Jesień 2020, nr 3

Zamów

Polityka jako przemoc

Socjolog może w rozmaity sposób analizować skutki wprowadzenia stanu wojennego. Może poszukać danych empirycznych albo odwołać się raczej do teoretycznego rozumowania. Jest to szczególnie istotne dla socjologii, którą chciałbym tu przywołać: socjologii rozumiejącej, która skupia się przede wszystkim na analizie znaczeń, obecnych w życiu społecznym i wyznaczających sens codziennego życia społecznego jednostek.

Analiza skutków operacji „stan wojenny” wymaga też diagnozy sytuacji wcześniejszej. Trzeba zatem przywołać opisy i interpretacje sytuacji w Polsce w dobie „Solidarności”, a także – sposobów walki PRL z jej własnymi obywatelami, zanim zmobilizowano armię.

Analiza wymaga jednak jeszcze nazwania tego, czym była operacja „stan wojenny” w sensie społecznym i w terminach politycznych. Jakkolwiek by to oceniać, nie sposób zaprzeczyć, że pezetpeerowskie władze PRL wytoczyły wojnę własnemu społeczeństwu, które – wbrew oficjalnej propagandzie – nie było anarchicznym tłumem, ale zorganizowaną wolą społeczno-politycznych reform. Dążyło ono do ograniczenia partyjnego samodzierżawia, zmierzając w kierunku otwartego, demokratycznego ładu społecznego, wyrażającego się poprzez demokratyczne i niepodległe państwo.

Na początku 1982 roku Antoni Sułek zwrócił uwagę na socjologiczny fakt, który bardzo silnie zaprzeczał opiniom, jakoby ruch społeczny „Solidarności” był ruchem antyspołecznym, zagrażającym więziom społecznym i niosącym dezintegrację. Tę opinię właściwie cały czas głosiła oficjalna propaganda partyjna, powtarza się ją zresztą i dziś. Nawet teraz czynią tak z upodobaniem przedstawiciele ówczesnego, partyjnego aparatu – ot, choćby ambasador Ciosek.

Słuszności tej tezy zaprzeczał prosty wskaźnik odsetka samobójstw, który jest najlepszym ogólnym wskaźnikiem stopnia integracji społecznej, wywodzącym się od Durkheima. Na ogół wartość tego wskaźnika jest dosyć stabilna i zmienia się powoli, każdy zatem jego skok świadczyć może o radykalnej przemianie sytuacji społecznej. Gdy wskaźnik ten maleje, wskazuje to na stan społeczeństwa zupełnie przeciwstawny „rozanarchizowaniu” ludzi.

Otóż w roku 1981 odsetek samobójstw w Polsce – to nader rzadkie zjawisko! Potem, po wprowadzeniu stanu wojennego, ponownie wzrósł, aby następnie rosnąć stopniowo i konsekwentnie w ciągu ponurych lat osiemdziesiątych. W świetle tego wskaźnika – niezwykle w socjologii „mocnego” – trudno uwierzyć, że zmilitaryzowana PZPR zaprowadzała wojenny porządek, aby ratować społeczeństwo przed skutkami anarchizującego życie ruchu społecznego. Władza broniła siebie, swej hegemonii i prawie totalnego panowania nad społeczeństwem i obywatelami.

Symbolicznie rzecz ujmując, wprowadzenie stanu wojennego można przedstawić jako starcie dwóch dramatycznie przeciwstawnych filozofii życia społecznego i myślenia o polityce. Ruch społeczny „Solidarności” nie tylko był pokojowym ruchem reform społeczno-politycznych i sam zbudował demokratyczną organizację związkową, ale w czynny sposób wytworzył nigdy do końca nie sformułowaną intelektualnie wizję pożądanego ładu społecznego, własny ideał demokratyczny. Jednym z jego elementów było przekonanie (żywione na pewno nie przez wszystkich, lecz przez dostatecznie liczną rzeszę ludzi), że udział w polityce stanowi dopełnienie – jeśli można tak powiedzieć – życiowej dorosłości człowieka, potwierdzenie, że jest się odpowiedzialnym, w pełni ukształtowanym osobnikiem i obywatelem.

