Jesień 2020, nr 3

Zamów

Działki zamiast Seszeli

Sporo zamieszania wywołały niedawne dyskusje na temat wysokości emerytur, jakie otrzymamy według nowego systemu. Podane przez NIK szacunki wywołały gniewne zaprzeczenia twórców reformy emerytalnej, zarzucających Izbie straszenie przyszłych emerytów — czyli większości społeczeństwa — na podstawie niemożliwych do zweryfikowania prognoz. To, co najważniejsze, umknęło jednak jakoś uwadze mediów, a także — jak można sądzić — opinii publicznej.

Otóż rzeczywiście nie wiadomo, ile wyniosą nowe emerytury. Ich wysokość zależna będzie od wielu niemożliwych dziś do przewidzenia czynników, które będą wynikać ze stanu polskiej gospodarki za kilkadziesiąt lat, gdy na emeryturę zaczną przechodzić roczniki objęte nowym systemem. Precyzyjne przewidzenie wysokości świadczeń jest więc dziś niemożliwe. Jedno wszakże można stwierdzić nawet bez tej szczegółowej wiedzy: dla większości z nas przejście na emeryturę nadal oznaczać będzie znaczne obniżenie poziomu życia. Taki właśnie sens ma wyliczanie tzw. stopy zastąpienia, czyli tego, jaki procent ostatniego wynagrodzenia stanowić będzie emerytura. Niezależnie od tego, czy będzie to 50%, czy 70, oznacza to, że przechodząc na emeryturę zaczniemy dostawać znacznie mniej pieniędzy, niż wtedy, gdy jeszcze utrzymywaliśmy się z pensji.

Oczywiście, jeśli w ciągu tych lat nasze zarobki będą rosły — a wszystko na to wskazuje, choć oczywiście tempo tego wzrostu nie jest możliwe do przewidzenia — nawet za 50 czy 70% ostatniej pensji będziemy mogli się utrzymać. Jednak nie będzie to miało nic wspólnego z obrazem, jakim raczyły nas w reklamach niektóre fundusze emerytalne, pokazując dziarskich staruszków pod palmami czy na alpejskich stokach narciarskich. Te reklamy odwołują się do stereotypu bogatego emeryta, który pozbywszy się obowiązków może spędzić starość na podróżach, choćby i dookoła świata.

Owszem, w krajach bogatych ten stereotyp jest prawdziwy dla milionów ludzi. Ogólna zamożność sprawia, że nie tylko ludziom bogatym, ale także tym średnio sytuowanym na przeszkodzie realizacji rozmaitych planów — np. dalekich podróży — stoi głównie brak czasu. Jednak to, co tam jest dostępne dla wielu — może dla większości — u nas wciąż jest udziałem najzamożniejszej mniejszości. Dlatego w naszej siermiężnej rzeczywistości odwołanie się do tego stereotypu oznaczało robienie ludziom fałszywej nadziei na to, że po przejściu na emeryturę ich status majątkowy wzrośnie. Tymczasem jeśli ktoś całe życie spędzał urlopy na podmiejskiej działce albo na wczasach nad Bałtykiem, to przeszedłszy na emeryturę nie zacznie wyjeżdżać na Seszele.

Można powiedzieć, że jest to tylko kwestia nieuczciwości funduszy emerytalnych, i to bynajmniej nie wszystkich, bo tylko niektóre odwoływały się do stereotypu „bogatej starości”. Rzecz jednak w tym, że nikt — ani spośród polityków, ani ekonomistów i fachowców od ubezpieczeń — nie miał odwagi oznajmić ludziom wprost tego, co powiedziała niedawno (skądinąd szkoda, że dopiero teraz) w „Rzeczpospolitej” niewątpliwie znająca się na rzeczy Irena Wóycicka: że jednym z celów reformy było właśnie obniżenie owej stopy zastąpienia, czyli innymi słowy — aby emerytura wynosiła mniejszy niż dziś procent ostatniego wynagrodzenia. Fachowcy wiedzieli to od dawna, ale nikt nie podzielił się tą wiedzą ze społeczeństwem. Nie uczynili tego politycy wprowadzającej nowy system emerytalny koalicji AWS-UW, także SLD i PSL nie wykorzystały tego argumentu w bezpardonowej skądinąd krytyce ówcześnie rządzących, milczeli niezależni eksperci. Czyżby więc zmowa elit?

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Tej oceny nie zmienia fakt, że utrzymanie obecnego systemu było prostą drogą do bankructwa państwa i obniżenie owej stopy zastąpienia wydaje się rzeczywiście konieczne. Wypada też powtórzyć, że wobec spodziewanego ogólnego wzrostu zamożności przyszłym emerytom nie grozi głód. Jednak nadal z przejściem na emeryturę będzie się wiązać spadek dochodów, i to relatywnie większy niż obecnie. Emeryci będą więc zamożniejsi niż dzisiaj, ale dystans między dochodami ludzi pracujących i emerytów ma być większy. Owszem, można zmniejszyć ten efekt poprzez dodatkowe oszczędzanie — w trzecim, dobrowolnym filarze systemu emerytalnego lub jakkolwiek inaczej. Kłopot wszakże w tym, że ten sposób jest niedostępny dla większości społeczeństwa, które oszczędza bardzo niewiele, i to nie z rozrzutności, a z ubóstwa. Świadczy o tym także kompletne fiasko pracowniczych programów emerytalnych.

Nikt nie miał odwagi powiedzieć ludziom w oczy prawdy: w nowym systemie chodzi nie tylko o to, by składka emerytalna mogła być pomnażana, ale także o to, by emerytura wynosiła mniejszy procent pensji. Gdyby do społeczeństwa skierowano taki komunikat, być może więcej osób zdecydowałoby się na dodatkowe ubezpieczenie. Tymczasem ten przekaz był odwrotny: nasze pieniądze będą lepiej wykorzystywane, a więc — w domyśle — nie mamy się czym martwić.

Uznano najwyraźniej — który to już raz? — że społeczeństwo jest zbyt niedojrzałe na to, by mu powiedzieć prawdę. A potem odbędzie się kolejna konferencja na temat przyczyn braku zaufania do elit…

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.