Jesień 2020, nr 3

Zamów

Chłopiec o świetlistym sercu

Świat sfotografowany przez Majida Majidi w „Kolorach raju” przypomina piękny ogród. W zapierającej dech urodzie natury, którą uwiecznił w swoim filmie irański reżyser, zawarta jest jednak nie tylko opowieść o ogrodzie, ale również o ogrodniku, a właściwie o… Ogrodniku. I dzieje się tak nie tylko dlatego, że film rozpoczyna się słowami — wyznaniem: w imię Boga wszechmogącego…

Patrząc na rajskie krajobrazy północnego Iranu, które roztacza przed nami Majidi, trudno oprzeć się wrażeniu, że ogrodnik zakładający ten „ogród” był nie tylko mistrzem w swej dziedzinie, ale kimś, komu to, co tworzy, sprawiać musiało jakąś szaleńczą wręcz radość. Uroda piękna, sfotografowana przez twórcę „Kolorów raju”, jest zupełnie wyjątkowa — owszem, zachwyca sobą, ale na samej sobie się nie zatrzymuje. To piękno nie tylko opowiada o ogrodniku, lecz jest również rodzajem tkliwego wyznania, czynionego przezeń temu, kto zechce je dostrzec i przyjąć. Ogrodnik trudził się zatem nie dla samego siebie ani nie dla samego piękna, ale dla tego, komu pragnął je podarować. Być może nawet właśnie to pragnienie obdarowania wzmagało jego hojność i pomagało mu być jeszcze bardziej twórczym?

Opowieść o ogrodniku jest piękna, ale zarazem smutna. Jest to bowiem również opowieść o nieprzyjęciu daru. Odnosi się oczywiście przede wszystkim do Boga, ale chyba również do każdego, kto odważył się ofiarować drugiemu człowiekowi to, co ma najcenniejszego i — podobnie jak Ogrodnik-Bóg — doświadczył bólu odrzucenia.

Piękna natury, sfotografowanego w „Kolorach raju”, nie da się opowiedzieć. Można jedynie próbować je wypowiedzieć, tak jak poeta wypowiada wiersz, malarz — obraz, a człowiek — modlitwę czy słowa miłości. Nie każdy zatem ma wstęp do ogrodu, choć — jak się zdaje — każdy jest tam nie tylko zaproszony, ale wręcz bardzo oczekiwany. Bezbłędnie potrafi odnaleźć do niego drogę bohater filmu — ośmioletni Mohammad, od urodzenia niewidomy.

Pozbawiony wzroku chłopiec — widzi. Patrzy bowiem słuchem, dotykiem, a nade wszystko swoją wrażliwością. Chcąc zobaczyć świat, Mohammad musi odważyć się nawiązać z nim bardzo bliski kontakt, a to wymaga niezwykłej uwagi, skupienia i otwartości. Jego spotkanie ze światem jest bardzo intymne — żeby zobaczyć, musi dotknąć: wody, powietrza, twarzy sióstr, ręki babci. Musi patrzeć całym sobą, cały musi zamienić się w słuch — bo powietrza można próbować dotknąć, jednak lecącego ptaka dotknąć nie sposób. Takie patrzenie jest nie tylko intensywne, ale jest w nim coś dojmującego. Zobaczyć znaczy tutaj poznać osobowo, doświadczyć, rzeczywiście spotkać, czyli również samemu się odsłonić, zaufać temu, co i kogo się spotyka.

Nie widząc — Mohammad widzi więcej i istotniej, najważniejsze bowiem (co oczywiste, a jednak bardzo trudne w praktyce)jest niewidoczne dla oczu. Dostrzega to, co często umyka uwadze ludzi widzących. Nie tylko „zauważa” bezbronne pisklę, które wypadło z gniazda, ale ochrania je przed śmiertelnym niebezpieczeństwem i pomaga mu wrócić do gniazda. Czyni to sam bez niczyjej pomocy — zdając się na to, co słyszy i czego dotyka, zapominając o swoich ograniczeniach. Gdyby o nich pamiętał, pewnie by się nie odważył wspinać na drzewo w poszukiwaniu gniazda.

