Zima 2020, nr 4

Zamów

Od szoku do oczyszczenia?

Wstrząsający artykuł Jerzego Morawskiego „Grzech w Pałacu Arcybiskupim” ukazał się w „Rzeczpospolitej”, gdy jeszcze w drukarni był poprzedni numer „Więzi”, a w nim dyskusja „Czy widmo sekularyzacji krąży po Europie?” W ramach tej dyskusji, podczas rozmowy o skandalach w Kościele, zauważyłem: takie sprawy dotychczas nie wypływały w naszym kraju na światło dzienne, chociaż wiemy, że istnieją. Katolicki publicysta może być nawet wdzięczny dziennikarzom poważnej prasy świeckiej, że nie wywlekają tych spraw na światło dzienne.

Interesującym tematem do dyskusji byłoby więc to, dlaczego niektóre redakcje postanowiły nie ujawniać stawianych abp. Juliuszowi Paetzowi zarzutów o homoseksualne molestowanie kleryków, choć wiele na ten temat wiedziały, a kierownictwo „Rzeczpospolitej” postanowiło nie zwlekać z publikacją. Tę dyskusję można jednak odłożyć na później. Nie pora teraz winić tych, którzy sprawę ujawnili. Słusznie napisali odpowiedzialni za decyzję „Rzeczpospolitej” Maciej Łukasiewicz i Jan Skórzyński: w trudnej sytuacji postawiło papieża postępowanie poznańskiego metropolity, a nie doniesienia prasowe na ten temat1.

W momencie powstawania niniejszego tekstu nie są jeszcze znane postanowienia Jana Pawła II dotyczące dalszego biegu sprawy poznańskiej. Jestem głęboko przekonany, że Papież podejmie mądre decyzje, które umożliwią oczyszczenie atmosfery w Kościele poznańskim, pozwolą ostatecznie wyjaśnić postawione zarzuty, zadośćuczynić wyrządzonym krzywdom i zainicjować proces niezbędnej odnowy.

Już teraz można jednak formułować pewne pytania i problemy istotne z punktu widzenia przyszłości Kościoła. W tej perspektywie najważniejsze stają się pytania nie o to, dlaczego prasa postanowiła napisać o zarzutach, lecz: jak w tej sprawie od szoku i bólu przejść do oczyszczenia. Skoro wierzymy, że prawda wyzwala i oczyszcza, to jak przyczyniać się do tego, aby rzeczywiście dokonywało się wyzwolenie i oczyszczenie? W jaki sposób publicznie mówić o tak bolesnym i delikatnym problemie? Czy nie grozi to podważeniem zaufania do duchownych, których większość pełni swą służbę pokornie i w prawdzie? Jakie wyciągnąć wnioski z przebiegu całej sprawy? Jak zabezpieczyć się przed podobnymi skandalami w przyszłości? Jak ukazywać świętość Kościoła pomimo grzechu jego członków?

Na te i podobne pytania w pierwszych tygodniach po ujawnieniu zarzutów wobec metropolity poznańskiego padło wiele mądrych i ważnych odpowiedzi2. Chciałbym je tutaj przypomnieć i uporządkować, by próbować wydobyć z całej sprawy jakieś dobro. Taka refleksja jest tym bardziej potrzebna, że – jak napisał mi w liście pewien ksiądz – można się obawiać, że „zwycięży w naszym Kościele opcja przemilczenia i przemodlenia wszystkiego w pokornej bezczynności”.

Odzyskać nadwerężone zaufanie

Po pierwsze, trzeba jasno sformułować problem. Nie chodzi mi o streszczanie zarzutów postawionych abp. Juliuszowi Paetzowi, lecz o zdiagnozowanie sytuacji Kościoła, z jaką mamy do czynienia po ujawnieniu tej sprawy.

Można się pocieszać, że sprawa ma charakter jednostkowy, że przecież w Polsce jest blisko 30 tysięcy księży. To prawda, ale takie pocieszanie może doprowadzić do przeoczenia prawdziwego problemu. Bardzo poważne i bardzo wiarygodne zarzuty postawiono przecież nie szeregowemu księdzu, lecz arcybiskupowi, jednemu z 13 metropolitów Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce.

Zdarzały się, oczywiście, przypadki kłamliwych oskarżeń. Najbardziej znany jest przypadek kard. Josepha Bernardina z Chicago, którego oskarżyciel przyznał się ostatecznie, że liczył na osiągnięcie korzyści finansowej. Ale przypadek poznański jest inny – nie opiera się na zeznaniu jednego człowieka, lecz na wielu świadectwach. Zeznania kleryków i księży, którzy osobiście doświadczali działań ze strony abp. Paetza, jednoznacznie odbieranych przez nich jako homoseksualne, wsparte są autorytetem duchownych i świeckich, którzy z pokrzywdzonymi zetknęli się osobiście. Gdyby oskarżenia miały okazać się nieprawdziwe, oznaczałoby to, że ktoś uknuł nikczemny, szeroko zakrojony spisek, wciągnął doń znaczną część poznańskiego duchowieństwa, omamił kleryków, którzy mieliby zeznawać niezgodnie z prawdą przeciwko swojemu pasterzowi, wprowadził w błąd świeckich działaczy katolickich (bardzo różnych ideowo), którzy występowali w tej sprawie itd., itp. Takie wyjaśnienie sprawy, teoretycznie do pomyślenia, jest jednak całkowicie absurdalne.

