Wakacyjna promocja Wydawnictwa Więź

Lato 2021, nr 2

Zamów

Czy Papież wtargnął na Ruś?

Czy Jan Paweł II dokonał, jak mówią rzecznicy rosyjskiego prawosławia, „wtargnięcia na Ruś” – najpierw przez decyzję o ustanowieniu katolickich diecezji, a potem przez „teleobecność”?

Ta druga sprawa jest oczywista. Mówienie o „wtargnięciu na Ruś” przez telemost jest po prostu aberracją. Przypomina się tu natychmiast istnienie bariery informacyjnej na granicach Związku Sowieckiego. W eterze stwarzały ją zagłuszarki, a na granicach materialnych – celnicy. Kiedy w latach 1969-1976, a potem po roku 1983 potajemnie duszpasterzowałem w ZSRR, ilekroć przekraczałem granicę, przychodziła do mnie celniczka i pytała „uprzejmym” głosem: Pornografia i czto-to religioznoje u was jest’?

Jeśli zaś chodzi o ustanowienie w Rosji normalnych katolickich struktur kościelnych, myślę, że cały problem ma bardzo stare korzenie, jeszcze carskie. Chodzi mianowicie o jakiś irracjonalny lęk przed Rzymem, lęk, w którym zawiera się poczucie własnej mniejszej wartości, a od innej strony – przecenianie organizacyjnej skuteczności Kościoła rzymskiego. Za carskich czasów były to przede wszystkim lęk i – łagodnie mówiąc – niechęć wobec jezuitów, choć w gruncie rzeczy – jakaś nimi fascynacja. Wszyscy prawosławni uważali jezuitów za coś najgorszego, organizację niesłychanie sprytną i skuteczną. Co ciekawe jednak, prawosławni, którzy się w końcu XIX wieku nawracali na katolicyzm, natychmiast wstępowali właśnie do jezuitów – przykładem książę Gagarin, Martynow i wielu innych, cała plejada późniejszych jezuitów paryskich (Rosjanie po przejściu na katolicyzm musieli oczywiście opuścić Rosję).

Ten lęk przed katolicyzmem trwa do dziś, spotęgowany w znacznym stopniu przez to, że w czasach sowieckich izolacja społeczeństwa rosyjskiego od świata, w tym od Kościoła rzymskiego, była oczywiście o wiele głębsza niż w czasach carskich, a doszła do tego jeszcze nienawiść w ogóle do religii i Kościoła.

W tej chwili Kościół prawosławny w Rosji czuje się bardzo słaby. I słusznie, bo taki rzeczywiście jest – bezradny wobec swojej najświeższej przeszłości, ma też bardzo ograniczony kontakt z własnym społeczeństwem. To społeczeństwo zostało „wyczyszczone” z tradycji chrześcijańskiej i narodowej oraz przetworzone w produkt – wprawdzie dość podłego gatunku, ale jednak – zachodniej cywilizacji. Jak wiadomo, bolszewizm to był marksizm plus darwinizm społeczny i prymitywny pozytywistyczny racjonalizm, z czego zresztą powstała swego rodzaju quasi-religia. Zapanowała w umysłach na dłuższy czas – oczywiście nie przyjęta dobrowolnie, ale narzucona. Teraz ludzie niby odrzucili to wszystko, ale tamta formacja umysłowa jednak pozostała i nie da się jej tak łatwo przekroczyć. Na pewno bliżej im dziś mentalnie do Koła Wiedeńskiego niż do platonizującej „mistycznej” atmosfery prawosławia.

