Jesień 2020, nr 3

Zamów

„Odszkodowanie za życie”, czyli duch naszych czasów

Medycyna prenatalna: dobrodziejstwo czy przekleństwo? Jednoznaczna odpowiedź jest oczywiście niemożliwa; wszystko zależy od intencji, jakiej służy, w jakiej sprawie działa, czyje dobro ma na względzie.

Badania prenatalne mogą ocalić życie, ale niekiedy stają się wyrokiem śmierci. Zabicie ciężko chorego czy upośledzonego płodu dla jednych jest morderstwem, dla innych — przede wszystkim wyzwoleniem. Coraz częściej zdarza się, że jeśli owo „wyzwolenie” nie nastąpiło w fazie prenatalnej, rodzice występują o odszkodowanie za „złe urodzenie”, za uniemożliwienie im pozbycia się „złej ciąży”. Czasami zdarza się to wkrótce po urodzeniu, kiedy indziej nawet po dwudziestu latach. Bywa też, że o odszkodowanie występują ci, którzy — jak twierdzą — nie powinni się narodzić, gdyż np. pochodzą z nieprawego łoża. Wydaje się, że paradoksalne i nieznane dotychczas światu pojęcie „odszkodowanie za życie” ma przed sobą długą przyszłość.

Dobrodziejstwa i nadużycia

Diagnostyka prenatalna umożliwia wykrycie skomplikowanych chorób, dzięki czemu odpowiednie leczenie (włącznie z operacjami np. serca) podejmuje się wobec dzieci będących jeszcze w łonach matek lub tuż po urodzeniu. Dzięki postępom w medycynie wydłuża się lista chorób, które mogą być wykryte tą drogą, postawienie miarodajnej diagnozy staje się zaś możliwe w coraz wcześniejszej fazie rozwoju płodu. Jest to niewątpliwe dobrodziejstwo, co przyznają zgodnie — niezależnie od wyznawanego systemu wartości — lekarze, prawnicy i sami rodzice.

Sytuacja zmienia się, gdy badania prenatalne podejmowane są dla wykrycia ewentualnego uszkodzenia płodu, by następnie — jeśli obawy potwierdzą się — dokonać aborcji.

Stanowisko Kościoła katolickiego w tej sprawie jest jasne: badanie prenatalne może być grzechem, jeśli decydująca się na nie kobieta zakłada, że w przypadku wykrycia nieprawidłowości w rozwoju płodu — dokona aborcji. Badanie staje się wówczas po prostu elementem procesu aborcji. Jeśli celem takiego badania jest sprawdzenie „jakości” dziecka, to diagnostyka prenatalna jest grzechem, nawet wówczas, gdy do aborcji ostatecznie nie dochodzi. Stanowisko takie podzielają także inne Kościoły chrześcijańskie, zatem można powiedzieć, że duch ekumenizmu objął całą, dramatycznie skomplikowaną materię diagnostyki prenatalnej. Świadczy o tym choćby opublikowane w 1997 roku wspólne stanowisko Kościołów w Niemczech, w którym przestrzega się przed nadużywaniem medycyny prenatalnej. Powołano się wówczas na wyniki badań, zgodnie z którymi większość płodów, u których wykryto ciężkie choroby lub upośledzenie — została usunięta.

Wolno przypuszczać, że takie wykorzystanie badań prenatalnych jest głęboko poruszające nie tylko dla ludzi wierzących, dla których jest to pogwałcenie piątego przykazania. Z pewnością takie badania i ich możliwe konsekwencje wystawiają na ciężką próbę istniejący w każdym człowieku pierwiastek duchowy, jego ludzką wrażliwość i instynkt humanistyczny. Spotkanie lekarza ze znajdującą się w trudnej życiowej sytuacji kobietą, która — podejrzewając uszkodzenie płodu — domaga się badań prenatalnych, jest sytuacją na wskroś dramatyczną. To sytuacja godna pióra czy kamery, chociaż tu chodzi o życie, samo życie, nieraz bardzo brutalne, bo ubogie, bezsilne, nakładające ciężar ponad miarę.

Ciężar ponad miarę?

Być może tak właśnie wygląda sytuacja małżeństwa z Łomży, które wytoczyło szpitalowi i lekarzom proces o odszkodowanie za odmowę badań prenatalnych. Pięcioletni dziś Adaś urodził się z ciężką chorobą zwaną hypochondroplazją. Ponownie ciężarna matka zażądała badań prenatalnych, a według lekarzy zdecydowana była na dokonanie aborcji, gdyby także drugie dziecko miało urodzić się upośledzone. Diagnostyki odmówiono; ostatecznie badanie przeprowadzono w siódmym miesiącu ciąży. Podejrzenia potwierdziły się, ale na aborcję było już za późno. Ania ma dziś trzy latka. Hypochondroplazja poważnie deformuje stawy, kończyny są króciutkie — dzieci nie mogą ani normalnie chodzić, ani posługiwać się rękami.