Najprawdopodobniej mamy tu zatem do czynienia z karygodnym zgorszeniem pełnych religijnej żarliwości młodych ludzi przygotowujących się do kapłaństwa, w dodatku z wykorzystywaniem zależności kleryka od swego biskupa. Dodatkowo zaś prawdopodobnie wchodzą w grę próby ukrywania i tuszowania sprawy przez osoby i instytucje kościelne uprawnione do jej zbadania i wyjaśnienia. W takiej sytuacji cierpi nie tylko opinia poszczególnych osób. Nadwerężone zostało zaufanie do Kościoła.

Trafnie sformułował diagnozę prezes Katolickiej Agencji Informacyjnej, Marcin Przeciszewski: nastąpiło publiczne obnażenie faktu, że Kościół nie jest w stanie poradzić sobie ze swoimi problemami. Taka sytuacja, jego zdaniem, łatwo wystawia Kościół na łup środowisk mu wrogich. Jednak główne niebezpieczeństwo tkwi bardziej wewnątrz niż na zewnątrz. Nie chodzi o obronę przed zewnętrznymi wrogami. Jedyny ratunek to znalezienie dość siły i energii w naszej wspólnocie eklezjalnej, aby dokonać tu głębokiego samooczyszczenia.

Wraz z publicznym pojawieniem się w Polsce zarzutów o nadużycia seksualne ze strony księży, zawitał do naszej ojczyzny problem znany już w innych krajach. W tym momencie toczy się niezwykle istotna walka Kościoła katolickiego o zaufanie, które zostało podważone przez osoby duchowne dopuszczające się poważnych nadużyć – stwierdza jezuita, o. Józef Augustyn. Nie jesteśmy w tej walce skazani na porażkę. Mam wrażenie, że ci ludzie, którzy mają obecnie wątpliwości, czy struktury kościelne potrafią radzić sobie z tego typu przypadkami, wręcz wyczekują uczciwych wyjaśnień, które pozwolą im odbudować zaufanie do Kościoła. Skoro sprawa stała się publiczna, to nie można już niczego ukrywać – trzeba wyjaśnić wszystkie zarzuty otwarcie, szybko i uczciwie.

Dalsze zaufanie wielu ludzi do Kościoła zależy od odpowiedniego wyjaśnienia sprawy. Mówię: wielu, ale nie wszystkich. Z jednej strony są bowiem ci, którzy trwale nastawieni są antykościelnie. Zarzuty wobec metropolity poznańskiego jedynie potwierdziły ich przekonanie, że „wszystkich czarnych należałoby wystrzelać” (tego typu opinie natychmiast masowo pojawiły się w internecie krytycznego lutowego dnia). Z drugiej strony są głęboko wierzący katolicy, którzy potrafią dojrzale odróżniać poważne nawet grzechy ludzi Kościoła od świętości Kościoła-Wspólnoty. Jest jednak (upraszczając) i trzecia grupa – ci, którzy raz ufają Kościołowi, a innym razem powtarzają stereotypowe hasła antyklerykalne. To właśnie przede wszystkim im – jednocześnie wiernym i „niewiernym” – potrzebne jest teraz wyjaśnienie sprawy i świadectwo świętości Kościoła.

Od reakcji ludzi i struktur Kościoła zależy zatem, czy da się odzyskać nadwerężone zaufanie i wiarygodność. I nie chodzi tu tylko o wiarygodność „zewnętrzną”, o wizerunek Kościoła w oczach mediów czy opinii publicznej, lecz przede wszystkim o „wewnętrzną” uczciwość życia Kościoła, które musi toczyć się w prawdzie. Wiadomo przecież, co Ewangelia mówi o „gorszeniu maluczkich” (Mt 18,6-7).

Grzech seksualny duchownych najczęściej ma miejsce wobec osób powierzonych ich pasterskiej pieczy. A zatem najpierw pomiędzy księdzem a przyszłą ofiarą powstaje zaufanie na poziomie duchowym, które następnie jest przez duchownego wykorzystywane dla zaspokojenia potrzeb erotycznych. Skala zgorszenia jest tu porównywalna z sytuacjami wykorzystywania seksualnego dzieci przez rodziców. Dobry duszpasterz powinien być ojcem. To ojcostwo duchownych jest tym bardziej ważne w czasach, w których ojcostwo w rodzinach jest tak poranione – mówi doświadczony rekolekcjonista i kierownik duchowy, o. Augustyn – najgorsza jest sytuacja, jeśli ktoś przychodzi do księdza jako do ojca, a on go potraktuje jak rzecz, wykorzysta go.

Wyciszyć sprawę nie znaczy rozwiązać problem!

Reakcje na ujawnione wypadki czynnego homoseksualizmu lub molestowania dzieci przez księży powinny być natychmiastowe i radykalne – mówi dalej o. Józef Augustyn. Najważniejsza w tej sytuacji jest krzywda konkretnego człowieka, to ofiara powinna być chroniona. Te uwagi nie odnosiły się do żadnego konkretnego przypadku, lecz do metody postępowania w tego typu sytuacjach. Jezuita nie głosił tu swojej opinii, lecz streszczał zalecenia wynikające z nauczania Kościoła. Podkreślał, że poprzez niedawny dokument dotyczący nadużyć seksualnych księży Kościół definitywnie kończy z tendencją „przenieść, ukryć, zapomnieć”.

Owszem, takie właśnie są zalecenia Stolicy Apostolskiej w przypadku postawienia zarzutów wobec księży o molestowanie seksualne. Podczas ubiegłorocznego watykańskiego spotkania biskupów, którzy byli mianowani w roku 2000 i 2001, kard. Anthony Bevilacqua z Filadelfii miał specjalny wykład o postępowaniu w przypadkach – jak to określił – „księży z trudnościami”. Wedle jego słów, podstawowym imperatywem działania Kościoła w takich sprawach jest zdecydowanie i szybkość3.