Mohammada zagrał chłopiec niewidomy od urodzenia i akurat w tym przypadku jest to bardzo ważne. Szukając odtwórcy do roli swego bohatera Majidi wyruszył z czterema niewidomymi chłopcami w podróż do północnego Iranu. Dwóch spośród nich — wspomina reżyser — urodziło się na pustyni i nigdy wcześniej nie słyszało morza, ptaków, szumu lasu. Zawsze, gdy przyjeżdżaliśmy w nowe miejsce, mówili: „Chcemy je zobaczyć”. Oznaczało to, że chcieli wszystkiego dotknąć. Często używali słowa „piękne”, by opisać to, czego dotykali.

Sam Mohsen Ramezani, filmowy Mohammad, „Kolory raju” oglądał po raz pierwszy w czasie festiwalowego pokazu w Teheranie. Zanim rozpoczęła się projekcja powiedział publiczności: Nie macie pojęcia jak bardzo się cieszę, że będę dzisiaj oglądał mój film. W czasie seansu siedział tuż obok reżysera, który podczas scen bez dialogów albo bez udziału Mohsena szeptał mu do ucha, co dzieje się na ekranie. W podobny sposób film Majida Majidi oglądała niewidoma młodzież z Lasek, zaproszona na przedpremierową projekcję „Kolorów raju” do jednego z warszawskich kin.

W Iranie niewidomych nazywa się ludźmi „oświeconymi” i „ludźmi o świetlistych sercach”, absurdem byłoby jednak twierdzić, że Mohammad widzi więcej właśnie dlatego, że jest niewidomy. Zobaczyć oznacza w jego przypadku podjąć trud i ryzyko. Nagroda bywa niemała — ocalił bezbronne pisklę, potrafi niemal jak święty Franciszek rozmawiać z ptakami i wodą… Czegoś jest jednak pozbawiony, coś pozostaje dla niego niedostępne. Rozumiemy i odczuwamy to dotkliwie, patrząc, na oszałamiające swą urodą obrazy natury, widząc twarze kochających go osób. Poza tym, trud i ryzyko, które podejmuje Mohammad, czasem przysparzają także bólu. Niekiedy okazują się również niewystarczające, żeby zobaczyć i spotkać to, co najważniejsze — miłość. To ostatnie doświadczenie wspólne jest już jednak nam wszystkim — widzącym i pozbawionym wzroku.

Spotkanie to dialog. Nie wystarczy tylko samemu dotykać — trzeba, żeby ktoś chciał nas dotknąć. Woda, wiatr, drzewo w jakiś naturalny sposób odpowiadają Mohammedowi, jednak ludzie już nie zawsze. Odpowiada ukochana babcia — stara kobieta o pięknej twarzy, czułym spojrzeniu i pełnych czaru ruchach młodej dziewczyny. Odpowiadają również siostry. Obie — starsza i młodsza — są jak skrzydła anioła, które unoszą Mohammada, biegnącego pomiędzy nimi przez istny gąszcz kolorowych kwiatów na łące. W takich momentach wydaje się, że niewiele brakuje, aby świat stał się rajskim ogrodem. W tym „niewiele” zawarte jest jednak wszystko. Opowiada o nim pełna cierpienia twarz ojca chłopca, i to, że za wszelką cenę próbuje oddalić syna od siebie. O tym „wszystkim” mówi również cichy płacz Mohammada, który przeradza się we wstrząsające wyznanie.

Mohammad nie jest dla swego ojca darem — jest brzemieniem. Jest również jakby znakiem nieszczęścia, którego w życiu ojca chłopca niemało. Złowrogie głosy, jakie mężczyzna słyszy czasem w lesie, zdają się przekonywać: uwierz swym oczom, jest tylko to, co widzisz. To dziecko może być tylko ciężarem i kłopotem dla siebie samego i innych, może jedynie przysporzyć jeszcze więcej bólu. Nie znaczy to, że ojciec nie kocha syna, stara się raczej o tej miłości nie wiedzieć, jakby przed nią uciekał. To do pewnego stopnia zrozumiałe — gdyby dopuścił miłość do głosu, musiałby dostrzec, że jego niewidomy syn jest chłopcem o świetlistym sercu. Musiałby również zobaczyć inną jeszcze prawdę — że to właśnie Mohammad jest jego losem, i że pozostanie nim nadal nawet wówczas, kiedy oddali go od siebie.