Nie wiadomo, kiedy zapadnie wyrok w tym precedensowym procesie. Pewne jest, że łomżyński sąd staje przed dramatycznym zadaniem — czy przyznać rację rodzicom, powołującym się na (przysługujące im w takiej sytuacji) prawo do badań, czy też lekarzom, którzy mogą powołać się na klauzulę sumienia i argumentować, że jeśli byli przekonani o zamiarze aborcji, mieli prawo odmówić diagnostyki, która w takiej sytuacji staje się częścią procesu aborcyjnego. Zdaniem ministra zdrowia Mariusza Łapińskiego, rodzice słusznie domagają się odszkodowania, a odmowa wykonania badań w łomżyńskim szpitalu to „poważny błąd”.

Podobny dylemat rozpatrywano przed trzema laty w Austrii. Tamtejszy Sąd Najwyższy zdecydował się przyznać odszkodowanie rodzicom dziecka urodzonego z ciężkim upośledzeniem fizycznym. Rodzice argumentowali, że gdyby wiedzieli o chorobie płodu, zdecydowaliby się na aborcję, dlatego oskarżyli lekarza przeprowadzającego badania prenatalne, że nie poinformował ich o upośledzeniu płodu. Warto dodać, że sprawa toczyła się, gdy dziecko miało już 11 lat.

Sprawa wniesiona przez trzy australijskie rodziny, w których urodziły się dzieci z ciężkim upośledzeniem fizycznym i umysłowym, ma nieco inne zabarwienie. Otóż w ich przypadku badania prenatalne nie wykazały żadnych powikłań. Sąd waha się, czy sprawę przyjąć, nie ma bowiem „sprawców” narodzin „złych ciąż”. Od kogo zatem żądać odszkodowania za życie? Od losu? Rodziny chcą jednak sądzić lekarzy za błędy w sztuce medycznej.

Duży społeczny rezonans wywołała w ubiegłym roku we Francji sprawa upośledzonego siedemnastolatka Nicolasa Perruche’a, którego rodzice i brat domagali się — warto dodać: w imieniu chorego — wysokich odszkodowań za to, że się urodził, gdyż lekarz nie postawił diagnozy o możliwości upośledzenia dziecka. Ku zaskoczeniu opinii publicznej sędziowie stwierdzili, że z racji narodzin rodzice ponieśli szkodę1. Obywatele poruszeni tą sprawą wywierali presję, by w przyszłości nie dochodziło do tego rodzaju orzeczeń. Postanowienie sądu oburzyło zwłaszcza środowiska i organizacje opiekujące się osobami niepełnosprawnymi, ale w gorącej debacie wystąpili też politycy, filozofowie, prawnicy. Zgodnie podkreślano, że wyrok jest absurdalny i nieetyczny.

Temperatura ogólnospołecznej debaty w laickiej przecież Francji dowiodła, iż w sporze o „złe urodzenie” batalia nie toczy się bynajmniej pomiędzy chrześcijanami a ludźmi — w różnym stopniu — areligijnymi. Fakt, że poważne zaniepokojenie moralne wykazała w tej sprawie zdecydowana większość francuskiego społeczeństwa, wskazuje, że ani we Francji, ani nigdzie indziej spór o „złe urodzenie” nie będzie sporem stricte religijnym; że formułowane w przyszłości głosy dezaprobaty dla takich odszkodowań będą odwoływać się także do argumentacji pozareligijnej.

Sprawa Perruche’a przyniosła też inne precedensowe orzeczenie, tym razem w postaci ustawy francuskiego Zgromadzenia Narodowego, zabraniającej ubiegania się o odszkodowanie z racji samego przyjścia na świat. Owszem, rodzice dzieci urodzonych z ciężkimi chorobami będą mogli występować o odszkodowanie, ale tylko w bardzo ściśle ograniczonych przypadkach błędów lekarskich.

Samo sformułowanie: „odszkodowanie za życie” brzmi co najmniej dziwnie. Dla jednych — osobliwie i dziwacznie, dla innych po prostu oburzająco. Okazuje się jednak, że roszczenia takie nie muszą wcale wiązać się z chorobą, lecz wysuwane bywają przez zupełnie zdrowe osoby i dotyczą ich samych. W USA zdarzały się przypadki skarżenia matek przez dzieci za to, że urodziły się z „nieprawego łoża”. Amerykańskie sądy nie są skłonne do „pozytywnego” orzecznictwa w tej sprawie; każdy stan reguluje to zresztą po swojemu. Nie da się jednak wykluczyć, że kryteria dotyczące uznania życia za „złe” będą coraz bardziej rozciągliwe i przyzwalające. Czy można wyobrazić sobie jakąś granicę dla kolejnych tytułów do roszczeń? Kto i kiedy miałby ją postawić? Jaka aksjologia miałaby jej towarzyszyć?