Wyciągając wnioski bardziej praktyczne, trzeba odpowiedzieć na pytanie o metody kościelnego postępowania wobec księży podejrzewanych o (jakiekolwiek) nadużycia seksualne. W Polsce najprostszą – a praktycznie jedyną stosowaną – metodą było dotychczas przeniesienie kapłana do innej parafii. Zakładano zapewne, że wyciszenie sprawy będzie automatycznie oznaczało jej rozwiązanie. Tymczasem ten sam lub podobny problem mógł się pojawić także w nowym miejscu.

Sprawa jest bardzo poważna, a doświadczenia gorszących skandali na tle seksualnym z księżmi w roli głównej doprowadziły niedawno do wydania listu apostolskiego Jana Pawła II „Sacramentorum sanctitatis tutela”, zobowiązującego biskupów do informowania Kongregacji Nauki Wiary o wszystkich przypadkach oskarżeń księży o nadużycia seksualne wobec nieletnich4. Według Kodeksu Prawa Kanonicznego, próg dorosłości jest wyższy niż w prawie cywilnym wielu krajów – w przypadku seksualnych nadużyć duchownych chodzi o działania wobec osób poniżej 18 roku życia. Jak wyraził się o. Augustyn: My księża grzeszymy jak wszyscy inni, ale nie wszystkie grzechy muszą być zgłaszane do Watykanu. Ten jeden, ze względu na szkodliwość, ma być jednak zgłaszany do Stolicy Apostolskiej. Co więcej, zastanawia motywacja, jaką dostrzega polski jezuita za tą decyzją papieską: Na poziomie lokalnym często usiłuje się takie sprawy schować, ukryć, zapomnieć o nich. Dlatego papież tak odważnie postawił sprawę [.] Zaangażowana jest w to najważniejsza kongregacja, Kongregacja Nauki Wiary.

Powyższe surowe normy postępowania dotyczą tylko podejrzeń o nadużycia seksualne wobec nieletnich. A co z przypadkami – zdarzającymi się przecież – gwałtów czy „jedynie” molestowania wobec osób dorosłych; co z problemem aktywnego homoseksualizmu wśród duchownych? Takie przypadki są i powinny być rozwiązywane siłami i środkami Kościoła lokalnego.

Rzecz jasna, lepiej, aby takie sprawy nie były roztrząsane publicznie. Dyskrecja gwarantuje przede wszystkim poszanowanie praw oskarżonego. Łatwo bowiem w tak delikatnych sprawach obrzucić kogoś błotem podejrzeń, z którego trudno się oczyścić nawet po oddaleniu zarzutów. Ujawnienie sprawy powoduje dodatkowe cierpienia poszkodowanych, budzi też niepotrzebne emocje opinii publicznej. Jednak ukrywanie może być dobrem tylko w takim wypadku, kiedy od razu reaguje się na zło – stanowczo stwierdził inny jezuita, ks. Dariusz Kowalczyk.

Problemów księży na tle seksualnym nie da się rozwiązać decyzją personalną o przeniesieniu do innej parafii. Bardzo często niezbędna jest specjalistyczna terapia. Czy są jednak w Polsce ośrodki, gdzie można by ją dyskretnie przeprowadzać wobec księży, którzy by jej potrzebowali? Czy biskupi są gotowi wysyłać swoich księży na takie sesje terapeutyczne?

Swoją drogą, wielka szkoda, że zdecydowania i szybkości w działaniu czasem brakuje w konkretnych przypadkach. Ks. Adam Boniecki – ale nie tylko on – uważa, że w sprawie abp. Paetza Stolica Apostolska, jak się wydaje, także nie reagowała na przekazywane monity. Zwraca on też uwagę na fakt, że komisja, która udała się do Poznania w listopadzie zeszłego roku, była wysłana osobiście przez Papieża. Nie znając wszystkich szczegółów, nie chcę sugerować czyjejkolwiek winy. Oczekiwanie na wewnątrzkościelne rozwiązanie tej sprawy trwało jednak zdecydowanie zbyt długo.

Na czym polega dobro Kościoła?

Błędne postępowanie ludzi Kościoła w przypadkach podobnych oskarżeń bierze się najczęściej z opacznie i krótkowzrocznie rozumianego dobra Kościoła. Wydaje się bowiem, że dla wyższego dobra należy pewne sprawy zbagatelizować, przemilczeć, zatuszować, ukryć. Tymczasem, jak pisał w „Więzi” przed miesiącem o. David Sullivan, w Irlandii najbardziej negatywne skutki w społeczeństwie wywołała nie sama fala skandali, lecz reakcja na nią ze strony episkopatu i wyższych przełożonych. [.] Ludzie uważali, że przez długi czas biskupom zależało przede wszystkim na losie zamieszanych w skandale księży, nie zaś na losie ofiar. Władze kościelne zaczęły reagować na problem dopiero wtedy, gdy zdały sobie sprawę, że nie można go już dłużej tuszować.