Rzecz jasna, słowo „polityka” nabierało w tym kontekście specyficznego znaczenia, zgoła odwrotnego od tego, które obowiązuje teraz w naszej polszczyźnie. Udział w polityce był jakby dopełnieniem godności, jaka przysługuje każdemu człowiekowi – członkowi społeczeństwa, obywatelowi, bez względu na to, czy jest robotnikiem, czy dyrektorem fabryki, nauczycielem, czy studentem. Polityka definiowana była jako zajęcie szlachetne i związane z uczestnictwem we wspólnym losie, a zarazem – we wspólnocie politycznej, która jednostkowy los w dużym stopniu wyznacza. Ale przecież obywatel, jako odpowiedzialny moralnie dorosły człowiek, ma prawo również mieć swój udział w sprawowaniu władzy, od której zależą kolejne działania wspólnoty.

Praktyczna definicja „udziału w polityce” sprowadzała się do znaczenia publicznej, społecznej debaty jako podstawy działania demokratycznie wybieranej władzy. Osobliwa definicja demokracji w „Solidarności” polegała zatem na uznaniu zależności wybieranych na stanowiska przedstawicieli od debaty społecznej, wyznaczającej główne kierunki działania. Władza odpowiadać powinna przed opinią publiczną, traktowaną niemal w duchu starożytnym: każdy obywatel powinien mieć prawo zabrania głosu we wszelkich ważnych sprawach, a już szczególnie – bezpośrednio go dotyczących. Polityka była zatem dyskusją, wyznaczającą ramy dla działania władzy i wspólne cele państwa.

Tej szlachetnej definicji polityki przeciwstawiono 13 grudnia 1981 roku wizję polityki jako siły, w dosłownym sensie: siły fizycznej, zorganizowanej przemocy. W miejsce debaty i dyskursu – pokazano czołgi, więzienia, patrole z karabinami, opancerzone transportery oraz słynne powiedzenie herolda zmilitaryzowanej władzy, że „władza się zawsze wyżywi”, w domyśle – kosztem obywateli.

Ponure lata osiemdziesiąte, które zasadnie można określić latami stanu wojennego mimo formalnego jego zniesienia, przyniosły powolną, lecz głęboką przemianę społecznych nastawień. „Cyniczna wizja polityki” przyjmowana była coraz powszechniej. Ponure doświadczenie codzienne przynosiło kolejne potwierdzenia znaczenia siły i przemocy w życiu społecznym. Wizja polityki jako dopełnienia podmiotowości człowieka we wspólnym życiu z innymi – jawiła się czystą utopią.

Zniszczenie idealizującego, ale zarazem uszlachetniającego obrazu polityki jako debaty we wspólnej sprawie, uważam za jeden z najbardziej destrukcyjnych skutków społecznych stanu wojennego. Nadzieję na możliwość dobrego urządzenia wspólnego życia zastąpiło zwątpienie, że szlachetne idee i porywy mogą cokolwiek znaczyć w zbiorowym życiu. Uznano, że koniec końców liczy się siła i jej możliwie sprytne użycie. Prowadziło to do afirmacji egoizmu: trzeba zwyciężać dla siebie, tocząc jawną i ukrytą walkę z innymi. Cyniczna wizja polityki prowadziła do uznania i upowszechnienia takiego modelu stosunków międzyludzkich, w którym współpracę zapewnić może tylko panowanie nad innymi, narzucenie im swojej woli. Jeśli nie chce się stracić na współdziałaniu z innymi, trzeba sobie zapewnić możliwie dominującą pozycję.

Lata stanu wojennego zahamowały rozwój wszelkiej społecznej inicjatywy. Baza solidarnościowego „podziemia” słabła i kurczyła się od połowy lat osiemdziesiątych z roku na rok, działanie wymagało coraz większej determinacji i przynosiło coraz mniej satysfakcji. Można mówić o narastającym kryzysie zarówno państwowym, jak i społecznym. Zwycięstwo zmilitaryzowanego państwa stawało się coraz bardziej problematyczne i niszczące: rządzący generałowie umacniali swą negatywną władzę, ale nie byli w stanie zmobilizować do pozytywnego działania nikogo poza własnym aparatem. Kryzys państwa był też kryzysem gospodarczym. Oznaczał narastającą eksploatację ogółu społeczeństwa, której końca nie było widać. Przytaczane już słowa, że „rząd się wyżywi”, padły przecież w tym właśnie kontekście.