Solidarność, nie samotność

Powyższe przykłady to tylko wierzchołek góry lodowej, podobne wyzwania stają się codziennie udziałem setek tysięcy rodzin na wszystkich kontynentach. Dla każdej z nich — niezależnie od światopoglądu — jest to rzeczywiście dramat. Jaka powinna być w tej sytuacji odpowiedź chrześcijanina? Jaką postawę winien zająć człowiek sumienia, który — choć nie przeżywa podobnych rozterek — chciałby dać odpowiedź, choćby tylko sobie?

Chrześcijaństwo jako religia miłości musi okazać tu wyrozumiałą mądrość, zdolność do współ-odczuwania. Odpowiedzią na autentyczne dylematy przerażonych często ludzi nie może być surowa kazuistyka. Bóg miłości uczy czego innego. Lęki rodziców nie wynikają, a raczej nie muszą wynikać, wyłącznie z egoizmu; często są zapewne podszyte lękiem o egzystencję całej rodziny, której status — często i tak nie najlepszy — ma ulec radykalnemu pogorszeniu.

Fundamentalną sprawą jest — co szczególnie dobitnie pokazała sprawa Perruche’a — społeczna wrażliwość wobec rodziców dzieci, które przyszły na świat z ciężkim upośledzeniem — fizycznym czy umysłowym. Być może dziś takim rodzicom jest trudniej niż kiedykolwiek w przeszłości, a wszystko wskazuje na to, że będzie coraz trudniej. Współczesna, na wskroś utylitarna i do bólu pragmatyczna kultura skłonna jest bowiem do coraz bardziej radykalnego odrzucania wszystkiego, co — w taki czy inny sposób — „zawadza”; co wymaga bezinteresownego poświęcenia; co godzi w coraz bardziej wybujały i coraz powszechniej promowany ludzki egoizm. Gdyby rodzice upośledzonego, a jeszcze nie narodzonego dziecka wiedzieli, że część zobowiązań przyjmie na siebie społeczeństwo, że dzięki odpowiedniemu systemowi opieki nie będą oni pozostawieni samym sobie, być może łatwiej byłoby im przyjąć poczęte życie i nie narażać się na — częste z pewnością — wyrzuty sumienia z powodu aborcji. Być może z mniejszym lękiem oczekiwaliby wyników badań prenatalnych; niewykluczone, że na taką diagnostykę decydowaliby się rzadziej albo nie żądali jej wcale. Być może potrafiliby też przyjąć ewentualną prenatalną diagnozę wskazującą na niepełnosprawność dziecka jako wyzwanie dla samych siebie, a okres przed urodzeniem byłby poświęcony na przygotowanie rodziny do tej nowej trudnej sytuacji.

Dopóki osoba z upośledzeniem będzie traktowana jak człowiek drugiej kategorii, rodzice przeżywać będą podwójny dramat: psychiczny i ekonomiczny. Będą czuli się upokorzeni z racji powołania na świat kogoś, kto przeszkadza. Zamiast doświadczać kultury solidarności oraz konkretnego, duchowego i materialnego wsparcia, będą dźwigać swój los z goryczą i poczuciem bezsensowności życia — swojego i swoich dzieci. Dopóki jedyną podpowiedzią coraz bardziej materialistycznie nastawionych społeczeństw na dramat upośledzonych dzieci będzie aborcja lub — jeśli już dziecko się narodzi — wysokie „odszkodowanie za życie”, tak długo społeczeństwa te nie będą zasługiwały na miano prawdziwie cywilizowanych. Jeśli bowiem skłonni bylibyśmy uznawać, że życie zasługuje na urodzenie tylko wtedy, gdy jest „sprawne”, to znaczy, że nasz świat ulega coraz bardziej wyrafinowanym formom barbarzyństwa. Jest to barbarzyństwo o obliczu higienicznym, cywilizowanym i jak najbardziej naukowym.

Co się opłaca

Póki co wydaje się, że taki właśnie typ kultury zdominuje kolejne dziesięciolecia. W takim też tonie utrzymana jest (także w Polsce) większość publikacji poświęconych badaniom prenatalnym i „odszkodowaniom za życie”. Dominują w nich sugestywne obrazy męczarni, jakie stają się udziałem zarówno rodziców, jak i ciężko chorych dzieci. Takie publikacje wzmagają tylko przeświadczenie, że jedynym dobrym rozwiązaniem w przypadku „złej” ciąży jest jej usunięcie.