Podobnie było w innych krajach, gdzie miały miejsce analogiczne przypadki. Takich smutnych wydarzeń było na świecie, niestety, dużo (rzecz jasna, dotyczą one nielicznej grupy duchownych, w wielu krajach bardzo jednak ciążą nad ogólnym wizerunkiem księży). Można było zatem przypuszczać, że prędzej czy później pojawią się także w Polsce, statystycznie bowiem pewne skłonności rozkładają się podobnie, niezależnie od przynależności narodowej. Kościół w naszym kraju, o ile wiem, do tej pory nie posiada jednak żadnych wytycznych co do zasad postępowania w podobnych sytuacjach. Ale nawet bez instrukcji każdej osobie jako tako zorientowanej w sprawach Kościoła doświadczenia zachodnie powinny jasno wskazywać, że przy ujawnieniu sprawy najgorszą metodą jest chowanie głowy w piasek i udawanie, że nic się nie stało.

Na łamach „Więzi” przestrzegaliśmy przed takim postępowaniem już w sierpniu ubiegłego roku. Jacek Borkowicz, pisząc o reakcjach metropolity przemyskiego na oskarżenia wobec proboszcza z Tylawy, wskazywał na ryzyko powielania w Polsce niedobrych schematów zachodnich reakcji na ujawnianie zarzutów dotyczących nadużyć seksualnych ze strony duchownych. Pisał też: prawdziwe dobro Kościoła to [.] nie jego wizerunek publiczny, nie obrona instytucji, ale dobro tych, których Ewangelia nazywa „owieczkami”, tych najmniejszych, o których mówi Jezus [.] Dobro Kościoła to dobro dzieci.

W przypadku poznańskim dobro Kościoła to nie tylko troska o dobre imię arcybiskupa, lecz przede wszystkim o tamtejszych seminarzystów, którzy najprawdopodobniej otrzymywali niemoralne propozycje ze strony swojego pasterza, na którego ręce mieli złożyć śluby posłuszeństwa. W wielu kościelnych reakcjach zabrakło troski o tych młodych ludzi, którym szokujące doświadczenia z kościelnym hierarchą mogły zawalić w gruzy hierarchię wartości. Tego współczucia zabrakło również w liście rektorów uczelni poznańskich, którzy przekonywali, że abp Juliusz Paetz ma znaczne zasługi dla kultury i sztuki. To prawda, ma on zasługi także dla Kościoła. Czy to jednak cokolwiek zmienia w ocenie zarzucanych mu czynów?

Znamienne, jak odkrywczo zabrzmiała w tym klimacie – zdawałoby się, oczywista – wypowiedź abp. Życińskiego w Radiu Zet, że godność alumna z seminarium w oczach Bożych nie jest mniejsza od godności arcybiskupa. To przecież elementarz chrześcijaństwa, a okazuje się, że jego znajomości zabrakło tak wielu wypowiadającym się (a tym bardziej: niewypowiadającym się) na ten temat.

Chciałoby się, abyśmy w naszej ojczyźnie nie musieli powtarzać wszystkich błędów, jakie w tego typu sprawach popełniono w innych krajach. Ten katalog błędów jest długi – nie chcę ich tu przytaczać, tak są bolesne. Wierzę, że w Polsce nie będziemy musieli przechodzić przez ogień aż tak trudnego oczyszczenia.

W naszym kraju, w znanych publicznie przypadkach tego typu, pierwotna inicjatywa była po stronie ludzi Kościoła. Nawet jeśli ich działania nie osiągały oczekiwanych skutków, ważne, że to oni jako pierwsi mówili „nie” sytuacjom, które odczytywali jako grzeszne. Dowodzi to, że inspiratorami działań na rzecz oczyszczenia nie muszą być media. Umacnia to też nadzieję, że w polskim Kościele powstaną odpowiednie mechanizmy i instytucje służące do szybkiego i dyskretnego rozwiązywania pojawiających się ewentualnie w przyszłości podobnych problemów.

Upomnienie braterskie

Przebieg sprawy poznańskiej – także w okresie przed jej ujawnieniem – dobitnie pokazał, jak bardzo pasterze Kościoła w Polsce potrzebują zaufania swoich wiernych, a oni potrzebują dobrych pasterzy.

Bolesny był natomiast brak odpowiednio wczesnych reakcji na pojawiające się zarzuty wobec metropolity poznańskiego. Trafnie wyraził te uczucia Józef Maria Ruszar: boli wiernych brak reakcji ze strony braci w biskupstwie księdza Juliusza Paetza. Jego grzech, będący zgorszeniem dla kleryków i kapłanów poznańskiej diecezji, wcześniej czy później musiał stać się zgorszeniem całego Kościoła polskiego. Do zrozumienia tego wystarczało światło przyrodzonego rozumu, bez oczekiwania na interwencję Ducha Świętego. [.] Jeszcze niedawno były możliwości zapobieżenia rozmiarom zgorszenia.

Po ujawnieniu sprawy wielu zszokowanych wiernych oczekiwało na ciepłe słowo swoich pasterzy. Niektórzy biskupi wychodzili naprzeciw potrzebom refleksji nad problemem grzechu w Kościele – zwłaszcza abp Józef Życiński (komentował wydarzenia z Jerozolimy) i bp Tadeusz Pieronek (z łóżka szpitalnego), a później także abp Tadeusz Gocłowski. Ważna była także wypowiedź Prymasa Polski dla KAI: Każda prawda oczyszcza człowieka, dlatego nie lękam się jej, nawet kiedy dotyczy osoby na tak ważnym stanowisku jak arcybiskup. Tych ważnych słów zabrakło jednak w pierwszej wypowiedzi Księdza Prymasa. Padły one dopiero czwartego dnia po nagłośnieniu zarzutów przez media, a – jak trafnie zauważył Piotr Semka – w tej sprawie czas medialny płynie inaczej niż czas instytucji kościelnych. Na świadomość współczesnych – zarówno wiernych, jak i osób z pogranicza Kościoła – o wiele większy wpływ ma czas medialny. A według jego miary reakcje powinny następować jak najszybciej.

