Jesień 2020, nr 3

Zamów

Nie będzie pobłażania

Spotkanie Jana Pawła II z amerykańskimi kardynałami w związku z przypadkami pedofilii wśród księży w USA zupełnie słusznie uznane zostało za wydarzenie bezprecedensowe. Niezwykłe jest osobiste zaangażowanie Papieża w rozwiązanie sytuacji wynikającej z serii nadużyć seksualnych w Kościele partykularnym — prawda, że ogromnym i bardzo ważnym. Zdecydowanie nietypowe dla działania Kościoła w ogóle — a zwłaszcza w związku z obyczajowymi skandalami — jest to, że wszystko odbywa się właściwie przy otwartej kurtynie, nawet jeśli przyzwyczajeni do dwustuprocentowej jawności przedstawiciele mediów narzekali na różne szczegóły. W porównaniu z nieprzeniknionym nieraz milczeniem ludzi Kościoła w podobnych przypadkach w przeszłości — przełom jest oczywisty.

O co jednak właściwie chodzi? Na podstawie niektórych powierzchownych komentarzy można odnieść wrażenie, jakby było to przedsięwzięcie z dziedziny public relations: oto duża międzynarodowa firma (Kościół) traci popularność w wyniku skandalu, a więc szef wzywa zarząd krajowego oddziału, aby wraz ze specjalistami od PR zastanowić się, jak poprawić nadszarpnięty wizerunek firmy — zupełnie jak w przypadkach znanych producentów samochodów, w których wykryto wady zagrażające bezpieczeństwu jazdy…

Otóż trzeba wyraźnie powiedzieć, że chodzi tu o coś zupełnie innego. Okazało się mianowicie, że ludzie utożsamiani i utożsamiający się z Kościołem stworzonym przez samego Boga — wyrządzają Jego najsłabszym dzieciom niewyobrażalną krzywdę, a ten Kościół nie umie na to znaleźć właściwej odpowiedzi. Nie chodzi więc o wizerunek Kościoła, ale o krzywdę wyrządzoną konkretnym ludziom przez tych, których powołaniem jest im służyć. Jeśli można tu mówić o „wizerunku” Kościoła, to przede wszystkim w sensie czystości świadectwa, które w wyniku działania księży-pedofilów zamienia się w antyświadectwo. W tym sensie sprawa jest bardzo poważna, nawet jeśli dotyczy znikomego odsetka kapłanów. Trzeba oczywiście pamiętać o skali zjawiska i mieć świadomość, że uznawanie Kościoła katolickiego za środowisko sprzyjające nadużyciom seksualnym jest owocem uprzedzeń, a nie faktów. Fakt jednak, że nawet z taką liczbą przypadków pedofilii struktury znakomicie skądinąd zorganizowanego Kościoła w USA nie umiały sobie poradzić — jest tym bardziej alarmujący.

Trzeba bowiem powtórzyć raz jeszcze to, co przewija się w wielu komentarzach dotyczących grzechu ludzi Kościoła: niedobrze, gdy się on pojawia, choć wśród ludzi grzesznych jest nieunikniony (co nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla grzeszników!) — jeszcze gorzej, gdy Kościół i jego struktury nie umieją na niego właściwie zareagować. Zasadniczy sens papieskiego przesłania w sprawie amerykańskiej polega moim zdaniem właśnie na tym, że Jan Paweł II wyraźnie zakomunikował: dotychczasowy sposób reagowania na seksualne nadużycia jest niewłaściwy i musi ulec zmianie. Ten dotychczasowy sposób opierał się na utrzymywaniu wszystkiego w tajemnicy, czemu towarzyszyły bądź rzeczywiste sankcje wobec winnych księży, bądź — niestety — działania pozorne, jak np. przenoszenie ich z jednej parafii do drugiej.