Z takiej właśnie gleby wyrastają coraz częstsze, nagminne wręcz żądania „odszkodowania za życie”. Wydaje się, że występujący o takie odszkodowania rodzice — niezależnie od artykułowanych intencji — ulegają presji współczesnej kultury, w której wszystko ma swoją cenę, życie zaś staje się towarem. Tak jak z towarem: wadliwy egzemplarz albo się wyrzuca, albo — jeśli to tylko możliwe — żąda się zań finansowej rekompensaty… Podobnie zresztą wygląda sprawa eutanazji. Pragmatyczne społeczeństwa zachodnie dowodzą przecież, że „to się po prostu opłaca” — utrzymywanie przy życiu chorej matki czy ojca jest zbyt drogie. Podobną mentalność reprezentuje część środowiska medycznego.

Człowiek niepełnosprawny fizycznie czy umysłowo staje się coraz bardziej zbędny, granica zaś owej zbędności wydaje się niepokojąco przesuwać. Widać to choćby po coraz młodszych pensjonariuszach domów opieki w Polsce. Kiedyś — zgodnie z potocznym określeniem — były to „domy starców”. Czy nie jest czymś przerażającym coraz większa liczba młodych pensjonariuszy przebywających w takich placówkach? I o czym to świadczy? Czyż nie o tym, że rodzinnymi „zawalidrogami” stają się już nie tylko zniedołężniali starcy (jakże łatwo przestający być dla swych dzieci po prostu ojcem czy matką), a zaczynają przeszkadzać lekko nawet upośledzony brat czy siostra. Coraz częściej brakuje dla nich miejsca w rodzinnym domu. Czy zawsze przyczyna tkwi w tak zwanych obiektywnych czynnikach ekonomicznych? Czy nie zaczyna wsączać się w nas hołubiony przez współczesną kulturę duch egoizmu?

Warto zwrócić uwagę na jeszcze inny aspekt sprawy. Chodzi o te przypadki, kiedy rodzice, domagający się od lekarzy i szpitali „odszkodowań za życie”, występują w imieniu upośledzonych dzieci. Powstaje pytanie: czy mają prawo powoływać się na dzieci, skoro — z racji upośledzenia — nie są przecież w stanie poznać ich opinii? Ponadto: jeśli nawet istnieje pewność, że osoby upośledzone nie stawiają sobie (bo nie są w stanie) pytania o „jakość” swojego istnienia, to czy można z całą pewnością powiedzieć, że traktują swoje urodzenie jako „złe”, że wolałyby raczej nie istnieć? Kto jednoznacznie potwierdzi, że swój los uważają za przeklęty i niewart kontynuowania? Może one chcą żyć? Niedawno z ekranów telewizyjnych mówił do nas pewien zupełnie sparaliżowany mężczyzna, jednoznacznie opowiadający się za życiem i przeciw eutanazji. On chciałby żyć. Nie jest więc tak, że słynny przypadek zmarłej niedawno pani Diane Pretty — walczącej o to, by jej mąż mógł bez żadnych konsekwencji dokonać na niej eutanazji — wyznacza tu jakiś kanon.

Ów afirmujący życie sparaliżowany mężczyzna miał to szczęście, że mógł mówić i wyartykułować swoje widzenie świata. Wielu innych takiego szczęścia nie ma. Dochodzić tu może więc do swoistej instrumentalizacji woli chorych, w których przypadku żądanie o „odszkodowanie za istnienie” bywa raczej projekcją rodziców, a nie faktem.

Czy świat doczeka dnia, gdy w jednym czy drugim kraju (a może bardziej praktycznie: en bloc) uchwalony zostanie precyzyjny cennik, na którego podstawie rodzice będą mogli domagać się odszkodowania za życie „źle urodzonych”? Cennik, w którym byłoby napisane czarno na białym, ile należy się za niewykrycie hemofilii, ile za hypochondroplazję, a ile za zespół Downa?

Rozum mówi, że nie da się wykluczyć, iż nasz coraz bardziej pragmatyczny świat rzeczywiście kiedyś na to wpadnie.

Wiara (cokolwiek niepewnie) odpowiada, że tak się jednak nie stanie.

Nadzieja dodaje, że dzięki społecznej solidarności rodzice i dzieci nie zostaną pozostawieni samym sobie.

Miłość… jest najważniejsza, więc liczy na to, że mimo wszystko nie zostanie zapomniana.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Tomasz Królak

______________________
Tomasz Królak — ur. 1963. Zastępca redaktora naczelnego Katolickiej Agencji Informacyjnej, szef katolickiego magazynu informacyjnego „Czasy” (TVP 1). Autor tomu rozmów z prof. Stefanem Swieżawskim „Kontemplacja i zdradzony świat”. Współautor telewizyjnego cyklu dokumentalnego „Świat Jana Pawła II”. Mieszka w Górze Kalwarii.

1 W „Więzi” pisał na ten temat Zbigniew Nosowski: „Jaką miarą mierzyć człowieka” (2001 nr 1).

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.