Rzecz jasna, przełożonym metropolity jest wyłącznie papież, i tylko on może podejmować w tej sprawie decyzje. Z formalnego punktu widzenia, polscy biskupi nie mieli w tej sprawie wiele do powiedzenia. Czy jednak we wspólnocie Kościoła – który ma być domem i szkołą komunii – nie powinny działać także inne mechanizmy służące oczyszczaniu? Wiadomo, że od wielu miesięcy liczni duchowni i świeccy katolicy zwracali się bezpośrednio do abp. Paetza i do Stolicy Apostolskiej z pytaniami bądź sugestiami co do dalszego pełnienia przez niego funkcji metropolity wobec postawienia tak ciężkich zarzutów. Tym ludziom (wielu to podwładni metropolity) należy się prawdziwy szacunek za chrześcijańską odwagę, z jaką podejmowali tę sprawę, pomimo restrykcji, jakie mogły ich spotkać, a niekiedy rzeczywiście spotykały. Skoro możliwe były takie działania, to uzasadnione jest pytanie, czy bracia w biskupstwie metropolity poznańskiego próbowali zastosować wobec niego znaną doskonale w Kościele metodę, jaką jest upomnienie braterskie?

Sprawę można poszerzyć. Ks. Stefan Moszoro-Dąbrowski, z dalekiej przecież od progresizmu organizacji Opus Dei, mówi: W Kościele powinna być dozwolona pomoc przełożonemu przez upominanie go. Według ks. Moszoro-Dąbrowskiego, założyciel Opus Dei, bł. Josemaria Escriva de Balaguer, miał trudności z przeforsowaniem w statucie tej organizacji zasady, że jej członek ma prawo upominać najwyższego przełożonego. Ostatecznie przyjęto rozwiązanie, że są specjalne osoby, których zadaniem jest zwracanie uwagi przełożonemu. Czyż nie jest to dobra metoda dla każdego, kto sprawuje jakąkolwiek władzę? Zwłaszcza w Kościele, w którym obowiązywać winna zasada: Królowie narodów panują nad nimi, a ich władcy przybierają miano dobroczyńców. Wy zaś nie tak macie postępować. Lecz największy między wami niech będzie jak najmniejszy, a przełożony jak sługa (Łk 22,25-26).

Rzecz jasna, nie jest łatwo przewidzieć, jak każdy z nas postępowałby, gdyby był na miejscu drugiego. Szczerze wyznał to abp Gocłowski: nie wiem, jak bym się zachował na miejscu [pomocniczych – Z. N.] biskupów poznańskich, którzy stykali się z problemem na co dzień. Nie wiedząc, jak się sami zachowalibyśmy, można jednak formułować postulat, jak powinno wyglądać zachowanie właściwe. Przypuszczam, że bym poszedł do biskupa – kontynuował abp Gocłowski – i powiedział: „Tak dalej nie można, jeśli to jest prawda, i dlatego przestaniemy milczeć”. Takiego właśnie klimatu szczerości – przerwania milczenia wokół sprawy, o której wiedziało bardzo wiele osób – zabrakło wśród biskupów poznańskich, ale też, jak można przypuszczać, w gronie całego Episkopatu.

Ucieczka przed rzeczywistością?

Po ujawnieniu zarzutów całkowicie zawiodła polityka informacyjna Sekretariatu Episkopatu Polski. Rzecznik Konferencji Episkopatu potrafił wydać jedynie lakoniczny komunikat stwierdzający, że skoro sprawa, o której mówi się w artykule, została przedłożona Stolicy Apostolskiej, to znajdzie ona zapewne właściwe wyjaśnienie i rozwiązanie. Jakiekolwiek medialne naciski wywierane w tym czasie rodzą pytanie co do intencji takich poczynań.

Komunikat ten był formalnie jedynie niepodpisaną informacją Biura Prasowego Episkopatu Polski. Czyżby rzecznik oczekiwał, że media dostrzegą niską rangę tego komunikatu? Stało się raczej odwrotnie. Powszechna stała się interpretacja: „Episkopat powątpiewa w intencje autorów publikacji”. Okazało się, że osoba ustanowiona łącznikiem biskupów z opinią publiczną – odpowiedzialna za kształtowanie publicznego wizerunku Konferencji Episkopatu Polski, a pośrednio także całego Kościoła – nie ma na ten temat nic do powiedzenia. Czy w takiej sytuacji rzecznik nie mógłby powiedzieć wprost do kamery kilku słów o świętości Kościoła i grzechu w Kościele, o dogłębnym analizowaniu sprawy oraz solidarności z poszkodowanymi, ktokolwiek się nimi okaże – klerycy czy arcybiskup.?

Na problem braku odpowiedniej polityki medialnej Kościoła w Polsce zwrócił uwagę także Piotr Semka. Sprawa nie jest łatwa, bo Kościół, a zwłaszcza jego urzędowi słudzy, nie są przyzwyczajeni do roli prasy jako społecznego sędziego i stróża moralności. Najłatwiej powiedzieć: Ukamienowali biskupa. A przecież nawet jeżeli prasa często nadużywa swej roli kontrolnej, to jednak poważne, udokumentowane doniesienia mediów powinny być traktowane serio. Nie można stosować taktyki strusia – wyłączać telefony, nic nie mówić. Dziś media ingerują w życie nie tylko polityków, gwiazd ekranu, ale i w tak specyficzną instytucję, jaką jest Kościół – pisał Semka. Musi się on liczyć z tym, że każde zaniechanie lub choćby spowolnienie w podejmowaniu decyzji może być uznane za przejaw złej woli lub chęć zatuszowania sprawy. Czy jest do tego przygotowany?