W dziecku można dostrzec metaforę losu, który podobnie jak ono, jest jednocześnie dany i zadany. Każdy rodzic pragnie, aby jego dziecko było zdrowe i pięknie, a każdy człowiek marzy o szczęśliwym życiu. Jednak los, podobnie jak dziecko, bywa czasem kaleki. Trzeba się niemało natrudzić, żeby zaakceptować kalekie dziecko: pokochać je i dostrzec, że właśnie takie również jest darem. Nierzadko wymaga to wręcz heroizmu, podobnie jak akceptacja swego losu, zwłaszcza kiedy pełen jest cierpienia i niespełnienia. Jednak tak, jak dziecko złączone jest ze swymi rodzicami więzami krwi, tak również więź człowieka z jego losem jest nierozerwalna. Doświadczy tego boleśnie ojciec Mohammada.

Człowiek może oczywiście swój los odrzucić, nikt jednak nie może ostatecznie odłączyć się od swego losu, wyrzec się go. Ten, kto zechce to zrobić, uczyni się bezdomnym, ponieważ to właśnie nasz los jest naszym domem. Przyjąć swój los oznaczałoby zatem zamieszkać we własnym domu. Zdarza się, że nie jest to dom na miarę pragnień człowieka, że bywa niewygodny, że mieszkanie w nim oznacza trud, a nawet przysparza bólu. Ale to właśnie ten dom stoi, podobnie jak rodzinny dom Mohammada, na skraju „ogrodu”… Rajskiego ogrodu?

Opowiadając o spotkaniu i niespotkaniu człowieka z samym sobą, światem i drugim człowiekiem, opowiada Majidi również o spotkaniu człowieka z Bogiem — o ich wzajemnym poszukiwaniu siebie nawzajem. Boga nie można zobaczyć, ale można Go dotknąć, jak mówi mały Mohammad, „koniuszkami palców”. Szukam Go wszędzie — wyznaje w chwili rozpaczy chłopiec — żeby Go dotknąć i powiedzieć wszystko, co leży mi na sercu. Scena, w której padają te słowa, jest przejmująca.

Majid Majidi — twórca niezapomnianych „Dzieci niebios” — nadał „Kolorom raju” skromną formę i opowiedział w nich o prostych sprawach i zwyczajnych (a przecież nadzwyczajnych!) ludziach (grają ich często niezawodowi aktorzy). Jednak jego film jest w istocie niezwykle głębokim traktatem teologicznym. Jest również jednym z tych wyjątkowych dzieł, które potrafią nie tylko udźwignąć opowieść o grozie życia w wewnętrznym zatrzaśnięciu i skamienieniu, ale jednocześnie potrafią unieść opowieść o nadziei. Tego rodzaju filmy nie zdarzają się zbyt często. Niemałą część z tych, które pojawiły się w kinie ostatnich lat, zawdzięczamy właśnie twórcom irańskim (o kinie irańskim pisałam na tych łamach dwukrotnie — „Więź” 12/1999 i 9/2001).

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Teologiczny traktat, który stworzył Majidi, jest tym bardziej niezwykły, że został wywiedziony nie z umysłu teologa, ale z tych miejsc w człowieku, w których doświadcza on przepastnej ciemności, ale też — bezkresnej jasności. I właśnie dlatego znaczy tak wiele.

Katarzyna Jabłońska

„Kolory raju” — scenariusz i reżyseria: Majid Majidi, zdjęcia: Mohammad Davoodi, muzyka: Alireza Kohandairy, scenografia: Asghar Nezhadimani, montaż Hassan Hassandoost, występują: Hossein Mahjoob (ojciec), Mohsen Ramezani (Mohammad), Salameh Feyzi (babcia), Farahnaz Safari (starsza siostra), Elham Sharifi (młodsza siostra) i inni, Iran 1999, 90 minut, dystrybucja: Gutek Film.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.