorów naczelnych. Łatwo można wyczuć, że Niemcy mają kompleks II wojny światowej. Frankfurt, trochę na siłę, stał się miastem multikulturalnym. Można tu spotkać wszelkie nacje. W kioskach leżą gazety arabskie i tureckie. Nad Menem co jakiś czas organizowany jest bazar — można poczuć się jak na Bliskim (lub Dalekim) Wschodzie. Działa żydowski dom kultury, opieką otoczona jest synagoga, żydowska część starego frankfurckiego cmentarza należy do najbardziej zadbanych. Niemniej muzeum ikon to chyba już przejaw pewnej nadgorliwości. Niemcy stawiają sobie ukradkiem, jakby w obawie przed zarzutem ksenofobii, pytanie, jak stworzyć wspólnotę państwową i spójny program edukacji w tak zróżnicowanym społeczeństwie. Na razie poprzestają na piętnowaniu nietolerancji. Może to przypadek, ale gdy zdarzyło mi się oglądać program telewizji ARD „Kontraste”, dowiedziałem się jedynie o poszukiwaniach jakiegoś starego esesmana, zamieszkach rasowych w Cincinnati w USA i proteście przeciwko wielkanocnemu marszowi nacjonalistów. Jakie będą Niemcy, gdy populacja Niemców skurczy się, a inne miasta niemieckie zaczną przypominać frankfurcką mozaikę? Czy Niemcy zamienią się w Stany Zjednoczone? A co z ich germańsko-rycersko przeszłością?

Kulturową świetność Niemiec można zbyć milczeniem, ale nie sposób jej nie dostrzec. Po powrocie z Heidelbergu stałem się czujniejszy. Frankfurckie plastikowo-szklane pudełka to jednak nie tylko architektoniczny wybór, ale i skutek II wojny światowej. W 1945 roku miasto zamieniło się w morze ruin. Niektóre z budowli wskrzeszono. Katedra, tak zwany Tum (der Dom), trwa. Mówiąc o kulturowej świetności, mam na myśli jednak nie tylko zabytki architektoniczne. Galeria Städtel może nie jest tak znana jak muzea w Berlinie czy Dreźnie, a jednak tylko sala z obrazami impresjonistów zrobiła na mnie wrażenie nie mniejsze niż rozreklamowana wystawa ich twórczości w Muzeum Narodowym w Warszawie. Monet, Manet, Degas, Renoir, van Gogh — bez kolejek i popędzania można sycić do woli wyobraźnię. Przy galerii działa księgarnia wyspecjalizowana wyłącznie w historii sztuki — mniej więcej wielkości księgarni im. Prusa w Warszawie (licząc z piwnicami). Życie muzyczne tętni. Dwa teatry operowe i filharmonia zapewniają repertuar od Monteverdiego po Pendereckiego. W roku 2001, roku Verdiego, odbyła się prezentacja większości oper włoskiego kompozytora. W ciągu najbliższych dwóch lat planowane jest wystawienie wszystkich dzieł Wagnera. Zazdrość budziły we mnie — nałogowym pochłaniaczu gazet — nawet mijane kioski. Niech mi wybaczą rodzimi redaktorzy, ale gdyby nawet połączyć wydania „Gazety Wyborczej” i „Rzeczpospolitej”, wciąż jeszcze trudno byłoby dorównać codziennej ofercie „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. A przecież podobnie opasłych gazet (w treść, nie ogłoszenia!) jest w Niemczech kilkanaście. Szefowie tygodnika „Die Zeit”, o formacie „Tygodnika Powszechnego” i objętości około 120 stron, nie toczą dyskusji, czy zmniejszyć format, by obłaskawić jakąś grupkę młodszych czytelników. W tym wirtualnym świecie lektura prasy okazuje się jednak codziennym nawykiem!

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Można się spotkać z opinią, że świat Zachodu przeżywa kryzys duchowy, zatracił się w desakralizacji. Znalazłbym argumenty potwierdzające ten pogląd: kościoły służące raczej za muzea niż świątynie, dziwne ceremonie pogrzebowe, odruchowa niechęć młodych Niemców do mówienia o religii, komercjalizacja Wielkanocy. A jednak po pobycie we Frankfurcie zacząłem się wahać. Wracałem w Wielką Sobotę. W głównych wydaniach gazet, np. w „FAZ”, „Die Welt”, dominował uroczysty nastrój. Dzień wcześniej w centrum Frankfurtu w spotkaniu ekumenicznym brały udział tłumy młodzieży z różnych krajów. Siedząc już w autokarze, znów unosząc się na falujących autostradach, próbowałem ogarnąć to, co zobaczyłem. Zapadał zmrok. Ogniska? Przecierałem oczy ze zdumienia, gdy doliczyłem się ich już kilkunastu. Wreszcie olśnienie. Przecież to stara tradycja Osterfeuerfest, czuwania przy ognisku na Zmartwychwstanie Chrystusa. Chrześcijański obyczaj zbiegł się zresztą ze starogermańskim rytem. W drodze do Polski minęliśmy ze dwie setki ognisk tuż przy drodze oraz trochę odleglejszych łun. Choć gdy przekroczyliśmy dawną granicę NRD, zapadła już nieprzenikniona ciemność…

Telewizor znów bełkotał mi nad głową. Nie sposób uciec od kultury masowej. Ponownie wymyśliłem kilka komplementów pod adresem producentów stoperów. Na szczęście kierowcy autobusu zdecydowali się na podróż przez Świecko i Poznań. Straciłem pretekst do snucia historycznych refleksji… Wyrwałem się z drzemki o świcie. Dziurawe drogi, zapyziałe gospodarstwa, nieliczne wielkopańskie kolumnady, sporo barów i sklepów, smutne pola, sprytny drobny biznesik… I wzruszający widok rodzin, grupek znajomych, zmierzających na rezurekcyjne msze. Fascynuje mnie to pomieszanie bylejakości, religijności, nowobogactwa, niechlujstwa, zaradności, patriotyzmu, marazmu. Wracałem do Polski utwierdzony w przekonaniu: ani ona ze Wschodu, ani z Zachodu…

Krzysztof Kosiński
________________
Krzysztof Kosiński — ur. 1974. Doktorant w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego i w Szkole Nauk Społecznych PAN. Autor książki „Walka o nową mentalność. Życie codzienne w szkołach 1945–1956”. Stały współpracownik „Więzi”, publikował również w „Twórczości”, „Przeglądzie Powszechnym” i „Kronice Warszawy”. Mieszka w Warszawie.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.