Semka, znany publicysta prawicowy i dziennikarz TV Puls, zwracał też uwagę, że środowiska konserwatywnych katolików, które zaangażowały się wcześniej w próby wyjaśniania sprawy abp. Paetza, praktycznie ucichły po publikacji „Rzeczpospolitej”: Gdy sprawa stała się publiczna, lęk przed manipulacją przez media wziął górę nad uznaniem, że problem istnieje. To nieroztropne i schematyczne myślenie. Jedyną właściwie osobą ze środowisk konserwatywnych, które miały odwagę komentować sprawę po jej ujawnieniu, był Marcin Libicki, obecnie poseł PiS. Wielka szkoda, że jego ideowi przyjaciele nie okazali mu tego samego wsparcia, co na poprzednich etapach sprawy. Tym samym mogło powstawać absolutnie mylne wrażenie, że próby wyjaśnienia i komentowania całego problemu są „prywatną sprawą” ks. Adama Bonieckiego i kilku innych osób, które zdecydowały się zabrać głos publicznie.

Skoro nie było odpowiedniego wsparcia ze strony rzecznika Episkopatu, nic dziwnego, że pogubili się niektórzy katecheci czy kaznodzieje. Sytuacja osoby prowadzącej lekcje religii bezpośrednio po publikacji tekstu „Grzech w Pałacu Arcybiskupim” była z pewnością nie do pozazdroszczenia. Z moich rozmów – zarówno z młodzieżą, jak i katechetami – odnoszę wrażenie, że niewielu było nauczycieli religii, którzy postanowili w jakiś sposób odnieść się do tej rzeczywistości, która poprzez media zbulwersowała przecież ich uczniów. Częściej zdarzało się uciekanie od niej w inną rzeczywistość – modlitwy. Owszem, należało się wówczas modlić, ale także trzeba było jakoś pomagać młodym, często zagubionym ludziom ogarnąć ten trudny problem.

Rzecz jasna, modlitwa (podobnie jak post) to właściwa odpowiedź człowieka wierzącego na zło, o którym się dowiaduje. Pokusą nie jest samo uciekanie się do modlitwy, lecz skłonność do traktowania modlitwy jako ucieczki od zbyt trudnej rzeczywistości. Można bowiem zamknąć ból w milczeniu. Modlitwa może się wówczas stać wymówką dla własnej bezczynności.

Co zatem należy robić? Jak reagować na zło pojawiające się w Kościele? Nie mam gotowych odpowiedzi na te pytania. Warto na razie przynajmniej je sformułować – z nadzieją, że wspólnie uda się znaleźć odpowiedzi5. Na czym polega nasza odpowiedzialność za Kościół, za ludzi Kościoła w sytuacjach kryzysowych? Kiedy uzasadniona dyskrecja przeradza się w niedopuszczalne asekuranctwo? Czy modlitwa to naprawdę wszystko, co powinniśmy czynić? Czy modlitwa bez uczynków nie jest martwa? Czy pokorne oczekiwanie – w przypadku kogoś, kto ma jakiekolwiek możliwości oddziaływania, przekazywania informacji, alarmowania – nie staje się bezczynnością? Bezczynnością grzeszną – bo dobrowolną i świadomą, że sumienie wzywa do czegoś więcej.

Jak należy reagować na plotki, pomówienia, podejrzenia, a jak na poważne poszlaki świadczące o grzechach osób pełniących funkcje kościelne – zarówno duchownych, jak i świeckich? Czy jako postronny chrześcijanin mam obowiązek odróżniać pomówienia od poszlak, czy mam obowiązek podejmowania osobistych dociekań w sprawie tzw. publicznych osób Kościoła? Na czym polega szanowanie godności osoby – tej, na którą pada cień podejrzeń, i tej, co do której posiadamy moralną pewność, że jest winowajcą?

Na czym polega dojrzałe i odpowiedzialne chrześcijaństwo w sytuacjach konfliktu sumienia? Kiedy miłosierdzie przestaje być sobą i przeradza się w pobłażliwość? Jak praktycznie realizować słowa Jezusa z Ewangelii Mateusza 18,15-17, zachęcające do upominania braci najpierw w cztery oczy, następnie wobec świadków, a wreszcie: Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi.? Czy można uznać, że w dzisiejszych warunkach dopuszczalne jest publiczne ogłaszanie zarzutów? Zawsze – także publicznie – należy mówić prawdę z miłością: tak, aby nikogo zbytecznie nie ranić, aby leczyć, a nie rozdrapywać rany. Jak jednak praktycznie realizować to zalecenie w tak trudnych sytuacjach?

Celibat do reformy?

Wśród sugestii, jakie pojawiły się w polskich mediach po ujawnieniu zarzutów wobec metropolity poznańskiego, znalazły się również „dobre rady” osób, które podpowiadały Kościołowi zasadniczą reformę w podejściu do celibatu księży, jak też zmianę stosunku do osób o skłonnościach homoseksualnych.