Nie są to twierdzenia bezpodstawne. Tu także mogę się odwołać do prostego wskaźnika, jakim jest średnia długość życia. Lata osiemdziesiąte, lata stanu wojennego, to czas wyraźnego i szybkiego obniżania się średniej długości życia, szczególnie mężczyzn, ale i kobiet, choć dla nich spadek tego wskaźnika był mniejszy. Średnia długość życia to dobry wskaźnik, informujący ogólnie o sytuacji życiowej ludzi, nie tylko zresztą czysto materialnej, skoro już przełom lat 1989/1990 przyniósł zaskakujące zatrzymanie procesu spadku długości życia i zgoła błyskawiczne odwrócenie dotychczasowej tendencji. Pierwsze lata demokratycznej Polski na pewno nie przyniosły polepszenia warunków życia ogółu obywateli, wręcz odwrotnie: według obliczeń socjologów dochody gospodarstw domowych spadły o około 1/3, a mimo to średnia długość życia poczęła ponownie wzrastać.

Zmiana systemowa wydaje się skutkiem złożonego procesu, w którym społeczna odmowa uczestnictwa w zmilitaryzowanym, peerelowskim systemie miała znaczenie niezwykle istotne. Niechcący ustąpić system nie był w stanie wykrzesać żadnej społecznej, pozytywnej energii. W tym sensie doszedł do kresu swych możliwości organizacyjnych. Sprawdziło się powiedzenie Talleyranda, że na bagnetach nie da się usiąść – a zatem nie da się rządzić za ich pomocą.

Rozwiązaniem miało być raczej symboliczne niż realne włączenie społeczeństwa do obozu władzy. Gen. Jaruzelski i jego propaganda gloryfikowała wyraźnie Władysława Gomułkę, nic więc dziwnego, że odwołano się do rozwiązania wypróbowanego w 1956 roku. Tym razem jednak ożywiona „Solidarność” przyniosła skutki, które doprowadziły do radykalnej zmiany zasad ustrojowych.

Ani w społecznej pamięci, ani w codziennych postawach nie dominuje jednak w Polsce poczucie zwycięstwa i radość z odzyskania niepodległego, zasadniczo demokratycznego państwa. Z całą pewnością jednym z najważniejszych powodów tego faktu jest brak wyraźnej, symbolicznie wyrażonej moralnej cezury między PRL a nową Rzecząpospolitą Polską, tym bardziej że niektóre symboliczne postacie „Solidarności” i demokratycznej opozycji stały się piewcami ciągłości między dawnym a nowym porządkiem.

Sprzyjał temu na ogół niedoceniany fakt ogromnej emigracji z Polski grup najcenniejszych dla nowego ładu. Rozwój ruchu związkowego w 1981 roku wyłonił nową elitę społeczną, całe kręgi przywódców, liderów opinii, ludzi-symboli, tworzących wzory postępowania. Byli to ludzie bardzo różni, bardzo dobrze wykształceni i zgoła niewykształceni, ale budzący respekt i szacunek społeczny. Ogromna ich część wyjechała z Polski – w większości wypadków na zawsze. Społeczeństwo straciło swych najlepszych przedstawicieli i wypróbowanych reprezentantów. Ta strata ukazała się wyraźnie, gdy przystąpiono do tworzenia nowego państwa i nowych instytucji. Przez ten brak trzeba było zaakceptować starych ludzi w nowych układach, ale też dlatego ciągłość brała górę nad budowaniem nowego ładu.