Kiedy w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych odwiedzałem Rosję, zauważałem tam pewną prawidłowość. Otóż jeśli ludzie wracający do religii zaczynali od problemów metafizycznych, trafiali przeważnie albo do Kościoła katolickiego, albo do protestantyzmu. Protestantyzm – myślę tu zasadniczo o działających w Rosji tzw. wolnych Kościołach, ruchach przebudzeniowych itd. – przyciągał raczej proletariat i niższą klasę średnią, natomiast inteligencja oscylowała wokół katolicyzmu. Jeśli natomiast ktoś zaczynał swoje duchowe odrodzenie od szukania korzeni narodowych, kulturowych, tych sprzed rewolucji, znajdywał oczywiście swoje miejsce w prawosławiu, nie tylko oficjalnym, ale też w różnych wywodzących się z niego ruchach.

Dzisiaj Kościół prawosławny w Rosji boi się więc przyszłości. Myśl o przyjaznym modus vivendi z Kościołem zachodnim wydaje się zbyt niebezpieczna i dlatego jest przez Patriarchat Moskiewski de facto odrzucana. Brak zaufania do własnej Cerkwi wyraża się w tym, że w swojej rewindykacyjnej polityce misyjnej przywódcy Patriarchatu stawiają nie na odrodzenie prastarej kultury rosyjskiej – tej pięknej, wspaniałej kultury, zwłaszcza z przełomu wieków XIX i XX – ale na szowinistyczne, nacjonalistyczne trendy. Odwołują się nie do Sołowjowa, Bułgakowa i Bierdiajewa, lecz do „czarnej sotni”.

Na tym tle Kościół katolicki w Rosji dziedziczy pogłębioną i zaostrzoną niechęć, odczuwaną dawniej wobec jezuitów. Dzisiaj już nie tylko sami jezuici, ale po prostu katolicy są „znakomici organizacyjnie, chytrzy, sprytni i nastawieni na to, by zniszczyć prawosławie”. Na szczęście nie wszyscy prawosławni w Rosji ulegają tej atmosferze strachu przed Kościołem katolickim. Są kręgi, głównie inteligenckie, które patrzą jaśniej, nie są tak zaściankowe. Lęk, szowinizm i nienawiść zawsze bowiem są pochodną jakiegoś mentalnego zaścianka, w którym się żyje. To samo zjawisko przecież obserwujemy w Polsce, wewnątrz Kościoła katolickiego.

Stosunek Rosjan do katolicyzmu ma też swój aspekt polski. Epizod militarnej interwencji Polaków w Moskwie w czasie „wielkiej smuty” na początku XVII wieku – którym zresztą nie mamy powodu się chlubić – jest żywy w świadomości Rosjan, świadomości wciąż imperialnej. Pamiętajmy, że Rosja przestała być imperium dopiero dziesięć lat temu, a przedtem była nim co najmniej od XV wieku. Mentalność imperialna jest więc w Rosjanach silnie zakorzeniona, a tak się stało, że my, Polacy, jesteśmy obok Tatarów jedyną nacją, której udało się kiedyś Moskwę opanować – na krótko wprawdzie, bo tylko dwa lata. Ponadto za świeższej pamięci dwukrotnie wyrwaliśmy się z uścisku tego niedźwiedzia. Choć Polaków oczywiście utożsamia się w Rosji z katolicyzmem, teraz może bardziej niż dawniej, to jednak trzeba stwierdzić, że niechęć do nich, tak jak i niechęć do Rzymu, to przede wszystkim sprawa środowisk skrajnie szowinistycznych i kręgów prawosławnych o podobnym nastawieniu. W społeczeństwie świeckim jest to drobny margines. W prawosławiu niechęć do Rzymu jest o wiele silniejsza niż zastrzeżenia do Polaków i to już nie jest margines, niestety. Cerkiew rosyjska reprezentuje w tej kwestii taki sposób myślenia: są u nas Niemcy, są Polacy – skoro tak, niech więc będzie Kościół katolicki dla Niemców, dla Polaków, ale dlaczego dla Rosjan?

Wytwarzaniu atmosfery zagrożenia ze strony katolicyzmu służą zasadniczo dwie powiązane ze sobą tezy: oskarżenia o prozelityzm i doktryna „terytorium kanonicznego”.