Sprawa celibatu wydaje się prostsza. Wystarczy bowiem nieco głębiej zaznajomić się z problemem wykorzystywania seksualnego nieletnich, by dostrzec, że jego źródłem nie jest celibat. Po pierwsze, problem ten wśród księży nie jest większy niż w takich grupach zawodowych, jak nauczyciele czy lekarze; po drugie zaś, nie jest on większy w Kościołach zachowujących obowiązkowy celibat niż w tych, które dopuszczają małżeństwa swych urzędowych przedstawicieli. Jak wskazuje Philip Jenkins – autor pionierskiej książki „Pedophiles and Priests. Anatomy of Contemporary Crisis”, co ważne: niekatolik – choć amerykańskie media najczęściej piszą o „kapłanach-pedofilach”, równie często mogłyby pisać o pastorach-pedofilach. W Ameryce Północnej poważne skandale na tle seksualnym z udziałem duchownych zdarzały się w Kościołach chrześcijańskich różnych wyznań, ale również wśród Świadków Jehowy, mormonów, Żydów, buddystów i wyznawców Kriszny. Według Jenkinsa najmocniej dotknięty tym problemem jest Kościół episkopalny (anglikański) w Kanadzie. Jedna z jego diecezji znajduje się na skraju bankructwa ze względu na wysokie odszkodowania, jakie musi wypłacać za nadużycia spowodowane przez swoich księży – a przecież ten Kościół nie stawia wymagania obowiązkowego celibatu. Żadną miarą nie da się zatem obiektywnie przedstawić nadużyć seksualnych ze strony kleru jako kryzysu celibatu.

I choć wiadomo, że istnieją i będą istnieć problemy z przestrzeganiem celibatu przez księży; że obowiązkowość celibatu nie jest dogmatem wiary, a są też wschodnie Kościoły katolickie pozostające w łączności z Biskupem Rzymu, które zezwalają na małżeństwa księży; choć można sobie wyobrazić, że i w Kościele rzymskokatolickim celibat może być kiedyś w przyszłości dobrowolny – to stawianie postulatu zreformowania katolickiego podejścia do celibatu w kontekście problemu homoseksualnego molestowania kleryków jest po prostu nieuczciwe.

Homoseksualizm a Kościół

Stosunek Kościoła do problemu homoseksualizmu opiera się na fundamencie biblijnym. Nie można pozostawać w zgodzie z Pismem Świętym i uznawać zachowań homoseksualnych za moralnie dopuszczalne. Nie znaczy to jednak, że nie ma w Kościele miejsca dla osób o skłonnościach homoseksualnych. Nauczanie Kościoła odróżnia predyspozycje homoseksualne od zachowań. Same skłonności nie podlegają ocenie moralnej, lecz dopiero uleganie im (tak jak w każdej innej materii grzechu – nie pokusa jest grzeszna, lecz świadome i dobrowolne uleganie jej).

Tyle doktryna. Skoro jest zaczerpnięta z Biblii, to dla osób wierzących powinna pozostawać poza dyskusją (niektórzy powołują się na zmienne uwarunkowania kulturowe i historyczne, lecz argumentacja ta nie wytrzymuje próby). Jest jednak wielki obszar do dyskusji: co praktycznie można zaproponować osobom o skłonnościach homoseksualnych, które chcą być autentycznymi katolikami? Wiele doświadczeń, dobrych i złych, ma tu Kościół w USA. W Polsce godne przywołania jest zwłaszcza doświadczenie działającej w Lublinie od początku lat dziewięćdziesiątych grupy „Odwaga”, którą koordynują osoby związane z ruchem „Światło-Życie”. Intelektualnym owocem ich działalności są dwie międzynarodowe konferencje i książki pod wspólnym tytułem „Wyzwolenie w Chrystusie jako zasada działań pastoralnych wobec osób o orientacji homoseksualnej”.

Istnieje też problem obecności osób o skłonnościach homoseksualnych wewnątrz struktur kościelnych. Nie potrafię ocenić, jak jest wielki. Jego istnienie potwierdzają liczni wychowawcy seminaryjni. Sprawa jest niezwykle bolesna i trudna. Tymczasem – pomimo prób, podejmowanych w Polsce głównie przez jezuitów – wydaje się, że ciągle nie mamy w naszym Kościele odwagi i właściwych instrumentów do dyskusji na ten temat. Według o. Augustyna nie tylko przełożeni mają rozwiązywać takie problemy, [.] to jest problem odpowiedzialności całego środowiska. [.] Jeżeli w imię złej solidarności klerycy tolerują zachowanie homoseksualne swoich kolegów, to oni – już na tym etapie – biorą odpowiedzialność za krzywdy, jakie będą wyrządzone wspólnocie Kościoła za kilka czy nawet kilkanaście lat.

W zakonach męskich na Zachodzie problem homoseksualizmu jest niekiedy bardzo poważny. W Polsce skala problemu jest chyba dużo mniejsza. Zaprzyjaźnieni zakonnicy prywatnie mówią jednak o tym, że spotykają się z niebezpiecznymi przejawami kastowości wśród swych współbraci o skłonnościach homoseksualnych, nawet gdy wiadomo skądinąd, że ich więź nie wynika z grzesznych aktów. Sam fakt wzajemnego popierania się osób o skłonnościach homoseksualnych bywa jednak wystarczająco destrukcyjny dla wspólnoty zakonnej. Czy przełożeni potrafią sobie z nim radzić? Czy mogą podzielić się swymi doświadczeniami? Nieuchronnie pojawić musi się też pytanie, dyskutowane w wielu krajach, o dopuszczanie osób o skłonnościach homoseksualnych do kapłaństwa6.