Przekształcenia ustrojowo-instytucjonalne to największy sukces „ludzi Peerelu”, i to tych – ze społecznego punktu widzenia – najgorszych. Stan wojenny miał bowiem istotne skutki również dla PZPR i jej członków. Najogólniej można powiedzieć, że spowodował pogorszenie moralnego, ale i intelektualnego poziomu aparatu władzy. Wystąpili z partii lub zostali w niej zmarginalizowani ci, którzy zaangażowali się w proces partyjnej odnowy. Nieakceptacja stanu wojennego była częsta wśród tych partyjnych, którzy byli tam z jakichś ogólniejszych, ideowych pobudek. Występowali oni masowo z PZPR. Zostawali cynicy i karierowicze, dyspozycyjni i służalczy wobec „kierownictwa”. Oni tworzyli ład instytucjonalny stanu wojennego, oni też zebrali jego owoce. Gdy niespodzianie znaleźli się w nowej sytuacji ustrojowej, od początku mieli uprzywilejowaną pozycję, szczególnie ci, którzy tworzyli główną podporę zmilitaryzowanej PZPR: wojskowi i pracownicy MSW, szczególnie SB. Stali się oni – często niejawnymi – beneficjentami przekształceń ustrojowych, zwłaszcza gospodarczych.

Lata stanu wojennego to czas efektywnego obniżenia przeciętnego poziomu wykształcenia społeczeństwa. Władze wyciągnęły błyskawiczne wnioski z rozwoju ruchu „Solidarności” – pokazał on, jak niebezpieczni mogą być zbyt wykształceni robotnicy. W latach osiemdziesiątych obowiązywała szczególna strategia rozwoju oświaty: promowano zasadnicze szkoły zawodowe, jak najbardziej zmniejszając możliwości zdobycia matury przez robotników. Zarazem maksymalnie hamowano rozwój liceów ogólnokształcących – najpewniejszej drogi do zdobywania dalszego, pomaturalnego wykształcenia. Skutki tej strategii przyniosły długofalowe efekty, do dziś niemile obecne w naszym życiu społecznym.

Kryzys nie tylko państwowy, ale i społeczny w końcu lat osiemdziesiątych oznaczał jeszcze inną konsekwencję stanu wojennego i przystosowania się ludzi do powstałej sytuacji. Upowszechnienie się cynicznej wizji polityki i przekonania, że aby do czegoś w życiu dojść, trzeba działać „w pojedynkę”, sprzyjało załamaniu się wzorców współdziałania nie tylko w szlachetnych, ogólnych celach, ale nawet dla realizacji wspólnych z innymi interesów. Na pewno przyczyniło się do tego doświadczenie, które w początku stanu wojennego dawało wielką siłę obywatelom: słynny podział na „my-społeczeństwo” i „oni-partia-państwo”.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

Pod koniec lat osiemdziesiątych niewiele zostało z budujących znaczeń tego przeciwstawienia, natomiast na pewno długofalową jego konsekwencją – nakładającą się zresztą na wcześniejsze historyczne doświadczenia – był dwuznaczny stosunek do państwa i jego instytucji. Wprawdzie ogół Polaków deklaruje niezmienne uznanie dla zasady „państwa prawa”, ale zarazem mało kto jest gotów bronić tej reguły i poddać się prawu, gdy go ono dotyka. Doświadczenie stanu wojennego szczególnie uczyło, że trzeba raczej „kombinować” niż domagać się zmiany głupich i dyskryminujących praw na lepsze, sprawiedliwsze, bardziej racjonalne. Ta właśnie postawa obchodzenia tego, co nam niewygodne, wykorzystywania instytucji państwowych do partykularnych celów, wydaje się w polskim społeczeństwie bardzo powszechna, jeśli nie dominująca, nie zaś troska o to, aby te instytucje służyły równo wszystkim. Dzieje się tak, tym bardziej że przecież nowa Polska słabo zaznaczyła swe moralne podwaliny, słabo dała znać, iż nowe demokratyczne państwo jest nade wszystko państwem obywatelskim: państwem obywateli i dla obywateli. Lecz słowo „obywatel” nie odzyskało swego blasku po 1989 roku.

Ireneusz Krzemiński

Ireneusz Krzemiński – ur. 1949. Socjolog, dr hab. Profesor w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, rektor Wyższej Szkoły Zarządzania Personelem w Warszawie. Autor licznych publikacji, m.in. „Czy Polacy są antysemitami?”, „Solidarność. Projekt polskiej demokracji”, „Co się dzieje między ludźmi”. Członek Zarządu Polskiego PEN Clubu. Mieszka w Warszawie.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.