Prozelityzm – jak zdefiniował go sam patriarcha Aleksy w jednym z wywiadów – to nawracanie na katolicyzm prawosławnych lub tych ludzi, którzy mają historyczne i kulturowe korzenie prawosławne. Tymczasem prawosławnych nikt nie nawraca. Owszem, są przypadki nawrócenia z prawosławia, choć bardzo nieliczne. Ale przecież nie ma sposobu, by człowiekowi, który postanowił przejść z prawosławia na katolicyzm, powiedzieć „nie” i nakazać mu pozostać w prawosławiu. Można by mu ewentualnie zaproponować, by pozostał w obrządku bizantyjskim, ale to rozwiązanie byłoby dla Cerkwi prawosławnej jeszcze gorsze. Natomiast ludzi, którzy mają jakieś prawosławne korzenie, jednym słowem tych, których przodkowie byli prawosławni, jest w Rosji oczywiście przytłaczająca większość. Są wśród nich ludzie niewierzący, agnostycy, albo wierzący niejasno „w coś”, poszukujący itp. Ta masa ludzi stanowi ogromne wyzwanie dla Kościoła prawosławnego – i wezwanie do misji. Ale też każdy inny Kościół działający na terenie Rosji nie może wobec tych ludzi nie świadczyć i nie może się przed nimi zamykać. Skoro ja miałem całą kolekcję kalwińskich prababek – czy wobec tego nie mam prawa być katolikiem? Takie stawianie sprawy urągałoby zasadzie wolności sumienia, człowiek byłby bowiem zdeterminowany wiarą swoich przodków.

Praktycznie więc nie ma prozelityzmu katolickiego w Rosji, aczkolwiek, rzecz jasna, są Rosjanie-katolicy. Ponadto jest przecież bardzo wielu zrusyfikowanych Polaków czy Niemców, którzy wracają do wiary przodków, a także – wielu rosyjskich Żydów, którzy przyjęli katolicyzm (taka fala nawróceń nastąpiła zwłaszcza w latach sześćdziesiątych) i nie oznaczało to dla nich porzucenia rosyjskości.

Jeśli natomiast chodzi o problem „terytorium kanonicznego”, oficjalna interpretacja Patriarchatu Moskiewskiego jest oderwana od rzeczywistości. Pojęcie to powstało w starożytności kościelnej i funkcjonowało bezproblemowo, dopóki Kościół był niepodzielony i na danym terenie był rzeczywiście jeden. Wtedy była to wewnątrzkościelna regulacja prawna, gwarantująca, że biskup jednej diecezji nie będzie się mieszał do zarządzania sąsiednią diecezją.

Sprawa się skomplikowała, gdy w IV wieku na terenie Syrii, Palestyny i Egiptu powstały Kościoły narodowe w opozycji do greckiego Kościoła bizantyjskiego. Gdy te Kościoły zaczęły konsekrować swoich biskupów i tworzyć swoje struktury diecezjalne, wówczas właśnie pod hasłem „terytorium kanonicznego” cesarze bizantyjscy w imię racji stanu zaczęli prowadzić walkę o utrzymanie panowania Kościoła greckiego na całym swoim terytorium. Pojęcie „terytorium kanonicznego” zostało wówczas rozciągnięte na inne Kościoły. Kosztowało to mnóstwo krwi, skoro cesarstwo swoją walkę o jedność prowadziło siłą zbrojną. Później zresztą Bizancjum zapłaciło za to wielką cenę – okazało się bezbronne wobec najazdu islamu. Prześladowani syryjczycy, koptowie czy jakobici, którzy na swoim terenie stanowili większość, wypowiedzieli się jasno, że wolą władzę islamu, który w pierwszym okresie był tolerancyjny, niż władzę cesarza i patriarchy Konstantynopola. Tłumaczy to łatwość islamskiego podboju. Natomiast Grecy na podbitych terenach pozostali wierni swojemu Kościołowi, dlatego nazwani zostali melkitami, czyli ludźmi „królewskimi” (od melek – król). Do dziś istnieją na Bliskim Wschodzie Kościoły prawosławne, tak zwane melchickie. Na tym samym terenie istnieje tam wiele równoległych hierarchii, które ze sobą lepiej czy gorzej współżyją.