Przyczyny takiego postępowania były (i są, obawiam się…) różnorakie. Nie wszystkie zasługują na jednoznaczne potępienie. Niewątpliwie u podstaw zatajania nadużyć była nieraz troska o dobro Kościoła (nie zawsze dobrze rozumiane), a także słuszna skądinąd chęć rozwiązywania problemów Kościoła bez uciekania się do czynników zewnętrznych, czy wreszcie pragnienie nienadawania rozgłosu sprawom dziejącym się w sferze intymnej. Były też z pewnością przyczyny mniej chwalebne, „ludzkie” w niedobrym tego słowa znaczeniu. Była wreszcie (i jest) niewiedza na temat mechanizmów pojawiania się pedofilii oraz odpowiedniego traktowania osób dotkniętych tą dewiacją, o której nauka wciąż wielu rzeczy nie wie. Bez względu jednak na motywy, skutki okazały się fatalne: wieloletnia nieraz bezkarność uprawiania skandalicznych praktyk oraz trudna do oszacowania krzywda ofiar, która nieraz (a może: zwykle) ginęła z oczu tych pasterzy, do których docierały doniesienia o nadużyciach.

Sytuację tę można by porównać do przemocy w rodzinie. Źle jest, gdy jej członkowie usiłują rozwiązywać powstałe konflikty przy pomocy osób trzecich. Jeśli jednak zamiast zwyczajnych sporów i napięć pojawia się brutalność i przemoc — interwencja z zewnątrz jest jedynym sposobem zapobieżenia krzywdzie strony słabszej. Wiąże się z tym problem informowania władz świeckich o podejrzeniach wobec kapłanów. W swym przemówieniu Papież użył słowa „zbrodnia”, odsyłającego wyraźnie do języka prawa państwowego. W przypadku zbrodni właściwym środkiem jest prawo karne.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Krytycy reakcji Kościoła na przypadki seksualnych nadużyć w Stanach Zjednoczonych zarzucali jej niejasność — pisze o tym (i o całej sprawie) Józef Majewski w „Kronice religijnej” w tym numerze „Więzi”. Nie wiadomo mianowicie, w jakich przypadkach pedofilia powinna być karana usunięciem ze stanu kapłańskiego: zawsze, w razie choćby jednego podobnego zachowania, czy też jedynie w przypadkach wielokrotnych i szczególnie drastycznych. Jak stwierdził Jan Paweł II, dla tych, którzy krzywdzą młodych, nie ma miejsca w kapłaństwie i życiu zakonnym. Słowa te interpretowane są jako stanowisko „twardsze” niż oświadczenie wydane po spotkaniu, przewidujące wydalanie ze stanu kapłańskiego sprawców nadużyć notorycznych, wielokrotnych, a także — na wniosek ordynariusza — tych księży, którzy stanowią groźbę dla bezpieczeństwa dzieci i młodzieży.

Wydaje się, że te dwa komunikaty wypowiedziane są niejako w różnych językach. Papież mówi w języku podstawowych zasad moralnych, oświadczenie zaś — w języku prawa. Oba języki mają rację bytu w Kościele, jednak język prawa musi być podporządkowany językowi zasad, a zwłaszcza najważniejszemu — językowi miłości. Prawo ze swej natury musi obejmować przypadki nadzwyczaj zróżnicowane, dlatego nie obawiałbym się braku jego jednoznaczności. Precyzyjne, obowiązujące w całym kraju reguły mają zresztą dopiero zostać ustalone na czerwcowym spotkaniu Konferencji Episkopatu USA. Jeśli w Kościele — w Stanach Zjednoczonych i wszędzie indziej — nie będzie klimatu pobłażania dla nadużyć, a więc zwycięży jednoznaczny duch wypowiedzi papieskiej — prawo interpretowane będzie właściwie.

Stany Zjednoczone nie są pierwszym krajem, w którym Kościół stanął przed niezwykle trudną próbą poradzenia sobie z wielorakimi skutkami nadużyć seksualnych duchowieństwa. Przypadek amerykański jest szczególny ze względu na skalę — chodzi o setki przypadków — jak również ze względu na wielkość i znaczenie katolicyzmu amerykańskiego w Kościele powszechnym. Problem nie jest lokalny i jego rozwiązanie także będzie miało znaczenie nie tylko lokalne — jako swego rodzaju precedens dla wszystkich krajów, w których podobne wypadki się pojawiły (i, nie daj Boże, pojawią…). Wyjątkowe osobiste zaangażowanie Papieża wskazuje na wagę problemu, wyznaczając zarazem kierunek, w którym amerykańscy katolicy powinni wychodzić z tego kryzysu. Czy będą umieli — czy wszyscy będziemy umieli — wykorzystać szansę oczyszczenia?

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.