W kontekście sprawy poznańskiej niektórzy komentatorzy zwrócili uwagę na jeszcze inny problem: czy w Kościele istnieje lobby homoseksualne? Powyższe pytanie dotyka chyba najbardziej mrocznej z poruszonych tutaj kwestii. Ewentualna odpowiedź pozytywna oznaczałaby nie tylko, że we wspólnocie Kościoła mogą pojawiać się – co jest jeszcze zrozumiałe – grupy nacisku, ale że poczucie zwartości tych grup może opierać się na więzi zbudowanej wokół grzechu, że może chodzić o solidarność w złu.

Na problem istnienia homoseksualnych grup nacisku także wewnątrz Kościoła zwróciła uwagę Kongregacja Nauki Wiary już w 1986 roku, w „Liście do biskupów Kościoła katolickiego o duszpasterstwie osób homoseksualnych” (nr 8, 9). Jak pisał Dariusz Kowalczyk SJ, tu i ówdzie możemy mieć do czynienia ze skomplikowaną sytuacją niejasnych powiązań opartych na szantażu i homoseksualnej namiętności. Rodzi się pytanie: Czy istnieje w Kościele i wokół Kościoła lobby homoseksualne? Bez względu na odpowiedź wydaje się, że potrzeba w tej sprawie dużej odwagi i mądrości. W przeciwnym razie instytucji Kościoła grożą dwuznaczność i nieszczerość podkopujące jej autorytet7.

Jeszcze dalej idące obawy formułuje o. Augustyn: Najbardziej destruktywne byłoby, gdyby w Kościele takie osoby (zwłaszcza te, które sprawują odpowiedzialne funkcje) wzajemnie się popierały. Nawet jeśli to byłby tylko mały procent, to największym zagrożeniem byłyby układy i powiązania między nimi.

Nie posiadam wystarczającej wiedzy, która mogłaby pozwolić na udzielenie odpowiedzi na pytanie o istnienie homoseksualnego lobby w Kościele. Może to zresztą dotyczyć różnych poziomów życia i działania Kościoła. Nie sposób opierać się tu na plotkach czy pogłoskach. Wydaje się jednak, że pytanie to trzeba stawiać, tak jak wiele innych wcześniej przytoczonych, oraz – odważnie i roztropnie – poszukiwać na nie odpowiedzi.

Gdzie jest lekarstwo?

Jednym ze znaków świętości Kościoła jest jego nieustanne oczyszczanie się i odnawianie. W Liście do Efezjan czytamy: wszystkie te rzeczy, gdy są piętnowane, stają się jawne dzięki światłu, bo wszystko, co staje się jawne, jest światłem (Ef 5,14).

Na pytanie, jaka jest najlepsza obrona przed oskarżeniami księży o nadużycia seksualne, abp John Foley odpowiedział: Naszą najlepszą obroną jest cnota, a gdy jej brakuje – szczerość. Ks. Moszoro-Dąbrowski mówi: szczerość to ujawnianie tego, co chcielibyśmy ukryć. Przy dobrym kierownictwie duchowym, przy szczerości i spowiedzi człowiek znajduje lekarstwo na swoje słabości. I to lekarstwo jest w Kościele.

Zbigniew Nosowski

_______________________________________
1 Z punktu widzenia Kościoła ten sam pogląd najbardziej dobitnie wyrazili najpierw bp Tadeusz Pieronek, a następnie abp Józef Życiński. Ten ostatni uznał ukrywanie trudnej prawdy i problemów wewnętrznych Kościoła przed mediami za przejaw dulszczyzny. Gdybyśmy budowali etykę podporządkowaną zasadzie, „żeby tylko się media nie dowiedziały”, to doszlibyśmy do jakiejś wersji moralności pani Dulskiej.

2 Konsekwentnie pomijam w tym tekście aberracyjne opinie, takie jak wypowiedź posłanki Anny Sobeckiej z Ligi Polskich Rodzin: Nie znam problemu, ale jestem przekonana, że chodzi o ośmieszenie Polski, czy posądzenia „Naszego Dziennika”, że mamy tu do czynienia z dawno przygotowaną nagonką na Kościół. Tego typu opinie nie są nawet godne polemiki i nie dziwię się, że dość spokojny zazwyczaj abp Tadeusz Gocłowski nie chciał w Polskim Radiu komentować – jak powiedział – gazety, z której ideologią, jeśli tak można powiedzieć, się nie utożsamiam.

3 Zob. kard. Anthony Bevilacqua, „How to Deal with Cases of Priests with Difficulties”, w: „Duc in altum. Pellegrinaggio alla tomba di San Pietro e incontro di riflessione per i nuovi Vescovi nominati dal 1 gennaio 2000 al giugno 2001”, Congregazione per i Vescovi, Citta del Vaticano 2001.

4 Więcej ten temat pisał Józef Majewski w „Kronice religijnej”, „Więź” 2002 nr 2.

Czytasz Więź? Wspieraj od dziś

5 Wiele z postawionych tu problemów zostało sformułowanych w licznych listach, jakie otrzymałem. Nie cytuję nazwisk ich autorów, bo nie jestem do tego upoważniony.

6 Zob. np. „Kronikę religijną” w bieżącym numerze „Więzi”.

7 Cytowany tu artykuł o. Kowalczyka dla „Wprost” został poddany daleko idącej obróbce redakcyjnej. W całości dodano m.in. zdanie: Na razie jednak dla katolików te fantazje pozostaną fantazjami, sprzecznymi z nauczaniem Kościoła, które sugeruje, jakoby autor uważał naukę Kościoła w sprawie homoseksualizmu za aktualną jedynie na razie.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.