Życie pokazało zatem, że rozciągnięcie na różne Kościoły wewnątrzkościelnego instrumentu prawnego, jakim jest „terytorium kanoniczne”, nie daje niczego prócz rozlewu krwi. Toteż i dzisiaj nie ma sensu posługiwanie się tym instrumentem w relacjach między – niestety, podzielonymi – Kościołami. Nie ma powodu, by Rosję czynić skansenem kościelnoprawnej sytuacji, która istniała w Cesarstwie Bizantyjskim przed V wiekiem!

O delikatności Watykanu, starającego się uszanować wrażliwość strony prawosławnej, świadczy skądinąd fakt, że nowo utworzone diecezje katolickie w Rosji nazwano od imion świętych, a nie od miast będących siedzibą biskupa, jak to jest wszędzie praktykowane. Trzeba też pamiętać, że ustanowienie diecezji nie jest niczym nowym: przecież od czasów Katarzyny II na terenie Cesarstwa Rosyjskiego istniała normalna katolicka struktura kościelna.

Wakacyjna promocja Wydawnictwa Więź

Niektórzy komentatorzy wyrażają opinię, że dla dobra dialogu ekumenicznego należało jednak uwzględnić specyficzną duchową atmosferę rosyjskiego prawosławia – tym bardziej że decyzja o ustanowieniu normalnych katolickich struktur kościelnych na terenie Rosji miała charakter administracyjny i w praktyce niewiele zmieniła, a wiadomo było, że wywoła negatywne reakcje ze strony Patriarchatu moskiewskiego. Otóż myślę, że Watykan po prostu doszedł do wniosku, iż cokolwiek zrobi, będzie to źle przyjęte. Zasadnicze nastawienie Cerkwi jest bowiem negatywne – a jakieś preteksty zawsze się znajdą. Wydaje się, że władze Kościoła prawosławnego potrzebują atmosfery strachu i oblężenia, ponieważ ułatwia im to zwieranie szeregów. Ze strony katolickiej tyle już było wyczekiwania i prób racjonalnej rozmowy, które w efekcie do niczego nie doprowadziły, że Watykan – jak sądzę – zdecydował się w końcu zrobić prawny porządek w tym, co dotychczas było tymczasowe.

Inni komentatorzy dziwią się z kolei watykańskiej decyzji w perspektywie tak upragnionej przez Jana Pawła II pielgrzymki do Rosji. Myślę jednak, że pielgrzymka ta nie jest celem samym w sobie. Ustanowienie diecezji jest po prostu „uzwyczajnieniem” pracy Kościoła katolickiego w Rosji i musiałyby istnieć jakieś szczególne powody, by utrzymywać stan tymczasowości. Tymczasem takich szczególnych powodów nie ma. To „uzwyczajnienie” (normalizacja) polega zaś na tym, że to, co normalne de facto, staje się normalne de iure. Taka motywacja moim zdaniem wystarcza.

Niektórzy wreszcie krytykują watykańską decyzję jako błąd taktyczny, sugerując, że można z nią było jeszcze trochę poczekać i ogłosić ją dopiero po ewentualnej pielgrzymce Jana Pawła II do Rosji. Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że papieska pielgrzymka jest ciągle celem, którego konkretnej realizacji w czasie nie można przewidzieć i wobec tego – jak sądzę – nie ma na co czekać. Można bowiem czekać lat pięć, dziesięć, a może – sto pięćdziesiąt? Pielgrzymka papieska do Rosji i zwyczajna praca Kościoła katolickiego w tym kraju to moim zdaniem dwie różne sprawy, choć idące równolegle.

Podziel się

Wiadomość

Możliwość komentowania jest wyłączona.